Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 289 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5217505
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32257
Bloog istnieje od: 2869 dni

Horoskop

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Hmm co by tu zrobić jutro na obiad?

środa, 30 stycznia 2013 16:18

I co tu zrobić jutro na obiad…? Pewnie wiele kobiet, na których spoczywa obowiązek gotowania obiadów często zadaje sobie to pytanie. Hmm schabowy i mielone były całkiem niedawno, gulasz i ryba też, zupę pomidorową zrobiłam w poniedziałek na niedzielnym rosole… co tu ugotować? No i fajnie by było, żeby tanio, smacznie, zdrowo i prędko:) Może filety z kurczaka pod marchewkową pierzynką…? Zdecydowanie tak,  ta potrawa spełnia powyższe warunki.

 

Latem koleżanka zaprosiła mnie na pogaduchy. Miałam iść do niej prosto po pracy Przyjdź prosto po pracy, zjesz u mnie obiad, przygotuję filety z marchewką – powiedziała. Poszłam. Filety lubię i często robię, ale raczej z pieczarkami, albo fasolką szparagową. Z marchewką nie robiłam i to był błąd, bo potrawa naprawdę pyszna. Niedawno naprawiłam ten błąd i przygotowałam filety według wskazówek koleżanki. Wyszły pyszne, ale… Oczywiście troszkę przedobrzyłam z marchewką. Koleżanka mówiła wyraźnie, że na jednego fileta przypada jedna średnia marchewka. No zaszalałam i starłam na tarce jarzynowej chyba z dziesięć

 

Podrzucam przepis gdyby ktoś zechciał zrobić obiad na szybko, smacznie i zdrowo. Zdrowo – bo o tym, że marchewka jest zdrowa nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Francuzki mawiają, że marchewka to jeden z najtańszych i najlepszych kosmetyków. I mają rację...

 

Ale powróćmy do przepisu.

Składniki:

 2 duże piersi z kurczaka (można oczywiście więcej, albo mniej, ale wtedy trzeba pamiętać żeby zmienić pozostałe proporcje).

2 marchewki, 2 łyżki majonezu, sól, pieprz, oliwa.

 Piekarnik nagrzać do 160oC. Mięso umyć i osuszyć na papierowym ręczniku. Każdą pierś przekroić wzdłuż na dwie płaskie części. Naczynie żaroodporne lekko natłuścić oliwą. Ułożyć mięso i posypać solą i pieprzem. Marchewkę zetrzeć na tarce o grubych oczkach, (ja dodałam jeszcze marchew w plasterkach) wyłożyć na mięso i posmarować majonezem. Wstawić do piekarnika i piec 40 minut.

 

A potem tylko jeść i jeść:) Mięsko jest bardzo kruche, delikatne i wilgotne, naprawdę smaczne!

 

Przekrojone filety osolone i opieprzone:)

 

 

Marchewkowa pierzynka i majonez - zdecydowanie za dużo marchewki.

 

 

Tylko jeść:)

 



komentarze (53) | dodaj komentarz

O kaczkach słów kilka:)

poniedziałek, 28 stycznia 2013 16:31

 

Każdego roku, jak mróz daje się porządnie we znaki chodzę nad rzekę dokarmiać dzikie kaczki, które z różnych względów nie załapały się na podróż do ciepłych krajów. Jedną z przyczyn zimowania jest dokarmianie ich jesienią, przez co zwlekają z odlotem, by ostatecznie osiąść gdzieś na brzegach rzek, stawów, czy jezior.

 

Latem często widziałam ludzi spacerujących alejkami parku, którzy zatrzymywali się nad stawem i dokarmiali kaczki. Zwłaszcza młode mamy ze swoimi brzdącami sypały chleb, albo bułki bezpośredni do wody, a potem   pokazywały dzieciom jak „kaczuszki robią mniam mniam” Teraz, z uwagi na zimno nie ma mam z małymi dziećmi, a i dorosłym nie zawsze chce się wychodzić w ten ziąb na dwór. A kaczki nauczone, że ludzie im coś tam przyniosą, nie za bardzo kwapią się do poszukiwania pożywienia, czekają….

 

Czym dokarmiać kaczki? Na pewno nie spleśniałym chlebem. Generalnie chleb nie jest wskazany, wszak kaczki są  roślinożerne. Ptaki te lubują się przede wszystkim w ziarnach zbóż. Może też być kapusta, marchew kukurydza, a nawet gotowane ziemniaki. Najważniejsze, by pokarm, który im podajemy, nie zawierał soli. Zbyt duża jej ilość może doprowadzić do śmierci zwierzęcia.

