Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 285 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
282930    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5156235
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32249
Bloog istnieje od: 2781 dni

Horoskop

Wodnik

Dzisiaj możesz liczyć na przychylność gwiazd. Zapowiada się, że twój trudny czas kończy się i wszystko zaczniesz od początku.

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Jak zaoszczędzić na... pogrzebie?

środa, 30 listopada 2011 8:45

 

Wspominałam już na blogu o wytycznych biskupów, którzy nakazali, aby obrzędy pogrzebowe z mszą świętą i ostatnim pożegnaniem celebrowane były przed kremacją ciała zmarłego. Podniósł się szum, wielu publicystów, blogerów i dziennikarzy nie pozostawiło suchej nitki na tych wytycznych. Głównie chodziło koszty pochówku, bo jeśli rodzina zdecyduje się jednak na kreację, a chciałaby pochówku z księdzem, to musi zakupić dwie trumny. Jedną taką normalną, tradycyjną, w której leżałby zmarły na czas mszy celebrowanej przez księdza, a drugą ekologiczną ( surowe drewno lub tektura)-do kremacji. No i na koniec jeszcze zakup urny. Przyznajcie, że koszty niemałe… Tym bardziej, że zasiłki pogrzebowe zostały znacznie obniżone.


Sytuacja wydawała się patowa, ale nie dla Miejskiego Zakładu Pogrzebowego w podłódzkich Pabianicach.  Szefowie owego Zakładu zakupili bowiem trumnę …przechodnią, czyli taką którą można wykorzystać więcej niż jeden raz. Jest to specjalna, efektowna  trumna dębowa, przeznaczona jedynie do żegnania zmarłych, którzy zostaną skremowani. W praktyce ma to wyglądać tak:


Ciało zmarłego umieszczane będzie w zwykłej trumnie, która - zgodnie z przepisami - musi być ekologiczna. Tę ekologiczną na czas nabożeństwa umieści się w tej „przechodniej” właśnie, a po uroczystościach wyjmie.


Pomysł szefów Zakładu w Pabianicach wywołał lekką konsternację. Jak zawsze znaleźli się przeciwnicy, jak i ci którzy niczego złego w przechodniej trumnie nie widzą. Szefowie zapewniają, że za korzystanie z tej trumny nie wezmą ani grosza. Ich pomysł wziął się ponoć  z chęci zaoszczędzenia pogrążonym w bólu po stracie bliskich rodzinom, wydatków w postaci zakupu dwóch trumien.


Dodam jeszcze, że trumna wielokrotnego użytku była już, że tak powiem w obiegu, w XVIII wieku.  Wtedy trumny ustawiano na specjalnym stelażu, w pewnym momencie grabarz opuszczał ruchomą zapadnię, a nieboszczyk trafiał do grobu. Pomysłodawcą „przechodnich” trumien był cesarz Austrii Józef II.


Przyznam szczerze, że mam mieszane uczucia odnośnie tego pomysłu Zakładu w Pabianicach. Bo z jednej strony „dzięki” tej przechodniej trumnie znacznie obniżą się koszty pogrzebu, a z drugiej, makabrycznie to jakoś brzmi i nie licuje z powagą chwili. I jakby przy okazji warto pamiętać o winowajcach tego całego zamieszania, czyli o biskupach i ich wytycznych… 


A tak wygląda ta pabianicka, efektowna, dębowa:

http://imageshack.us/photo/my-images/72/z10723064x.jpg/




komentarze (33) | dodaj komentarz

Opętanie i egzorcyzmy

wtorek, 29 listopada 2011 8:20

 

Do ró żnych takich egzorcyzmów i innych zjawisk, których moja głowa nie chce pomieścić, mam stosunek raczej sceptyczny. Jedyne w co wierzę, to w duchy, bo sama doświadczyłam ich bytności w moim domu, zresztą nadal czasami doświadczam… Ale żeby opętanie przez diabła, szatana, lucyfera, złego, czy jak go tam zwą - to myślałam, że raczej na filmach tylko, ewentualnie w sejmie…


Jednak nie tylko. Okazuje się, że polscy egzorcyści mają pełne ręce roboty, wręcz ustawiają się do nich kolejki. Skąd taki boom na egzorcystów? Podobno dlatego, że coraz częściej sięgamy po… magię, a szatan tylko czeka na takich delikwentów. Atakuje, albo też wchodzi w skórę takiego miłośnika magii i tam dopiero sobie używa.


