Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 392 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« październik »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5058079
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32245
Bloog istnieje od: 2692 dni

Horoskop

Wodnik

Sobota dobra na wszystko - zadbaj o siebie, bądź dla siebie kimś najważniejszym. Postaraj się o dobrą atmosferę wokół siebie, rozpieszczaj się, idź na zakupy i spraw sobie coś fajnego

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Każdy region swoje wiedźmy ma

środa, 30 października 2013 21:30

Codziennie przechodzę obok niej idąc do pracy. Siedzi sobie hen wysoko na miotle i spogląda z góry wypatrując złych ludzi, by rzucić na nich czary. Na mnie póki co nie rzuciła jakby ktoś się pytał:) Może dlatego, że dla bezpieczeństwa przechodzę drugą stroną ulicy? Mowa o czarownicy, która siedzi na zwieńczeniu gorzowskiej studni czarownic. Mieszkańcy twierdzą, że często ze studni dochodzą dziwne dźwięki i śpiewy, a jak się długo do niej zagląda to można zobaczyć trzy roześmiane i nadzwyczaj urodziwe kobiece twarze. Nie potwierdzam, nie zaprzeczam, nie zaglądałam, bo w pewnym wieku można się wystraszyć swojego odbicia:)))

 

Legenda głosi, że około XV wieku żyły na tym terenie trzy piękne siostry. Każda specjalizowała się w innej czynności. Najstarsza zajmowała się ogrodnictwem, średnia gospodarstwem, najmłodsza zaś szyła przepiękne stroje dla całej rodziny. Codziennie jednak siostry miały wspólny rytuał. Dzień w dzień spotykały się przy studni, aby wspólnie zabierać wodę pitną – była to niemalże jedyna czynność, którą wykonywały wszystkie razem.

 

Pewnego dnia o względy pięknych kobiet zaczął ubiegać się stary gospodarz z sąsiedniej wsi. Był bardzo bogaty, i choć miał już trójkę dzieci postanowił wziąć sobie za żonę jedną z urodziwych sąsiadek. Jednak żadna z sióstr nie chciała takiego męża. Gospodarz był bardzo przebiegły, postanowił więc zadziałać plotką i oszczerstwami. Rozpowiadał wszem i wobec, że siostry to trzy okropne czarownice. A było to dziwne czasy, kiedy plotka wystarczyła, żeby ludzie uwierzyli. Karą za czary był stos. Nie minęło dużo czasu, a po siostry przyszli wysłannicy burmistrza Gorzowa. Postawiono, że dla przykładu trzeba wszystkie spalić na stosie. Matka płakała i błagała, by oszczędzono jej córki. Niestety, dnia 24 czerwca 1565 roku w dawnym Gorzowie stanął stos, a do pala przywiązano trzy siostry. Kiedy stos podpalono i zaczęła unosić się łuna ognia, matka dziewczyn z rozpaczy skoczyła do stojącej koło jej domu studni, miejsca przy którym niegdyś pracowały dziewczyny.

 

Pewnie nie pierwszy, ale na pewno nie ostatni to stos, który zapłonął w moim mieście. Źródła historyczne podają, że nagonka na czarownice miała swój początek w  1484 r. (wtedy papież Innocenty VIII wydał bullę, nakazującą pomoc inkwizycji w ściganiu podejrzanych o rzucanie uroków i karanie ich śmiercią), a zakończyła się w połowie XVIII wieku. Według oficjalnych wersji, w 1807 (niektóre źródła podają, że w 1811 roku) w Reszlu na Warmii spłonęła na stosie ostatnia czarownica w Europie. Choć nie chce mi się wierzyć, że nikt już potem nie pokusił się o oskarżenia niewygodnych przeciwników/konkurentów, zarzucając im czary:)

 

Wracając do naszych lokalnych stosów wspomnę jeszcze o historii pięknej aptekarzowej. W XVI wieku mieszkał w Gorzowie mieście aptekarz Asmus Muller. Posiadał żonę przecudnej urody. Kochali się w niej rzemieślnicy, kupcy i piwowarzy. Jednym z zalotników był ówczesny burmistrz miasta, Jan Herrendorf. Jego płomienne uczucie stało się przyczyną ostrego konfliktu z aptekarzem. Burmistrz zmarł w 1563r. w niewyjaśnionych okolicznościach. Wkrótce potem zaczęły krążyć pogłoski, że to piękna aptekarzowa przyczyniła się do jego śmierci. Przeprowadzono dochodzenie w wyniku, którego została zatrzymana i oskarżona o otrucie i rzucanie czarów. Pod takim samym zarzutem zatrzymano jej trzy piękne sąsiadki. Biedna kobieta była bita i torturowana. By zakończyć męki zadawane jej przez oprawców, przyznała w końcu, że w zamian za pieniądze, otruły burmistrza trzy sąsiadki. Żonę aptekarza wypuszczono za kaucją, a sąsiadki czarownice zostały skazane na spalenie na stosie i wyrok wykonano. 

 

Rok później, o czary oskarżono kolejne trzy bardzo urodziwe kobiety z przedmieścia miasta. Wzięte na tortury bogu ducha winne kobiety przyznały się do rzucania czarów i zostały skazane na spalenie na stosie. Na szczęście wyrok nie został wykonany. Na polecenie jednego z margrabiów, kobiety odzyskały wolność. Niestety, jedna z nich nie wytrzymała tortur i zmarła w więzieniu.

 

A poniżej prawdziwa perełka. Przyznanie się do winy kobiety oskarżonej o czary w styczniu 1594 roku.

 

Image020_m.bmp.jpg

 

Protokół zawiera zeznanie pewnej kobiety, która pod presją tortur wyjawiła, iż mężczyzna, z którym cudzołożyła posiadł sztukę czarów i potrafi konno wjechać na wzniesienie, które było nie do zdobycia. Przyznała się także do częstego sypiania z diabłem. Na wspomnianym wzniesieniu spotykało się wiele osób, wspólnie się posilających i tańczących. Mężowie kobiet, które nocą wyruszały na wzgórze, nie dostrzegali tego faktu, bowiem obok nich, przybrawszy postać ich żon, leżał diabeł.

 

Nie wiadomy czy potem były jeszcze w Gorzowie procesy o czary zakończone płonącymi stosami. W każdym razie nie dotarłam do takich informacji.

 

Pamiątką po odbywających się procesach czarownic jest studnia z figurą wiedźmy. W ten sposób oddano hołd tym wszystkim biednym kobietom, które w czasach inkwizycji spłonęły na stosach. Pierwotny projekt studni wykonał w 1924 roku radca budowlany Meyer, a postawiono ją rok później.

Projekt studni z 1924 roku

 

Image024_m.bmp.jpg

 

Początkowo znajdowała się na dziedzińcu Nowego Ratusza, niestety została zniszczona podczas II wojny światowej. Zrekonstruowana w 1997 roku stanęła na skrzyżowaniu ulic Hawelańskiej i Wełnianego Rynku w centrum miasta.

