Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 289 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5217509
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32257
Bloog istnieje od: 2869 dni

Horoskop

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Nie musisz być następną ofiarą

niedziela, 31 października 2010 8:39

 

W ubiegłym tygodniu w skrzynce na listy znalazłam list z Ministerstwa Zdrowia. Ooo a cóż oni ode mnie chcą? - pomyślałam i niecierpliwie rozdarłam kopertę. Wewnątrz było zaproszenie na bezpłatne badania mammograficzne - w ramach programu wczesnego wykrywania raka. Bardzo podoba mi się ten pomysł, lecz ciekawa jestem ile z tych kobiet, do których takie zaproszenie dotarło skorzysta z badań. Nie będę pisać jak ważne są te badania i jak ważne jest wykrycie raka piersi we wczesnym stadium, bo chyba każdy o tym wie. To dzięki różnym akcjom informacyjnym i takim właśnie zaproszeniom doczekaliśmy się, że rak piersi przestał być tematem tabu. No właśnie, niby każdy wie, ale często lekceważymy profilaktykę, a do tego bez żadnego sensownego wytłumaczenia.


Oczywiście że pójdę na te badanie. Po pierwsze jestem w grupie tzw. podwyższonego ryzyka - badania genetyczne wykazały, że jestem nosicielką genu nowotworowego. A po drugie wolę dmuchać na zimne, niż przeżywać to co przeżyłam kilka lat temu, kiedy dowiedziałam się, że mam raka. Dowiedziałam się trochę za późno i właściwie rzutem na taśmę udało się mnie uratować. A stało się to częściowo na własne życzenie zresztą. Wtedy też zewsząd dochodziły mnie informacje o profilaktyce, o kontrolnych badaniach, ale zawsze było jakieś bliżej nieokreślone jutro. To znaczy - pójdę jutro, może w przyszłym tygodniu, teraz nie mogę i  takie tam inne. Dopiero jak z powodu silnych bólów znalazłam się w szpitalu, jeden z lekarzy zapytał mnie kiedy ostatnio byłam u ginekologa? Kurcze nie mogłam sobie nawet przypomnieć kiedy. No i po badaniach wyszło co jest przyczyną tych bólów. Wszystko jakoś dzięki Bogu się udało, ale gdybym zaliczała systematycznie te badania kontrolne, nie doszłoby do takiego stadium. Nie byłoby tyle cierpienia, bólu, strachu, przerażenia.

Napisałam o chorobie celowo i nie dlatego żeby wzbudzać współczucie, tego mi nie trzeba bo na razie wszystko jest OK. Napisałam, bo być może, któraś z Was, czytających czasami tego bloga, odkłada na jakieś bliżej nieokreślone jutro wizytę u ginekologa, albo rzuciła gdzieś w kąt zaproszenie na badania mammograficzne. Proszę Was wszystkie i każdą z osobna - nie odkładajcie tego, nie musicie być kolejną ofiarą, przecież wiecie, że rak wcześnie wykryty może być wyleczony.



komentarze (52) | dodaj komentarz

Nie licytujmy się smutkiem, pozwólmy by każdy przeżył ten dzień po swojemu!

sobota, 30 października 2010 9:55

 

Zbliża się Dzień Zmarłych, a my spieszymy na groby rodziny i przyjaciół zrobić ostatnie porządki, zapalić znicz i pomodlić się w zadumie. Od kiedy pamiętam nie lubiłam chodzić na cmentarz. Po takiej wizycie zawsze byłam jakaś rozbita i długo nie mogłam się pozbierać. Może dlatego, że zbyt wiele bliskich mi osób pożegnałam na zawsze? Może odeszli za wcześnie i ból zamienił się w bunt? Nie wiem... Jednak z biegiem lat zauważyłam, że zupełnie inaczej podchodzę do tematu śmierci. Jakby spokojniej, dojrzalej, bez buntu i złości... Może dlatego, że sama się jej wymknęłam dwa razy?

