Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5156299
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32249
Bloog istnieje od: 2781 dni

Horoskop

Wodnik

Dzisiaj możesz liczyć na przychylność gwiazd. Zapowiada się, że twój trudny czas kończy się i wszystko zaczniesz od początku.

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Niektórzy są okropnie zachłanni

niedziela, 31 stycznia 2010 9:27
 

„Moja wiara to podglądanie śmierci

gdy zachłanny bóg zabiera co moje"

 

Fragment mojego wiersza. Wciąż jestem na bakier z panem bogiem, Kłócę się z nim, robię wyrzuty, wytykam, zarzucam. Nie jest dobry, zabiera mi ludzi, którzy są potrzebni tutaj, a nie gdzieś w jakiś bliżej nieokreślonych zielonych dolinach. Zabiera ludzi dobrych. Zostawia takich sobie i złych. Po co mu tam mój ojciec? On miał zaledwie 33 lata, ja 7. Tylu ludzi dotyka cud, wychodzą z raka. On nie. Leżał w szpitalu w Skwierzynie. W pewien okropnie zimny poranek listopadowy matka powiedziała - dzieci nie macie już ojca, zmarł w nocy.

 

Jaki był? Byłam dla Niego księżniczką, królową, kochał mnie i czułam to na każdym kroku. On jeden kochał mnie naprawdę. Był nerwowy, przez tą chorobę, wciąż Go bolało. Wiosna, jesień w szpitalu. Był nerwowy, ale dla mnie miał dużo ciepła. Zabierał na spacery. Pochylał się nad różnymi roślinami, wyjaśniał, opowiadał. Zimą woził sankami po parku, latem pozwalał turlać się po górkach piaskowych z góry na dół Lubiłam soboty. Kąpał mnie i brata w ocynkowanej wanience, a potem po kolacji pięknie grał na organkach. Miał ich kilka. A baśnie, legendy, różne ciekawe historie? Znał ich bez liku, a ja mogłam słuchać i słuchać. Szliśmy z bratem spać, a On opowiadał mamie. Skąd wiem? Stałam pod drzwiami i podsłuchiwałam. Był sprawiedliwy. Na drzwiach wisiała pięciorzemykowa dyscyplina jak zasłużyłam, przylał mi czasami.

 

Jedno lanie pamiętam do dzisiaj, i nie wiem czy było sprawiedliwe. W końcu to On opowiadał te wszystkie piękne historie, które pobudzały dziecięcą wyobraźnię i chęć poznawania niepoznanego. Mając 6 lat postanowiłam poznać świat na własną rękę. W Baczynie mieszkała jakaś dalsza ciotka , u której byliśmy raz w odwiedzinach. Namówiłam koleżankę do ucieczki z domu. Usmażyłyśmy sobie na podróż cukierki z cukru i margaryny i dalej w drogę! Zostawiłam rodzicom kartkę z informacją - kochani rodzice nie szukajcie mnie bo nigdy nie znajdziecie. Uciekłam w świat do Baczyny. Był upał, cukierki się roztopiły, nam się chciało bardzo pić. Do celu jednak nie dotarłyśmy. Tata podjechał taksówką (czarną wołgą) i zabrał nas do domu. I wtedy właśnie było to „niesprawiedliwe" lanie

 

Byłam dzieckiem nadmiernie pobudliwym i często pakowałam się w kłopoty. Teraz to się nazywa adhd i się leczy. Wtedy nikt nie znał tej nazwy. Leczyło się to dyscypliną. W ten zimny listopadowy poranek skończyło się moje dzieciństwo. Miałam 7 lat. Szklanka do połowy pusta lub pełna, aż 7 lat, lub tylko - 7 lat. Wtedy po raz pierwszy bóg mi się naraził.



komentarze (8) | dodaj komentarz

Co ma wspólnego wystawa do reguł grzecznościowych?

