Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5156287
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32249
Bloog istnieje od: 2781 dni

Horoskop

Wodnik

Dzisiaj możesz liczyć na przychylność gwiazd. Zapowiada się, że twój trudny czas kończy się i wszystko zaczniesz od początku.

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Kiedyś będzie też naszym świętem...

wtorek, 30 października 2012 10:16

 

Ostatnich  kilka dni spędziłam na naszych dwóch cmentarzach. Nie to żeby zaraz jakieś wielkie porządki, bo przecież przez cały rok jestem częstym gościem na grobach swoich bliskich. Groby są więc w miarę uporządkowane, ale mama wciąż dopytuje: Byłaś? Dużo liści na pomnikach? I dalej coś w tym stylu. Chodzę więc ostatnio bardziej dla spokojności mamy, niźli z konieczności porządkowania grobów. Trudno bowiem mamie wytłumaczyć, że tych kilka złocistych, czy bordowych liści to nie jakiś tam bałagan, czy zaniedbanie, a raczej prawo natury, a do tego piękne prawo:) Jesień przecież mamy, więc liście spadają wszędzie, na cmentarzach też. Ale z mamą się nie dyskutuje, prawda…?


W ostatnich dniach cmentarze przypominają plac budowy, a właściwie generalne porządki na placu budowy. Co chwilę mijam samochody firm od stawiania pomników. Ludzie w pocie czoła coś tam poprawiają, prostują przechylone przez cały rok krzyże, układają polbruk wokół grobów, montują ławeczki, albo odnawiają te które już tam są, montują skrzynki na narzędzia, malują literki na tablicach, no i sprzątają, sprzątają, sprzątają… I bardzo dobrze, że porządkują groby najbliższych, tylko czemu wszystko odbywa się w takiej nerwowej atmosferze? Ludzie pokrzykują na siebie, przepychają się do kranów z wodą, psioczą na pełne śmietniki, na opadające liście, na administrację cmentarza, generalnie na wszystko i wszystkich. Słuchając tych złorzeczeń, najchętniej powiedziałabym – wystarczy przyjść na cmentarz chociaż ze dwa razy do roku.


Ale nie mówię, bo żeby tak powiedzieć samemu trzeba być w porządku. Nie ma co się wymądrzać, a tym bardziej oceniać, kiedyś robiłam podobnie. Może nie tak nerwowo, ale jednak. Kiedy jest się młodym, człowiek nie myśli o rzeczach ostatecznych, przecież  życie jest tak bardzo absorbujące… Kiedyś chodziłam na cmentarz wtedy kiedy musiałam, kiedy rodzice „pogonili”, czasami na pogrzeb kogoś bliskiego, czy znajomego. Unikałam cmentarzy, nie chciałam myśleć o tym, co każdego z nas czeka. Dopiero z wiekiem nastąpił u mnie ten stan wewnętrznego „pogodzenia” z cmentarzami. Teraz tam odnajduję spokój, czas na refleksję, wspomnienia, można by rzec, że na cmentarzach obłaskawiam swój strach przed śmiercią…



komentarze (32) | dodaj komentarz

Czarna dusza polskiej piosenki

niedziela, 28 października 2012 9:06

Zbigniew Górny dyrygent i kompozytor:

Grażyna to muzycznie "czarna dusza". Czuje tę muzykę. Jest pracowita i ciągle jakby niedopowiedziana, ale inni mogą zazdrościć jej warsztatu. Tak naprawdę niczego nie musiała się uczyć.


Łobaszewską lubię „od zawsze” kiedy więc doszły mnie słuchy, że niebawem ukaże się jej nowa płyta, ucieszyłam się. Ale też byłam strasznie ciekawa ile na niej znajdę z tej Łobaszewskiej, którą znałam, która zachwyciła mnie „Czasem pogody” czy „Gdybyś”.