W sobotę w kościele w Pajęcznie odbyła się msza o uzdrowienie nawiedzonych szatanem. Czytam, że kościół wypełnili wierni z całej Polski. Podczas kazania ksiądz ostrzegał, że świat toczy się po równi pochyłej do piekła, a Dzień Sądu będzie dla grzeszników ciemnością. Podobno w chwili gdy ksiądz  podniósł w górę kielich z krwią Chrystusa, powietrze przecięło mrożące krew w żyłach wronie krakanie…



Po mszy kapłan dmuchnął w mikrofon, co miało symbolizować Ducha Świętego. Chwilę później pod ścianami kościoła rozbrzmiały tajemnicze chichoty. Wierni padali jak kłody na ziemię... Podobno ten chichot to nie twór szatańskie, ale dar nagłej radości od Ducha Świętego. Po mszy rozpoczęły się indywidualne modlitwy o uzdrowienie:


„Lewiatanie, opuść tego mężczyznę. Diabły wszystkie, które męczyłyście go tyle czasu, idźcie zaraz do piekła - grzmiał egzorcysta nad młodym człowiekiem, który drżał i patrzył przed siebie nieprzytomnym wzrokiem. Pod wpływem oddechu egzorcysty padł na podłogę, gdzie został namaszczony olejami.”

Przyznaję, że nie uczestniczyłam nigdy w takiej mszy z egzorcyzmami, choć kto wie, może powinnam? Może te duchy, co to mnie czasami nawiedzają to nie duchy, a diabeł we własnej osobie?


Trochę sobie drwię i naśmiewam się, ale proszę wybaczyć, to wynika z mojej niewiary w tego rodzaju zjawiska tzn. w opętanie przez diabła. Być może, gdyby ktoś mnie przekonał, dał namacalne dowody, zmieniłabym zdanie. No nie wiem… Bardzo jestem ciekawa Waszej opinii na temat opętania. Spotkaliście kogoś takiego? Oczywiście nie chodzi mi o szefową w pracy, czy wrednego sąsiada…


Źródło: Dziennik Łódzki



komentarze (59) | dodaj komentarz

Prawo serii

poniedziałek, 28 listopada 2011 9:41

Bywają takie dni, kiedy dopada smutek jakiś i nostalgia. W takie dni nawet złośliwość i bezczelność przedmiotów martwych osiąga swoje apogeum.


Nie powiem, żeby sobota zapowiadała się pięknie, ale liczyłam, że będzie tak jak zawsze, czyli normalnie. Na wieczór miałam zaplanowane wyjście do Klubu na wystawę fotografii. Po nocnych koszmarach wstałam w nastroju - powiedzmy sobie szc zerze - byle jakim… Poranna kawa zawsze mnie rozbudza i sprawia, że szarości stają mniej szare. Pierwszy łyk… bleee. Posolonej nie lubię. To kara za niezrealizowane postanowienia. Od dłuższego już czasu noszę się z zamiarem zmiany pojemników na sól i cukier. Są identyczne, stoją na szafce obok siebie,  wprawdzie w każdym jest inna łyżeczka, ale cóż pomyłki się zdarzają…


Potem palenie w piecu. Ktoś kto ma piece wie, że jak na dworze zgnilizna, to często nie chce się rozpalić za pierwszym razem. Tliło się dymiło i udało się dopiero za trzecim podejściem. Umorusana po łokcie poszłam umyć ręce. Odkręciłam kurek z ciepłą wodą i… kurek został w mojej ręce. Jakby tego było mało wieszaczek „samoprzylepny” zamocowany na kafelkach „odlepił” się zaraz po tym jak powiesiłam ręcznik do wycierania rąk.