Pamiętajmy, że przyniesiony pokarm wykładamy w miejscu suchym – z dala od wody. Nigdy nie wrzucamy go do wody!

 

Lubię patrzeć jak tuż po wysypaniu pokarmu zlatuje się to całe pierzaste towarzystwo. Bo przecież nie tylko kaczki czekają, inne pierzaste również.  Nie wiem czy zwróciliście uwagę, że w takim konsumującym stadku obowiązuje pewna hierarchia:) Oczywiście najważniejsze są kaczki, natomiast na obrzeżach kaczego stadka lokują się inne ptaszęta, głównie krukowate. Tuż za nimi szyki zwierają nerwowe wróble, a na samym końcu trafiają się dystyngowane gołębie:) No i nikt z nikim się nie kłóci, ot czasami jakaś wnerwiona kaczka przegoni gawrona, który próbuje zwinąć jej sprzed nosa smakowity kąsek. Jednak po chwili gawron wraca i kontynuuje ucztę:)

 

Kochani, pamiętajmy o dokarmianiu zimą naszych pierzastych braci mniejszych, oczywiście z rozwagą dokarmiajmy:)

 

 

 

 

Na życzenie Spacje:) Wprawdzie nie portretowe, ale coś koło tego:)

 



komentarze (24) | dodaj komentarz

Kochankowie z Werony

sobota, 26 stycznia 2013 23:53

"Tylko miłość przez wieki będzie trwać, zaślubiona tu przez śmierć, obudzi się, by dać ukaranym za nienawiść ludziom znać, że wieczna jest miłość, a zło zawsze rodzi śmierć”.

 

To przedsięwzięcie musiało się udać, nie mogło być inaczej. Przemyślana reżyseria, świetna choreografia, przejmująca muzyka oraz rewelacyjni aktorzy i tancerze:)

Na gorzowskiej scenie u Osterwy kolejna premiera, choć sama sztuka premierą nie jest, bo przecież dramat  „Romeo i Julia” Wiliama Szekspira grany jest od stuleci… Ale tym razem było troszeczkę inaczej, bo spektakl przygotowano w wersji musicalowej. Nie przepadam zbytnio za musicalami, więc tym bardziej byłam ciekawa swojego odbioru. Pisząc o swoich wrażeniach nie mogę pominąć tych, bez których musical (ze stratą dla gorzowskiej publiczności) by się nie odbył.

 

Dramat Szekspira wyreżyserował, a także przełożył oryginalny tekst i napisał słowa piosenek: Aktor, reżyser, autor wielu spektakli muzycznych – Cezary Domagała. Na potrzeby gorzowskiej produkcji utwór został nieco zmieniony. Reżyserowi zależało bowiem na tym, żeby „pozbawić oryginał niezrozumiałych zabaw językowych Szekspira”.

 

Choreografię do musicalu ułożył tancerz, reżyser i choreograf - Dariusz Lewandowski. Przez 7 lat brał udział w legendarnym musicalu Metro, a także kolejnych spektaklach tego teatru. Współpracuje ze szkołą baletową w Warszawie, w charakterze pedagoga repertuaru współczesnego. Darek Lewandowski jest również finalistą Konkursu dla choreografów w Hanowerze, a także uczestnikiem i choreografem na jednym z największych festiwali baletowych na świecie – International Ballet Festival of Miami w USA.

 

Muzykę do spektaklu napisał Paweł Steczek, znany między innymi z zespołu Button Hackers. Napisanie muzyki, w której trzeba „zagrać” miłość, cierpienie, ból i śmierć to nie lada wyzwanie. Kompozytor sięgnął po różne style muzyczne, a więc ballady, muzykę z pogranicza popu, czy też wątki symfoniczne. Wspominałam już kilkakrotnie, że nie jestem specjalnie muzykalna, ale muzyka do tego spektaklu zachwyciła mnie, ba kilka razy poczułam ten specyficzny dreszczyk, który czuję zawsze wtedy, kiedy muzyka trafia w samą duszę:)

 

No i jeszcze aktorzy. Jak zawsze chwalę naszych aktorów, ale inaczej nie można. Tym razem na szczególną pochwałę zasługują: Adrianna Góralska w roli Julii, Janek Mierzyński jako Romeo, oraz piastunka (moja ulubiona aktorka) Marzena Wieczorek. Podkreśliłam tę „szczególność” ponieważ aktorzy nie mieli łatwego zadania. Trudno bowiem równocześnie utrzymać rytm Szekspirowskiego wiersza, dialogować słowem, tańczyć i śpiewać. Nasi aktorzy zrobili to znakomicie (wszyscy!)