sobota, 30 stycznia 2010 9:02
 

Dzisiaj wybieram się do Spichlerza (muzeum) na wernisaż wystawy zdjęć KM. Fotografie uwieczniają moje miasto zaraz po wojnie. Zapowiada się ciekawie. Ale nie o tym chciałam pisać. Wystawa jest przyczynkiem do rozważań na temat savoir-vivre, czyli kindersztuby, lub jak kto woli dobrych manier. Bo cóż się okazuje? Ano okazuje się, że jestem osobnikiem prymitywnym, nie posiadającym znajomości elementarnych reguł grzecznościowych obowiązujących w danej grupie społecznej! A najgorsze jest to,że jeśli idzie o bon-ton, miałam na swój temat dobre zdanie. Zawsze uważałam, że potrafię się dobrze zachować w różnych sytuacjach, miejscach i czasie. Do wczoraj.

 

Dlaczego do wczoraj? Wczoraj nieopatrznie przeczytałam pod artykułem zapraszającym na wystawę, komentarz jednej pani, współorganizatorki wystawy o treści:
„Napszę :) Przy okazji, w czasie otwarcia wystawy będziemy mogli wysłuchać koncertu muzyki poważnej, więc ubierzcie się odpowiednio do okoliczności...( jaki koncert ? Niespodzianka)..."
Przyznam, ze zatkało mnie, musiałam przeczytać kilka razy, bo zwątpiłam na tę chwilę w umiejętność poprawnego czytania. Warto przy tym zaznaczyć, że artykuł nie był zamieszczony, jakby się ktoś spodziewał w czasopiśmie dla dzieci, a na poważnym portalu społecznościowym.

 

Tak sobie myślę, że człowiek całe życie dowiaduje się o sobie nowych rzeczy. Tym razem nową rzeczą był brak mojego dobrego wychowania. Z wielkim smutkiem schowałam do szafy przygotowany na tę okoliczność strój - kufajkę i walonki - a teraz problem w co się ubrać!!! Może ktoś z czytających mi podpowie?



komentarze (8) | dodaj komentarz

No i po piątku...

piątek, 29 stycznia 2010 19:53
 

Już po tremie i niepewności. Wieczór poezji mam za sobą. Nie wiem jak inni odebrali to spotkanie, ale napiszę co czułam i jak to wyglądało moimi oczyma. Jak już weszłam do galerii, wszystkie niepokoje minęły. Myślałam jedynie o tym, żeby wiersze się spodobały. Czytałam je bez żadnego planu, a czytając przypominałam sobie chwile, w których zostały napisane. Próbowałam oddać emocje tych chwil. Na ile się udało nie wiem. Goście wypowiadali się raczej ciepło i przychylnie, więc chyba nie było tak źle. BM spisał się...szkoda słów, super! Szefowa, Pani Maria jak zawsze ciepła i serdeczna. No i mogłam w końcu poznać  na żywo kilku wirtualnych znajomych, którzy tam przyszli dla mnie. Zastanawiam się jak to jest, że człowiek z tłumu ludzi „wyłowi" zawsze osoby, które stają się w jakiś sposób bliskie. Tak jest z Aldoną, Małgosią Sz. i Anką-buntowniczką. W sumie się nie znamy, a jakbym znała Je bardzo dobrze. I jeszcze Maryla. Przyszła, o kulach, ale przyszła! Słabo mi idzie dzisiaj to pisanie, no cóż gwiazdy czasami tak mają :))) Może za dużo wrażeń jak na jeden wieczór? Kwiaty wstawiłam do wazonu. Są piękne. Teraz idę do kuchni pobuszować w garnkach. Ps. Fotki, które robiła córka wyszły okropnie, czy ja naprawdę tak wyglądam? Chyba tak...przecież aparat i lustro nie kłamią!