O innych „drobiazgach” typu zbicie kubka, czy wypadnięcie rękojeści noża podczas krojenia cebuli już nie wspomnę.


Pote m otworzyłam szafę, żeby wyciągnąć ciuchy, w które chciałam się ubrać na wystaw ę i… po chwili cały pałąk z wieszakami wylądował na dnie szafy. No urwał się… nie pierwszy zresztą raz, ale po poprzednim naprawieniu padły słowa „teraz zrobione jest na amen, nie urwie się.” Wspomnę jeszcze o żelazku, które podczas prasowania bluzki wyślizgło mi się z rąk i upadło na podłogę. Żelazku nic się nie stało, ale lekki ślad po upadku na panelach pozostał…


Ubrana szykowałam się do wyjścia. Byłam przekonana, że już nic więcej mi się nie przytrafi. Myliłam się. Klucz zaklinował się w zamku i żadną miarą nie szło go przekręcić. Znieruchomiał na dobre. Męczyłam się dobre pół godziny. Dopiero sąsiad, który wyszedł z bloku wyrzucić śmieci przyniósł jakieś narzędzia i udało się zamknąć mieszkanie…


Zawsze to podejrzewałam, a teraz wiem na pewno, że te niby martwe przedmioty, to jakaś ściema. Bo w rzeczywistości  są jak najbardziej żywe i czekają tylko, żeby człowiekowi (czyli mnie) dokopać w jakąś sobotę na przykład. Tylko ja się pytam – za co i dlaczego? Co ja im zrobiłam żeby taką szczerą nienawiścią do mnie zapałały? Obchodzę się z nimi jak z jajkiem, dbam, hołubię, pielęgnuję, a tu taka zapłata mnie spotyka… Oj nie ma w dzisiejszych czasach w ludziach, tfu w przedmiotach wdzięczności za grosz…




komentarze (35) | dodaj komentarz

Wiersz...

niedziela, 27 listopada 2011 9:15

 

 

         * * *

Rozpływa się nad miastem

w wątłym dymie z kominów

 

Płaszczem mgły myśli okrywa

usta kamienieją

 

Oczy szarością maluje

blask matowieje

 

Liście obcasem rozciera

na płycie chodnika

 

Chłód rozsypuje

na parkowych ławkach

 

Rozwiesza na gałęziach

kropelki goryczy

 

Nie pytam jej o sens

kolejnego dnia

ani o to

kiedy włączy słońce

 

Jesienna Melancholia

nigdy nie odpowiada




komentarze (22) | dodaj komentarz

Pamiętnik zamykany na…

sobota, 26 listopada 2011 8:58

 

Jestem z córką  w sklepie papierniczym, oglądamy kartki okolicznościowe. Weszła pani i pyta sprzedawcę:

- Czy są pamiętniki zamykane na haftki?

- Nie ma - odpowiedział sprzedawca.


A mnie tak jakoś ciepło się na sercu zrobiło. Znaczy się, że w dobie internetu i blogów, ktoś jeszcze uprawia sztukę odręcznego pisania pamiętnika. Córka oglądała kartki, a ja rozmarzyłam się… Oczyma wyobraźni widziałam piękny pamiętnik w płóciennej oprawie, zamykany na jakąś  dużą, ozdobną haftkę…  Z zamyślenia wyrwała mnie córka pytając o coś. Wyszłyśmy ze sklepu, a ja nie omieszkałam podzielić się z nią swoimi przemyśleniami…


- Mamo, skąd wytrzasłaś tą haftkę i do tego ozdobną. Kobieta pytała o pamiętnik zamykany na… hasło, a nie na haftkę!

- Tak…? Musiałam nie dosłyszeć -  powiedziałam, ale pomyślałam sobie zupełnie coś innego:

Co ona mi wciska, chyba wiem co słyszałam. Kobieta pytała o pamiętnik zamykany na haftkę i już.

