Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 289 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5217619
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32257
Bloog istnieje od: 2869 dni

Horoskop

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Inteligentny dialog:)

poniedziałek, 31 stycznia 2011 6:01

 

Pisałam już nieraz, że wraz z grupą przyjaciół organizujemy sobie weekendowe wypady. Najbardziej lubimy zwiedzać napotykane na szlaku kościoły. W sobotę przeważnie są pozamykane, ale nie stanowi to jakiegoś większego problemu, no przynajmniej dla męża mojej koleżanki, Bodka. Wystarczy, że zapuka do drzwi pierwszego lepszego domostwa i już ma pełną informację, gdzie klucze są przechowywane. A potem z narażeniem życia… no dobra rozpędziłam się, ale prawda jest taka, że zawsze wraca z kluczami.

 

Jednego razu, po dniu pełnym intensywnego zwiedzania byliśmy już tak zmęczeni, że nic tylko wracać do domu. Ale jak tu wracać, jak w jednej z mijanych miejscowości zobaczyliśmy przepiękny drewniany, zabytkowy kościół. Zatrzymaliśmy się ale nikt z nas nie kwapił się wyjść z samochodu na poszukiwanie klucza. Padło na mnie. Zaczęłam się wiercić i kombinować. Raz, że nigdy nie chodziłam za kluczami, a dwa byłam zmęczona, podobnie zresztą jak reszta towarzystwa. No cóż kiedyś musi byś ten pierwszy raz – pomyślałam – i zapytałam Bodka, jako że był najbardziej doświadczony w tej kwestii:

 

- No dobra, pójdę popytać o te klucze, ale kurcze, co mam właściwie powiedzieć? Że chcemy klucze do kościoła? A jak nie będą chcieli dać, albo zapytają – po co nam klucze? Wiesz… dzisiaj ludzie nieufni są do obcych… Od czego zacząć?

Po moich pytaniach zapanowała w samochodzie cisza jak makiem zasiał. Po chwili Bodek spojrzał na mnie przeciągle. W jego oczach zobaczyłam niedowierzanie.

- Nie wiesz? No co ty?

- No nie wiem, nigdy za kluczami nie chodziłam, a ty pewnie masz jakiś swój tajemny sposób, przecież zawsze wracasz z kluczami. Powiedz jak zagaić, od czego zacząć?

- Zacznij od: Dzień dobry – odpowiedział Bodek]:->:-D



komentarze (22) | dodaj komentarz

Bałaganiara to ma szczęście!

sobota, 29 stycznia 2011 21:46

 

W moich kozakach fleki zdarły się do łysego i trzeba było zanieść je do szewca. W tygodniu poszłam buty odebrać.

Obcasy nie do poznania, świetna robota. Żeby zabrać kozaki do domu, trzeba było dać pani kwitek. I z tym był kłopot, bo w moim portfelu, podobnie jak i w torebce tylko dziada i baby brakuje. Wyciągałam z portfela po kolei różne kwitki, a pani tylko przecząco kręciła głową. W końcu trafiłam na właściwy i mogłam zabrać kozaki. Wracając do domu obiecywałam sobie, że zrobię w końcu porządek w portfelu i torebce. Przecież to wstyd, żeby dorosła kobieta...i tak dalej.

 

Na obiecywaniu się skończyło. Przypomniałam sobie o tym niedawno w pracy, kiedy dawałam koledze odliczone pieniądze za gazetę. Wyciągnęłam z portfela całą zawartość i zaczęłam przeglądać. Czego tam nie było! Oprócz różnych paragonów, gwarancji, nieważnych kuponów rabatowych, saszetek z próbkami kremów odmładzających, znalazł się los zdrapka, który zdrapany jeszcze nie był. Czasami, jak zagram w Totka, kupuję jednego losa i jak nie mam okularów, zabieram go do domu. Tak musiało być w przypadku tego losa. W końcu doczekał się podrapania. Pod srebrną warstwą były 3 takie same symbole. Na odwrocie pisało, że wygrana wynosi...50 zł.

