Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 392 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« styczeń »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5058114
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32245
Bloog istnieje od: 2693 dni

Horoskop

Wodnik

Sobota dobra na wszystko - zadbaj o siebie, bądź dla siebie kimś najważniejszym. Postaraj się o dobrą atmosferę wokół siebie, rozpieszczaj się, idź na zakupy i spraw sobie coś fajnego

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Pusto wszędzie, głucho wszędzie…

czwartek, 30 stycznia 2014 20:33

Jest w Gorzowie taki fajny klub. Zapiecek się nazywa. Gospodyni, Pani Barbara zaprasza znamienitych gości, a kto tylko ma ochotę może przyjść, posłuchać, zadawać pytania, wypić kawkę i rozgrzać się w sympatycznej atmosferze. Przyznaję, że właściwie tam nie chodziłam. Jakoś nie było okazji, a może po prostu nikt nie potrafił mnie zmotywować:)  No cóż, pierwsze koty za płoty. I choć temat spotkanie nie leżał mi tak do końca, poszłam, bo zaproszonym gościem był znajomy. Poszłam i nie żałuję.

 

Mój syn miał cztery lata kiedy nastąpiła katastrofa (o przepraszam awaria) elektrowni atomowej w Czarnobylu. Pamiętam to wystawanie w kolejce do lekarza, który ordynował dzieciom płyn Lugola - wodny roztwór jodku potasu i pierwiastkowego jodu. Wtedy też okazało się, że nie istnieją w Polsce żadne plany na wypadek tego rodzaju katastrof. 26 kwietnia minie 28 lat od tego wydarzenia, a właściwie wciąż tak do końca nie wiadomo jakie były, a może wciąż są skutki tej awarii. Marzeniem mojego znajomego, Krzyśka Webera, „szalonego naukowca”  była wycieczka do elektrowni. Marzenia czasami się spełniają:) Krzysiek tam był, a o tym co widział, czego doświadczył, opowiadał ponad dwie godziny w klubie na Zapiecku właśnie:)

 

Szczerze mówić zrozumiałam z tego wszystkiego mniej niż połowę. Nigdy nie byłam mocna w chemii. Nie znam się na tych wszystkich reakcjach i innych takich. Za to z ciekawością obejrzałam zdjęcia z Czarnobyla. Najbardziej poruszyły mnie te przedstawiające puste przedszkola, szkoły, szpitale, place zabaw. Niesamowite… wszystko wygląda jak gotowa scenografia do filmu katastroficznego, albo tillera…

 

Opowiadając o elektrowni w Czarnobylu Krzysztof kilkakrotnie podkreślał, że należy obalić funkcjonujący w naszej świadomości mit, a mianowicie że w Czarnobylu doszło do wybuchu jądrowego! No nie doszło… Bezpośrednią przyczyną katastrofy były dwa wybuchy, pierwszy to wybuch pary wodnej, drugi to wybuch tzw. ”mieszanki wybuchowej”, którą tworzy wodór w kontakcie z powietrzem. Do wybuchów doszło w bloku nr 4 elektrowni. Wybuchy te były skutkiem źle przygotowanego i błędnie przeprowadzonego eksperymentu, który miał na celu poprawę bezpieczeństwa funkcjonowania reaktora.

 

Więcej wymądrzać się nie będę, bo jak wspominałam nie znam się na tym. Dodam jeszcze, że Krzyśku z wykształcenia jest chemikiem, a jego wielką pasją jest radiochemia oraz fotografia. Spotkanie trwało ponad dwie godziny, niemniej ilość materiału, który przygotował była imponująca. Starczyłaby jeszcze na co najmniej kilka takich spotkań:) Warto było być i posłuchać…

 

Krzysztof Weber i gospodyni spotkania - Pani Barbara Schroeder

 

026.jpg

 

015.jpg

 

Autor zdjęcia: K. Weber

 

K-Weber.jpg



komentarze (19) | dodaj komentarz

Komu nagrodę, wyróżnienie, certyfikat?