Przyszłam do domu, prędko odpaliłam laptopka żeby zapytać  wujka Google. No… i znalazłam:

„Pamiętnik z hasłem - przechowuj swoje sekretne myśli i marzenia. Dziewczynki mogą wymyślać i nagrać swoje sekretne hasło. Pamiętnik zapamięta je i otworzy się tylko wtedy gdy je wypowiesz. Pokrywa będzie zamknięta do momentu, gdy wypowiesz tajne hasło, a gdy zamkniesz ją, automatycznie się zablokuje. Alarm o intruzach powie Ci, ile razy ktoś próbował wykraść, tajne sekrety bez Twojej zgody.”


Wiedzieliście, że takie pamiętniki produkują? Ja nie wiedziałam… A swoją drogą szkoda, że kiedyś takich nie było, o ile prostsze byłoby życie dorastającej panienki (czyli mnie). Żadnych przecieków i czytania przez niepowołane do tego oczęta. Tłumaczyć by się człowiek nie musiał, a może i niejednego lania by uniknął…


Tak wygląda pamiętnik na hasło. Fotka z netu.

 




komentarze (40) | dodaj komentarz

List do św. Mikołaja

piątek, 25 listopada 2011 0:14

 

                                                                 Santa Claus, Arctic Circle,
                                                                 96930 ROVANIEMI
                                                                 FINLAND

 

 

Witaj święty Mikołaju


Na wstępie mojego listu zapytuję o Twoje zdrowie, bo u nas wszyscy jako tako zdrowi są. Wprawdzie do 6 grudnia pozostało jeszcze trochę czasu, ale piszę już teraz żeby nie było jak 2 lata temu, kiedy to bezczelnie wyparłeś się, że list do Ciebie nie doszedł. Przecież nie mógł nie dojść, skoro wysłałam go 10 dni przed terminem. Za to w tym roku będziesz miał dużo czasu żeby rozpatrzyć mój list pozytywnie.


Oj nie mam ja do Ciebie szczęścia Mikołaju. Zawsze masz jakieś wymówki, a to list nie doszedł na czas, a to program oszczędnościowy wprowadziłeś, a to słabe okulary miałeś i mieszkania pomyliłeś. A potem mało mnie szlag nie trafiał jak w „moim” wymarzonym golfie sąsiadka paradowała. A w zeszłym roku, to już w ogóle przegiąłeś. Twój e-papieros działał raptem kilka dni. Popsuty leży w kartoniku i jak mi przypomnisz to Ci oddam przy okazji. Mam nadzieję, że jakąś gwarancję na niego dostałeś, to może chociaż część kasy Ci się zwróci. Oby w tym roku wszystko odbyło się zgodnie z moimi oczekiwaniami…


Otóż św. Mikołaju nie mam zbyt dużych wymagań, przecież wiem, że mamy kryzys i musimy wszyscy demokratycznie zaciskać pasa. Ale jednak powinieneś jakoś się zrewanżować za swoje pomyłki i zwyczajne olewanie mnie. Dlatego też nie zważając na zaciskanie pasa, wnioskuję owym listem o prezent w postaci… aparaciku fotograficznego. No i czego krzywi się i oczami przewraca? Co to jest dla Ciebie taki mały aparacik w stosunku do wszystkich prezentów świata. Ot, takie zupełne nic. A poza tym nie chcę jakiegoś dużego wypasionego aparatu. Ma być mały, żeby mi się do kieszeni zmieścił. Bez aparatu z domu nie wychodzę, ale co ja będę Ci o tym pisać, przecież jesteś święty, to o wszystkim wiesz… Jednak niech Cię nie zmyli określenie „mały”. Ma być mały, ale dobry, a właściwie najlepszy. Taki z wysokim zoomem i możliwością kombinowania z obiektywem.


Uwierz mi, że zasłużyłam sobie na taki prezent jak nikt inny. Caluśki rok byłam grzeczna, jak nie przymierzając niemowlę w beciku. Nie masz absolutnie żadnych argumentów na to, by mi odmówić. Weź pod uwagę również to, że coraz mniej ludzi na świecie wierzy w Twoje istnienie. Ja wierzę i głoszę wszem i wobec, że istniejesz. Tym sposobem przyczyniam się w pewnym stopniu do tego, że przynajmniej za mojego życia nie staniesz się osobą bezrobotną.