Właśnie jestem po pierwszym wysłuchaniu utworów, które znalazły się na płycie „Przepływamy”. Pierwszym, ale nie ostatnim. Łobaszewska nadal zachwyca niesamowitym  głosem, ba z biegiem czasu ta jej charakterystyczna chrypa nabiera jakiegoś ciepła i tego czegoś, co trudno ująć słowami. Tego trzeba po prostu posłuchać i samemu odkryć:)

 

Płyta utrzymana jest w klimatach bluesa, jazzu i funky, soulu a nawet hip – hopu. Teksty napisali Jan Wołek i Janusz Onufrowicz, a wszystko pięknie skomponował Dariusz Janus. Łobaszewska zaprosiła do współpracy amerykańskiego wokalistę Floyda Anthony’ego Pfeiffera oraz Kubę Badacha. Z tym ostatnim zaśpiewała wzruszający utwór „Nad rzeką marzeń”.


W jednym z wywiadów Grażyna Łobaszewska mówi dlaczego akurat taki tytuł płyty.

„Przepływamy to synonim przenikania się uczuć, ludzi, światów, a… można też określić to bardziej subtelnie z gracją - jak motyle”.

Mówi również, że ten album to prezent dla ludzi, którzy potrafią na chwilę się zatrzymać, zastanowić, zachwycić. Czyli dla mnie, dla Ciebie, i dla Ciebie też:)


Singiel promujący płytę – "Tyle z tego masz".

Wspaniały głos, świetna muzyka i słowa, pod którymi wielu z nas mogłoby się podpisać:

Świat cały nieźle dopiekł ci
Wywietrzyć pora z głowy dym
Zmienić coś w sobie w szalonej głowie
Już najwyższy czas

Ty wiesz najlepiej jak to jest
Gdy tanim chłamem karmią cię
Sto dni pochmurnych
Stos marzeń durnych
Tyle z tego masz (…)

 




komentarze (31) | dodaj komentarz

Niby zgodnie z prawem, ale...

piątek, 26 października 2012 19:02

 

Dzisiejszy dzień zapowiadał się lajtowo. Rano byłam w przychodni zrobić badania okresowe, potem godzinka z wnusią, bo córa musiała coś załatwić na mieście, a na popołudnie planowana wizyta u mojej mamy. Pełna sielanka:)


Wróciłam z przychodni i odpaliłam laptopa żeby poczytać co tam w świecie słychać. Poczytałam, i już tak lajtowo nie było. News o mieszkance Opola, której w godzinach wieczornych odebrano dzieci, a ją samą zabrano do aresztu skutecznie podniósł mi ciśnienie. Nie rozumiem, po prostu nie rozumiem… ale po kolei.


GW podaje, że kobieta miała 2,3 tys. zł długu względem urzędu skarbowego. Kobieta samotnie wychowuje dwójkę dzieci i nie miała z czego spłacić. Sąd zmienił jej więc karę grzywny na 25 dni aresztu. Kobieta o tym nie wiedziała, bowiem pisma do niej nie dochodziły. Sąd twierdzi jednak, że to jej wina, bo powinna poinformować o zmianie zamieszkania Opolscy policjanci pojawili się w mieszkaniu kobiety tuż przed godz. 22 i zabrali ją do aresztu, a dzieci: 2- i 6-letnie odwieźli w piżamach do pogotowia opiekuńczego!!!


Rzecznik Komendy Wojewódzkiej Policji w Opolu twierdzi, że funkcjonariusze działali zgodnie z prawem…

Niejednokrotnie pisałam na blogu o naszym prawie. Uważam, że prawo jest po to, by go przestrzegać, niemniej nie potrafię zrozumieć, dlaczego przestrzega się, że tak powiem wybiórczo. Kobietę za zadłużenie wsadzają do aresztu, a taka na przykład Katarzyna W  chodzi sobie na wolności, udziela wywiadów i pozuje do zdjęć, które z upodobaniem publikują różne tabloidy. Inny przykład. Mąż zatłukł żonę kijem do szczotki, wobec oskarżonego zastosowano areszt tymczasowy, który nie został przedłużony! Sąd nie znalazł podstaw  aby areszt przedłużyć, ponieważ w dokumentach brakuje opinii biegłych co do stanu psychicznego mordercy.