 

Ten czas nastraja do przemyśleń, wspomnień, smutku, czegoś nieokreślonego. Może dlatego chciałam napisać jakiś krótki tekścik na okoliczność? Jednak odechciało mi się po tym, jak  poczytałam sobie różne teksty, które pojawiły się na ten temat na różnych portalach. Okazuje się bowiem, że jedynie autorzy tych tekstów wiedzą jak należy to święto obchodzić. Inni to chamy nie rozróżniające prawdziwego smutku i zadumy od komercji i szykowania grobów na pokaz. A już do łez rozbawił mnie „felieton" w którym autorka tak ukochała jesień, że z narażeniem życia, o przepraszam, z narażeniem się rodzinie z premedytacją nie posprzątała grobów swoich bliskich. Ma to być ponoć dowód jej miłości i romantyzmu Wszak światełko świeczuni tak pięknie przecież odbija się wśród złocieni liści. Masakra. Ludzie opanujcie się, nie udziwniajcie  tego święta. Nie licytujcie się smutkiem, nostalgią i refleksją Pozwólcie by każdy spędził ten dzień po swojemu. Bo co, jak nie posprzątała grobu, to bardziej kochała ich za życia niż ci, co posprzątali? Chcą się pokłócić przy grobie - niech się kłócą, może nie mają możliwości zrobienia tego gdzie indziej, bo tylko tam spotykają się co roku. Chcą zastawić grób donicami kwiatów i drogimi zniczami - niech zastawiają, ale czy to oznacza, że nie ma w nich smutku i refleksji? Dzieciaki głośno się zachowują na cmentarzu? To tylko dzieci, a zmarli i tak tego nie usłyszą. Chcą się ubrać w przewietrzone na tę okoliczność kożuchy i pelisy? Niechaj ubierają, bo w końcu kiedy mają ubrać? Czy to oznacza brak szacunku? Czy to powód żeby wyśmiewać?

 

Mamy taką cholerną polską przywarę. Oceniamy innych, a sami nosimy w sobie po trochę kołtuństwa. Bo w końcu te wszystkie spostrzeżenia i uwagi piszących skąd się biorą jak nie z obserwacji własnych. Więc ich też wypadałoby oceniać i pouczyć, że zamiast obserwować ludzi stojących przy sąsiednim grobie, a potem pisać jak bardzo są zniesmaczeni, powinni pochylić się w zadumie i refleksji. Wszak o to chodzi w tym wszystkim, prawda?



komentarze (11) | dodaj komentarz

A ty człowieku płacz i płać. I to za prąd, który uciekał „w ścianę"

piątek, 29 października 2010 15:01

 

Nie dość, że mam płacić  za coś z czego nie korzystałam, to jeszcze nie chcą mi tej płatności rozłożyć na raty.


Przez cały ubiegły rok „energetyczny" płaciłam za prąd co drugi miesiąc prawie po 200 zł. Uznałam, że to stanowczo za dużo jak na moje możliwości finansowe, więc oszczędzałam na energii jak tylko się dało. Według moich  wyliczeń, po rozliczeniu całego roku powinna wyjść znaczna nadpłata. Jakież było moje zdumienie kiedy przyszły rachunki w których stało jak byk, że mam znaczną niedopłatę! Mało tego, elektrownia wyliczyła mi, że mam teraz płacić za prąd prawi 300 zł, co drugi miesiąc! Mało mnie szlag nie trafił. Pierwsza rzecz jaka przyszła mi do głowy, to że licznik musi być popsuty. Inaczej przecież nie da się tego wytłumaczyć. Zadzwoniłam do energetyki. Pani podała mi nr telefonu do monterów, ale poinformowała przy okazji, że jak przyjadą i okaże się, że licznik jest sprawny, to będę musiała zapłacić około 90 zł. Co robić?

 

Przypomniałam sobie o znajomym elektryku, który wszem i wobec opowiada jak to bardzo pomaga ludziom w potrzebie. Przyszedł, stwierdził że licznik jest dobry, ale prąd faktycznie ucieka w „ścianę", bo po wyłączeniu zasilania głównego wskaźnik na liczniku nadal posuwał się do przodu. Zaoferował swoją pomoc w usunięciu usterki i ... tyle go widziałam. Odczekałam jednak dwa tygodnie pełna nadziei, że może wróci. Nie wrócił. Opisałam więc dokładnie swoje perypetie z prądem i zawiozłam pismo do energetyki z prośbą o rozłożenie na raty niedopłaty. Pani powiedziała, że ich obchodzi tylko licznik. Jeśli jest dobry, to muszę zapłacić całą kwotę. Poradziła mi również żebym napisała do administratora budynku, w którym mieszkam wniosek o kontrolę instalacji.