Chciałam Cię również uprzedzić, że jak będziesz składał wizytę, to musisz znaleźć jakieś inne wejście niźli tradycyjny komin. Latem remontowali dach i komin zrobili taki wąski, że nawet mały Elf się nie przeciśnie.


Na zakończenie tego listu chciałam Cię jeszcze raz pozdrowić i zapewnić o swojej wdzięczności dozgonnej, która nastąpi w przypadku zrealizowania mojego zapotrzebowania. A w sprawie  prezentów, które powinnam otrzymać 24 grudnia, napiszę odrębny list na dwa tygodnie przed tym terminem.


                                                                                    Do widzenia

                                                                                    rodorek




komentarze (47) | dodaj komentarz

Kościół zamyka się na sztukę

czwartek, 24 listopada 2011 0:20

 

Zaskoc zył mnie, ale i strasznie zadziwił list Kardynała Dziwisza wystosowany do kościelnych muzyków. Zdaniem Kardynała, organizowanie koncertów muzyki świeckiej w świątyniach to brak szacunku dla sakralności miejsca(!) Cytuję fragment listu:


„Niech nasze świątynie rozbrzmiewają pięknym śpiewem wiernych, polifonią dawną i nową śpiewaną przez nasze chóry, bogatą literaturą organową oraz grą na innych instrumentach, która jest liturgicznie poprawna. Zawsze niech towarzyszy nam świadomość, że muzyka wykonywana podczas liturgii i na koncertach ma płynąć z inspiracji duchem chrześcijańskim. Ma to być muzyka religijna, a nigdy świecka.”


Zupełnie nie rozumiem tej decyzji… Zanim wybudowano w moim mieście  filharmonię, uczestniczyłam w koncertach muzyki organowej organizowanych w Katedrze między innymi. Za każdym razem Katedra wypełniona była słuchaczami po brzegi. Choćby po tym fakcie widać jakie jest zapotrzebowanie na dobrą muzykę. Mało które miasto w Polsce może się poszczycić filharmonią, albo dużą salą koncertową, nie mówiąc o małych miejscowościach. Dlatego też uważam, że nowy pomysł Dziwisz skutecznie zamknie przed dużą grupą ludzi kochających muzykę, możliwość obcowania z muzyką poważną „na żywo.” 


Poza tym proszę mi powiedzieć czym się różnie muzyka religijna od muzyki Mozarta, Haendla, czy Bacha? Przecież w ich geniuszu gołym okiem widać palec Boży. No i ciekawa jestem skąd Kardynał wie, że w ich muzyce nie było inspiracji chrześcijańskich? Dla mnie to wszystko jest niepojęte…


Pamiętacie pewnie jak młodzi hip – hopowcy zatańczyli dla naszego Papieża? Hip-hop to zdecydowanie nie chrześcijańska muzyka, a jednak Ojciec Święty obejrzał ich pokaz, podobnie jak licznie zgromadzona publiczność, i w nikogo diabeł nie wstąpił. Niedawno pisałam, że byłam na koncercie Tomasz Żółtko, który najczęściej koncertuje w kościołach. Jego utwory propagują miłość, wybaczanie, zrozumienie drugiego człowieka, pokorę wobec życia i Boga, ale „niestety” jest twórcą świeckim, czy teraz w świetle tych nowych zwyczajów zostanie mu zamknięta droga do śpiewania w kościołach i kaplicach? A co z Międzynarodowym Festiwalem Muzyki Organowej w Katedrze Oliwskiej? Nasuwa mi się masę pytań, na które póki co nie znajduję odpowiedzi….