poniedziałek, 27 stycznia 2014 18:58

Jak ja certyfikat_sf2011.jpgtego nie lubię! Po raz kolejny okazało się, że moja naiwność osiągnęła szczyty. Szczyty głupoty oczywiście. Już wyjaśniam. Jeśli zdarzy mi się być po raz pierwszy w jakimś miejscu, na przykład w prywatnym gabinecie lekarskim, albo urzędzie, czy w ogóle jakimś obiekcie użyteczności publicznej, czekając na swoją kolej czytam wywieszone na ścianach dyplomy, listy pochwalne, czy certyfikaty. Na mnie to działa… Kiedyś byłam w prywatnym gabinecie lekarskim, w którym cała ściana zapełniona była takimi różnymi, w tym jakieś tytuły honorowe zagranicznych uczelni. W moich oczach ten lekarz rósł na wyjątkowo dobrego fachowca. Dlatego byłam rozczarowana kiedy postawił niewłaściwą diagnozę, a potem przeczytałam, że ma sprawę sądową. Kobieta oskarżała go o błędy w sztuce.. Podobnie zapełnioną ścianę widziałam kiedyś u prawnika, u rzeczoznawcy, czy architekta…

 

Za każdym razem byłam przekonana, że zasłużyli sobie na wyróżnienia swoją pracą bądź wyjątkowymi osiągnięciami w swojej dziedzinie. Nic podobnego. Wiem, że nie powinno wrzucać się wszystkich do jednego worka, ale po lekturze artykułu umieszczonego na jednym z portali informacyjnych sama już nie wiem... Autor na podstawie prestiżowej nagrody „Perły medycyny”  rozprawia się z tymi wszystkimi nagrodami, wyróżnieniami i certyfikatami. Okazuje się, że właściwie wszystko można kupić. Że nagroda jest tyle warta ile zapłaciła firma ją otrzymująca.

 

Tygodnik Powszechny cytuje fragment umowy, jaką placówki zawierały, by móc posługiwać się certyfikatem Pereł.

„Organizator zobowiązuje się w ramach pakietu promocyjnego: (...) zapewnić uzyskanie nagrody w konkursie w postaci złotej, srebrnej lub brązowej statuetki Perła Eskulapa 2013, zapewnić Uczestnikowi wyróżnienie w konkursie w postaci dyplomu.” Proste jak drut. Wy w ramach pakietu promocyjnego zapłacicie określoną sumę, a my zapewnimy nagrodę w postaci dyplomu.

 

Oprócz Pereł w podobny sposób przyznawane są między innymi: Orły Polskiego Budownictwa, Samorząd Przyjazny Przedsiębiorczości, Gmina Atrakcyjna Turystycznie. Dalej autor wymienia jeszcze kilka nagród, których prestiżowość również budzi wątpliwości: Teraz Polska, Rzetelna firma, Rzetelni dla Biznesu, czy Przedsiębiorstwo Fair Play.

 

Jedynym pocieszeniem jest, że nie tylko ja dałam się nabrać na ten niby prestiż. Rozmawiałam na ten temat z kilkoma znajomymi i okazało się, że oni również… Widać firmy widzą sens zawieszania tego rodzaju makulatury na ścianach, bo zawsze znajdzie się jakaś mucha, która przylepi się na lep „prestiżu.” Jednak już beze mnie…



komentarze (24) | dodaj komentarz

Trochę o tym, trochę o tamtym:)

sobota, 25 stycznia 2014 10:05

Wczoraj byłam na wystawie „Światłem i pędzlem malowane” zorganizowanej z okazji 40 - lecia Młodzieżowego Domu Kultury. Swoje prace wystawiali nauczyciele pracujący z młodzieżą. Oryginalne fotografie, olejne obrazy, subtelne akwarele, zachwycające szkice. Jednak najbardziej zaintrygowały mnie prace Małgorzaty Całus – Jarno wykonane metodą batikową.

 

Nie mogłam oderwać oczu. Może ze względu ma moje ulubione motywy roślinne, a może ze względu na artyzm wykonania. Nie miałam pojęcia, że metoda batiku jest tak trudna i pracochłonna. Artysta nakłada wzór na tkaninę roztopionym woskiem, a następnie zanurza tkaninę w kąpieli barwiącej. Miejsca pokryte woskiem nie przyjmują farby. Przed każdą kolejną kąpielą rysuje gorącym woskiem wzór, który ma pozostawać niezafarbowany. Wosk nakłada się tyle razy, ile razy barwiona jest tkanina. Po zakończeniu etapów barwienia wosk zdejmuje się z tkaniny przez prasowanie pomiędzy dwiema warstwami papieru. Podziwiam cierpliwość i precyzję, ale efekt końcowy wart jest tych wszystkich trudów:)

Prace umieszczona za szkłem, więc jakość fotek pozostawia dużo do życzenia.