 

Oczy o mało nie wyszły mi z orbit. Przecież wszyscy wiedzą, że szczęścia do gier losowych to ja nie mam, a tu taka niespodzianka! Po pracy natychmiast udałam się do najbliższej kolektury, celem odbioru nagrody. Po drodze zdążyłam przemyśleć sposób zainwestowania tej kasy. Padło na patelnię. Ta którą posiadam jest już tak zdrapana, że wszystko przywiera. W kolekturze pan grzecznie mi wyjaśnił, że od ponad pół roku nie ma tych losów na stanie. Loteria się dawno zakończyła, a pozostałe w kolekturach losy zostały wycofane. Szkoda mi się zrobiło nowej patelni. Kupiłam za 1 zł nowego losa, ale nic nie wygrałam. Patelnia musi poczekać. A „szczęście” było tak blisko. Ba, nosiłam je przy sobie przez ponad pół roku...

 



komentarze (24) | dodaj komentarz

Aj waj!

piątek, 28 stycznia 2011 22:54

 

Pięknie mi się zakończył ten tydzień:-) Niedawno wróciłam ze spektaklu przygotowanego przez Grupę Rafała Kmity z Krakowa pt. „Aj waj! czyli historie z cynamonem.”

Jest to na poły kabaretowy na poły teatralny spektakl osnuty na motywach kultury żydowskiej. Przez bite dwie godziny aktorzy raczyli nas zabawnymi scenkami, krótkimi monologami oraz piosenkami przywołującymi atmosferę XIX-wiecznych żydowskich dzielnic i miasteczek. Oprócz dobrej zabawy, były też chwile zadumy i refleksji.

 

Akcja spektaklu odbywa się w zagraconym pokoju, a może strychu. Na scenę wchodzi pięciu aktorów ubranych w znoszone chałaty, mocno zniszczone buty i różne nakrycia głowy. Biorą delikatnie do rąk zapomniane przedmioty, jakieś porozrzucane kapelusze, powyginane garnki, ustawiają poprzewracane krzesła, wieszaki, książki… To te przedmioty właśnie przywołują w nich wspomnienia, prowokują do śpiewu, czy też do opowiedzenia jakiejś zabawnej historii. Te zabawne historyjki to majstersztyk gry aktorskiej. Widzimy na przykład Tadeusza Kwintę, który wciela się w rolę swata i zachęca młodego człowieka do poślubienia największych brzyduli, pijaczek i staruszek mieszkających w tym miasteczku. Albo rabina wysłuchującego skłóconych małżonków. Uwielbiam brzmienie żydowskich szmoncesów, a te przedstawione dzisiaj na scenie były najwyższej jakości.

 

Aaa zapomniałabym dodać, że jeden z aktorów odgrywających scenę jarmarku chciał przehandlować mój aparat fotograficzny na czarny, wełniany pulower, ale się nie dałam:-D

 

Wciąż pozostaję pod wrażeniem przedstawienia i kunsztu gry aktorskiej. To niesamowite w jaki sposób ta piątka wykonawców zawładnęła sceną i widzami. Jeśli tylko będziecie mieli możliwość zobaczenia tego spektaklu, wybierzcie się koniecznie! Zapewniam Was, że wyjdziecie wyciszeni i naładowani pozytywną energią, nie wspomnę już o muzyce, która wciąż gdzieś tam mi gra, choć światła sceny dawno zgasły…

 

 



komentarze (15) | dodaj komentarz

Haiku

piątek, 28 stycznia 2011 15:46

 

 

W cieniu anioła

czekają na wskrzeszenie

sąd ostateczny

                                                                        Anioł z kamienia

                                                                        strażnik siwej mogiły

                                                                        memento mori



komentarze (10) | dodaj komentarz

Ogłoszenia matrymonialne. Jak je czytać?

czwartek, 27 stycznia 2011 18:21

 