 

Zrobiłam to. Odczekałam następne dwa tygodnie nim raczył przyjść fachowiec podesłany przez administrację. Stwierdził, że jest jakiś problem z instalacją przy liczniku głównym, który znajduje się w przyległym budynku. I tu pojawił się następny problem. Trzeba było pociągnąć nową instalację, na co z kolei nie wyraziła zgody Wspólnota tamtego budynku. To znaczy wyraziłaby gdybym wymieniła instalację na własny koszt.  Po pierwsze nie mam kasy żeby zapłacić z własnej kieszeni za instalację, elektryka i robociznę. A po drugie skoro moim mieszkaniem zarządza administrator, to chyba on powinien ponieść koszty? Przecież to nie ja zrobiłam tą awarię. Chandryczenie trwało następne dwa tygodnie. W międzyczasie przyszło pismo z energetyki, że o rozłożeniu na raty nie ma mowy. Przedłużyli mi jedynie termin zapłaty niedopłaty - na koniec października.

 

Doczekałam się w końcu i w ubiegłym tygodniu wymieniono instalację. Elektryk napisał, że awaria, która powodowała obracanie się licznika po wyłączeniu zasilania głównego - została usunięta. Napisałam ponowne pismo do energetyki o rozłożenie na raty niedopłaty, podłączyłam notatkę elektryka i czekam.

Chociaż teraz tak sobie myślę, dlaczego mam płacić, choćby nawet w ratach, za coś czego nie zużyłam? Może źle sformułowałam swoje pismo, może trzeba było napisać o umorzenie? A Wy co o tym myślicie?



komentarze (11) | dodaj komentarz

Pierwszy jesienny szron:)

czwartek, 28 października 2010 18:44

 

Wczoraj rano szron pokrył cieniutką warstewką kolorowe liście i rośliny. Trawa wyglądała jakby ktoś posypał ją drobnymi kryształkami soli, a  na zielonych listkach koniczyny osiadły drobne diamenciki. Wyglądała przepięknie. Liście dotknięte szronem naprężały do granic możliwości swoje nerwy. Widok niepowtarzalny. Musiałam uchwycić tę chwilę aparatem...





komentarze (12) | dodaj komentarz

Nadal porzucają swoje nowo narodzone dzieci, a Okna Życia pozostają puste...

środa, 27 października 2010 22:30

 

Przeczytałam niedawno w GW, że w woj. Lubuskim kobieta znalazła na klatce schodowej noworodka. Dziecko zawinięte w ręcznik i damską bluzkę, leżało w reklamówce. Z kolei w SE znalazłam artykuł opisujący jak młoda dziewczyna, tuż po urodzeniu swojego dziecka w domu, uderzała nim o kafelki w łazience. Niemowlaka nie udało się uratować. I jedna i druga mówiły, że nie miały warunków by zaopiekować się swoim dzieckiem.


Kiedy po raz pierwszy przeczytałam, ze w Polsce powstają Okna Życia ucieszyłam się, że niechciane noworodki nie muszą już ginąć porzucane na śmietnikach lub na ulicy. Różne słyszy się opinie na temat samej idei powstania Okna Życia. Co by jednak nie mówić, na pewno jest to wyjście najlepsze z najgorszych. Pozostawienie swego dziecka w Okienku to ostateczność, ostatnia deska ratunku, często jedyna szansa na uratowanie takiemu maleństwu życia.


Dlaczego te młode kobiety tego nie zrobiły? Dlaczego nadal dochodzi do takich aktów bestialstwa wobec swojego dziecka? Nie chcę tutaj moralizować i oceniać tego co zrobiły, bo od tego są sądy, ale nie mieści mi się w głowie, że mając taką możliwość, nie skorzystały z niej. Przecież mogły to zrobić anonimowo, a na dodatek bez żadnych konsekwencji prawnych. Jeśli nawet nie wiedziały, że taka możliwość istnieje, to dlaczego nie znalazł się nikt, kto mógłby pomóc, podpowiedzieć, pokierować?