 

MDK 022.jpg

 

MDK 023.jpg

 

 

Zaś późnym wieczorem byłam w teatrze na próbie generalnej (dzisiaj premiera) sztuki Szekspira "Wesołe kumoszki z Windsoru" w reżyserii Jacka Głomba. Najważniejszy wątek dotyczy Sir Johna Falstaffa, zadufanego w sobie szlachcica, który postanawia uwieść równocześnie dwie zamężne mieszczki – panią Page i panią Ford. Nie wie jednak, że obie są najlepszymi przyjaciółkami i szybko dowiadują się o jego planie. Przy takiej fabule musiało się dziać:)

 

Podczas oglądania spektaklu moja wyobraźnia została poddana najwyższej próbie. Dlaczego? Ano dlatego, że reżyser czerpał z teatru elżbietańskiego, w którym nie było wiele dekoracji. Właściwie scena była prawie pusta, a widz poprzez grę aktorską scenografię musiał sobie wyobrazić. Na przykład. Bohaterowie idą przez mostek, ale tego mostku nie ma, przechodzą przez strumyk i tego strumyka też nie ma na scenie. Jest scena, kiedy idą przez pola, gdzie są krzaki, rzeka, błoto, i aktorzy to grają. Przyznaję, że na początku miałam trudności z pobudzeniem swojej wyobraźni, ale potem dzięki fantastycznej grze aktorskiej gorzowskich artystów, poszło jak z płatka. Chylę przed nimi czoła:)

 

Przed spektaklem reżyser sztuki mówił tak:

„Robimy ten spektakl w kostiumie, ale robimy go współcześnie. Nie interesują nas stare emocje, ale dzisiejsze, współczesny świat. Chcemy, aby ta opowieść była zrozumiała, zabawna i refleksyjna dla dzisiejszej publiczności. I to nie jest jakaś publicystyka, to nie jest "plastik", to są nasze sprawy, nasze emocje, którymi żyjemy”.

 

Moim zdaniem zamierzenie reżysera zostało zrealizowane na szóstkę z plusem:)

fot. Archiwum Teatru Osterwy

 

wesole4.jpg

 

No i mamy mróz trzaskający jak zresztą na tę porę roku przystało. W mieszkaniu po wymianie okien jest ciut cieplej. Jednak na korytarzu ostało się jedno stare okno, które dzisiaj rano wyglądało tak :)

 

002.jpg

 

I jeszcze  znalezione w sieci... Muzyka rewolucji - Ukraiński Dom w nocy z 25 na 26 stycznia. Posłuchajcie.

 



komentarze (15) | dodaj komentarz

Tajemniczy człowiek

środa, 22 stycznia 2014 20:31

Pierwspl-1-m.jpgzy raz przeczytałam o nim w książce Jana van Helsinga,  pt. „Ręce precz od tej książki”. Zaintrygował mnie… Oszust? Szarlatan? Wizjoner? Wieczny Tułacz? Cudotwórca? Kim tak naprawdę był  (a może wciąż jest) hrabia de Saint – Germain? Kiedy więc mój wzrok pośród innych książek „wyłuskał” tytuł „Hrabia de Saint – Germain” wiedziałam, że muszę natychmiast ją wypożyczyć i przeczytać. I choć autorka książki Isabel Cooper-Oakley nie odpowiedziała na moje pytania i wątpliwości, niemniej przybliżyła mi nieco tę dziwną postać.

 

Nie wiadomo kiedy i gdzie się urodził. Po raz pierwszy pojawił się  w 1710 roku w Wenecji. Wiek hrabiego oceniono wtedy na około 40 lat. Ponownie usłyszano o nim 33 lata później w Anglii i wtedy również wyglądał na 40 lat. De Saint – Germain dał się wówczas poznać, jako utalentowany śpiewak, wiolonczelista, pianista i skrzypek. Jednak wiedza i umiejętności hrabiego wykraczały daleko poza muzykę. Był również malarzem, poetą, filozofem, badaczem, lekarzem, geologiem (prościej byłoby chyba wymienić kim nie był). Perfekcyjnie władał wieloma językami. Podobno potrafił mówić różnymi głosami, czy skopiować pismo, które raz zobaczył. Nieobce mu były konszachty z duchami. Utrzymywał kontakty z członkami lóż wolnomularskich. Przewidział wiele tragicznych wydarzeń, m.in. upadek monarchii we Francji oraz dwie wojny światowe…