Przeczytałam ostatnio, że można sobie przez internet wynająć partnera na studniówkę. Strony umawiają się co do kwoty i gotowe. Słyszałam również o portalu, na którym można wynająć sobie przyjaciela na godziny, oczywiście również za opłatą. A poprzez rosnące jak grzyby po deszczu portale randkowe, samotni ludzie szukają swojej drugiej połówki. No cóż, instytucja swata odeszła do lamusa, a ludzie przecież muszą sobie jakoś radzić, nikt nie chce być przez całe życie sam…

 

Nie każdy z pokolenia, powiedzmy ciut starszych niż wiek średni, „siedzi” w necie. Większość preferuje takie bardziej tradycyjne metody poszukiwania swojej drugiej połówki, a więc przez biura matrymonialne lub ogłoszenia w gazecie. I do tej grupy poszukujących należy jedna z  moich znajomych. Wiedząc o tym, mimowolnie zerkam do rubryk typu Samotne serca, albo Listy od samotnych. Okazuje się, że czytanie takich ogłoszeń ze zrozumieniem, to nie taka prosta sprawa. Trudno się temu dziwić, przecież niełatwo napisać w kilku słowach o sobie i przedstawić swoje oczekiwania. Dlatego też czytający musi do perfekcji opanować czytanie takich ogłoszeń między wierszami.

 

Na przykład. „Mam 49 lat poznam miłą, sympatyczną kobietę na stałe. Nie bawię się uczuciami bo wiem jak to boli. Sam wiele wycierpiałem.”

Czytaj: Jestem po przejściach. Rzuciła mnie kobieta. Oczekuję pocieszycielki, albo terapeutki, na ramieniu której będę mógł się wypłakiwać do woli. Wynagrodzenie za terapię obiecuję w naturze.

 

Albo: „Czy jest jeszcze prawdziwa kobieta do życia, tańca, śpiewu i miłości, by już z tempa ruszyć w szał karnawałowy? A czeka na tę okazję jedyną, nietuzinkowy, przystojny pan po 80-ce.”

Oj ryzykant z tego pana… Już widzę ten szał karnawałowy pomiędzy kuchnią, a sypialnią z przystankiem przy szafce z lekami na serce, nadciśnienie, prostatę, zgagę i inne takie.

 

I jeszcze: „Wolny samotny pan w średnim wieku, pomoże samotnej pani w prowadzeniu interesu. Mile widziany samochód i domek na obrzeżach miasta. Tylko poważne oferty.”

W tym przypadku nastąpił ewidentny błąd redaktora, który pomylił rubryki. To ogłoszenie miało pewnie iść do działu – praca.

 

Ostatnie: „Jestem 45-letnim samotnym chłopakiem. Mam ciemne włosy 180/176, bez nałogów. Poznam dziewczynę o podobnych cechach charakteru.”

Znaczy się szuka wysokiej brunetki? Pewnie tak.

 

Czytając ogłoszenia zwróciłam uwagę, jeszcze na jedną rzecz. Prawie każdy pisze o sobie, że jest samotny, ciepły, wyrozumiały, skromny, szukający miłości prawdziwej i tym podobnie. Załóżmy, że im wierzę. Zastanawia mnie jednak jedno. Dlaczego w takim razie ludzie posiadający te wspaniałe przymioty wciąż… są sami?

Tak… czytanie ogłoszeń matrymonialnych to naprawdę niezwykłe doświadczenie. Tylko czy jest to dobry sposób na odnalezienie swojej drugiej połówki? Śmiem wątpić…



komentarze (47) | dodaj komentarz

Czasami powracam do książek z dzieciństwa

środa, 26 stycznia 2011 17:46

 

W notce niżej pisałam o przyjaźni. Na koniec zacytowałam słowa mojej idolki Ani Shirley. Czytając dzisiaj przed pracą komentarze pod tekstem „odkryłam”, że postać Ani cieszy się sympatią jeszcze co najmniej kilku blogowiczek. A kiedy przeczytałam, że wracają czasami do tej książki to jakoś ciepło zrobiło mi się na duszy:-)