A tak wygląda teraz

 

st007.jpg

 

016.jpg

 

Skany dokumentów pochodzą z publikacji Archiwum Państwowego w Gorzowie pt. Landsberg – Gorzów. Jedno miasto – wspólna historia

 



komentarze (19) | dodaj komentarz

Szum szumowi nierówny:)

niedziela, 27 października 2013 19:46

g037.jpg

 

W poniedziałki w pracy każdy się chwali ile to grzybów nazbierał w weekend. A ja nic… W tym roku nie byłam jeszcze na grzybobraniu, nie składało się. W sobotę nastała ta wiekopomna chwila:) Skoro świt wyruszyliśmy z bratem na grzybki. Oczywiście zabrałam ze sobą aparat. Być w lesie i nie zatrzymać w kadrze jesiennych widoków? Niepodobna:)

 

Pięknie jest teraz w lesie i tego piękna nie ujął nawet drobny deszcz, który uparł się padać. Mało tego, deszcz był mi bardzo pomocny przy zbieraniu grzybów, bo wiele z nich ominęłabym. Ale mokre kapelusze wychylały się spod leśnej ściółki i „mówiły” – tu jestem, tu jestem! :)

 

Wspominałam już kiedyś, że nie mam orientacji w terenie. Jeśli ktoś chciałby mnie się pozbyć gdzieś w podróży, wystarczy, że  ze dwa razy okręci mnie wokół własnej osi i już nie wiem w którą stronę mam iść dalej Szczególnie w lesie, gdzie wszystkie drzewa i dróżki przecinające połacie lasu są prawie identyczne. Dlatego  jak jestem w lesie na grzybach, trzymam się jakiegoś punktu odniesienia. Może to byś szosa, albo na przykład samochód. Zaraz po przekroczeniu bram lasu brat poszedł w swoją stronę, a ja w swoją. Przed odejściem powiedział: Trzymaj się siostra szosy, będziesz słyszeć szum samochodów i nie zgubisz się. No brat akurat zna moje talenta do gubienia się w lesie:)

 

Przemieszczam się więc po lesie powolnym krokiem, szukam grzybów, pstrykam fotki, podziwiam, zachwycam się. Cudnie jest! Dodam, że cały czas słyszę szum. Dobrze jest, jestem blisko szosy – myślę. Po dwóch godzinach mój koszyk z grzybami zaczął mi ciążyć. Pora wracać. Idę w kierunku „słyszanego szumu” ale szosy nie widać. Idę w drugą stronę. Dalej słyszę szum, ale szosy nie widać. Kierunków w lesie nadto, wypróbowałam więc wszystkie możliwe, jednak szosy nie znalazłam. A koszyk coraz cięższy mimo tego że grzybów nie przybywa. A co ja będę kombinować, po prostu zadzwonię do brata i powiem, że zgubiłam namiar na szosę. Dzwonię. Brak zasięgu. No pięknie…

 

Pora na wyjaśnienie tego całego szumu. Po przebytej w ubiegłym roku grypie ostały mi się powikłania w postaci szumu w uszach. Ba, żeby to był tylko szum! Ale chwilami odnoszę wrażenie, że stado cykad zalęgło się w moich uszach. Strasznie uciążliwa przypadłość. Chwilami swoich myśli nie słyszę:) Brałam leki, ale nie pomogły. Teraz czekam na miejsce w szpitalu, bo lekarz zaordynował kurację kroplówkami. Kiedy więc brat mówił o trzymanie się blisko szosy wiedziałam o swojej przypadłości, nie zdawałam sobie natomiast sprawy, że w absolutnej ciszy leśnej ten „mój szum” pomylę z odgłosem pędzących po szosie samochodów.

 

Na jednej z leśnych przecinek zobaczyłam rowerzystę. Po krótkiej wymianie uprzejmości zapytałam o tę nieszczęsną szosę. Daleko była… ale na koniec znalazłam! Brat cały w nerwach czekał już przy samochodzie. Grzybobranie miało nam zająć dwie godzinki, a ostatecznie wyszło na cztery i pół. Brata przeprosiłam i wyjaśniłam skąd to „zagubienie” Już miałam wsiadać do samochodu, kiedy mój wzrok zatrzymał się na mokrym asfalcie. Wyglądał jak rzeka porośnięta na brzegach drzewami. Wzięłam aparat i wylazłam na środek szosy w celu zrobienia zdjęć. Pstryk, pstryk i …silna dłoń brata ściągająca mnie z szosy na chwilę przed jadącym z tyłu (według mnie bardzo cicho) autem. W samochodzie usłyszałam zdecydowany głos brata: Ja już ciebie siostra na grzyby nie zabiorę, a jeśli już, to bez aparatu i na smyczy!

No cóż, miał prawo się wkurzyć, a ja mam tydzień żeby go udobruchać. Wszak sezon na grzyby wciąż trwa…:)

 

Pierwsze zdjęcie to właśnie ta „rzeka” :)

 

g098.jpg

 

g059.jpg

 

g066.jpg

 

Przytulone grzybki:)

 

g107.jpg

 

 

Mój koszyk

 

g108.jpg



komentarze (23) | dodaj komentarz

A kto by tam wierzył w przesądy…

czwartek, 24 października 2013 20:57

OficMajĂłwka 049.jpgjalnie nie wierzę i staram się tej wersji trzymać. Natomiast mniej oficjalnie… różnie to bywa. Wprawdzie czarny kot nie oznacza już dla mnie pecha, ale kilka drobnostek zostało. Złapałam się na tym choćby dzisiaj. Szykując się do pracy zawsze rano włączam TV. Lubię wiedzieć co się wydarzyło no i przede wszystkim słucham pogody. Nad lubuskim miały być przejściowe deszcze. Już miałam włożyć parasolkę do torebki, ale zagapiłam się na kolejnego newsa. Wyjszłam z domu. Już zamykałam drzwi kiedy przypomniałam sobie o prognozie pogody. Wróciłam się i zamiast wziąć parasol i wyjść z mieszkania, prędko przysiadłam na fotelu i odliczyłam do dziesięciu. Idąc do pracy przypomniałam sobie scenę z liczeniem i zaczęłam się śmiać. No idiotyzm jak nic… Tyle, że tych idiotyzmów świadomie, czy też mniej, a może bardziej odruchowo, popełniam niemało i zawsze ot tak, na wszelki wypadek;) No dobra. Przecież wiem, ze w gusła, zabobony i przesądy nie wypada wierzyć, a jednak gdzieś tam głęboko w duszy tli się taki mały, maciupki ciemnogród;) No bo jak inaczej wytłumaczyć to odliczanie, pukanie w niemalowane, albo chuchanie na szczęście w znaleziony pieniążek?

 

Zastanawiałam się skąd biorą się te wszystkie przesądy i zabobony. Kiedyś ludzie nie potrafili sobie wytłumaczyć wiele rzeczy, czy zjawisk, więc tłumaczyli je na swój sposób, najchętniej przypisując niezrozumiałe zjawiska złym mocom. Dlatego wymyślano róże obrzędy magiczne które miały odgonić złe moce i zapewnić ludziom przychylność sił nadprzyrodzonych. Ale teraz, w XXI wieku…?

 

A jednak! Badania przeprowadzone przez OBOP dowiodły, że niemal 60% Polaków wierzy w przesądy. W tej liczbie większość to kobiety – do wiary w przesądy przyznaje się 65% pań. Mężczyzn jest jednak niewiele mniej, bo 51%.