 



komentarze (5) | dodaj komentarz

***

czwartek, 28 stycznia 2010 17:26
 

W moich kozakach fleki (...) Przeniosłam tekst na MMG, ale wróci w swoim czasie:)))



komentarze (6) | dodaj komentarz

Zbliżają się urodziny

środa, 27 stycznia 2010 17:13
 

Za kilka dni będę obchodzić 55 urodziny. Taki dzień skłania do refleksji i podsumowań. Pewnie jeszcze niejeden raz będę pisać ma tym blogu co mnie spotkało, rozbawiło, rozczarowało i ukształtowało. Pamiętam jak dziś dzień moich 16 urodzin. Stałam oparta o piec i okropnie ryczałam. Na pytanie matki - co się stało - odpowiedziałam, że moje życie od tego dnia zmierza nieuchronnie do starości, że jeszcze 16 lat i będę miała 32 lata, a to przecież już zaawansowana starość. No i właśnie w wieku zaawansowanej starości urodziłam córcię.

  

Ale nie o tym miałam pisać. Każdy kto ma dzieci wie, że okres wczesnej młodości, czyli dojrzewania kojarzy się z buntem, kłopotami wychowawczymi, problemami z samoakceptacją, czy też nie akceptowaniem zastanej rzeczywistości. Podobnie jest ze mną. Jak wyglądam fizycznie wiem, bo przeglądam się czasami w lustrze, choćby czesząc się, czy malując. Ale ta druga część mnie niefizyczna zatrzymała się niestety...na okresie dojrzewania. Dlaczego tak myślę? Trudno wytłumaczyć słowami, bo z jednej strony mam do siebie duży dystans, co charakteryzuje osobniki dorosłe, a z drugiej wciąż się buntuję, sprawiam problemy wychowawcze, nie akceptuję siebie oraz otaczającego mnie świata. Do tego dochodzi idealizowanie rzeczywistości i ludzi. Tak sobie myślę, że może stąd się bierze ta cała poezja?

 

Tak więc, w dniu swoich urodzin na pewno nie stanę oparta o piec i nie powiem, że za 55 lata czeka mnie zaawansowana starość. Po pierwsze, tak długo ludzie przeważnie nie żyją, po drugie nie ma czegoś takiego jak starość. Bo cóż tych kilka ograniczeń ruchowych, siwizna i skleroza? Będę po prostu wolniej chodzić, siwizna to prawie blond, a więc bardzo modny kolor, a skleroza uczyni mnie szczęśliwą, bo pozwoli zapomnieć o koszmarach. Wtedy to dopiero zacznie się życie i to przez duże „Ż"!



komentarze (7) | dodaj komentarz

Krok po kroku...2

wtorek, 26 stycznia 2010 18:19
 

W maju ubiegłego roku, przeczytałam w lokalnej gazecie, że ruszył portal społecznościowy Moje Miasto. Zajrzałam tam i zostałem do dzisiaj. Dlaczego zostałam? Bo zobaczyłam dla siebie szansę pozbycia się niepokoju czwartego „pozbawianie dumy". Czułam się gorsza od innych. Przecież wciąż mi wmawiał, że jestem nic nie warta i zła. Przynależeć do jakiejś grupy, dowartościować się. Tego oczekiwałam i nie zawiodłam się. Pierwsze „artykuły" były pożal się Boże, aż dziw, że redakcja puszczała takie dziwolągi. Jeszcze dziwniejsze były pierwsze komentarze pod tekstami. Pozytywne! Gdzieś tam w środku byłam spragniona tych wszystkich miłych słów, choć zdawałam sobie sprawę, że były one na wyrost. Wiedziałam, że to jeszcze nie „ja". Ale te pochwały sprawiły również, że zaczęłam wychodzić z domu do teatru, galerii, muzeum itp. po to, by o tym napisać.

 

Te pierwsze wyjścia z domu nie były zbyt udane. Nie mogłam skoncentrować się np. na obrazach bo spoglądałam co i raz do telefonu sprawdzając godzinę. Ciągle spieszyłam się do domu. Ciągle czułam się spóźniona. Moje pierwsze komentarze. Cedziłam słowa, nie umiałam wyzwolić emocji, pisałam oszczędnie, wręcz ascetycznie. Ale krok po kroku uczyłam się. Już nie przyjmowałam bezkrytycznie wszystkich złośliwości, nauczyłam się „odszczekiwać". Niby takie proste, ale będąc z Nim zapomniałam o tym. Teraz jest jak jest. Raz lepiej, raz gorzej, ale wciąż się uczę i ta nauka sprawia mi dużą radość. Podjęcie decyzji o uczestniczeniu w tej wirtualnej społeczności jest jak dotychczas największym krokiem w powracaniu do „żywych". Być może nawet do tworzenia nowego (lepszego?) życia. Ktoś by powiedział, a co to jest, przecież to tylko jedna z tysięcy stron w internecie. No tak, ale pojawiła się w moim życiu w odpowiednim momencie i pozwoliła uwierzyć w siebie. Już nie czuję się taka beznadziejna...