Co jakiś czas przez media przewija się temat Okien życia. Szkoda tylko, że zawsze odbywa się to przy okazji informacji o kolejnym, porzuconym niemowlaku. Może warto przypominać o tym bez takich „okazji"? Choćby po to, by matki, które ukrywają swoją ciążę, nie chcą rodzić w szpitalu, nie mogą lub nie chcą zatrzymać przy sobie nowo narodzonego dziecka wiedziały, że jest takie miejsce gdzie można zostawić swoje maleństwo bez obawy, że spotka je coś złego. Bez tej wiedzy Okna życia staną się martwe, jak martwe bywają noworodki, które zostały za późno znalezione na śmietniku, na ławce w parku, czy na klatce schodowej.



komentarze (14) | dodaj komentarz

Wzniośle i artystycznie:)

wtorek, 26 października 2010 22:15

 

Nasza wycieczka do Chrzęsnego w gminie Tłuszcz, związana była z poświęceniem pomnika Jana Kielaka, przodka mojej przyjaciółki Marii. Pomimo tego, że w żaden sposób nie jestem związana z rodem Kielaków, było to dla mnie wydarzenie wyjątkowe. Bowiem dzięki tej wycieczce odkryłam malutki, zupełnie nieznany mi kawałek historii.


Jan Kielak żył w latach 1877 - 1917. Był chłopem przywiązanym do swojej ziemi, a jednocześnie inicjatorem założenia pierwszego pisma ludowego wydawanego  w latach 1906 - 1908 i to w języku polskim! . Pismo nazywało się „Siewba", co oznacza siew zbóż. U góry każdego numeru znajdowała się reprodukcja obrazu Ferdynanda Ruszczyca, przedstawiająca chłopa orzącego parą wołów ziemię, przygotowuje on ziemię pod siew.

Podczas uroczystości poświęcenia pomnika Maria przeczytała wiersz, który głęboko zapadł mi w pamięć. Myślę, że strofy tego wiersza są ponadczasowe, a że mądre, to warto je zapamiętać i kierować się nimi w swoim życiu.


Ty idź i siej..

Ziarna prawdy siej - ziarna zasad świętych, czystych
Na roli zbożnej siej

Ty idź i siej
Odwagę w Bogu weź - i w duszy wielki hart i w męstwie
przywdziej stal.
Bo ciężka S I E W B A ta...

A idź i siej -
Bo od tej siewby Twej - przyszłość zależy nasza
przyszłość szczęścia ludu
I szczęście przyszłej Ojczyzny -
Ta przez lud przyjdzie nam.

 

Pomik Jana Kielaka



Tablica





Tuż obok Chrzęsnego leży mała miejscowość o nazwie - Mokra Wieś, z którą w pewnym stopniu związany był malarz, Władysław Podkowiński. Okazuje się, że ten wybitny polski impresjonista przyjeżdżał na wakacje do Mokrej Wsi i często zatrzymywał się w pałacu w Chrzęsnem. Tam też, jako dwudziestotrzylatek, zobaczył panią Ewę Kotarbińską, w której zakochał się. Prawdopodobnie miłość malarza do Ewy Kotarbińskiej była inspiracją do namalowania słynnego obrazu "Szał uniesień", przedstawiającego nagą kobietę na rozszalałym rumaku (z twarzą pani Ewy).


W Mokrej Wsi zachowały się do dzisiaj stawy, a właściwie małe stawki, które zainspirowały artystę, do namalowania obrazu pt. Chłopiec w stawie - Mokra Wieś. Myślę, że Podkowiński pokochał nie tylko panią Ewę ale również piękne mazowieckie pejzaże, skoro ma w swoim dorobku kilka prac związanych tematycznie z tymi miejscowościami. Zrobiłam zdjęcie w tym miejscu, w którym zapewne stał artysta, malując swój obraz Chłopiec w stawie.

Obraz Podkowińskiego



Zdjęcie:)




komentarze (11) | dodaj komentarz

Prowincjuszka w stolicy:)

poniedziałek, 25 października 2010 21:07

 

Wstyd się przyznać, ale w stolicy byłam tylko jeden raz, pod koniec lat 60-tych, jeszcze w szkole podstawowej. Z tamtej wycieczki pamiętam jedynie mdłości w autobusie i Pałac Kultury. Minęło ponad 40 lat i w miniony weekend udało mi się tam pojechać ponownie. Wprawdzie celem naszej wyprawy była miejscowość położona ponad 70 km za Warszawą o ortograficznej nazwie - Chrzęstne, ale zanim tam dojechaliśmy zatrzymaliśmy się u Zosi w podwarszawskich Michałowicach. Uzbrojone w aparat i wygodne buty całą sobotę zwiedzałyśmy Warszawę.