 

Szukając genezy popularnych przesądów nadziałam się na minę:) Nie jest to takie proste jakby się wydawało, bo wiele przesądów tłumaczy się dziś na różne sposoby.  Weźmy choćby pechowy piątek trzynastego. Raz mówi się, że wszystkiemu winna Francja, w której to Król, Filip IV Piękny, w 1307 roku nakazał aresztować wszystkich francuskich templariuszy, a następnie w piątek 13 spalił ich na stosie.

Innym razem, że „pechowość” może pochodzić od systemu liczbowego starożytnej Babilonii, gdzie opierano się na liczbie 12 (tyle było miesięcy, znaków zodiaku i godzin dnia oraz nocy). Kolejna po dwunastce liczba powodowała więc, że porządek zostawał zaburzony, pojawiał się chaos i nieszczęście.

 

Z pukaniem w niemalowane sprawa prosta. Nasi przodkowie stukali w grobową deskę, gdy leżał na niej zmarły, miało to odstraszyć diabła czyhającego na ludzką duszę, z czasem zaczęto pukać w każde nie malowane drewno dla odpędzenia wszelkiego licha.

 

A czemu czarny kot? Kiedyś upatrywano w kotach stworzenia demoniczne. Noc kojarzona była z częścią doby, którą władał szatan. Koty widzące w ciemności chętnie polowały nocą, przez co utożsamiane były z iście szatańskimi zwierzętami. Ich wzrok budził grozę i w średniowieczu wiązany był z rzucaniem przez koty uroku powodującego choroby lub nieszczęście.

 

A potem kolejno. Nie witamy się przez próg, bo… u pradawnych Słowian wierzono, że próg oddziela bezpieczne wnętrze domu od złego świata zewnętrznego. Ślubujemy tylko i wyłącznie w miesiącach z literką R - literka R symbolizuje rodzinę i ma zapewnić szczęście małżeństwu. A po ślubie pan młody koniecznie przenosi swoją żonę przez próg żeby przypadkiem nie wniosła do domu złych mocy. Oby tylko po przeniesieniu przez próg nie zbili lustra, bo nieszczęście gotowe, a właściwie 7 lat nieszczęścia. Przesąd ten ma podłoże „ekonomiczne” i powstał na początku naszej ery, wtedy wynaleziono lustro szklane, jego cena była horrendalnie wysoka, dlatego zbicie go było prawdziwym nieszczęściem. Podobnie jest z rozsypaną solą, która ma skutkować kłótnią. W dawnych czasach sól była tak kosztownym i pożądanym produktem, że jej utrata wzbudzała ogromne emocje i mogła doprowadzić do wielkiej kłótni.

 

Bardzo racjonalne wyjaśnienie tyczy się kominiarza, co to ma przynosić szczęście. Przesąd ten ma swoje źródło w czasach, gdy od czystości komina zależało ogrzanie domu. Kominiarz stał więc niejako strażnikiem domowego ogniska.

 

I co my tu jeszcze mamy? Czterolistną koniczynę, przechodzenie pod drabiną, zawiązywanie nowo narodzonemu dziecku czerwonej wstążeczki na rączce, spluwanie na szczęście, nie odmawianie kobiecie w ciąży, dzwonki, które mają odstraszać złe moce, zły znak w postaci koszuli ubranej na lewą stronę, zasłanianie lustra w domu zmarłego, i tak daje, i tak dalej… Wiele tego. Gdyby przywiązywać wagę do każdego przesądu to strach byłoby z domu wyjść, a i w domu też trzeba byłoby się pilnować:)

 

Ponoć jedną z żelaznych zasad blogera jest nie zadawanie czytelnikom pytań w stylu: "Co o tym sądzicie? Też tak macie?" Tym razem wyłamię się i zakończę pytaniem. Czy macie jakieś przesądy, w które święcie wierzycie i po swojemu staracie się „zaczarować rzeczywistość”? Ja się przyznałam, i to publicznie! :)))



komentarze (24) | dodaj komentarz

Ocalić od zapomnienia? Za póżno...

poniedziałek, 21 października 2013 17:18

Kirkut 1.jpg

 

Nigdy nie było mi po drodze…

Najpierw długo nie wiedziałam, że jest w Gorzowie cmentarz żydowski, a potem jakoś się nie składało. Aż do wczoraj. Niedzielny pogodny poranek zachęcał do wyjścia w plener. Chwyciłam aparat i pojechałam na Osiedle Słoneczne, na który ów cmentarz się znajduje. Trochę pobłądziłam, a potem zapytałam przechodnia o drogę. Na koniec przekroczyłam bramę cmentarza. Żywego ducha… cisza taka, że słychać było szelest liści rozgarnianych przez ptaki poszukujące jedzenia. Ktoś powie, że „cisza” to nic szczególnego na cmentarzach. No tak, ale ten niewielki, zajmujący 0,7 ha powierzchni kirkut znajduje się w sercu dużego osiedla. Okalają go 10-piętrowe wieżowce, 2 boiska sportowe, szkoła  i małe zakłady rzemieślnicze.

 

Zanim wybrałam się na żydowski cmentarz próbowałam  zgromadzić trochę historycznych informacji. Ku mojemu zaskoczeniu, niewiele tego. Natomiast znalazłam w lokalnej prasie kilkanaście artykułów poświęconych dewastacji cmentarza oraz apele o podjęcie działań  związanych z uporządkowaniem tego miejsca. O tej porze roku zalegają liście, ale to normalne, natomiast znalazłam tam ślady po ogniskach, butelki po alkoholu, psie kupy na pomnikach (!!!) oraz paskudne graffiti. Wprawdzie obecnie kirkut znajduje się w gestii Związku Gmin Żydowskich, ale przecież to nie ZGŻ dewastuje, prawda? Robią to mieszkańcy, którzy GDZIEŚ mają historię, kulturę, „przywracanie pamięci”, tolerancję i zwykłą przyzwoitość.  Szkoda, naprawdę szkoda, bo gorzowski kirkut mógłby być chlubą mojego miasta, miejscem którym można się pochwalić, zaprosić na spacer przyjezdnych gości, a tak? Ech…

 

Spacerując  między połamanymi macewami i obramowaniami grobów starałam się jednak nie dostrzegać śladów ludzkiej głupoty, a skupić się raczej na tym co pozostało po pięknym niegdyś cmentarzu i uwiecznić to na swoich zdjęciach…

 

Zapraszam więc na spacerek, a przy okazji opowiem kilka słów o historii gorzowskiego cmentarza.

 

Żydzi uważają cmentarz za miniaturę „ziemi świętej”, a groby za „bramę nieba”. Pierwsza źródłowa wzmianka o gorzowskim cmentarzu pochodzi z 1723 roku, a najstarszy zachowany nagrobek z 1759 roku (Mordechaj Nojen), W lutym 2006 kirkut został wpisany do rejestru zabytków. Warto dodać, że jest jedynym obiektem żydowskim, który wraz z dwoma domami przedpogrzebowymi przetrwał do naszych czasów.