 

Według niektórych świadectw lata 1737 – 1742 spędził na dworze szacha perskiego. Właśnie tam miał poznać tajemnicę wytwarzania diamentów. Po powrocie do Europy chodził w bogatych strojach. Znajomych obdarował drogocennymi prezentami i raczył opowieściami, które mogły świadczyć albo o bujnej wyobraźni, albo o niezliczonych tajemnicach tego świata. Opowiadał o swoich wędrówkach w Himalajach i pobycie we wnętrzu piramid. Hrabia twierdził, że właśnie tam można odnaleźć odpowiedzi na wszystkie pytania. Szczycił się, że poznał sekrety sił natury.

 

Źródła historyczne podają, że hrabia de Saint – Germain zmarł na dworze księcia Karla von Hesse – Kassela w 1784 roku. Kilka dni po jego pogrzebie otwarto trumnę, która okazała się pusta. Być może śmierć hrabiego była mistyfikacją. Tajemniczy szlachcic już wcześniej znikał na wiele lat, żeby pojawić się ponownie. Von Hesse - Kassel umarł w 1786 roku. Na pogrzeb arystokraty przybyło tysiące ludzi. Wielu z nich zaświadczyło, że widziało tam hrabiego de Saint – Germain…

 

Jego postać zainspirowała Aleksandra Dumasa do napisania książki "Józef Balsamo". Ale nie tylko Dumas czerpał z jego bogatej biografii. Hrabia pojawia się m.in. w „Rękopisie znalezionym w Saragossie” Jana Potockiego, w „Wahadle Foucaulta”Umberta Eco, czy „Eliksirze młodości” Waldemara Łysiaka.

 

Jak już wspominałam, książka nie dała mi odpowiedzi na pytanie kim naprawdę był hrabia de Saint – Germain. Podobnie jak inne źródła, do których się „dokopałam” zaintrygowana tą postacią. Ale nie przeszkadza mi to… W dzisiejszych czasach wszystko próbuje się wyjaśnić skatalogować, opisać, rozebrać na części pierwsze. Niech więc ten dziwny człowiek pozostanie tajemnicą. Lubię tajemnice…



komentarze (14) | dodaj komentarz

Ach ta mama...

niedziela, 19 stycznia 2014 10:55

Wczorakoleda.jpgj u mojej mamy chodził ksiądz po kolędzie. Na tę okoliczność poprosiła mnie żebym przyszła wcześniej niż zwykle: - trzeba dokładnie wysprzątać, a potem przygotować się na księdza – powiedziała. Poszłam, wysprzątałam, nakryłam stół. Mam położyła kopertę. – Wiesz córka, w tym roku daję tylko 20 złotych, bo krucho z pieniędzmi, dużo na leki wydałam.

- Gdzie jest kropidło – zapytałam?

- Nachyl się córka, w tej szafce na samym dole są dwa. Weź to nowsze – powiedziała.

Nachyliłam się, szukam, szukam… nie ma. Wyciągam wszystko z szafki, nie ma!

- Mamo, nie ma! Gdzie jeszcze mogłaś włożyć?

- Nigdzie, musi tam być!

 

No nie było. Rozpoczęło się szukanie. Minęła godzina, a kropidła nie ma. Mama zdenerwowana do granic możliwości, a ja dumam gdzie jeszcze mogła wetknąć. - Mamo, a może włożyłaś gdzieś do szafy w sypialni, pójdę zobaczyć. – Gdzie idziesz? Tam nie ma, ja już szukałam – odpowiedziała. Dziwne, bo cały czas szukałyśmy w tzw. dużym pokoju, z którego mama nie oddaliła się ani na chwilę. Ostatecznie robię rundkę po mamy sąsiadkach. Wracam z kropidłem. Uff!

 

Już zbieram się do domu, ale mama chce jeszcze żebym napisała na kopercie, którą położyła na stole adres mieszkania. Napisałam ulicę i długopis się wypisał. Mama przyniosła drugi, ale z czarnym wkładem. Poprosiłam żeby dała nową kopertę, żeby napisać jednym kolorem. Mama prędko odwróciła się ode mnie plecami i przełożyła pieniądze do drugiej koperty. Mimo wszystko zdążyłam zobaczyć. Stówka…

 

Kurna, w końcu to nie moja kasa, ale czemu kłamie…  Przed wyjściem z domu chciałam się z mamą umówić do jubilera. Kilka lat temu dostała od mojego brata na urodziny złote kolczyki, w których popsuło się zapięcie. A wiesz córka… ja nie za bardzo się czuję, nogi mi puchną, kiedy indziej pójdziemy do jubilera – powiedziała. To może w tygodniu po pracy sama zaniosę – zapytałam.