Dalej. Młody chłopak rozpoznał w człowieku nagabującym dwie dziewczynki zboczeńca i ścigał go ponad 2 km. Zatrzymał do czasu przybycia policji. Śledczy znaleźli w telefonie zatrzymanego zdjęcia nagich dzieci. Podobne fotki zabezpieczono w jego domu. A jednak nawet nie został zatrzymany. Prokurator oznajmił, że nie można się dopatrzeć tego, że skłonności zatrzymanego byłyby zagrożeniem dla młodzieży. Dla jasności sprawy dodam, że zatrzymany pedofil jest… trenerem jednej z drużyn sportowych!  I jeszcze. Gwałciciel, który w moim mieście zgwałcił młodą dziewczynę, a potem pociął jej gałki oczne wciąż przebywa sobie na wolności!?


Takich przykładów można mnożyć w nieskończoność… Dodajmy do tego jeszcze grupy przestępcze prowadzące nielegalne interesy ze szkodą dla skarbu państwa i to nie w kwocie 2 tys. zł, a w milionach. Sprawdziłam. Wpisałam w przeglądarkę hasło „narazili skarb państwa” i otworzyły się dziesiątki stron różnych afer i przekrętów. Ciekawa sprawa, że na czas prowadzenia dochodzenia, wielu aferzystów przebywało sobie spokojnie na wolności, a do sądu udawali się dopiero na pisemne wezwanie. No ale oni mieli kasę na sprytnych adwokatów oraz na opłacenie różnych kwitów dotyczących złego stanu zdrowia, lub coś w tym stylu.


A wracając do tej kobiety z Opola. Sąsiedzi wpłacili za nią karę i wyszła z aresztu. Widać, że naprawdę jej się nie przelewa wszak „wiedzą sąsiedzi jak kto siedzi”. I ta solidarność sąsiedzka to jedyny budujący aspekt tej sprawy…




komentarze (27) | dodaj komentarz

Oryginalny nekrolog

czwartek, 25 października 2012 9:04

 

Za ka żdym razem kiedy jestem w centrum miasta i przechodzę obok naszej Katedry zatrzymuję się na moment przy tablicy z nekrologami. Czasami odnajduję znane mi imię i nazwisko, sprawdzam czy wiek się zgadza, a potem przywołuję wspomnienia. Te wspomnienia są różne, nie zawsze mają tylko i wyłącznie pozytywny wydźwięk… ale przecież o zmarłych albo dobrze, albo wcale. Kilka razy natknęłam się też w regionalnym dodatku do GW  na nekrologi ludzi, których znałam, napisane przez kogoś z rodziny. Czytając wzruszałam się, ale jednocześnie miałam wrażenie, że ten nekrolog dotyczy zupełnie nieznanej mi osoby. Same piękne słowa, dobre wspomnienia, żal, że za prędko, że jeszcze mógłby, czy mogłaby żyć…


Choćby niedawno. Czytałam i oczy przecierałam ze zdumienia. Znałam zmarłego, za życia, dość napsuł krwi najbliższej rodzinie i znajomym, pił, awanturował się, wypłatę przegrywał na automatach, pożyczał od znajomych pieniądze, których nie miał zamiaru oddać,  narobił długów przez co częstymi „gośćmi” w ich domu byli komornicy, a do tego był stałym bywalcem kilku okolicznych burdeli. Będę może okrutna, ale uważam, że właściwie dobrze się stało, że zeszedł z tego świata, przynajmniej najbliżsi będą mogli odpocząć… Niemniej to właśnie ktoś z najbliższych napisał tych kilka akapitów, które wprawiły mnie w zdumienie. Pewnie znów zadziałała zasada – albo dobrze, albo wcale.

 

A swoją drogą zastanawiam się jaki nekrolog przypadnie mnie w udziale. Mam tylko nadzieję, że nikt nie odważy się na pisanie tych wszystkich patetycznych bzdur:)


Bardzo spodobał mi się pomysł 59 letniego Vala Pettersona, który sam sobie napisał swój nekrolog i umieścił go na łamach "The Salt Lake Tribune" oraz na ich stronie internetowej.