 

Po II wojnie cmentarz był sukcesywnie dewastowany. Służył jako śmietnik okolicznym działkowcom, oraz za kamieniołom złodziejom granitu i marmuru. Sąsiedztwo ze szkołą podstawową również zrobiło swoje. Największe zniszczenia przypadają na lata osiemdziesiąte. Domy przedpogrzebowe przekształcono na warsztaty. Pierwsze próby ratowania cmentarza pojawiły się w 1993 roku, wtedy też dokonano wycinki krzaków i samosiejek. Konserwator zabytków zlecił przetłumaczenie epitafiów z zachowanych macew. Pod koniec lat dziewięćdziesiątych ponownie cmentarz uporządkowano. Powstało lapidarium, odtworzono również bramę cmentarną, w którą wmurowano pamiątkową tablicę, oraz odmówiono kadisz. Niestety później znów zapomniano o cmentarzu. Powoli następuje (chyba już nieodwracalny) proces degradacji cmentarza.

 

Niewiele z dawnej świetności przetrwało do dziś. Ot, fragmenty połamanych macew oraz obramowania po grobach. Żal…

 

Ps. Kilka zdjęć „wrzuciłam” też na fotoblog: http://fotorod.bloog.pl/

Zapraszam:)

 

Kirkut 2.jpg

 

Kirkut 3.jpg

 

Kirkut 5.jpg

 

Kirkut 4.jpg

 

Kirkut 6.jpg

 

Kirkut 7.jpg

 

Kirkut 8.jpg

 

Kirkut 9.jpg

 

Kirkut 10.jpg

 

Kirkut 11.jpg

 



komentarze (20) | dodaj komentarz

To był świat w zupełnie starym stylu…

czwartek, 17 października 2013 17:01

GTF 008.jpg

 

Pstrykać każdy może, trochę lepiej lub trochę gorzej…

I to szczera prawda. W dobie aparatów cyfrowych właściwie każdy być fotografem. Wystarczy tylko kupić sobie aparat, a najlepiej aparat telefoniczny z wbudowaną cyfrówką , który zawsze mamy pod ręką, a potem rejestrować naszą rzeczywistość. Z różnym skutkiem oczywiście. Ambitniejsi fotoamatorzy pracują nad swoim warsztatem, choć przebić się dzisiaj trudno. Fotografia bowiem stała się sztuką demokratyczną i może ją uprawiać każdy.

 

A jak to onegdaj było? Dawniej fotografowanie było sztuką elitarną, a fotograf był magiem, miał swój totem, dużą drewnianą skrzynkę na trójnogu, czarował coś przy niej przykryty dużą czarną szmatą, by potem pokazać ten "owoc czarów" wzbudzając powszechny zachwyt. Tyle, że ta „magia” nie brała się znikąd, była poparta solidną nauką, latami ćwiczeń i eksperymentowania.  Zwieńczeniem tej nauki było otworzenie upragnionego  atelier, które z czasem zmieniło nazwę na bardziej prozaiczną – zakład fotograficzny.

 

 I to właśnie do owego zakładu chodziło się kiedyś całą rodzinką, by dać się sfotografować – dla potomności:) Fotografia rodzinna, to była wielka celebracja. Rodzinka odziana w odświętne stroje udawała się do zakładu fotograficznego, zasiadała na pluszowej kanapie, albo fotelach. Fotograf pięknie upozował szczęśliwe stadło rodzinne, nachylił pod odpowiednim kątem boczne lampy, a potem spoglądał przez oko aparatu czy wszystko wygląda jak należy. Na końcu jeszcze szerokie uśmiechy i pstryk! Oczywiście trzeba było czekać „całą wieczność” na odbiór zdjęcia. Bo przecież teraz dopiero rozpoczynał się cały cykl „produkcji zdjęcia. Znają go ci, którzy „bawili” się w wywoływanie zdjęć wykonanych aparatami analogowymi. Najpierw kliszę należało wywołać, wysuszyć, potem włożyć do rzutnika, dobrać odpowiedni papier, naświetlić go, potem wkładać do kolejnych kuwet z różnymi chemicznymi odczynnikami, wysuszyć zdjęcie, przyciąć i gotowe! Za tydzień, bądź dwa szło się do zakładu z karteczką i fotograf wydawał zdjęcia. Jaka była radość…

 

Nad procesem robienia zdjęć zadumałam się na wystawie "Studio fotografii XX wieku - sprzęt fotograficzny, atelier, ciemnia", która zagościła w gorzowskiej tzw. małej galerii fotograficznej. Nie trzeba nawet wielkiej wyobraźni, by oglądając zgromadzony na wystawie sprzęt natychmiast cofnąć się w czasie. Pięknie i klimatycznie, rozczulająco, ale też refleksyjnie, bo patrząc jak przez lata zmieniał się sprzęt fotograficzny, człowiek sobie uświadamia jak zmieniła się technologia „produkcji” zdjęć. Niby teraz jest prościej, szybciej, a jednak jakiś sentyment do tych drewnianych skrzynek na trójnogu pozostaje:)

Kilka zdjęć z wystawy.

 

GTF 014.jpg

 

GTF 021.jpg

 

GTF 015.jpg

 

GTF 055.jpg

 

GTF 009.jpg

 

GTF 039.jpg

 

GTF 040.jpg

 

GTF 043.jpg



komentarze (30) | dodaj komentarz

Jesienią ludzie jacyś dziwni są

wtorek, 15 października 2013 17:27

je010.jpg

 

Zanurzać, zanurzać się, w ogrody rudej jesieni…/ Edward Stachura

 

Taką jesień jaka była wczoraj lubię! Słońce, przebarwiające się liście, bordowe dzikie wino oplatające drzewa albo zawieszone wysoko niczym girlandy, pięknie jest… Szkoda tylko, że ten festiwal kolorów tak krótko trwa, a potem przychodzi to szaro bure, deszczowe jesienisko, brrr.

 

Po pracy wzięłam aparat i pokręciłam się tu i tam… Na jednej z alejek wiodących wzdłuż  rzeczki mijał mnie mężczyzna. W pewnej chwili schylił się. Wyglądało na to, że podnosi coś z ziemi. Na otwartej dłoni trzymał dość sporą obrączkę. Wyglądała na złotą. Zapytał, czy to moja. Odpowiedziałam, że nie. Wtedy on podszedł blisko i próbował wetknąć mi tę obrączkę do ręki. Zdurniał, czy co? – pomyślałam. Odsunęłam się, wyminęłam faceta  i poszłam dalej. Zrobiłam kilka kroków i zatrzymałam się zrobić zdjęcie czarnemu kotu, który wylegiwał się na złotych liściach. Odwróciłam się żeby zobaczyć czy facet poszedł sobie. Nie poszedł. Z przeciwnej strony alejki nadchodziła kobieta w średnim wieku. Sytuacja się powtórzyła. Facet się schylił i podał kobiecie obrączkę. Ta wzięła ją, podziękowała za „znalezienie” i ruszyła przed siebie. Facet ruszył w przeciwną stronę. Po chwili zawrócił i znów podszedł do kobiety. Z tego co zrozumiałam prosił ją o pożyczkę. Kobieta nie chciała mu dać pieniędzy, więc ten domagał się zwrotu obrączki. Nie chciała oddać. Zrobiło się nieprzyjemnie. Mężczyzna stał się agresywny. Kobieta prędko oddała obrączkę.