 

Nie trzeba… Po minie widzę, że mama coś kręci. Trochę to trwało, ale na koniec wyjawiła, że kolczyki zaniosła do kościoła na koronę do nowego obrazu Matki Boskiej.

 

I nagle wszystko zaczęło mi się układać w całość. W zeszłym miesiącu pożyczała od sąsiadki i od mojego brata pieniądze, bo ponoć zbrakło jej na życie. Dziwne to było, bo mama dostaje sporą emeryturę i do tej pory radziła sobie. Pomyślałam, że może faktycznie miała jakiś większy wydatek. Niedawno prosiła mnie żebym usunęła z jej telefonu sms (sama nie potrafi). Jeden z nich był z banku i przypominał o zapłacie kolejnej raty kredytu. Wtedy mama powiedziała, że to pomyłka… Teraz mam wątpliwości. Dzisiaj idę do brata i bratowej na rodzinną naradę. Trzeba będzie coś zrobić, ale co…?



komentarze (229) | dodaj komentarz

Spełnili marzenie:)

czwartek, 16 stycznia 2014 18:05

„Spełnienia marzeń” - chyba najczęściej wypowiadamy te słowa składając swoim znajomym życzenia imieninowe, bądź urodzinowe. Bo przecież każdy z nas o czymś marzy, prawda? I fajnie byłoby gdyby jeśli nie wszystkie, to choć część z nich się spełniła. Tyle, że my mamy dużo czasu, możemy pracować na rzecz spełnienia marzeń, albo cierpliwie czekać. Dzieci cierpiące na choroby zagrażające ich życiu tego czasu nie mają, dlatego trzeba zrobić wszystko co w naszej mocy, by pomóc im w spełnieniu ich marzeń...

 

Dla Fundacji "Mam Marzenie" każde z dziecięcych marzeń jest wyjątkowe, tak jak wyjątkowy jest los tych dzieci. Gorzowski Oddział Fundacji ma na swoim koncie wiele ciekawych inicjatyw oraz skutecznie przeprowadzonych akcji  związanych nie tylko ze spełnianiem marzeń, ale też codzienną pomocą chorym dzieciom. Za każdym razem kiedy czytam informacje o kolejnym Marzeniu spełnionym dzięki Fundacji jakoś tak ciepło robi się na serduchu... A teraz wręcz gorąco, bo w poznańskim szpitalu klinicznym Marzenia dzieci spełniała we wtorek moja przyjaciółka Anna Dębicka razem z romskim zespołem dziecięcym Romani Cierheń. Okazuje się, że w tym szpitalu leczone są również dzieci romskie, które marzyły o zobaczeniu cygańskiego występu.

 

Przed wyjazdem do Poznania Ania miała wiele obaw, głównie od strony emocjonalnej. Nie wiedziała, czy starczy sił, czy się nie rozpłacze, czy krtań ściśnięta pozwoli na przeczytanie pięknej cygańskiej baśni. Udało się! Dziewczynki z cygańskiego zespołu Romani Czierheń zatańczyły nie tylko nogami, ale też całym sercem:)  Była więc wspomniana już bajka, był wiersz, muzyka, taniec. Niestety, nie wszystkie dzieci mogły zasiąść na widowni… Wiele z nich nie może opuszczać szpitalnej sali. I właśnie jedno z tych chorych dzieci namalowało dla Fundacji ten piękny obrazek:

 

obrazek.jpg

 

Może zabrzmi to patetycznie, ale jestem dumna, że wśród moich bliskich znajomych są ludzie, którym chce się chcieć. Jestem dumna, że dzieciom z mojego miasta nie jest obojętny los chorych dzieci. Swoim występem wniosły chwilę radości, zapomnienia, a może nawet dodały sił do walki z chorobą. Dziękuję!