Pośmiertny list Vala Pettersona zaczyna się od krótkiego podsumowania najważniejszych faktów: gdzie się urodził i co robił w życiu. Pisze, że był elektronikiem, chemikiem, fizykiem, mechanikiem samochodowym, cieślą, artystą, wynalazcą, biznesmenem, rubasznym żartownisiem, mężem, bratem, synem, miłośnikiem kotów, cynikiem.
Dziękuje swojej żonie za wspólnie spędzone życie oraz zwierza się z kilku swoich przewinień. Pisze na przykład, że ukradł sejf z motelu, gdy miał 18 lat, oraz, że tak naprawdę nie miał doktoratu. Po prostu pani w dziekanacie pomyliła się i przyznano mu tytuł, choć jak żartuje "nawet nie wiedział, co te literki oznaczają".
Przeprasza też za korzystanie z doktoratu swoich kolegów z pracy, ale dodaje "przyznajcie, że moje projekty dobrze działały i były nieźle zaprojektowane, a poza tym zawsze rozśmieszałem was w pracy". Opisuje też zabawnie inne swoje przewinienia, tłumacząc, że np. Disneyland może już wyrzucić jego kartotekę, w której widnieje dożywotni zakaz wstępu.
Patterson żałuje tylko jednego. Tego, że gdy był młody, czuł się niezniszczalny i palił papierosy, choć wiedział, że są niezdrowe. Okradł tym swoją żonę z przynajmniej dekady wspólnego starzenia się i "śmiania się z tysięcy prostych rzeczy".

Na koniec podkreśla, że pisze te słowa jako osoba, która miała świetne życie oraz zaprasza też na uroczystość "świętowania życia", którą prosił, by zorganizować zamiast pogrzebu.

 

Nie wszystkim podoba się taka forma ostatniego pożegnania i podziękowania najbliższym za wspólnie spędzone życie, a mnie się podoba. Widać, że zmarły miał poczucie humoru, myślę że był fajnym facetem. Poza tym ten nekrolog pokazuje prawdziwego człowieka, a nie pośmiertnie doklejoną maskę…




komentarze (39) | dodaj komentarz

Bez tytułu

środa, 24 października 2012 9:23

 

Przyznaję się bez bicia:) Nie mam pomysłu na nową notkę. W głowie pustka, wypełniłam więc wniosek o jeden dzień urlopu i po namyśle zaakceptowałam sobie ten urlop:-)


Ale żeby nie było, że już tak kompletnie nic, „pomęczę” Was trochę jesienią.

Pierwsze zdjęcie brało udział w fotozabawie pt. Skojarzenia z jesienią, organizowanej przez portal mojemiasto.pl, kolejne zrobiłam podczas sobotniego spacerku, a właściwie w drodze do mieszkania mojej mamy:)

 

A tak w ogóle miłego dnia życzę:-]

 

 

 

 




komentarze (23) | dodaj komentarz

Perfekcyjna głupota

wtorek, 23 października 2012 10:06

 

Moja có rka musiała coś załatwić na mieście, więc jak przystało na dobrą babcię, w tym czasie pilnowałam Malutkiej. Zostawiła włączony telewizor, a tam akurat rozpoczynał się kultowy program Perfekcyjna pani domu. Próbowałam przełączyć na inny kanał, ale nie dałam rady. Młodzi mają telewizor inny niż mój, na pilocie jeszcze raz tyle przycisków, więc bałam się żeby czegoś nie popsuć. Chcąc, nie chcąc po raz pierwszy obejrzałam ten program. Opinię na jego temat łatwo sobie wyrobić, zwłaszcza po rankingu najbardziej ogłupiających programów opublikowanym przez Wprost, w którym to rankingu program znalazł się w niechlubnej czołówce.


Nie będę się czepiać prowadzącej, Małgorzaty Rozenek. Napiszę tylko, że jak dla mnie jest sztuczna i zimna. Brakuje mi w tej kobiecie jakichkolwiek emocji, które przecież są podstawą do polubienia kogoś, czy też nie lubienia. Widać, że nie jestem odosobniona w tej opinii, tak przynajmniej wynika z różnych newsów, które nagminnie ukazują się na jej temat. Podobno Rozenek bardzo źle znosi ten frontalny atak na jej osobę. Niemniej podpisując kontrakt na prowadzenie tego rodzaju programu wiedziała na co się porywa, więc nie rozumiem jej użalania się na ataki kolorowych pisemek, dziennikarzy, czy też internautów.