 

Opowiedziałam o swojej przygodzie w pracy. Okazuje się, że jest to tzw. numer na obrączkę, a działa to tak. Facet daje obrączkę pewnie z jakiegoś tombaku, albo innego metalu przypominającego złoto. Jeśli kobieta weźmie ją, ten prosi o „pożyczenie” pieniędzy, a jeśli nie dostanie, żąda zwrotu obrączki. Podobno nie działa sam, zawsze ma w odwodzie jakiegoś kumpla w razie gdyby kobieta mocno się uparła i nie chciała oddać obrączki. Nie wiem jak skomentować… Przecież ta kobieta, która wzięła obrączkę wiedziała doskonale, że to nie jej.

 

Po jakiejś godzinie w parku miałam kolejną przygodę. Na jednej z parkowych ławek siedział  młody mężczyzna i coś mamrotał do siebie. Kiedy przechodziłam obok ten wstał, podszedł do mnie i powiedział, że ma dla mnie ważny list (!?). Faktycznie, trzymał w ręce jakąś złożoną kartkę w kratkę. Dziwny był, nie wyglądał na normalnego. Troszkę się wystraszyłam. Prędko wzięłam kartkę i przyspieszyłam kroku. Po wyjściu z parku rozłożyłam kartkę, a tam odręcznie napisany… Hymn Konfederatów Barskich. Jak na jeden dzień stanowczo za wiele…. Wróciłam do domu.

 

je105.jpg

 

je120.jpg

 

je115.jpg

 

je130.jpg

 

je056.jpg

 



komentarze (36) | dodaj komentarz

Kazimierz Furman niewątpliwie wielkim poetą był

sobota, 12 października 2013 20:28

Nie nazywaj mnie swoim bogiem

I nie wynoś na pomniki

Mojego imienia

 

I nie używaj słów

Co przerastają miarę człowieka

 

I nie wódź na pokuszenie rzeczy

Pospolitej jak chwast.

 KF.jpg

Kazimierz Furman niewątpliwie wielkim poetą był. Właśnie (14 października) mija czwarta rocznica jego śmierci. Na tę okoliczność zaplanowałam sążnisty, wspomnieniowy tekst. Chciałam się skupić  na biografii poety, ale odpuściłam sobie. Dlaczego? Ano dlatego, że poczytałam różne takie oficjalne biografie i uznałam, że żadna z nich nie jest  tak do końca biografią. Owszem, znajdziemy w nich datę i miejsce urodzenia, tytuły kolejnych tomików poezji oraz publikacje, a nawet zacytowane wypowiedzi ludzi, którzy mieli z nim kontakt (choćby tu:  http://www.kazimierzfurman.art.pl/biografia.html). Tyle, że to nie do końca tak. Gorzów liczy sobie około 120 tysięcy mieszkańców i jestem przekonana, że przynajmniej 20 tysięcy, albo i więcej choć raz zetknęła się z Kazimierzem i to w różnych okolicznościach. Jego nie dało się nie zauważyć. Był rozpoznawalny nie tylko z powodu atrybutu w postaci białego szalika, ale generalnie był rozpoznawalny "jako ten barwny ptak". No… odstawał od innych i wyglądem i zachowaniem: Prowadził styl życia bliski bohemie - nie dbał o majątek doczesny ani o sławę. Był człowiekiem wolnym i nieograniczonym przez konwenanse.

 

Myślę, że ciekawym doświadczeniem byłoby spisanie biografii z uwzględnieniem wspomnień wszystkich, którzy go znali. Przecież wciąż żyją ludzie, którzy go pamiętają… Gdyby tak każdy mógł się wypowiedzieć jak go poznał, jak postrzegał, jakie przygody wspólnie przeżyli. Kazimierz był nietuzinkowy, więc i przygody nie zawsze nadawały się do publicznej wiadomości:) Po śmierci poety stawiamy popiersia, albo pomniki, wszystko takie poważne, nadęte, a słowa górnolotne, poprawne politycznie, a przecież Kazimierz nijak się miał do tej całej pompy. Stąd mój pomysł. Spiszmy swoje wspomnienia związane z poetą, stwórzmy inną, bardziej ludzką biografię gorzowskiego poety, o którym (jestem przekonana) z biegiem czasu usłyszy cały świat:) Myślę, że Kazimierz byłby z takiego obrotu sprawy zadowolony. A póki co mam tylko nadzieję, że nie czyta tych wszystkich swoich oficjalnych biografii. Jak go znam, a właściwie znałam byłby obruszony, pewnie wyśmiałby, a nawet zaklął siarczyście.

 

Skoro poddałam taki pomysł, będą pierwsza. Kazimierza Furmana poznałam…. kurna nie pamiętam. Naprawdę! Ale było to na początku lat 70-tych ubiegłego wieku (ło matulu, jak to brzmi).

 

Był taki jeden stolik w EMPI-ku, tuż obok gabloty z czasopismami. Tam się spotykaliśmy. Zawiązała się taka nieformalna grupa ludzi, którym zdawało się, że odbiegają od szarych obywateli  PRL-u. Wieczorem klub zamykano, a my przenosiliśmy się do knajpki w śródmieściu, której już nie ma. Słowiańska się nazywała.  Tam przy pięćdziesiątce bądź setce (wszystko zależało od zasobności portfela na tę chwilę) dyskutowaliśmy o wszystkim, z przewagą tematów dot. literatury.  Były kłótnie, skakanie sobie do oczu, obrażanie się nawzajem. A następnego dnia, w godzinach popołudniowych znów stolik w EMPIK-u pomału się zapełniał…

 

W połowie lat 70-tych wraz z mężem wynajęliśmy poddasze jednorodzinnego domku. Kazimierz wpadał tam codziennie. Przeważnie z maszyną do pisania pod pachą. A potem oboje stukali w klawisze do samego rana. Oczywiście nie w absolutnej ciszy. Też się sprzeczali, dyskutowali, a w miarę wypitych kieliszków dyskusje przybierały na sile i temperaturze:) Raz w tygodniu grzałam w kuchni duży garnek z wodą. To była woda dla Kazimierza. Przynosił swoje skarpetki, prał w misce i wieszał w kuchni na sznurku.

 

A potem wszystko się skończyło. Rozwiodłam się, a mój mąż wrócił do miasta, w którym się wychował, do Częstochowy. Kazimierz wkrótce opuścił Gorzów i do niego dołączył. Nie zagrzał tam długo miejsca. Wrócił do Gorzowa, ale często opowiadał o swoim pobycie w Częstochowie, o przepraszam w Medalikowie, bo tak nazwał to miasto.

 

A jeszcze potem spotykałam go czasami na ulicach miasta…

 

Scenka pierwsza.

Rok 1982. W centrum miasta zatrzymał się na chwilę i zapytał czy chcę jego tomik „Kształcenie pamięci”. Pewnie, że chciałam. W dedykacji napisał:

„Chorować na Polskę może tylko Polak. (Na wolną, na wolną)”.

 

Scenka druga.

Też centrum miasta. Wyciąga z przewieszonej przez ramię torby swój tomik poetycki pt. Odmienne stany obecności. Wręcza mi. Mówię: Napisz coś, no wiesz jakąś dedykację, albo cóś. Pisze. Czytam: 7350272 (!?). Co to jest Kazimierz? – Mój numer telefonu. Zadzwoń, to pogadamy.