 

Nie przepadam za zorganizowanymi wycieczkami. Takimi z przewodnikiem, patrzeniem co trochę na zegarek i pilnowaniem swojej grupy. Być może na tego rodzaju wycieczkach dowiedziałabym się więcej o historii i zabytkach, ale brakuje czasu na kontemplowanie piękna, na detale, klimat, a nawet zapachy... My miałyśmy to szczęście, że po mieście oprowadzała nas Zosia. Pokazała nam Warszawę swoimi oczyma. Spacerowaliśmy bez pośpiechu po różnych klimatycznych miejscach. Trudno opisać wszystko co zobaczyłam. Pogoda dopisała, więc wszędzie było pełno spacerujących ludzi. Starówka przypominała jedną wielką scenę, na której przedstawienie trwa cały dzień, tylko aktorzy się zmieniają.  Niesamowite wrażenie zrobiły na mnie tablice pamiątkowe zamieszczone na budynkach w różnych miejscach miasta. Jak się czyta, że w tym miejscu, przy tej ścianie w czasie wojny odbywały się egzekucje uliczne na ludności cywilnej, to przechodzą ciarki po plecach. A takich tablic jest w Warszawie dużo...

 

Oprócz tych tablic, tragicznych w swojej wymowie, dosłownie co krok można napotkać tablice upamiętniające miejsca w których mieszkali lub tworzyli Wielcy naszej literatury. Zosia zaprowadziła nas też na ul. Próżną. Coś niebywałego, na czterech ocalałych budynkach tzw. Żydowskiej Warszawy wiszą „obrazy" na których zamieszczono stare, przedwojenne fotografie. Być może są to Żydzi, którzy mieszkali kiedyś na ul. Próżnej? Nie wiem czy tak jest w rzeczywistości, ale tak sobie właśnie myślałam patrząc na te artystyczne instalacje.


Wiele miejsc zobaczyłam po raz pierwszy. Jedne zrobiły na mnie duże wrażenie, inne mniejsze, ale cieszę się, że było mi dane zobaczyć Warszawę, pospacerować jej ulicami i odkryć kilka magicznych miejsc... Mam nadzieję tam jeszcze wrócić.


Kilka fotek z wycieczki:)

 
Uliczni artyści



Scenka z Ogrodu Saskiego:)




Ławeczka Laury i Petrarki ufundowana przez Włoski Instytut Kultury



 

Kawałek nieba na zamkniętym kamienicami podwórku




 

Tablice upamiętniające Wielkich...



Ulica Próżna




*Fotka z netu. Moje fotki tablic  nie wyszły mi.




komentarze (13) | dodaj komentarz

Wyjeżdżam:)

piątek, 22 października 2010 15:26
Wyjeżdżam hen za Warszawę, czyli mam do pokonania ponad 600 km. Życzę wszystkim miłego weekendu. Zajrzę do Was po powrocie, a dokładnie w niedzielę późnym wieczorem. Pozdrawiam wszystkich:)

Zostawiam bukiecik jesiennych róż...:)





komentarze (6) | dodaj komentarz

Uprzejmie donoszę...

piątek, 22 października 2010 6:11

 
Czy donosy na sąsiada - na przykład do Urzędu Skarbowego - są wyrazem obywatelskiej postawy, czy może złośliwości i zawiści?

Niedawno spotk ałam znajomego, który mieszka na mojej ulicy, kilka domów dalej. Trochę się zdziwiłam, bo przypomniałam sobie naszą rozmowę sprzed ponad roku podczas której powiedział, że wyjeżdża wraz z żoną do pracy do Irlandii. Pytał wtedy nawet czy znam kogoś kto chciałby wynająć mieszkanie.
- Mieszkanie jest własnościowe i szkoda żeby przez dwa, albo trzy lata stało puste - powiedział. Nie znałam. No i właśnie jego nieplanowany przyjazd do Polski związany jest z tym mieszkaniem, a właściwie Urzędem Skarbowym.

 

Krótko przed wyjazdem do Irlandii udało mu się w końcu mieszkanie wynająć, a sąsiad z tego samego piętra doniósł do Urzędu Skarbowego, że nie płaci podatku od tego wynajmu. Ten sąsiad to znany wszystkim plociuch i zawistnik, więc to akurat mnie nie zdziwiło. A poza tym nie zrobił niczego niezgodnego z prawem. Prawo daje możliwości pisania donosów, więc z tego skorzystał.