 

Oprócz  znanych nam bohaterów dramatu Szekspira, reżyser wprowadził jeszcze jedną postać, kapitalnie zagraną przez  Annę Karolinę Miłkowską - Prorok. To  „Przeznaczenie”. Niemy świadek wydarzeń, w których miłość stała się zakładnikiem nienawiści. Postać kreująca to co nieuchronne, przeszywająca zimnym dreszczem, której nikt się nie oprze.

 

Dramat Szekspira doczekał się wielu inscenizacji. I bardzo dobrze, bo tragiczne losy kochanków z Werony, zawsze warte są odświeżenia, choćby w takiej formie jak na gorzowskiej scenie:) Wszak miłość, zło, nienawiść, a na koniec śmierć to nieodłączne sceny życia. Każdego życia. Jedyną zmienną są aktorzy, bo reżyser pozostaje zawsze ten sam.

 

Jak znam życie, nasi lokalni „krytycy teatralni” pewnie znów się do czegoś doczepią, będą szukać dziury w całym. A to za cicho, a to za głośno, a to kiecka się aktorce podwinęła, a to fryzura nie taka, i nie wiem jeszcze co tam wymyślą, a że wymyślą to pewne. Nie mogłabym być krytykiem teatralnym. Kiedy zasiadam na widowni, a po chwili gasną światła i rozpoczyna się spektakl, natychmiast zanurzam się w ten inny, trochę nierealny, zaczarowany świat teatru. Teatr to moja wielka miłość, a miłość bywa bezkrytyczna…:)

 

*Zdjęcia z oficjalnej strony Teatru im. Juliusza Osterwy w Gorzowie Wlkp.

 

 



komentarze (21) | dodaj komentarz

Strzeżonego...

czwartek, 24 stycznia 2013 20:54

Na poc zątku tego tygodnia w moim mieście cztery osoby trafiły do szpitala po tym, jak zatruły się czadem. Prawdopodobną przyczyną zatrucia była nieszczelna kuchenka gazowa.

 

Ubiegłej zimy zatruła się czadem przyjaciółka mojej znajomej. Urodziła dziecko, wróciła ze szpitala do domu, a następnego dnia wieczorem postanowiła zafundować sobie kąpiel w wannie. Nie spieszyła się, bo przy dziecku został mąż. Chyba po godzinie zaniepokojony mąż pobiegł na górę (łazienka była na pierwszym piętrze). Było już  za późno, dziewczyny nie udało się uratować.

 

Każdego roku z powodu zatrucia tlenkiem węgla, potocznie zwanego czadem, ginie kilkadziesiąt osób. Za każdym razem kiedy czytam tego rodzaju informacje myślę sobie, przecież  mnie to nie dotyczy. Po pierwsze, kilka razy do roku przychodzą z gazowni panowie z takim specjalnym przyrządzikiem i badają szczelność instalacji gazowej i kominowej. Po drugie nie zaklejam nigdy okienek wentylacyjnych. Po trzecie nie dokonuję żadnych przeróbek  kominów na własną rękę.

 

A jednak, gdzieś tam jest we mnie obawa i lęk przed czadem, tym bardziej że oprócz gazu mam też w mieszkaniu dwa piece. W myśl powiedzenia strzeżonego Pan Bóg strzeże,  zamierzam kupić czujnik czadu, ponoć dobra rzecz. W końcu nie jest to jakaś wielka inwestycja, a jeśli tylko  może zapewnić komfort psychiczny i poczucie bezpieczeństwa, a w przypadku niebezpieczeństwa uratować życie moim bliskim, czy też mnie, to chyba warto:)

 