Ale nie o tym miało być. O ile u Rozenek nie widać żadnych emocji, o tyle w uczestniczkach programu widać wręcz perfekcyjne emocje. Te ich załamki przed kamerą, dramatyczne wyznania w rodzaju: Nie dam rady, kręgosłup mi wysiadł, jak wypadnę przed Małgorzatą, czuję się jak przed maturą  itp. nie najlepiej świadczą o stanie umysłowym naszego społeczeństwa. Zrozumiałabym jeszcze gdyby odgrywali te scenki zawodowi aktorzy, ale przecież te kobiety nie mają żadnego przygotowania aktorskiego, stąd moja konkluzja o stanie umysłowym. A już szczytem szczytów są emocje pokazywane przed tzw. testem białej rękawiczki!  Po prostu przytkało mnie. Perfekcyjna ubiera białą rękawiczkę, muzyka jak u Hitchcocka, a kobiety dosłownie ze łzami w oczach i wypiekami na twarzach czekają na werdykt Perfekcyjnej. Paranoja!

 

Każdy z nas ma lepsze i gorsze dni. Jednego dnia bardziej przykładamy się do porządków w domu, innego zwyczajnie olewamy, ale chyba nikt o zdrowych zmysłach nie doprowadził by swojego mieszkania do stanu, jaki pokazuje kamera. Dlatego jestem przekonana, że ten bajzel robiony jest celowo na potrzeby programu. A jeśli tak jest, to znaczy że widzowie są najzwyczajniej w świecie oszukiwani.  Cóż, nie pierwszy i nie ostatni raz. Pamiętam słynne hasło, że telewizja kłami. Minęły lata i nic w tej materii się nie zmieniło. Ba, kłamała, kłamie i kłamać będzie coraz bardziej. Ale przecież nie byłoby tych „kłamstw” gdyby nie miały swojej widowni. A ta z badań publikowanych przez  portale zajmujące się mediami jest coraz większa.


Nie rozumiem jak to się dzieje, że tego rodzaju programy robiące domestos, tfu wodę z mózgu mają aż tak dużą oglądalność. Ale skoro tak jest, to można na fali tej popularności stworzyć podobny program – powiedzmy „Perfekcyjna głupota”. Obawiam się tylko, że na castingi do takiego programu trzeba będzie wynająć co najmniej stadion narodowy…



komentarze (22) | dodaj komentarz

Skuteczna metoda antykoncepcyjna?

niedziela, 21 października 2012 21:22

 

Kilka  dni temu spotkałam dziewczynę z mojej ulicy. Chwilę rozmawiałyśmy, a ja spostrzegłam, że brzuszek ma taki bardziej zaokrąglony. Powiedziała, że jest w ciąży. Nie wiedziałam co odpowiedzieć. Normalnie powinnam pogratulować, ale… To jej czwarta ciąża. W domu ma już trójkę małych dzieci. Ona nie pracuje i lubi wypić.  Jej obecny partner też pije i nigdzie nie pracuje.


Skąd mają kasę na życie i chlanie? On czasami „podłapie” jakąś dorywczą pracę i dostanie parę groszy od ręki. Poza tym korzystają z różnych świadczeń z opieki. No i mieszka jeszcze z nimi jej mama emerytka, która w dniu emerytury zostaje jej pozbawiona co do grosza.  Dodam jeszcze, że mieszkanie składa się z jednego pokoju i kuchni, to możecie sobie wyobrazić jak to wszystko wygląda. Gazu nie mają, palą w kuchennym piecu jakimiś śmieciami. Prąd wykupują na tzw. kartę (jeśli akurat mają jakieś pieniądze). Generalnie smród, głód i ubóstwo.