komentarze (7) | dodaj komentarz

Rozmawianie o pierdołach

niedziela, 24 stycznia 2010 11:22
 

Wczoraj moja córka przeprowadziła ze mną poważną rozmowę. A wszystko zaczęło się od swetra. W domu mamy podział obowiązków. Córka przyjęła na siebie pranie i trzeba przyznać, że wywiązuje się z tego naprawdę dobrze. Zawsze dzieli tzw. białe i kolorowe. Odrębnie swetry. No i właśnie chodzi o mój sweter. Wyprała go i przed powieszeniem pokazuje mi jak to pięknie się wyprał i w ogóle jak po tym praniu się zmienił, że wygląda jak nowy. Pisząc coś na komputerze przyznałam jej rację i powiedziałam - wiesz co, ja go chyba ubiorę na czytanie wierszy w galerii.

  

Przez chwile rozmowa się toczyła na temat tego, co ewentualnie mogę ubrać, po czym córka mówi, że musi ze mną porozmawiać i żebym zrobiła sobie przerwę w tym pisaniu. No i zrobiłam. Córka z poważną miną mówi - no właśnie mamo, czy ja muszę dopiero dowiadywać się z twojego bloga, że masz tremę i w ogóle takie przemyślenia na temat tego wieczoru? Przyznam, ze zatkało mnie z lekka. Zastanowiłam się przez chwilę i mówię - no tak, właściwie nie rozmawiałyśmy o tym, ale uznałam, że to nie jest sprawa godna zaprzątnięcia twojej studenckiej główki.

A ja myślałam mamo - mówi - że ty jesteś taka hardkorowa, że dla ciebie to takie normalne jak zjedzenie obiadu. Zazdrościłam ci takiego lajtowego podejścia do sprawy, ja to bym przeżywała i spać nie mogła. Potem był wykład o tym, jakie to ważne żeby ze sobą rozmawiać, nawet o takich pierdołach, że wtedy jest człowiekowi o wiele lżej. Tak sobie myślę, że ma w stu procentach rację. Przecież życie oprócz tych wydarzeń, o których można książki pisać, składa się właśnie z takich pierdoł. To właśnie ona pokazują najbliższym, że jesteśmy ludźmi z krwi i kości, ze swoimi niedoskonałościami, lękami i wadami. Obiecałam sobie rozmawiać, nie wiem na ile wytrwam w obiecywaniu, bo jestem raczej samotnikiem, ale spróbuję.



komentarze (8) | dodaj komentarz

Krok po kroku...1

sobota, 23 stycznia 2010 18:38
 
Były jeszcze listy. Jego listy do niej. Pisał o...no właśnie o czym mógł pisać? O tym że kocha, tęskni, że nie chciał, przeprasza, że nie wytrzyma i takie tam. W pierwszej chwili chciała odpisać i pewnie by odpisała gdyby nie wstyd przed córką. Przecież tyle mi pomogła, jest ze mną, i nadal pomaga mi przejść przez najgorsze, a ja mam teraz zaprzepaścić to wszystko - myślała. Ale prawda jest taka, że pisała te listy prawie codziennie, a potem idąc do pracy darła je na drobne kawałeczki i wyrzucała do napotkanych śmietników. O czym pisała? O wszystkim, o każdym kolejnym dniu bez niego, że jest jej ciężko, że tęskni, że wybacza i takie tam. Ale to minęło, teraz On już listów nie pisze, wysyła za to kartki na święta. Ona nie. No bo co napisać człowiekowi, który jest w więzieniu: wesołych świąt???