 

W czasach dzieciństwa i wczesnej młodości czytałam wiele książek. Należałam do trzech bibliotek, a w każdej można było wypożyczyć po dwie książki na tydzień. Wiele pozycji już nie pamiętam, ale kilka pozostało w pamięci na zawsze. Choćby książki takich autorów jak Ożogowska, Niziurski, Bahdaj, czy Szklarski. No i oczywiście Tajemniczy ogród, Królewicz i żebrak, Winnetou  i Ania z Zielonego Wzgórza. Jednak ze wszystkich bohaterów książek czytanych w dzieciństwie, najbardziej ukochałam Anię. Ta ruda dziewczynka zawładnęła moim sercem i w pewnym stopniu kształtowała wówczas moje widzenie świata oraz innych ludzi. Może dlatego, że znajdowałam wiele podobieństw… Ja też byłam marzycielką i miałam bogatą wyobraźnię, która pozwalała mi przenosić się w inny, lepszy świat.

 

Pamiętam, że marzyłam by mieć tą książkę na własność. Dowiedział się o tym Mikołaj i przyniósł mi :Anię” pewnego roku pod choinkę. W obawie, żeby nikt mi jej nie zabrał, natychmiast podpisałam ją imieniem i nazwiskiem, zaznaczając jednocześnie że jest to „pamiądka” od Mikołaja. Potem błąd poprawiłam, ale ślady przestępstwa ortograficznego pozostały:-o

 

  

 

Dawno nie jestem już dzieckiem, ale nie wstydzę się przyznać, że czasami jeszcze podczytuję Anię. No sami powiedzcie, jak można nie lubić tej dziewczynki, która tak mądrze mówi o marzeniach i miłości?

Kilka cytatów:

  • Łatwo jest czytać o czyimś nieszczęściu i wyobrażać sobie, że potrafilibyśmy znieść je po bohatersku, lecz kiedy ono się na nas istotnie wali, to niełatwa sprawa.
  • Wiem z doświadczenia, że prawie zawsze można się z czegoś cieszyć, jeśli się tego mocno pragnie. Tylko należy pragnąć naprawdę mocno.
  • Bylibyśmy niejako martwi, gdybyśmy już nie mieli o czym marzyć.
  • Księżyc jest po prostu zwyczajną lampą, gdy nie ma z kim cieszyć się jego urokiem.
  • Nigdy nie jest się biednym, jeśli ma się kogo kochać.
  • Nikt nie jest za stary na marzenia. Tak jak marzenia nigdy się nie starzeją.
  • Świat byłby nudny, gdyby żyli na nim tylko ludzie mądrzy, dobrzy i rozsądni.


komentarze (32) | dodaj komentarz

A ja tam wolę wierzyć, że przyjaźń to pokrewieństwo dusz

wtorek, 25 stycznia 2011 17:49

 

Często zastanawiałam się jak to się dzieje, że już przy pierwszym spotkaniu nowej osoby z miejsca czuję do niej sympatię, albo odnoszę wrażenie, ze nadajemy na jednych falach. Z kolei inne, wywołują we mnie awersję i antypatię. Jest to o tyle dziwne, że w jednym jak i w drugim przypadku nie znałam tych osób przedtem, więc nie mogłam mieć wyrobionego na ich temat zdania.

 

Okazuje się, że we współczesnym świecie wszystko już można wepchnąć w objęcia nauki, nawet nasze uczucia. Grupa amerykańskich naukowców przeprowadziła badania na 3 tysiącach par przyjaciół. Właśnie ogłosili wyniki swoich badań, z których wynika, że w nawiązywaniu przyjaźni maczają paluchy, albo też macki, nasze… genotypy! Nie będę wdawać się w szczegóły, bo wywód – jak na naukowców przystało – jest bardzo skomplikowany, ale chodzi o to, że ludzie mają tendencje do nawiązywania przyjaźni z osobami o podobnych, albo uzupełniających się genach. Na tej podstawie wysnuli wniosek, że  kształt relacji społecznych nie jest kwestią naszych wyborów, ale tworzy się je pod wpływem dyktatu genów.