Powracając do tej rozmowy. Pewnie, że nie pogratulowałam, zapytałam tylko, czy ma jakiś pomysł na utrzymanie czwórki dzieci. Ach, jakoś to będzie – odpowiedziała. No tak… nie moje małpy, nie mój cyrk. Ale podkusiło mnie zadać pytanie natury bardzo delikatnej. Zapytałam ją czy to ciąża planowana, czy wpadka. Okazuje się, że wpadka. Wobec tego, zapytałam  czemu się nie zabezpieczyła. Ależ zabezpieczyła się, a mimo wszystko wpadła.


A jakaż to metoda antykoncepcyjna okazała się tak bardzo nieskuteczna, zapytałam. I tu uwaga!  Słuchajcie, blisko trzydziestoletnia kobieta, matka trójki dzieci uważa, że płukanie pochwy tuż po stosunku roztworem wody z octem zabija, a następnie wypłukuje plemniki!

Osłabiło mnie… zakończyłam rozmowę i wróciłam do domu.

 

Z głowy mi nie chciało wyjść. Słyszałam, że dawno, dawno temu takie metody stosowały nasze prababki, ale żeby jeszcze teraz…?  A potem przypomniałam sobie scenę z filmu Galerianki, przecież tam też było coś o płukaniu. Tyle, że byłam przekonana o fikcji filmowej, a tu proszę…


Piszę ten post, a przed oczami mam pewną sytuację sprzed ponad 40 lat. Jedna z moich koleżanek, wówczas 16 letnia pannica była na letnim obozie, zakochała się w chłopaku i… No cóż, w każdym razie zatrzymała jej się miesiączka. Była przerażona… ale znalazła sposób. Uszyła sobie z czarnego materiału talizman, wyszyła na nim jakiś tajemny wzór koralikami, a do środka nasypała pieprzu, soli i coś tam jeszcze - nie pamiętam już co to było. W każdym razie ten talizman miał spowodować wywołanie miesiączki. Nie mam pojęcia skąd ten pomysł, niemniej okazał się skuteczny, bo po kilku dniach miesiączka „wróciła”  A potem dowiedziałam się, że to jednak nie talizman był przyczyną, a zaburzenia hormonalne:-)



komentarze (58) | dodaj komentarz

"Łapanie" jesieni:)

sobota, 20 października 2012 10:32

 

Jesień jest nie tylko najbardziej kolorowa, ale też najbardziej łaskawa dla fotografów. Miękkie, ciepłe i na swój sposób tajemnicze światło sprawia, że zwykłe wydawałoby się miejsca, wyglądają jak ilustracje żywcem wyjęte z baśni albo legend. Fotografowanie jesieni w zwyczajnym mieście nie jest proste. O wiele łatwiej łapać jesień obiektywem aparatu nad jeziorami, w górach, w lesie, a nawet na łąkach. Tam dopiero można bez wysiłku znaleźć prawdziwą ucztę dla oczu:)


Ostatnich kilka dni pogoda wręcz prosiła: Weź Krychna aparat i ruszaj w drogę, co też czyniłam z wielką przyjemnością. Efekty tego łapania jesieni były różne… większość zdjęć lądowała w koszu, ale wczoraj…


Wczoraj poszłam nad naszą rzeczkę Kłodawkę zobaczyć, czy jej brzegi są już wystarczająco złote, by rozpocząć jesienną sesję naszej pannie:) Nie były, jeszcze przeważa niezbyt atrakcyjna, wyblakła zieleń, ale za kilka dni, jeśli oczywiście pogoda się utrzyma, będzie co fotografować, oj będzie:)


Szkoda mi było wracać do domu, tym bardziej, że popołudniowe słońce właśnie rozpoczęło swoje harce między gałęziami drzew, dosłownie „ozłacając” przebarwione liście. Tuż za mostkiem, przy którym przeważnie kończę swoje spacery nad Kłodawką jest dzika dróżka porośnięta chaszczami. Jakoś nigdy tam się nie zapuszczałam – do wczoraj. Warto było przedrzeć się przez najbardziej zarośnięty fragment dróżki…

 

 

 

 

I jeszcze dwie fotki z drogi powrotnej do domu:)

 

 




komentarze (20) | dodaj komentarz

Tajemnicze drzewo – miłorząb

piątek, 19 października 2012 10:17

 


Jesienią ubiegłego  roku, niedaleko mojego domu znalazłam żółte liście niezwykłej urody, kształtem przypominające  miniaturowe wachlarzyki.  Zastanawiałam się z jakiego drzewa mogły spaść? To znaczy drzewo widziałam, ale nie miałam pojęcia jak się nazywa. W domu zrobiłam kilka fotek i „wrzuciłam” na fotoblog. Po kilku dniach otrzymałam na maila wiadomość. Drzewo nazywa się miłorząb i wg nadawcy maila, ma właściwości magiczne.