 

Scenka trzecia.

Znów centrum miasta. Masz chwilę – pyta. Mam. To chodź Kryśka na jakieś piwo. Pojszłam. Zdaje się „Pod szczupakiem” nazywała się knajpka. Gadaliśmy, gadaliśmy…

 

Scenka czwarta.

Jestem w pracy. Drzwi do pokoju otwierają się i wchodzi Kazimierz. Wywołuje mnie na korytarz. Idę. – Masz trochę wolnej kasy – pyta? Nie miałam.

 

Kiedyś ( pod koniec lat 90-tych) zapytał mnie czy nadal piszę wiersze. Potwierdziłam. Chciał przeczytać. Przyszedł do mnie do domu. Ja cała w nerwach położyłam na ławę plik maszynopisów. W ręce trzymał pióro. Każda kolejna kartka była zmaltretowana, pokreślona. Raptem na dwóch, może trzech raczył zakreślić kilka wersów według niego wartych uwagi. Jeden, podkreślam jeden jedyny wiersz (pt. Erotyk I) ostał się bez kreślenia. Nawet powiedział, że w takiej formie nadaje się do publikacji. Zostawił adres do wydawnictwa literackiego AKANT. Powiedział: Wyślij. Wysłałam i… został opublikowany! (numer 4/2000 rok).

 

Dałam ci swoje ciało
na dotknięcie dnia
Mnie wtedy nie było
wyszłam porozmawiać z nocą

Mówiłeś
zagubiony w słowach
dodawałeś sobie odwagi

By przeżyć dzień
szukałeś nocy

Ona była we mnie
rozmawiałyśmy
o poprzednim mężczyźnie

 

Jest rok 2001. Nie wiem skąd dowiedział się o promocji mojego tomiku poezji. Jak go zobaczyłam pomyślałam sobie tylko jedno: No teraz to mi da popalić. Kamery, mikrofony… miałam tremę, trzęsłam się jak osika. Wszak niejeden raz zdarzyło się, że Kazimierz rozpierdzielił całkiem poważny wieczór autorski. Nie to że jakieś rozróby uskuteczniał, ale miał ucho wyczulone na poezję i wyczuwał każdy najmniejszy fałsz, podobnie jak kompozytor muzyki:) Wystarczyło, że zadał pytanie… a potem działo się! Może troszkę mnie lubił, bo nie było pytań… uff!

 

A potem widziałam go gdzieś w przelocie, ale zajęta rodziną, domem, pracą, nie miałam nigdy czasu na dłuższą rozmowę.

 

Skądinąd wiem, że jest w Gorzowie kilka osób, które były przy nim do końca. Pomagały, wspierały, przywracały do pionu. Może znajdą chwilkę czasu, by spisać swoje wspomnienia… naprawdę warto, bo oprócz tego, że Kazimierz Furman niewątpliwie wielkim poetą był, był też wielkim oryginałem. Niewielu już takich, a może nie ostał się już nikt w naszym szarym mieście…?

 

Tak jestem

Urodziłem się na cudze nieszczęście
Martwię rodzica od najmłodszych lat
I dokuczam życiu
Wywołując skandale na jego ulicach
I karmi plotka głodne usta tłumu

Już wiele kobiet natchnąłem nasieniem
I mniejsza o miłość
Kiedy w pościeli leżą rozgrzebane

Urodziłem się by świat wokół cierpiał
Aby w kamieniu ustawało serce rzeźbionej kobiety
W posąg ją zmieniam z boskiego wyroku
Wyłaniam kształty nagich pośladków
Marmurowych piersi
U stóp jej klęcząc wzrok na ołtarz kładę

Urodziłem się
By zniekształcić chwilę
W której umiera co naprawdę żywe

(z tomiku "Odmienne stany obecności", Gorzów, 1998)



komentarze (19) | dodaj komentarz

Edith Piaf, Ewa Demarczyk, Janis Joplin, a potem długo, długo nikt

czwartek, 10 października 2013 18:22

Edith Piaf, Ewa Demarczyk, Janis Joplin, a potem długo, długo nikt. Tak wygląda mój osobisty ranking gwiazd - wokalistek. Choć określenie „gwiazd” na tę chwilę może być obraźliwe dla tych niesamowitych wokalistek. Co i rusz czytam, że gwiazda taka, a taka, coś tam – np. zapomniała z domu zabrać majtek, albo brodawka się spod sukienki wymsknęła. Zdarzało się, że ze zwykłej ciekawości klikałam na artykuł i… nic. Absolutnie  nic nie mówi mi nazwisko owej gwiazdy. Nie znam osoby, nie znam jej osiągnięć na polu artystycznym. Nie znam, bo takowych nie ma, więc siłą rzeczy znać nie mogę. A dlaczego nazywano ją gwiazdą? Bo gdzieś tam na jakimś raucie ustawiła się na ścianie gdzie paparazzi robili zdjęcia serialowym aktoreczkom i załapała się w obiektyw:) Wiem, wiem może i jestem złośliwa, ale nie ja jedna chyba zauważyłam, że słowo gwiazda od jakiegoś czasu mocno zdewaluowało się.

 

Mam to nieszczęście, że dwie z mojego osobistego rankingu gwiazd już nigdy nie zaśpiewają. Na otarcie łez pozostają ich „stare” utwory. Szkoda, że Janis Joplin nie wykrzyczy już nigdy na scenie bluesa tak, że włosy stawały dęba. Żyła… za szybko, za głupio, jakby nie miała niczego do stracenia. A przecież miała. Miała niesamowity głos, sławę, pieniądze…

 

Młodo też umarła Edith Piaf. Miała raptem 47 lat. Dzisiaj mija pół wieku od jej śmierci (stąd ten wpis).  Nie będę przytaczać jej życiorysu, bo każdy kto interesuje się muzyką zna go doskonale. Dla mnie pozostanie fenomenem. Musicie przyznać, że Piaf nie była jakąś szczególnie urodziwą kobietą, ale jak stawała na scenie, nie można było oderwać od niej oczu. Magnetyczny, zniewalający, pełen dramatyzmu głos, zupełnie nie współgrał z jej sylwetką. Ale  miała coś do zaoferowania,  chciało się jej słuchać i słuchać, była wyjątkowa. A te francuskie „r” w jej wykonaniu wciąż przyprawia mnie o dreszcze.
Ponoć jej ostatnie słowa brzmiały: „Musisz zapłacić za każdą głupotę, popełnioną w życiu”. Tylko, czy tą „zapłatą” musiała być przedwczesna śmierć…?

 

Jeden z moich ukochanych utworów, a potem jeszcze Mon Dieu, Milord, L'Hymne a l'amou i wiele innych.