 

I tu nasunęło mi się kilka pytań i wątpliwości. Bo od kiedy pamiętam słowo donos i donosiciel zawsze mi się źle kojarzyły. Jednakże jeśli donosicielem kieruje troska o wspólne dobro i chęć przeciwstawienia się machlojkom i przekrętom, to czy takie zachowanie nie powinno się uważać za godne uznania?

 

No nie wiem... Zastanawiam się czy to jednak nie państwo powinno zapewnić sobie instrumenty prawne, by skutecznie walczyć z nadużyciami. Wysługiwanie się donosicielami wydaje mi się nieetyczne. Przecież wiadomo, że niektórzy ludzie mają skłonności do donoszenia, nawet jeśli nie jest to usankcjonowane prawem. Poza tym czy intencje takich donosów są tak zupełnie czyste? Często robią to ludzie, którzy chcą dokopać nielubianemu sąsiadowi, czy współpracownikowi.

Dla mnie ocena moralna zjawiska jakim jest donosicielstwo w świetle prawa, jest trudna, a co najmniej niejednoznaczna. A Wy co o tym myślicie?



komentarze (18) | dodaj komentarz

Jak ja nie cierpię wstawać rano do pracy!

czwartek, 21 października 2010 6:26

 

Jak ja nie cierpię wstawać rano do pracy! Zwłaszcza teraz kiedy za oknem ciemno i zimno, a poranna mgła zasłania nawet drzewa stojące po drugiej stronie ulicy. Brrr Codziennie od wielu, wielu lat ten sam rytuał. Z głębokiego snu wyrywa mnie dźwięk budzika. Nawet nie próbuję go wyłączyć na leżąco, bo katastrofa gotowa. Wtedy, po wymamrotaniu sama do siebie - jeszcze pięć minutek, odwracam się na drugi bok i zasypiam. Z pięciu minut robi się godzinka, albo i lepiej, a wtedy pozostaje tylko telefon do szefowej i jakieś, najlepiej sensacyjne, wytłumaczenie się ze spóźnienia do pracy. Repertuar wytłumaczeń jest szeroki, wszystko zależy od mojej inwencji na tę chwilę:-) Może to być na przykład pożar w sąsiednim budynku, albo złamany właśnie klucz w drzwiach głównych od mieszkania, ewentualnie awaria kanalizacji i zalane po kostki mieszkanie. Możliwości jest o wiele więcej, ale te akurat są sprawdzone i działają na szefową.

 

No więc żeby nie kusić licha wyłączam budzik na stojąco. Jeszcze prawie na śpiąco włączam komputer, sprawdzam pocztę i gg. Jeszcze tęskne spojrzenie na cieplutką pościel i marsz do łazienki. W tak zwanym międzyczasie nastawiam wodę na kawę i podłączam lokówkę. Jeśli poprzedniego wieczora przygotowałam coś na bloga, to wrzucam jeszcze tekst i wyłączam komputer. Włączam natomiast TV, a dokładnie TVN24. Trzeba wiedzieć co tam w polityce przez noc się wydarzyło i w pogodzie też. Słuchanie i patrzenie w ekran nie przeszkadza mi w dalszych porannych czynnościach. A więc prędki makijaż, kilka kosmyków chwyconych lokówką, utrwalenie fryzury lakierem i nieuchronnie zbliża się moment wyjścia z domu. Nie ma co odwlekać tej chwili, tak czy siak wyjść trzeba. Wychodzę i natychmiast oblepia mnie wilgotne, chłodne powietrze, cholera jak ja nie cierpię rano wstawać!!!

 

To znaczy nie cierpiałam. Wczoraj wracając z pracy spotkałam znajomą, z którą nie widziałam się ze dwa lata. Po zdawkowym co słychać i takie tam, zaległa ciężka cisza. Zaczęłam więc narzekać na dżdżystą pogodę i poranne wstawanie. Znajoma wysłuchała mnie i powiedziała:

- Ja tam nie muszę nigdzie się spieszyć, mogę poleżeć sobie rano w łóżku do woli. Pół roku temu straciłam pracę, a o nową w tym wieku trudno. Ty przynajmniej masz pracę i pewność, że co miesiąc dostaniesz wypłatę, a ja?

 

Strasznie głupio mi się zrobiło. Nie wiedziałam co mam powiedzieć. Wracając do domu postanowiłam już więcej nie narzekać. Chociaż z tymi postanowieniami to u mnie różnie bywa...


*Fotkę zrobiłam wczoraj rano, w drodze do pracy





komentarze (23) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 20 listopada 2017