Najtrudniej było wyjść z tego życia we dwoje i zacząć żyć swoim życiem. Wciąż działały pewne nawyki. Na przykład z pracy prawie biegła do domu a jeżeli w sklepie była choćby mała kolejka, rezygnowała i prędko wracała do domu. Albo jak na ulicy zobaczyła coś ciekawego. odruchowo szukała Jego dłoni, obracała się w Jego stronę chcąc się z Nim podzielić.


Później zaczął się okres myślenia, co będzie jak np. ucieknie z tego więzienia, albo Go wypuszczą z jakiś powodów? Albo jak wyśle kogoś żeby jej coś zrobił. Co wtedy? Wkroczył strach, który trwa do dzisiaj. Rano, jak wychodzi do pracy, bardzo ostrożnie otwiera drzwi w obawie, że stoi gdzieś w pobliżu. Potem ogląda się za siebie. Jeśli ktoś za nią idzie, przystaje i czeka aż ją minie.


Jeszcze podczas przesłuchań policja zaproponowała jej pomoc psychologiczną. Nie da sobie pani sama z tym rady, potrzebna profesjonalna pomoc - mówili. Poszła tylko raz. Pani psycholog, nie wiedziała jak z nią rozmawiać, co powiedzieć, była bardziej przerażona niż ona. Na koniec jednak powiedziała - jest pani silna i na pewno da sobie z tym wszystkim radę. Tylko tyle. Więcej nie poszła i zaczęła swoją prywatną walkę ze strachem. Częścią tej walki jest ten blog.



komentarze (6) | dodaj komentarz

Prokurator, przesłuchania, sąd, wyrok

piątek, 22 stycznia 2010 16:58


Tak jak już pisałam został aresztowany na 3 miesiące, ale co dalej?

Dostała wezwanie do prokuratury. Przesłuchanie trwało ponad 4 godziny. Po 2 tygodniach ponowne wezwanie. Jego obrońca z urzędu wniósł o przesłuchanie w obecności lekarza biegłego, który miał stwierdzić czy nie ma predyspozycji do konfabulacji. Nie miała. W ogóle całe śledztwo i wyniki badań z Zakładu Medycyny Sądowej potwierdziły jej zeznania co do joty. Potem rozprawa w sądzie. Znów kilkugodzinne zeznania, znów wróciły koszmary. Po dwóch miesiącach ponowne kilkugodzinne przesłuchania, tym razem w obecności, dwóch, lekarzy biegłych. Ponownie wszystko wraca. To była wiwisekcja obejmująca okres życia prawie od czasów jak się urodziła, do tej pamiętnej nocy. Musiała mówić o wszystkim, o dzieciach, poprzednim związku, swoich rodzicach, dzieciństwie, życiu dorosłym, dosłownie o wszystkim. On mógł zadawać jej pytania, ona Jemu nie. Złożyła wniosek o to, by mogła być przesłuchiwana pod Jego nieobecność. Lekarze biegli poparli wnosek mówiąc, że Jego obecność może wpływać na podświadome pomniejszanie Jego winy i zeznawanie niezgodne z prawdą tzn. bagatelizowanie całej sprawy. Sąd odrzucił wniosek mówiąc, że oskarżony na każdym etapie postępowania, ma prawo uczestniczyć w rozprawie. W sądzie przepraszał, zasłanial się niepamięcią. Powiedział - jak mógłbym chcieć zrobić jej krzywdę, zabić, to tak jakbym chciał zabić siebie, swoją miłość do niej. Był wiarygodny.

 

Sąd pouczył ją, że może występować w tej sprawie jako oskarżyciel posiłkowy. Nie skorzystała z tej możliwości, chciała mieć to wszystko jak najprędzej za sobą, przecież każde spotkanie z Nim sądzie to jeden krok do tyłu. On z kolei bronił się, jak tylko mógł i sąd odraczał rozprawy nie podejmując ostatecznej decyzji. Zatelefonowała do prokuratora by dowiedzieć się, dlaczego tak się dzieję, dlaczego sprawy są odraczane. Usłyszała lakoniczne stwierdzenie - Pani mąż broni się zaciekle - i to wszystko. Nic więcej. Następne wezwanie do sądu i kilkugodzinne przesłuchanie.