Wiem że ten wpis ani nie jest ani odkrywczy, ani kontrowersyjny, ani taki do pośmiania się. Po prostu pomyślałam, że warto przypomnieć o niebezpieczeństwie jakim jest czad. Nie na darmo zasłużył sobie na miano cichego zabójcy. Głównie ze względu na to, że pozbawiony jest zapachu, ale też z uwagi na sposób działania na organizm ludzki. Przy wysokich stężeniach tlenku węgla, już po kilku wdechach może nastąpić zgon, bez objawów ostrzegawczych, wskutek porażenia układu oddechowego oraz ostrej niewydolności układu krążenia.



komentarze (29) | dodaj komentarz

Studnia bez dna

środa, 23 stycznia 2013 18:42

Obiecał am sobie troszkę zwolnić z pisaniem na bloga, ale obok niektórych newsów trudno przejść obojętnie. Wiem, że w eleganckim towarzystwie o pieniądzach się nie rozmawia. Jednak odstąpię dzisiaj od tej zasady mając nadzieję, że zostanie mi to wybaczone:)

 

Czytam, że marszałek sejmu Ewa Kopacz za „ciężką” pracę w 2012 roku przyznała  swoim podwładnym (wicemarszałkom) nagrody po 40 tysięcy złotych(!?). Z kolei nagrodzeni wicemarszałkowie: Cezary Grabarczyk, Marek Kuchciński, Wanda Nowicka, Eugeniusz Grzeszczak, i Jerzy Wenderlich przyznali swojej szefowej, czyli Ewie Kopacz  nagrodę w kwocie 45 tysięcy złotych!

Nie… to nie żart, moja wyobraźnia też nie maczała w tym palców. To najczystszy fakt. Ciężko „zapracowani” wicemarszałkowie oraz pani marszałek wyrwali z budżetu państwa, a więc również z naszych kieszeni, blisko ćwierć miliona złotych.

 

Chcę zaznaczyć, że nie jestem przeciwna nagradzaniu za dobrze wykonywaną pracę, tyle że ja tej dobrej pracy w sejmie nie widziałam i wciąż nie widzę. Najbardziej rzucała się w oczy ta „ciężka praca” na posiedzeniach sejmu kiedy trzeba było głosować nad ważnymi dla nas ustawami. Wtedy dosłownie na palcach można było policzyć posłów zasiadających w ławach sejmowych. W końcu normalna, mrówcza praca jest taka… mało medialna. W tym czasie lepiej zwoływać kolejne konferencje prasowe i pyszczyć, albo bić pianę.

 

I kolejny przykład „ciężkiej pracy” w sejmie. W ubiegłym roku przeczytałam w Gazecie Prawnej, że ministerstwa ociągają się w wydawaniu przepisów wykonawczych do ustaw. Na swoje wytłumaczenie mają gotową odpowiedź - prace legislacyjne się  opóźniają… Niektóre ministerstwa mają kilkuletnie (!) opóźnienia w wydawaniu aktów wykonawczych. Na dziś brakuje 160 rozporządzeń do obowiązujących ustaw. Niektóre resorty nie wydają przepisów od kilku lat… Czyli niektóre ustawy funkcjonują w ograniczonym zakresie, inne pomimo uchwalenia, nie obowiązują w ogóle, tworząc jedynie zamęt w systemie prawnym. Ministrowie i inni wysoko postawieni urzędnicy obrośli w piórka, bo przecież  za skandaliczne  opóźnienia dotychczas nie poleciały żadne głowy.

 

Przykładów można by mnożyć w nieskończoność… Dlatego między innymi uważam, że  przyznawanie sobie nawzajem premii za dobrze wykonywaną pracę to skandal i zwyczajna nieuczciwość wobec tzw. zwykłego Kowalskiego.  I jak to się ma do doniesień, że Rząd wciąż szuka pieniędzy, żeby  choć częściowo ograniczyć skalę deficytu? Ma się nijak… Trzeba powiedzieć sobie wprost, że nasza władza jest rozpasana i bez umiaru - taka studnia bez dna.