 

 

Co do kolejnej gwiazdy z mojego prywatnego rankingu -  Ewy Demarczyk. Ja wciąż mam cichą nadzieję, że jednak powróci. Tyle jest jeszcze pięknych tekstów do wyśpiewania…. Wycofała się z życia artystycznego, ale wielbiciele, choćby ja, nie zapominają o niej. W styczniu bieżnego ukończyła 72 lata. Przecież to piękny wiek dla artystki! Niech wraca „tak jak stoi”. Ona nie musi robić sobie kolejnych operacji plastycznych, katować się na siłowni, spędzać całe dnie w gabinetach kosmetycznych, skakać po scenie, nóg zadzierać, biustu eksponować. Wystarczy, że jest jaka jest, że stanie nieruchomo przy  mikrofonie okuta cała w swoją ukochaną czerń - i zaśpiewa. Tylko tyle…



komentarze (13) | dodaj komentarz

Wszystkiemu winne są dzieci?

wtorek, 08 października 2013 18:50

0608-pedofilia-to.jpgOd jakiegoś czasu na każdym portalu informacyjnym, ale też na głównych stronach tzw. papierowych magazynów przewija się temat pedofilii wśród księży. Nie mogę już tego nawet czytać. W necie nie klikam na tytuły sugerujące, że znów będzie o księżach – pedofilach, a w papierowych wydaniach gazet przerzucam te strony nie czytając ich nawet. Szkoda oczu i nerwów… Dlaczego więc zdecydowałam się napisać kilka słów? „Zmusiła” mnie do tego wypowiedz abpa Michalika:

 

„Wielu tych molestowań udałoby się uniknąć, gdyby te relacje między rodzicami były zdrowe. Słyszymy nieraz, że to często wyzwala się ta niewłaściwa postawa, czy nadużycie, kiedy dziecko szuka miłości. Ono lgnie, ono szuka. I zagubi się samo i jeszcze tego drugiego człowieka wciąga”.

 

Przeczytałam raz, potem drugi raz. Następnie kliknęłam na inną stronę informacyjną, a tam identycznie, ten sam cytat. Wiem doskonale jak media potrafią wyrwać z kontekstu jakiś cytat i zrobić z tego aferę na miarę katastrofy globalnej. Dlatego odszukałam całą wypowiedź wielebnego. No tym razem media nie przegięły, faktycznie tak powiedział!?

 

Nie potrafię ująć w słowa emocji, które mną targają. Podobne emocje targały mną w ubiegłym roku kiedy pisałam, że w USA, a dokładni w Baltimore odbyła się konferencja zorganizowana przez… pro-pedofilskich aktywistów, na której to pedofile domagali się zmiany definicji  -  pedofilia! Podczas konferencji dyskutowano na temat seksualności dzieci i zastanawiano się w jaki sposób można wykreślić pedofilie z listy zaburzeń psychicznych. Grupa, która zorganizowała panel dyskusyjny klasyfikuje pedofilie jako normalną orientacje seksualną, tłumacząc to tym, że ludzie rodzą się z pociągiem seksualnym do dzieci. Ich zdaniem nie można również leczyć pedofilów. Co ciekawe, powyższy pogląd popierają amerykańscy psychiatrzy…

 

Za zmianą definicji padały argumenty, które wprowadziły mnie w stan lekkiego szoku. Dyskutanci podkreślali, że Amerykańskie Towarzystwo Psychologiczne ignoruje fakt, iż pedofile „żywią uczucia miłości do dzieci”. Tę „miłość” można ich zdaniem porównać do zafascynowania heteroseksualnego dorosłych osób, jak również do zafascynowania homoseksualnego. Niemal wszyscy paneliści zgodzili się, że pedofile są „niesprawiedliwie piętnowani i demonizowani przez społeczeństwo” i że „dzieci z natury nie są w stanie wyrazić zgody” na seks z osobą dorosłą, dlatego powinno się dopuścić do takiego aktu bez ich zgody.

 

Czyżby arcybiskup Michalik uczestniczył w tej konferencji? A może poprowadził panel dyskusyjny o tym, że pedofile nie są winni, że raczej to wina dzieciaczków, bo przecież podniecają, wyzwalają seksualne instynkty…

 

Jeśli czystą przemoc wobec słabszych i bezbronnych nazywa się „miłością” albo jak chce arcybiskup Michalik – „poszukiwaniem przez dziecko miłości” to w  jakim kierunku zmierza rodzaj ludzki?  Jeszcze trochę to pedofile wyjdą  na ulicę i zaczną domagać się tolerancji dla swojej odmienności, oraz żądać naszej akceptacji  na uprawianie seksu z dziećmi. I wcale by mnie to nie zdziwiło, w końcu w ostatnich latach dużo się mówi o tolerancji. Uczy się nas, że odmienność winno się tolerować, że tolerancja równa się humanitaryzm.  No… jeśli na tym ma polegać tolerancja, to tolerancyjna nie jestem, bo NIKT, NIGDY nie otrzyma mojej zgody na seksualne wykorzystywanie dzieci!

 

I żeby było jasne. Pedofilami są nie tylko księża, ale do tej pory jedynie pośród księży zjawisko pedofilii było zamiatane pod przysłowiowy dywan…

 

A teraz czytam, że podczas krótkiej konferencji prasowej abp Michalik wyjaśnił, że jego wypowiedź była pomyłką wynikłą z pośpiechu. – To był zwykły lapsus językowy.

Czyżby? I tak ze szczerego serca przeprasza? Zgodnie ze swoim sumieniem? Czy może Freud się kłania?



komentarze (19) | dodaj komentarz

Jestem tylko wróżka, a nie poetka

niedziela, 06 października 2013 7:53

 Papusza_.jpg

 

Musiałam mieć tę książkę, po prostu musiałam…

Kiedy tylko dowiedziałam się, że w końcu ukazała się książka Angeliki Kuźniak pod tytułem „Papusza” zaglądałam codziennie na wystawę księgarni w centrum miasta, na której prezentowane są nowości. Nie było i nie było… Nagle zaprzyjaźniona pani z kiosku powiedziała, że właśnie dostała książkę o Papuszy. Wzięłam ją do ręki, spojrzałam na cenę i… oddałam. Niby suma niewielka – czterdzieści złotych bez dziesięciu groszy, no ale trzeba je mieć już, natychmiast. Nie miałam:(

 

Gdzieś, kiedyś przeczytałam, że prawdziwym przyjacielem jest ten, kto nie pytając o powód smutku, potrafi sprawić, że znów wraca radość. Książkę otrzymałam w prezencie od przyjaciółki, która doskonale wie jak bardzo interesuję się życiem i twórczością Papuszy, wszak mieszkała w Gorzowie jedną ulicę dalej…

 

Książkę pochłonęłam, niejedną łzę wypłakałam, o innych emocjach, które mną targały nie wspomnę. Mam tę przewagę nad większością czytelników, że czytając fragmenty, w których ta cygańska poetka mówi o sobie słyszałam jej głos. Nie mogę powiedzieć, że znałam ją. Na początku lat 70-tych byłam z koleżanką u niej w domu z prośbą by powróżyła. Nie pamiętam dokładnie treści wróżby, pamiętam natomiast jej piękny melodyjny głos, smutny uśmiech i sarnie oczy. Na policzku widać było skośną bliznę – podobno ślad po nożu, którym jakiś mężczyzna, bądź kobieta  ukarali ją za zdradę.