Miłorząb to jeden z najstarszych i najodporniejszych gatunków drzew na świecie. Kiedy w Hiroszimie wybuchła bomba atomowa, jednymi z nielicznych drzew, które przeżyły kataklizm, było kilka starych miłorzębów.  Chińskie legendy głoszą, że soki krążące w liściach miłorzębu dają nadzwyczajną moc i pomagają osiągnąć nieśmiertelność. Nazywany jest tam boskim drzewem życia. Z tą nieśmiertelnością, to bym nie przesadzała, ale faktem jest, że posiada działania pożądane dla naszego organizmu.

 

W każdym razie tak wynika z badań. Naukowcy przebadali bowiem tajemnicę długowieczności drzewa i okazało się, że w liściach znajduje się cała masa związków chemicznych, które leczą każdy z osobna, a wzajemnie wzmacniają i uzupełniają swoje działanie.


Wyjątkowo skomplikowany skład chemiczny tego leczniczego drzewa zainteresował największe autorytety medycyny, farmacji, fitoterapii i kosmetologii. W efekcie tego zainteresowania produkuje się wiele preparatów na bazie miłorzębu, których systematyczne stosowanie poprawia pamięć, ukrwienie mózgu, działa antydepresyjnie, pomaga przy uciążliwych migrenach, łagodzi nieprzyjemne objawy związane ze starzeniem – miażdżycę, demencję, zawroty głowy, kłopoty z pamięcią. To tylko niektóre z licznych zastosowań tej magicznej rośliny.


Ale my nie musimy zaraz lecieć do apteki po te preparaty, można spróbować samemu zrobić na przykład nalewkę z miłorzębu, albo odmładzający tonik:)


W tym roku byłam pod tym drzewem już kilka razy, ale dopiero od niedawna liście zaczęły żółknąć, a potem spadać na ziemię. Wczoraj nazbierałam ich trochę i rozłożyłam na gazetach, niech się suszą. Po wysuszeniu będę mogła wykorzystać je na herbatkę, albo tonik odmładzający (Tonik: Łyżkę rozdrobnionych liści zalać szklanką wrzącej wody, odstawić na 30 minut i przecedzić, a następnie przelać do szklanej butelki). Natomiast ze świeżych liści mam zamiar zrobić nalewkę, która jest bardzo dobra na poprawę pamięci, a także do nacierania skóry głowy. Podobno włosy po takim nacieraniu rosną jak szalone…


Do przygotowania nalewki będziemy potrzebować około 10 dkg rozdrobnionych świeżych liści miłorzębu oraz pół litra 70-procentowego alkoholu. Liście i alkohol zamknąć w szczelnym słoiku i odstawić w miejsce ciemne na 14 dni. Następnie nalewkę przefiltrować i przelać do mniejszych butelek. Pić dwa razy dziennie po 20 kropli na kieliszek wody. Albo wcierać w skórę głowy. Mnie bardziej interesuje opcja wcierania w głowę. Moje włosy są takie jakieś liche, więc mam nadzieję, że po tym wcieraniu ( na wiosnę powiedzmy) moja głowa pokryje się puklami gęstych loków w kolorze złocisty blond. No dobra, z tym kolorem trochę przesadziłam, ale gęste loki – czemu nie:-D

 




komentarze (26) | dodaj komentarz

Test narodowy

czwartek, 18 października 2012 12:18

 