komentarze (25) | dodaj komentarz

Drinki stawia Pearl

sobota, 19 stycznia 2013 17:29

Pierwszy papieros wypalony w krzakach nad rzeką, pierwszy jabol wypity ze znajomymi w altance na działkach, pierwsza randka, pierwszy pocałunek, pierwszy…, no i pierwsza muzyka, która przyprawiała o ciary. Tego się nie zapomina. Dokładnie nie pamiętam już w którym roku po raz pierwszy usłyszałam Janis Joplin. Pamiętam natomiast okoliczności. Prywatka w małym drewnianym domku pod Częstochową, tłum ludzi, muzyka z magnetofonu, i nagle ten zachrypnięty głos! Chociaż zaraz, zaraz… zdaje się, że najpierw powalał na kolana Jimi Hendrix, a dopiero potem Janis. Zresztą nieważne, ważne, że jej piosenki zrobiły wtedy na mnie piorunujące wrażenie. Inną sprawą jest, że trafiły na podatny grunt, byłam bowiem wtedy w okresie młodzieńczego buntu, który trwał i trwał, i trwał… teraz myślę, że co najmniej o kilka lat za długo:) W okresie tego buntu przez czas jakiś wiodłam życie hipiski, a Janis była jednym z symboli epoki hipisów, więc moje uwielbienie jej utworów, całkiem zrozumiałe było:)

 

Dzisiaj (19 stycznia) Janis skończyłaby 70 lat. W swoim krótkim, bo 27-letnim życiu nagrała zaledwie 3 płyty, ale za to jakie płyty! W tamtych czasach nikt nie śpiewał bluesa bardziej żywiołowo, co ja tam piszę „śpiewał” ona bluesa wykrzyczała tak, że włosy dęba stawały:)

 

4 października 1970 roku w swoim pokoju hotelowym (numer 105) przedawkowała heroinę i zmarła. Rok później, w pierwszą rocznicę jej śmierci odbył się w Szczecinie zlot jej fanów.  Najtłumniej przybyli tam hipisi. Ja też tam byłam:)

 

Nie będę rozpisywać się na temat jej  życia i twórczości, bo napisano o tym wiele, kto chce znajdzie.  Może tylko przytoczę cytat z książki Ellisa Amburna  pt. "Perła. Obsesje i namiętności Janis Joplin":

Pearl (pseudonim artystki) - pierwsza gwiazda rocka kontrkultury lat '60, która ustaliła modę panującą w ruchu "powrotu do korzeni", który z San Francisco zawojował świat. Niewolnica skazanych ostatecznie na zagładę poszukiwań szczęścia w seksie, narkotykach, pieniądzach i sławie."

 

Narkotyki spowodowały, że zaczęła tracić głos, podupadała na zdrowiu. Rzuciła narkotyki, jednak zapijała się do nieprzytomności. Nie potrafiąc zbudować trwałego związku, oddawała się chwilowym romansom, potęgującym jej poczucie samotności i depresję. „Jestem ofiarą mojego własnego życia wewnętrznego” – wyznała. Innym razem mówiła – „Na scenie kocham się z tysiącami ludzi, ale do domu wracam sama”. Kolejna znana jej wypowiedź to: „Żyj chwilą, jakby to była ostatnia chwila twojego życia”.

 

I tak żyła… za szybko, za głupio, jakby nie miała niczego do stracenia. A przecież miała. Miała niesamowity głos, sławę, pieniądze. O tym wszystkim wielu naprawdę dobrych wokalistów mogło sobie tylko pomarzyć.

 

Po śmierci jej ciało skremowano i rozsypano nad Oceanem Spokojnym. Zgodnie z zapisem w testamencie piosenkarki, po jej śmierci wyprawiono przyjęcie. Przeznaczyła na ten cel 1500 dolarów. Przyjęcie odbyło się 26 października 1970 roku w Kalifornii. Napisy głosiły: „Drinki stawia Pearl”.

 

 



komentarze (38) | dodaj komentarz

Prawie jak gospodarz... Anioł

czwartek, 17 stycznia 2013 16:42

Ponad dwadzieścia lat mieszkałam w dziesięciopiętrowym bloku. Na każdym piętrze mieszkało po dziesięć rodzin. Różnie bywało…  każdy chyba wie jak mieszka się w takim bloku, gdzie cienkie ściany zza których słychać rozmowy sąsiadów i nie tylko - bo nocne figlowanie też:) Z korytarzy natomiast dochodził wieczny stukot butów na obcasach, odgłos trzaskania drzwiami od windy i szczekanie ukochanych pupili lokatorów. Czasami jakiś napruty, albo wściekły sąsiad walił w rury od kaloryferów, stawiając cały pion do… pionu. No i te wieczne weekendowe remonty rozpoczynające się skoro świt, a kończące dobrze po północy. Były też dobre strony, wprawdzie mniej, ale jednak były. Choćby możliwość pozostawienia u zaprzyjaźnionej sąsiadki na chwilę dziecka kiedy była potrzeba zrobienia zakupów w pobliskim sklepie. Albo prośba o odebranie przesyłki poleconej.