 

Po roku ciągania po prokuraturze i sądach jest wreszcie wyrok. Jako osoba pokrzywdzona w sprawie udała się do sądu, by dowiedzieć się jaki zapadł wyrok. Znów dopadł ją strach i jedna dominująca myśl: co będzie jak zaraz wyjdzie z więzienia, co robić? W sądzie okazało się, że... takiej informacji nie mogą jej udzielić, bo nie jest stroną w sprawie, a tylko... pokrzywdzoną! Pouczono ją również, że może pisemnie wystąpić do sądu o wydanie odpisu orzeczenia, ale to sędzia zadecyduje, czy występują ku temu przesłanki. Ponadto powiedziano, że wyrok nie jest prawomocny i obrońca będzie wnosił odwołanie. O wysokości kary dowiedziała się...z gazety. Następnego dnia w gazecie przeczytała wzmiankę, że dostał 8 lat, a właściwie 7, bo zaliczono mu w poczet kary ten rok w areszcie.

Ciąg dalszy nastąpi...

 



komentarze (5) | dodaj komentarz

A W PRZYSZŁY PIĄTEK...

czwartek, 21 stycznia 2010 17:35
 

 

W przyszłym tygodniu (29 stycznia) w galerii na Piskach będzie - jakby to nazwać - wieczór poezji, wieczór autorski? W każdym bądź razie coś w tym stylu. A było to tak. Jeszcze w grudniu, mój znajomy BM zapytał czy nie chciałabym zaprezentować swojej poezji szerszej publiczności. Zaskoczył mnie tym pytaniem i z rozpędu powiedziałam - czemu nie. Potem zapomniałam. Na początku stycznia zadzwonił, i poprosił żebym poszła obejrzeć wystawę fotografii w galerii na Piskach. Przy okazji porozmawiasz o swoim wieczorze autorskim - powiedział. Głupio było się wycofać, chwyciłam tomik, poleciałam i NIE żałuję. Pani Maria, szefowa galerii okazała się (tak jak mówił BM) ciepłą, mądrą kobietą. Rozwiała wszystkie moje wątpliwości i opory. To znaczy wątpliwości pozostały, ale nie te dot. samego wieczoru, a jedynie czy dam rade i nie okaże się to jakimś niewypałem. Skupić na sobie uwagę obcych ludzi powiedzmy jakieś 30 minut to nie lada wyczyn.

 

Pamiętam promocję tomiku (marzec 2001 r., też w piątek), wtedy przyszło ponad 50 osób. Były lokalne media, nagrania i wywiady. Ja wystrojona w czarną (pożyczoną) kreację siedziałam na scenie przy małym okrągłym stoliku, na którym paliła się jedna świeczka. Otworzyłam tomik i panika!. Światła ledwo co, druk mały, a ja nie wzięłam okularów. Zaczęłam coś tam mówić, już nawet nie pamiętam o czym. Po jakimś czasie moje oczy oswoiły się z półmrokiem i ruszyłam z miejsca. Udało się! Impreza trwała ponad godzinę. Siedząc tam na scenie patrzyłam na swoje dzieci i wszystkich tych ludzi i nie wiedziałam, czy będzie mi dane przeżyć jeszcze raz takie emocje. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, czy wrócę ze szpitala rozprawiona na dobre ze swoim raczkiem. Wróciłam!!!

 

A co do tego spotkania to liczę po cichu na życzliwość słuchaczy. Poza tym ten przyszłopiątkowy wieczór będzie następnym duuużym krokiem w odzyskiwaniu swojego życia. Bo małe kroczki cieszą, ale duży krok to już coś! No i inna ważna rzecz. Te kilka osób przyjdzie tam...dla mnie. Jak było, napiszę po imprezie.

 



komentarze (9) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 24 sierpnia 2017