Nie ma t o jak rano otworzyć sobie pocztę na WP. Od razu człowiek czuje się pozytywnie naładowany, dowartościowany, i w ogóle zaczyna mieć o sobie lepsze mniemanie. Ale nie może być inaczej, skoro oferują mi korzystne lokaty w banku (znaczy się przewidują, że kasę mam), inni błagają żebym się zarejestrowała na ich stronie w celu odebrania 200 zł bonusu, albo proponują zakup ekskluzywnej odzieży w promocyjnych cenach (tak od 300 zł wzwyż). Zdarzają się też oferty zakupu mieszkania o wysokim standardzie z bajeczną lokalizacją. O propozycjach nawiązania kontaktów damsko- męskich już nie wspomnę. Dajmy na to, taka Thelma Shalu pisze „przeczytać dzisiaj twój profil i stałem się tobą interesuje, i będzie również wiedzieć, jak wam więcej, i chcę Ci wysłać e-mail na mój adres e-mail.” (znaczy podobam się nawet bez tego porządku na głowie).


Niemniej zdarzają się dni, jak choćby wczoraj, kiedy ci „wysyłacze” poczty skutecznie psują mi humor na samym wstępie dnia. Najpierw jakiś facet z Ameryki proponuje mi zakup viagry?! (zdecydowanie wolałabym coś w odwrotną stronę:-]) A potem jeszcze ten test… No podkusiło mnie, z reguły nie otwieram tego rodzaju linków, tym razem otworzyłam. Pewnie słowo „narodowy” podziałało na moją postawę, nie od dziś przecież wiadomo, że patriotką jestem, i to z dziada, pradziada.:-)


Co to za test? Ano… „Narodowy test alkoholizmu. pl – sprawdź czy jesteś alkoholikiem”.

Też coś - pomyślałam, pewnie że nie jestem! Niemniej byłam ciekawa jak zostały skonstruowane pytania, które to mają wyłowić narodowych alkoholików.

Zaczynamy: Krok pierwszy – skup się, co też uczyniłam. Krok drugi – rozwiąż test, no to rozwiązujemy… Klik, klik, pytanie – odpowiedź,  pytanie - odpowiedź. Przykładowo:

 

Czy kiedykolwiek w czasie trzeźwienia lub zaraz po wytrzeźwieniu odczuwałeś/aś niepokój, napięcie?

Czy często słyszysz drażniące uwagi innych osób na temat Twojego picia ?

Czy zdarza się, że pocisz się podczas trzeźwienia ?

Czy zdarza się, że pijesz dłużej niż dwa dni z rzędu (odbywasz ciąg alkoholowy) ?

Czy kiedykolwiek zdarzyło Ci się wypić alkohol niespożywczy ?

Czy kiedykolwiek zdarzyło Ci się trafić do szpitala z powodu nadużycia alkoholu ?

 

Krok trzeci – sprawdź wyniki.

"Analiza zakończona. Trwa obliczanie wyniku testu. Proszę czekać..."

 

Czekam więc sobie spokojnie na oficjalny wynik, który tak naprawdę przecież znam. Luzik… popijam kawkę i czekam, czekam, czekam…


„Znamy już Twój Wynik!
Niestety, musimy przyznać, że jest NIEPOKOJĄCY”


Aż się kawą zakrztusiłam. Oczy wylazły mi na wierzch, co jest…? Pytania proste, zrozumiałe, moje odpowiedzi również – wszystkie na NIE. Z nerwów okulary mi zaparowały. Przetarłam i czytam dalej.

 

"Dane podane przy wypełnianiu testu są poufne. (te dane to albo tak, albo nie – przypisek redakcji, tfu – przypisek mój)
Aby otrzymać dostęp do tych informacji w celu weryfikacji wyślij sms o treści (…) na numer (…)

Nie masz możliwości wysłania wiadomości SMS ? Kod możesz również otrzymać wpłacając (…) zł na konto (…)"


Nie wysłałam. Aż tak ciekawa nie jestem. Z tego wszystkiego, od samego rana nabrałam ochoty na drinka  i gdybym nie musiała załatwić pilnie kilku spraw, to kto wie czy bym się nie urżnęła. Więc może jednak ten test narodowy wie lepiej? Hmm muszę sobie to sprawdzić jeszcze raz za jakiś czas…



komentarze (17) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 24 sierpnia 2017