 

Kiedy tylko zdarzyła się okazja opuszczenia tego bunkrowca i przeprowadzenia się do jednopiętrowego domu, nie zastanawiałam się długo…

Wiem, że wszystko zależy od kultury mieszkańców takich bloków, ale nawet jeśli większość ludzi zachowuje się w cywilizowany sposób, to i tak zawsze znajdzie się jakaś parszywa owca. I z takimi właśnie „parszywymi owcami” postanowił powalczyć jeden z mieszkańców wieżowca w moim mieście. Dodam jeszcze, że charytatywnie postanowił powalczyć. Tyle, że troszeczkę przesadził:)

 

Jak podaje Gazeta Lubuska lokatorzy tego wieżowca znajdują w swoich skrzynkach listy o treści:

,,(...) Ktoś z państwa ma niewypoziomowaną pralkę - uprasza się o jej wypoziomowanie (...). Wanny akrylowe powodują hałas, gdyż działają jak bęben, wzmacniając uderzenia. Dobrze by było ją wyciszyć lub korzystać z niej o przyzwoitych godzinach''.

 

Zdarzały się też przypadki zakręcania przez sąsiada – Anioła wody w czasie kąpieli po 22.00 (zawory wodomierzy są ogólnodostępne na klatkach) - załatwiony w ten sposób mężczyzna ganiał ponoć w ręczniku po korytarzu. Były też naklejki na drzwiach wejściowych zakazujące noszenia butów na obcasach - bo hałasują. Do tego dochodzą wyzwiska wypisane flamastrem na skrzynce pocztowej ,,idioci uciszcie te psy” czy podkładki filcowe wrzucane niektórym sąsiadom do skrzynek pocztowych.  Aniołowi zdarzyło się też... przepytywać ludzi wchodzących do klatki. Jedna z odwiedzających usłyszała ,,a pani do kogo?”. Gdy obruszyła się na pytanie, Anioł zagroził wezwaniem policji!


Jedna z kobiet dostała nawet sugestię wymiany włączników do światła i baterii w łazience! Usłyszała, że ma kran przeznaczony do domu jednorodzinnego, a nie do bloku. Zresztą pismo w tej sprawie trafiło do Spółdzielni Mieszkaniowej i chcąc nie chcąc, kobieta miała w mieszkaniu kontrolę, po której okazało się, że bateria była w porządku, ot zwykła  bateria dopuszczona do montażu.

 

Pan Anioł jest również dużym problemem dla Spółdzielni Mieszkaniowej. Jeden z pracowników mówi, że owszem, czasami pojawia się mieszkaniec, który próbuje uporządkować życie innych. Ale  takiej skali jeszcze nie było, żeby pracownicy chodzili po domach i sprawdzali głośność działania włączników światłą i baterię w łazience.

 

I tak źle, i tak niedobrze. Narzekałam na „uroki” mieszkania w wieżowcu, ale takiego człowieka za sąsiada nie chciałabym mieć nawet przez pięć minut! W tym roku, na same święta,  sąsiad Anioł znalazł w swojej skrzynce na listy prezent… zatyczki do uszu!



komentarze (56) | dodaj komentarz

Grunt to dobra zabawa...

wtorek, 15 stycznia 2013 23:37

Znajo ma pobrała ma telefon komórkowy grę.  Nie jestem fanką gier, ot czasami w wolnej chwili postawię sobie pasjansa, ale widząc z jakim przejęciem śmiga po klawiaturze aparatu zainteresowałam się co to za gra. Niby nic wielkiego, zwykła zręcznościówka. Na ekranie pojawia się stół wigilijny z napojami, słychać też dźwięki granej kolędy. Zadaniem gracza jest utrącanie pojawiających się rąk próbujących zabrać butelki. "Uratuj Wigilię w Radomiu, nie pozwól chytrej babie zajumać napojów" - apelują twórcy gry. Ani mnie to rozbawiło, ani rozśmieszyło, a wręcz przeciwnie, poczułam jakiś niesmak, zażenowanie… Oczywiście wiem jakie wydarzenie było kanwą do tej gry, zresztą chyba każdy wie. Dla porządku przypomnę.