 

Podobno zasada ta działa również przy wyborze partnera/ki. Jeśli faktycznie tak jest, to trafiły mi się wyjątkowo felerne geny]:->:-D

 

Ale powracając do przyjaźni. Szczerze mówiąc, a raczej pisząc, jestem trochę rozczarowana. Wolałam jednak wierzyć, że przyjaźń to pokrewieństwo dusz, więź nierozerwalna, szacunek i że jest to mój własny wybór. Wiele pięknych słów napisano o przyjaźni, jednak do mnie najbardziej przemawiają słowa mojej idolki, Ani Shirley  -„W przyjaciołach powinniśmy szukać tego, co w nich najlepsze, i obdarzać ich tym, co w nas najlepsze. Wtedy przyjaźń będzie największym skarbem życia.”

A oni tu mi mówią o jakiś genach..

 



komentarze (45) | dodaj komentarz

Nie opłaca się pomagać

poniedziałek, 24 stycznia 2011 16:46

 

Chyba każdy  nas spotyka ludzi grzebiących w śmietnikach w poszukiwaniu żywności. Jeszcze kilka lat taki widok był rzadkością, a dzisiaj właściwie nikogo nie dziwi.  Przyzwyczailiśmy się, ale nie wierzę, że zobojętnieliśmy. Mijając tych szukających ludzi, często myślę, że mnie też się nie przelewa, ale dzięki Bogu mam co do gara włożyć. Do dzisiaj nie zdawałam sobie sprawy ze skali zjawiska jakim jest w Polsce głód. Przeczytałam ciekawą rozmowę z przedstawicielem Banku Żywności, oraz rzeczniczką Ministerstwa Finansów. Wynika z niej, że w Polsce głoduje około 2 mln ludzi! Podczas gdy w ciągu roku ponad 4 mln ton żywności wywożą markety i hurtownicy na wysypiska śmieci!  Tym jedzeniem można by zapełnić cały stadion narodowy i to trzykrotnie. Dlaczego tyle jedzenia się marnuje, zamiast trafić na stoły tych najbardziej potrzebujących? Okazuje się, że przez… przepisy. Bowiem zgodnie z obowiązującym od 2009r. prawem, jedynie producenci żywności mogą przekazywać swój towar na cele charytatywne. Natomiast dystrybutorzy, czyli hurtownicy, markety  i drobni sklepikarze, muszą odprowadzić od tego towaru podatek VAT.

 

Dalej w artykule czytam, że gdyby nie te idiotyczne przepisy, krajowi dystrybutorzy żywności mogliby przekazać  na ręce najbardziej potrzebujących nawet znaczne ilości  żywności. Kilku właścicieli sklepów i hurtowni (nie podają swojego nazwiska) mówi, że współpracują z  Towarzystwem pomagającym ubogimi, przekazując żywność wbrew obowiązującemu prawu. Jeśli zostaną przyłapani na tym procederze będą musieli odprowadzić dla państwa podatek VAT.

 

Przyznaję, że w tej sprawie mam mieszane uczucia. Generalnie jestem za praworządnym państwem, a więc za przestrzeganiem prawa przez wszystkich bez wyjątku. Z drugiej jednak coś się we mnie buntuje kiedy słyszę, że to właśnie prawo, związuje ręce tym, którzy mogą pomóc. To co, lepiej wyrzucić na śmietnik, niż rozdać głodnym? Nie rozumiem tego…

*Współpraca GL



komentarze (23) | dodaj komentarz

Czepce:)

niedziela, 23 stycznia 2011 17:48

 

Już dawno mnie nosiło żeby pokazać nakrycia głowy -  czepce, które zobaczyłam w muzeum w Kopenhadze. Czekałam na jakąś stosowną okazję, żeby rozwinąć temat i nie doczekałam się.  Pokazuję je więc bez okazji. Zobaczcie z jakich dekoracyjnych tkanin zostały wykonane, a do tego jeszcze te przepiękne hafty… cudeńka!