 

Wciąż czekam na zdjęcia z występu w Poznaniu. Póki co wstawiam zdjęcia zespołu Romani Cierheń zrobione podczas WOŚP w Gorzowie. Bo warto wspomnieć, że dziewczynki zatańczyły dla Orkiestry. A tam zaraz zatańczyły… po prostu dały czadu:)

 

Romani1.jpg

 

Romani.jpg

 

Anna Dębicka:)

 

Ania.jpg



komentarze (23) | dodaj komentarz

Co o godzinie 5,40 w moim domu robi Kuźniar?

wtorek, 14 stycznia 2014 16:39

k,MTM5NTI0OTgsNDYzMjcwNzA=,f,budzik_kQ_thumb.jpg

Zwykły poranek, podobny do setek poranków, podczas których szykuję się do pracy. Choć może nie do końca, bo budzę się bardziej wyspana, co wydaje się naturalne skoro wczoraj po pracy zaliczyłam godzinną drzemką, a spać poszłam o całą godzinę wcześniej niźli zawsze się kładę. Wstaję więc na dźwięk budzika (o godz. 5,30), by odprawić poranne celebracje. Łazienka, woda na kawę, odpalony komputer. Piję kawę, sprawdzam pocztę, a potem włączam telewizor. Lubię poranny TVN24, bo i informacje dynamiczne, i pogoda prawie sprawdzalna, no i Kuźniar:) 

 

Wyciągam kosmetyczkę z zamiarem poprawienia wymiętej przez noc "urody". Jaki czort... co o godzinie 5,40  w moim domu robi Kuźniar? Przecież "Wstajesz i wiesz" startuje  o 5,55! Spoglądam na ikonkę na dole ekranu... 6,40, potem na budzik - 6,40. Nie!!!! zaspałam do pracy?! Jakim cudem?  No tak...wskazówka budzika przesunięta do przodu o całą godzinę. Nie mam pojęcia jak to się stało. Mniejsza z tym, pracę zaczynam o godz. 7 więc na wyszykowanie się i dotarcie pozostało mi 20 minut. No nie zdążę, na bank nie zdążę. Boże, jak ja nie lubię spóźniać się do pracy!

 

Do tej pory nie wierzę, że można tyle czynności wykonać w przeciągu 13 minut. Najpierw poszła w ruch modelarka, coby okiełznać potargane przez noc włosy, potem delikatny makijaż, a właściwie zarys, wyciąganie z szafy ciuchów, ubieranie się, a potem rozbieranie, bo zapomniałam ubrać stanika, i ponowne ubieranie. Potem biegiem do przedpokoju żeby ubrać buty i płaszcz, i ponownie biegiem do pokoju, bo zapomniałam ubrać skarpetek. Uff nareszcie wychodzę z domu, ale z nerwów tak mi się trzęsą ręce, że nie mogę kluczem trafić do zamka. Nareszcie udaje się zamknąć drzwi, a potem biegiem do pracy. Wpadam zdyszana jak nieboskie stworzenie o 7,03! Mojemu kręgosłupowi się ta gonitwa nie podobała, oj bardzo nie podobała. Burzył się jeszcze dobre 2 godziny. A przez to wszystko w pracy byłam dzisiaj jakaś taka… nie do życia.



komentarze (19) | dodaj komentarz

Na okoliczność:)

sobota, 11 stycznia 2014 16:49

Jakiś czas temu dotarło do mnie, że za chwilę miną cztery lata jak skrobię tego swojego bloga. Zastanawiałam się co napisać w okolicznościowym tekście. Pomysłów miałam co niemiara, a potem… zapomniałam. Dzisiaj przed wyjściem z domu do mamy zajrzałam tu, spojrzałam na datę i… no tak dzisiaj 11 stycznia, czyli czwarta rocznica.

 

Niewiele napiszę, bo o tym dlaczego rozpoczęłam blogowanie, oraz czym dla mnie z czasem stało się przelewanie myśli na monitor, pisałam przy okazji poprzednich rocznic. Nic się w tej materii nie zmieniło, więc daruję Wam i sobie:)

 

Przede wszystkim chciałam podziękować czytelnikom, gdyby nie Wy pisanie nie miałoby sensu, bo równie dobrze można byłoby pisać na karteluszkach i zamykać w szufladzie komody. Nigdy nie myślałam, że dzięki blogowaniu poznam tylu fantastycznych ludzi:) Nawiązałam kilka bliższych znajomości, z kilkoma osobami spotkałam się w realu, jeszcze inni gdzieś po drodze odsunęli się, albo oszukali, no cóż, podobnie jak w realnym życiu. A ostatnio otworzyłam nowy kanał do komunikowania się. Tak, tak… niby tak się zapierałam, tak broniłam, a jednak. Pod koniec listopada założyłam konto na facebooku i tam też „odnalazłam” kilka fantastycznych blogowiczek:)

 

Chciałam również podziękować za to, że dzięki Waszym blogom poszerzam swoje horyzonty, uczę się, poznaję nowe dziedziny, o których nie miałam pojęcia, a poprzez niektóre Wasze wpisy staję się (chyba) lepszym, bardziej tolerancyjnym człowiekiem.