 

Grudzień 2012, zorganizowana przez miasto Radom wigilia na deptaku. Na długim stole przykrytym białym obrusem leżą zielone gałązki, chleby, świece i napoje, w tle słychać kolędę. Wokół stołu tłum mieszkańców. Po chwili stół pustoszeje. Niemłoda kobieta w jasnej czapce i czarnym płaszczu prędko sięga po butelkę napoju firmy Zbyszko Trzy Cytryny, potem po drugą butelkę, a wreszcie po kolejną.  Potem kobieta znika z planu. Zjawia się za to inna starsza pani, też w jasnej czapce i ciemnym ubraniu. Też wyciąga rękę, ale tylko po to, by postawić przewróconą świecę. No i zaczęło się szaleństwo internetowe. W mig okrzyknięto kobietę „chytrą babą z Radomia.” A teraz jeszcze ta gra…

 

Jakby przyjrzeć się dokładnie, to widać wyraźnie, że kobieta komuś jedną butelkę podaje, ale komu się chce przyglądać uważnie, prościej wyszydzić, wykpić, wyśmiać, czy wymyślać kolejne memy, przeróbki, fotomontaże, ot tak dla jaj. A niechaj się naród bawi!

 

Zastanawiam się jak teraz tej kobiecie i jej rodzinie żyje się w swoim mieście. Podobno wytykają ją palcami, a jej wnuki nie mają łatwego życia w szkole. Ale co to kogo obchodzi, każdy powód do „zabawy” jest dobry, prawda? Zabawa trwa w najlepsze i nie przerwał jej nawet list otwarty w obronie „baby” i innych ofiar bezpardonowych żartów w sieci zamieszczony przez Helsińską Fundację Praw Człowieka na swojej stronie internetowej. Czytamy w nim między innymi, że prześmiewcze wykorzystanie wizerunku osób prywatnych bez ich zgody może być bardzo krzywdzące i może prowadzić do naruszenia godności osoby prywatnej.  List przeczytali nielicznie, ale kto by się nad tą „godnością” dłużej zastanawiał, grunt to „dobra zabawa”…



komentarze (135) | dodaj komentarz

Włączyć zapłon

czwartek, 10 stycznia 2013 16:17

Począte k tego roku zaczął się dla mnie tak sobie. Najbardziej złości mnie brak formy intelektualnej.  Czym się charakteryzuje ten brak formy? Ano na przykład. Biorę jedną z kilku dziewiczych jeszcze książek, które tęsknie spoglądają na mnie z półki i po kilku przewróconych naprędce kartkach odkładam z powrotem na półkę. Albo. Zasiadam wygodnie z zamiarem obejrzenia filmu, który miał kilka bardzo dobrych recenzji, a po kilku minutach tracę wątek, oraz zrozumienie co właściwie mówi lektor. Wyłączam. Albo. Czytam, że ciekawa wystawa w mieści. Nawet baterię ładuję w aparacie żeby ewentualnie kilka fotek „strzelić”, a na godzinę przed wyjściem z domu zaczynam kombinować, że przecież wystawa „powisi” jeszcze trochę w galerii, zawsze zdążę pójść. O przygotowaniu kolejnych notek na bloga nie wspomnę. Posucha aż mózg boli.  Nie ma co ukrywać, albo udawać, że wszystko jest ok, bo nie jest.   Niby wiem, czuję, że jest we mnie wiele, a nie potrafię włączyć zapłonu. Zupełnie jak  ten Indianin z Oklahomy.

 

Wiele lat temu a ziemi należącej do starego Indianina odkryto złoże ropy naftowej. Właściciel tej ziemi całe życie cierpiał niedostatek, więc  odkrycie ropy nagle uczyniło go bogatym. Za pierwsze pieniądze kupił sobie wielkiego, turystycznego Cadillaca. Zaopatrzył się również  w kapelusz w stylu Abrahama Lincolna, frak, muszkę i dopełnił swój wizerunek wielkim czarnym cygarem.  Tak wyposażony każdego dnia wjeżdżał do małej pobliskiej mieściny, by zobaczyć wszystkich i dać się wszystkim zobaczyć.  Miał przyjazne usposobienie, oglądał się więc na lewo i prawo, zagadując każdego napotkanego przechodnia. Nie zdarzyło mu się nigdy potrącić lub przejechać kogoś, czy nawet uszkodzić czyjeś mienie. Przyczyna była nader prozaiczna. Przed jego pięknym automobilem szły dwa konie, które… go ciągnęły. Miejscowi mechanicy wiedzieli, że samochód jest sprawny, właściciel nie potrafił jednak nauczyć się wkładać kluczyka do stacyjki i uruchamiać silnika. Samochód miał w sobie moc setek koni  gotowych i rwących się do jazdy, właściciel zaprzęgał jednak dwa konie…