Kościół strzela sobie kolejnego samobója, bo tą decyzją skutecznie odsuwa od Kościoła wartościowych twórców, których jedynym „grzechem” jest fakt przynależności do nurtu świeckiego…




komentarze (40) | dodaj komentarz

Okna życia mają sens

środa, 23 listopada 2011 0:16

 

Kiedy  po raz pierwszy przeczytałam, ze w Polsce powstają Okna Życia ucieszyłam się, że niechciane noworodki nie muszą już ginąć porzucane na śmietnikach lub na ulicy. Różne słyszy się opinie na temat samej idei powstania Okien Życia. Co by jednak nie mówić, na pewno jest to wyjście najlepsze z najgorszych. Pozostawienie swego dziecka w Okienku to ostateczność, ostatnia deska ratunku, często jedyna szansa na uratowanie takiemu maleństwu życia…


Właśnie kolejne dziecko otrzymało dzięki Oknu szansę na przeżycie. W poniedziałek, w legnickim Oknie kobieta pozostawiła miesięcznego chłopczyka. Był zadbany. Mama zostawiła pieluchy, ubranka, a nawet kosmetyki i mleko. Dziecko zbadał lekarz. Potem zostało one odwiezione do szpitala, gdzie przeszło specjalistyczne badania. Zgodnie z prawem matka może odzyskać je do 30 dni od momentu pozostawienia. Jeśli się na to nie zdecyduje, niemowlę trafi szybką drogą do adopcji.


Warto przypomnieć, że pierwsze Okno Życia uruchomiono w Krakowie w 2006 r. Potem powstawały kolejne. Do tej pory w takich miejscach pozostawiono kilkadziesiąt noworodków. Matka pozostawiająca dziecko zachowuje anonimowość i nie jest poszukiwana przez sąd. Natomiast dziecko bezzwłocznie trafia do szpitala na oddział noworodków, gdzie przechodzi badania, a o jego dalszym losie decydują sąd i ośrodki adopcyjne.

 

Po raz kolejny okazuje się, że pomysł założenia takich miejsc ma sens. Może warto przypominać o nich nie tylko przy okazji znalezienia kolejnego noworodka? Choćby po to, by matki, które ukrywają swoją ciążę, nie chcą rodzić w szpitalu, nie mogą lub nie chcą zatrzymać przy sobie nowo narodzonego dziecka wiedziały, że jest takie miejsce gdzie można zostawić swoje maleństwo bez obawy, że spotka je coś złego. Bez tej wiedzy Okna życia staną się martwe, jak martwe bywają noworodki, które zostały za późno znalezione na śmietniku, na ławce w parku, czy na klatce schodowej.


A legnickiemu maleństwu życzę zdrowia i wiele szczęścia w życiu…




komentarze (63) | dodaj komentarz

Wierność za... 200 złotych

wtorek, 22 listopada 2011 8:33

Zaws ze wydawało mi się, że bycie wiernym, to nieoceniona zaleta. Myliłam się. Teraz „wierność” można sobie kupić za 200 zł. Wystarcza na 20 razy. Możemy ją użyć w przypadku, kiedy wszelkie oznaki na niebie i ziemi wskazują na to, że nasz partner, lub partnerka robią sobie skoki w boki. Zestaw o nazwie wierność jest bardzo prosty w użyciu. Wystarczy polać preparatem bieliznę w newralgicznym miejscu i sprawdzić kolor odczytu. Niebieski oznacza niewinność, brunatny, niestety nie.


To nie żart, nie jest to również fragment scenariusza jakiegoś filmu z gatunku fantasty. Dzięki współczesnej technice dosłownie każdy może kupić sobie tego rodzaju gadżety. Portfela zbytnio nie nadwyrężymy, bo kontrolować miłość można już podobno za niecałe 50 zł.


Chyba każdy z nas ma wśród swoich znajomych pary, które rozwodzą się, albo już się rozeszły z powodu zdrady jednego z małżonków. Według badań przeprowadzonych przez GUS zdrada jest dziś jedną z głównych przyczyn rozwodów z orzekaniem o winie. Tyle, że takie procesy się ciągną w nieskończoność, bo udowodnić zdradę wcale nie jest takie proste. Chyba, że zdradzający/a w chwili słabości przyzna się. A co jeśli nie? Wtedy nie pozostaje nic innego jak zamienić się w Jamesa Bonda, albo Matę Hari i szukać mocnych dowodów. Między innymi za pomocą takich gadżetów właśnie. A jest z czego wybrać, wystarczy dobrze poszukać. Na przykład na Allegro można trafić na sprzęt, z którego korzystały kiedyś agencje wywiadowcze. Mnie zajęło chwilę, żeby trafić na podsłuch w przedłużaczu, czy dyktafon (samo-włączający się) w formie pendrive’a. Jest też wiele programów tzw. szpiegów komputerowych, „dyskretnych w działaniu oraz prostych w obsłudze i instalacji, które pozwolą poznać prawdę o tym, czy w twoim związku pojawiła się zdrada.”