 

I co by tu jeszcze… Acha, kilka razy przymierzałam się do zamknięcia tego grajdołka, ale wtedy zawsze zdarzało się coś, co popychało mnie do przodu, dodawało siły.

 

I jeszcze słowo o statystykach. Przez te cztery lata napisałam 1.163 posty, a Wy zostawiliście tu 29.240 komentarzy. Mam natomiast problem z ustaleniem ilości odwiedzin. Wg mojego licznika jest ich ponad 4 miliony, ale przecież przez długi czas liczniki były popsute i dopiero po pół roku zdecydowałam się na założenie odrębnego licznika.

 

DZIĘKUJĘ za to, że jesteście i mam nadzieję będziecie ze mną nadal!!!

 

kwiaty5.jpg



komentarze (44) | dodaj komentarz

Kocham, więc karmię?

czwartek, 09 stycznia 2014 21:59

Rzadko oglądam telewizję, więc siłą rzeczy nie miałam pojęcia o cyklicznym programie Martyny Wojciechowskiej „Kobieta na krańcu świata”. I pewnie dalej bym nie wiedziała, gdyby nie wizyta u mamy. Okazuje się, że mama jest zagorzałą fanką tego programu i nie zamierzała przepuścicie kolejnego odcinka. Tym sposobem niejako zmuszona, obejrzałam odcinek o Donnie Simpson, która chciała zostać najgrubszą kobietą świata, a faktycznie została okrzyknięta najgrubszą matką świata.

 

Kobieta mieszka w Akron w stanie Ohio (USA), dziś ma 46 lat i waży 230 kg. Od dziecka miała problemy z nadwagą. Jej matka przez obfite posiłki chciała okazać miłość do córki - jej dewizą było: "kocham, więc karmię". Jeszcze kilka lat temu, Donna marzyła o tym, by pobić rekord Guinessa i stać się najcięższą kobietą świata. Jej planem było osiągnięcie wagi 570 kg. Na posiłki wydawała wtedy prawie 1000 dolarów tygodniowo. Jej przekleństwem było też wybieranie partnerów, dla których tuczenie kobiet było fetyszem. Najpierw był to mąż, a potem chłopak.

 

Obecnie sama wychowuje dwójkę dzieci i jest na diecie (?!) Ale co to za dieta, skoro nadal zażera się hamburgerami, frytkami, ciastkami, batonami. Stara się też w ogóle nie ruszać. Może przejść 4-5 metrów, potem siada. Do supermarketu po chipsy jeździ specjalnym elektrycznym wózkiem. Na jedzenie wydaje tygodniowo 750 dolarów. Żeby zarobić na żarcie, założyła stronę internetową. Za opłatą internauci mogą oglądać, jak je hamburgery i frytki.

 

Generalnie jej tusza interesuje mnie tak samo, jak ilość pęcherzyków powietrza na listku koniczyny, czyli zwyczajnie mam to gdzieś. Co innego gdyby mieszkała w Polsce i próbowała leczyć swoją chorobliwą nadwagę z moich składek. Oj wtedy bym się burzyła, bo niby za jakie grzechy mam fundować komuś leczenie, które jest konsekwencją miłości do jedzenia? Ale w tej sytuacji, hulaj dusza piekła nie ma, a właściwie - dna  żołądka nie ma.

 

Mimo wszystko bardzo uważnie obejrzałam program, byłam ciekawa jak radzi sobie na co dzień ze swoją tuszą. Kobieta mówiła o tym jak wspaniale jej z tą nadwagą, a po chwili, przy próbie podniesienia wielorybiego cielska z fotela, kamera pokazała grymas bólu na jej nalanej twarzy. Nigdy nie była w pokoju syna, bo zwyczajnie nie przecisnęłaby się przez drzwi. Wyobrażacie to sobie?