 

Psychologowie twierdzą, że wykorzystujemy tylko od 2 do 5 procent swoich możliwości. No mój przypadek zdecydowanie zaniża te statystyki, bo ostatnio  czuję, że wykorzystuję – powiedzmy jeden procent i to w porywach. Nie lubię siebie takiej…

 

A jutro (11 stycznia) mija trzy lata mojego blogowania i czas najwyższy podjąć jakąś decyzję. I pewnie w końcu podejmę. Oczywiście jak już nauczę się wkładać ten kluczyk do stacyjki, by uruchomić silnik:-)



komentarze (53) | dodaj komentarz

Herbatka na zdrowie:)

niedziela, 06 stycznia 2013 22:11

 

Zmienna aura jest jednym z czynników  sprzyjających zachorowaniom na grypę. Jak podaje Krajowy Ośrodek ds. Grypy w ciągu ostatniego tygodnia w naszym kraju odnotowano prawie 80 tysięcy zachorowań na grypę, a więc o 15 tysięcy więcej niż przed świętami. Tak źle nie było od co najmniej 5 lat. Czy można ustrzec się przed grypą? Moim zdaniem nie można, chyba, że ktoś w ogóle nie wychodzi z domu, a więc nie ma kontaktu z innymi ludźmi.  Niemniej warto w tym okresie podnieść poziom swojej odporności   choćby przez zażywanie preparatów zawierających witaminę C i rutynę, czy odpowiednie ubieranie się zgodnie z panującą na dworze temperaturą (nie przegrzewanie, ale też nie za lekko), albo przyrządzanie sobie herbatki z imbirem.

 

Wiem, wiem, teraz to łatwo się wymądrzać, tylko czemu kochana nie pamiętałaś o tym zanim dopadło cię grypsko? Czemu nie piłaś herbatki z imbirem, o właściwościach której pisałaś w ubiegłym roku?  Teraz to już chyba  musztarda po obiedzie, ale piję! Kupiłam korzeń imbiru i codziennie przyrządzam sobie ową herbatkę.  Herbatę z imbirem można przygotować na wiele sposobów i zapewniam, że każda jest „do wypicia”.  Przykładowo:

 

  1. Kawałek korzenia imbiru obieramy albo bardzo dokładnie myjemy, a następnie cieniutko kroimy. Plasterki należy zagotować w 1,5 l wody (gotujemy około 20 minut). Wywar przecedzamy przez sitko, dodajemy sok wyciśnięty z jednej pomarańczy i jednej cytryny. Taką herbatkę można posłodzić miodem albo brązowym cukrem.
  2. Z korzenia imbiru odcinamy około półcentymetrowy kawałek, a następnie rozdrabniamy go (ja siekam nożem na drewnianej deseczce). W garnuszku gotujemy pół litra wody, dodajemy imbir i gotujemy około 3 minuty. Następnie w tym wywarze zaparzamy herbatę (z torebki lub liściastą) i gotujemy przez pięć minut. Kolejne pięć minut trzymamy napój pod przykryciem. Słodzimy do smaku np. miodem.
  3. Ostatnia, najprostsza wersja. Łyżeczkę drobno posikanego korzenia imbiru wsypujemy do szklanki, dokładamy torebkę herbaty i zalewamy wrzątkiem. Trzymamy pod przykryciem przez pięć minut. Przecedzamy i dosmaczamy cukrem lub miodem. Ja dosmaczam własnoręcznie zrobionym miodem z mniszka.

 

Dlaczego akurat imbir? Bo doskonale radzi sobie z objawami przeziębienia i grypy, działając stymulująco na układ odpornościowy. Poza tym, niszczy wirusy, poprawia krążenie krwi oraz trawienie, ma działanie przeciwwymiotne, przeciwbólowe, poprawia koncentrację, obniża cholesterol i… posiada pewnie jeszcze wiele innych właściwości, które pominęłam. Pijmy więc herbatkę z imbirem:)

 



komentarze (43) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 20 listopada 2017