 

Potem widywałam ją w Parku Róż. Czasami zaczepiła przechodniów pytając czy nie powróżyć. I nie tylko w parku, bo widywałam ją w różnych okolicznościach. Nasze miasto nie jest jakoś szczególnie wielgaśne, a jeśli człowiek się tu urodził i wychowywał, nie było szans, żeby się na Papuszę nie natknąć. Jeśli idzie o jej poezję, dowiedziałam się o niej późno, bodajże na dwa, może trzy lata przed jej śmiercią (zmarła 8 lutego 1987 roku).

 

Książka o Papuszy jest niesamowita. Angelika Kuźniak pracowała nad nią osiem lat. Bibliografia imponująca, autorka dotarła do unikatowych materiałów archiwalnych: pamiętnika Papuszy, jej korespondencji z Jerzym Ficowskim i Julianem Tuwimem.

 

Ale po kolei…

W biografii Papuszy, a właściwie Bronisławy Wajs, wiele jest niewidomych. Trudno wypośrodkować między legendą, a rzeczywistością. Nie wiadomo dokładnie kiedy się urodziła. Może to był sierpień 1908 roku (chłopi kończyli zbierać zboże z pól w dniu, w którym się rodziła) a może maj 1910 roku. W cygańskim taborze, który żył zgodnie z rytmem wyznaczanym przez świat przyrody i zmienność pór roku, poczucie czasu nigdy nie było sprawą istotną. We wspomnieniach wszystkich, którzy ją znali występuje jednak zgodność, co do dwóch rzeczy: talentu poetki oraz jej urody. I to z powodu tej urody od dziecka nazywali ją Papuszą, czyli Lalką. Z lasu zanieśli dziewczynkę do wsi i ochrzcili. Ale w taborze nikt nie wołał „Bronka”. Mówili „Prześliczna”. Przez tę urodę nazwali ją Papusza, co po cygańsku znaczy „lalka”. Jej przyszłość zdecydowała się w trzeciej nocy po narodzinach. Wtedy to ponoć pojawił się duch, który wyliczył dobro, które ją spotka i zło, które przeżyje: Albo będzie z niej wielka duma, albo wielki wstyd.

 

Angelika Kuźniak dotarła do zupełnie dla mnie nowych informacji dotyczących życia „miłosnego” Papuszy. Kochliwa była…:) Pierwszy mąż pokochał ją całym sobą, a potem nie wiadomo dlaczego – odtrącił. Potem byli inni, którzy ją adorowali, jeszcze inni, którzy jej przypadli do serca. No i mąż Dyźko ponad 20 lat starszy od niej, którego znała od dzieciństwa (brat jej ojczyma).. Dla niej porzucił żonę, ale Papusza nie chciała go, nie kochała. Z czasem zaakceptowała ten związek. Papusza mówi, że u Cyganów miłość jest inna niż ta w książkach: Nie taka prosta. Cyganka kochała, nie kochała, musiała być dobra dla męża. A posłuszna żona zna swoje obowiązki lepiej niż Ojcze Nasz: Nie bądź leniwa, bo znudzisz się mężowi. Mąż zawsze ma rację. On jest górą, on twoim panem. (…) Bo Cygan może zrobić z żoną wszystko, co mu do głowy strzeli. Przegrać w ferbla. Mordę otłuc. Przydusić nogą gardło. Sponiewierać jak ściero jakieś.

 

Papuszy nie ominęły te zasady. Niejeden raz Dyźko przejechał po jej grzbiecie kijem…

 

 

Poezja Papuszy  została odkryta przez Jerzego Ficowskiego, który w latach 1948-50 wędrował z taborem cygańskim, ukrywając się przed Urzędem Bezpieczeństwa. Namówił ją do spisywania swoich wierszy, choć Papusza nie nazywała ich wierszami, a piosenkami Moja piosenka to jest cicha łza. Ja śpiewam sobie nie komuś. (...) Ja jestem tylko wróżka, a nie poetka (...). Po opuszczeniu przez Ficowskiego taboru Papusza zaczęła z nim korespondować. Wysyłała wiersze, a ten tłumaczył je z języka cygańskiego na polski i podsyłał Julianowi Tuwimowi, dla którego cygańska poetka stała się objawieniem i muzą. Wielu zastanawia się ile w tej poezji jest Papuszy, a ile Ficowskiego. Pytania pozostaną bez odpowiedzi. Oboje zabrali prawdę do grobu. Ficowski doprowadził do wydania pierwszego tomiku poezji Papuszy, a w międzyczasie wydał książkę „Cyganie polscy", w której opisał życie w taborze, twarde kodeksy cygańskie, umieścił w niej również słowniczek polsko-cygański.

 

Cyganie się wściekli, że zostały ujawnione rzeczy, które nie powinny wydostać się poza ich społeczność. O zdradę posądzili Papuszę. Była przez Cyganów opluwana, szykanowana, najprawdopodobniej również bita. Wiele osób potwierdzało, że „ Cyganie obili Papuszę tak, że wzywano pogotowie. Skórę do krwi poprzecinali, bo prali batem”. Na koniec została wyklęta przez cygańską społeczność. Zaczęła żyć w zawieszeniu: Z taboru byłam, teraz znikąd jestem. Dyźko mówił: „Nie pisz wierszy, bo będziesz nieszczęśliwa”.

Miał rację jej mąż. Wkrótce jej życie stało się pasmem nieszczęść. Choroba psychiczna, śmierć męża, odejście syna…

 

Nie jest moim zamiarem streszczenie książki, a raczej próbą zachęcenia do sięgnięcia po tę pozycję. Łatwo ją zauważycie, głównie ze względu na przejmującą okładkę. A jeśli ją już otworzycie, zamkniecie dopiero po przeczytaniu 192 stronic. Nie mam też wątpliwości co do tego, że będziecie wracać do niektórych fragmentów:) Naprawdę warto ją przeczytać nie tylko dlatego, by poznać bliżej tę niezwykłą kobietę nazywaną również „poetką przeklętą” ale też dlatego, by zajrzeć na chwilę do hermetycznego, pełnego niezrozumiałych dla nas zasad i praw, świata społeczności cygańskiej.

 

Cały czas piszę o zaletach książki. A czy ma jakieś wady? Tak, ma jedną – stanowczo za prędko ją przeczytałam:)

Gorąco polecam!

 

Piosenka (1952 rok)

 

Po wielu latach,

a może już niedługo, wcześniej,

twe ręce moją pieśń odnajdą.

Skąd wzięła się?

Czy w dzień, czy we śnie?

I wspomnisz, i pomyślisz o mnie –

czy bajką było to,

czy prawdą?

I o moich piosenkach

i wszystkim

zapomnisz. 

 

Między innymi dzięki książce Angeliki Kuźniak – nie zapomnimy…

 

 

Papusza podczas wieczoru autorskiego. Lata siedemdziesiąte.

 

bwp_2.png

 

Dom w Gorzowie Wlkp. przy ul. Kosynierów Gdyńskich 20, w którym mieszkała Papusza.

 

007pa.jpg

 

015pa.jpg

 

Wchodziło się po schodkach. Jej mieszkanie było na parterze pod numerem dwa. Nie było tzw. przedpokoju. Zaraz za drzwiami znajdowała się duża kuchnia, a za nią pokój.

 

003pa.jpg



komentarze (30) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 27 maja 2017