 

 

 



komentarze (26) | dodaj komentarz

Nie zawsze dowcip jest zabawny

sobota, 22 stycznia 2011 12:40

Czy zdarzyło się Wam kiedyś popełnić gafę, albo jak kto woli faux pas?

No ja należę do tej „uprzywilejowane” grupy popełniających, i to często. Choćby ostatnio (nie pisz o tym, nie pisz. Eee tam napiszę, najwyżej…:-))

 

Na początku ubiegłego tygodnia zostałam zaproszona na kolację. Wahałam się, lecz moje wahanie ustąpiło miejsca pewności, że chcę jednak zaproszenie przyjąć kiedy dowiedziałam się, że będzie też kilku znajomych, których nie widziałam kupę lat. No i w ubiegłą sobotę nastąpiła ta wiekopomna chwila:) Jedzenie było palce lizać. Na ciepło podano pyszne kluski śląskie ze sztuką wołowiny w sosie grzybowym, a na zimno wszelkiego rodzaju mięsa, sery, galarety, sałatki itp. W każdym bądź razie tyle jedzenia starczyłoby mi na miesiąc. Był też cały przekrój alkoholi i to takich, o których nawet nie wiedziałam, że są.

 

Na początku było trochę drętwo. Może dlatego, że przedział wiekowy zebranych kolacjo zjadaczy był od 25 do 55 lat i brakowało tematu, który porwałby całe towarzystwo. Jednak z każdym wypitym kieliszkiem atmosfera się rozkręcała. Trochę rozmawialiśmy i słuchaliśmy muzyki. Na koniec przyszedł czas na dowcipy. Wprawdzie mam kilka swoich ulubionych, ale nie wychylałam się, czekałam na dowcipy opowiedziane przez innych. Było w tym z mojej strony trochę asekuracji ale wynikała ona z tego, że po prostu nie wiedziałam na ile mogę sobie pozwolić, wszak większość ze zgromadzonego ponad 20 osobowego towarzystwa widziałam po raz pierwszy. Sami wiecie, że nie w każdym towarzystwie, można opowiedzieć każdy dowcip. Na podstawie usłyszanych, stwierdziłam, że akurat w tym, żadne granice nie obowiązują. Trochę odczekałam, widzę że towarzystwo zaczyna się świetnie bawić, twoja kolej – pomyślałam. Zaczęłam bardzo delikatnie.

 

- Chodzi kogut po podwórzu i się pyszni, że właśnie przeżył orgazm, znacie to?

W odpowiedzi usłyszałam chóralne – nieeeeeeee!

- Szkoda, bo to taka piękna rzecz….

 

Tyle razy opowiadałam już ten kawał, że wiem jaka jest po jego usłyszeniu reakcja. Przeważnie następuje pewna konsternacja (to uwielbiam najbardziej:-D), a potem dopiero śmiech. Tym razem było inaczej.

- Słyszysz Iza to o tobie – powiedział jakiś chłopak i zaczął się rechotać. Inni podchwycili i po chwili nastąpił ogólno towarzyski rechot.  Dziewczyna spojrzała na mnie z wyrzutem, popłakała się i wybiegła do toalety. Zrobiło mi się głupio, nie wiedziałam w czym rzecz i wtedy od znajomej dowiedziałam się, że Iza (czyli jej córka) jest ulubionym obiektem żartów na tematy związane z sexem. I to tylko dlatego, że ma 28 lat i jest singielką. Reszta „młodego” towarzystwa to żonaci i mężatki.

 

Byłam zaskoczona, zdezorientowana i czułam się niezręcznie. Przecież nie było moim zamiarem urażenie kogokolwiek. Ech trzeba mieć wyjątkowego pecha… I niech ktoś powie, że nie mam na drugie imię gafa:)

 



komentarze (21) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 20 listopada 2017