Czasami wystarczy tylko zdradę udowodnić, by skruszony zdrajca/czyni wrócili na łono rodziny, ale jednak najczęściej sprawa kończy się w sądzie. A wtedy takie dowody są bezcenne. Polskie sądy bowiem wyznają zasadę, że wszelkie fakty mające istotne znaczenie dla sprawy mogą być wykorzystane w postępowaniu i dlatego też, często dopuszczają dowody zdrady zdobyte za pomocą metod szpiegowskich.


Teraz powinno coś być o tym, że nie wolno zdradzać, że zdrada to paskudna rzecz i takie tam podobne. Powinno, ale nie będzie. Bo jak świat, światem zdrada była, jest i będzie. Współczesna technika daje nam do dyspozycji wiele możliwości, by śledzić bliskich nie ujawniając się. Zresztą sama chęć kontrolowania nie jest niczym nowym, tyle że narzędzia kontroli stają się coraz nowocześniejsze. Dawno, dawno temu, taką formą kontroli nad partnerem, a jednocześnie zabezpieczeniem przed zdradą, był pas cnoty;-) Dzisiaj nie stosuje się tak niehumanitarnych środków. Dzisiaj wystarczy malutki zestaw szpiegowski.


Źródło: Newsweek



komentarze (24) | dodaj komentarz

Sukces

poniedziałek, 21 listopada 2011 8:38

Pa miętacie jak pisałam, że jestem zaniepokojona nadużywaniem przez moją mamę leków?

Otóż, śmiało mogę napisać: Ale to już było i (mam nadzieję) nie wróci więcej…


Poszłam wczoraj do mamy, weszłam do kuchni, spojrzałam na stół i wydał mi się jakiś inny, znacznie większy… Dopiero po chwili zorientowałam się, że nie ma na nim arsenału leków wszelakich. Ot, skromnie z boku leżały sobie raptem trzy opakowania tabletek.


Jak do tego doszło? Z przykrością informuję, że moja zasługa w tym właściwie żadna. Nie to, że nie próbowałam, robiłam różne podchody, podrzucałam artykuły na temat szkodliwości nadużywania leków przez seniorów, przeprowadzałam rozmowy wychowawczo – pedagogiczne itp. Jednak nic nie wskórałam. Mama nadal leki zażywała.


Około dwóch tygodni temu, mama skarżyła się na pewne dolegliwości. Poszła do lekarza rodzinnego, a ten skierował ją na specjalistyczne badania. Okazało się, że ma lekki stan zapalny jelit. Specjalista powiedział, że przyczyną mogą być jakieś leki, które mama przyjmuje… Mama  wystraszyła się i odstawiła wszystkie leki, ale żeby nie było, że winnych nie ma. Wczoraj mama całą winę zrzuciła na lekarza rodzinnego, który znaczną część leków przepisywał podczas wizyt. Musiałam stanąć w obronie Bogu ducha winnego lekarza. Zapytałam mamę:


- A co byś powiedziała, gdyby Ci tych leków nie przepisywał. Przecież podczas kolejnych wizyt skarżyłaś się na różne dolegliwości, no to jakieś leki na nie musiał przepisać. Gdyby tego nie robił, to dopiero byłoby gadania, że konował, że nie leczy, że musisz zmienić lekarza i takie tam…


Wprawdzie nie od razu, ale jednak mama przyznała mi rację. Teraz tylko pozostaje trzymać kciuki, żeby mamie już tak zostało…




komentarze (27) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 24 sierpnia 2017