 

Jednak najbardziej poruszyła mnie scena, kiedy kobieta odbiera dzieci ze szkoły i zawozi je pod jakąś knajpę ze śmieciowym żarciem. Podane przez okienko fast foody natychmiast pochłaniają w samochodzie. A potem grubaska mówi o tym, że jeśli jej córka będzie miała nadwagę, to zrobi wszystko, żeby czuła się w swoim ciele szczęśliwa. Że duże jest piękne i takie inne głupoty… No przy takim trybie odżywiania, jaki funduje jej matka na bank będzie miała nadwagę!

 

Szkoda mi tej dziewczynki, autentycznie jest mi przykro, że ma tak  nieodpowiedzialną matkę. Gdzieś, na jakimś forum przeczytałam, że takie dzieci powinno izolować się od rodziców drutem kolczastym. No tak radykalna to nie jestem, ale dziwię się, że nikt nie próbuje pomóc tej dziewczynce wyrwać się z zaklętego kręgu "kocham, więc karmię"...

 

Fotka z netu. Donna karmi swoją córkę

 

donna_simpson_08.jpg



komentarze (53) | dodaj komentarz

Historyjka ze szczęśliwym zakończeniem:)

środa, 08 stycznia 2014 16:17

B-w styczen 253.jpg

 

Zaginął piesek rasy takiej, a takiej, albo zaginęła kotka czarna z białą plamką na grzbiecie, znalazcę prosi się o kontakt... i tak dalej. Takich i podobnych ogłoszeń można znaleźć wiele w internecie, na słupach ogłoszeniowych, w lokalnych gazetach. Nigdy nie znalazłam zwierzaka, który by był na gigancie. Do teraz.

 

Kilka dni temu na moich wywczasach w lesie zawitał pies, a właściwie suka rasy husky z rudo białym umaszczeniem. Piękny pies, tyle, że cuchnął jak wszystkie szamba świata:) Masakra... Dobrze, że nie byłam sama, bo szczerze mówiąc nie wiedziałabym co zrobić. Przyjaciółka napoiła pieska, nakarmiła i wzięła się za pranie sierści. Po pierwszym praniu suka jeszcze bardziej cuchnęła. Po kolejnym jakby ciut mniej, ale daleko jej było do Chanel 5. Patrzyłam na te wszystkie zabiegi pielęgnacyjne z pełnym podziwem. No dobra... przyznaję, bałabym się. Generalnie boję się psów. Dużych, bo wydają mi się groźne, a małych, bo krzykliwe i kąsają. Husky poddawał się zabiegom bez skrzywienia pyska. Pozwolił sobie nawet zajrzeć do paszczy w celu sprawdzenia stanu uzębienia. Po wnikliwych oględzinach przyjaciółka wydała werdykt. Suka może mieć od półtora roku do dwóch lat i wykarmiła co najmniej sześć szczeniaków.

 

Ale co dalej, jak znaleźć właściciela psa?  W pobliskiej miejscowości nikt nie wiedział czyj to może być piesek, w każdym razie nie "tamtejszy". Równolegle poszły komunikaty do internetu. Minął dzień, drugi...nikt się nie znalazł. Następnego dnia mieliśmy już wracać do domu. Szkoda było oddać psa do schroniska… Telefony poszły w ruch i wkrótce znalazł się potencjalny nowy właściciel, który zgodził się przygarnąć psa na czas poszukiwań prawowitych właścicieli, a w przypadku gdyby się nie znaleźli - przygarnąłby go na stałe. Miał przyjechać po pieska następnego dnia. Wieczorem odezwał się telefon... Ktoś przeczytał w internecie, zobaczył zdjęcie, przekazał informację sąsiadom, faktycznym właścicielom pieska, a ci w przeciągu godziny zjawili się odebrać swoją zgubę. Radości nie było końca:) Okazało się że suka podkopała się pod ogrodzeniem i zwiała w towarzystwie swojego narzeczonego, tej samej rasy. Narzeczony wrócił do domu następnego dnia, a suka postanowiła przedłużyć swój gigant, a na koniec pewnie zabłądziła, bo trafiła do nas po pokonaniu co najmniej 10 km.

 

Mam nadzieję, że nauczeni doświadczeniem właściciele będą jej teraz lepiej pilnowali. A swoją drogą mieli szczęście, że sunia trafiła na moją przyjaciółkę...

 

Ps. A Jej werdykt co do wieku i ilości szczeniąt jak najbardziej trafny:)

 

 

B-w styczen 247.jpg

 

A tu już z właścicielami:)

 

B-w styczen 260.jpg



komentarze (13) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 27 maja 2017