Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 392 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« listopad »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5058109
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32245
Bloog istnieje od: 2693 dni

Horoskop

Wodnik

Sobota dobra na wszystko - zadbaj o siebie, bądź dla siebie kimś najważniejszym. Postaraj się o dobrą atmosferę wokół siebie, rozpieszczaj się, idź na zakupy i spraw sobie coś fajnego

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Donos, czy obowiązek obywatelski?

czwartek, 29 listopada 2012 18:32

Miasto, w którym mieszkam jest mi bliskie. Tu się urodziłam (brzmi jak życiorys, ale nie będzie to życiorys), kształciłam, założyłam rodzinę, urodziłam i wychowałam dzieci.  Pewnie dlatego mam wielu znajomych, oraz znajomych moich znajomych.  A to z przedszkola, ze szkoły podstawowej, z liceum, z pracy, z ulicy, z dzielnicy, itp.  Pośród tych znajomych są i tacy, że na ich widok człowiek najchętniej przeszedłby na drugą stronę ulicy, ale nie da się, a może po prostu nie chcę?  Żyjąc w średniej wielkości mieście zawsze gdzieś, kiedyś natknie się na takich…


Pół roku temu  spotkałam znajomą, która poinformowała mnie, że nasz wspólny znajomy  S rozwalił nowiutki samochód. Jechał po pijaku i spowodował wypadek. Jemu nic się nie stało i na szczęście w nikogo nie wjechał, ale samochód nadaje się już do kasacji. Sprawa trafiła do sądu , sąd orzekł zakaz prowadzenia pojazdów, oraz „dowalił” grzywnę.


S jest właśnie jednym z takich znajomych, na widok których człowiek przeszedłby na drugą stronę ulicy.  Wychowaliśmy się na jednej ulicy, chodziliśmy do jednej klasy, jego rodzice przyjaźnili się z moimi. Ale potem coś mu odbiło. Co i rusz dochodziły mnie słuchy o jego wyskokach. Ożenił się, urodziło mu się dziecko, zaraz potem zostawi swoją rodzinę i związał się z inną kobietą, a potem znów z inną… Miał słabość do alkoholu, a ten nie służył mu widocznie, bo  wszystkie jego „wywijanki” były po alkoholu właśnie.


Wczoraj wracałam z pracy. Obok mnie wolno przejechał samochód. Zdawało mi się, że za kierownicą siedzi S. Niemożliwe – pomyślałam, przecież ma zakaz prowadzenia pojazdów, pewnie mi się przewidziało… No nie przewidziało.  To był on. Pomachał mi ręką i kawałek dalej zatrzymał się. Uchylił szybę i zapytał co tam u mnie słychać.  Poczułam alkohol…  Nie, nie był nawalony, a jednak najwyraźniej był pod wpływem. 


Podobno miałeś jakiś wypadek i zabrali ci prawo jazdy – zapytałam.

- Miałem, skasowałem swoje cacko, ale jak widzisz mam już nowe autko, niezłe prawda?

- To znaczy, że zwrócili ci prawo jazdy?

- Tak dobrze to jeszcze u nas jeszcze nie jest. Mam zakaz, ale zakazy są po to by je omijać!


Nie chciało mi się ciągnąć tej rozmowy… Wróciłam do domu, ale wciąż dziwnie się czuję. Żałuję, że go spotkałam i wdałam się w rozmowę, bo mając świadomość, że  nie ma prawa jazdy, a nadal jeździ, i do tego po alkoholu, powinnam coś z tym zrobić. Tylko co…?  Z jedne strony brzydzę się donosicielstwem, a z drugiej… kurcze, a jakby  spowodował wypadek i tym razem komuś, jakiemuś przechodniowi, albo innemu kierowcy stała się krzywda…?




komentarze (25) | dodaj komentarz

Artyści - charytatywnie. Koncert:)

wtorek, 27 listopada 2012 17:53

 

Muzyka symfoniczna, jazzowa i cygańska na jednym koncercie? Czemu nie… u nas wszystko jest możliwe:) Wczorajszy wieczór spędziłam w gorzowskiej Filharmonii  na koncercie „Gorzowscy Artyści charytatywnie”. Wspaniały koncert, niezapomniane doznania artystyczne… Po raz pierwszy widziałam widownię naszej Filharmonię wypełnioną po brzegi, ale nie ma co się dziwić, bilety nie kosztowały jak zazwyczaj „majątek” a jedynie symboliczne 5 zł. Wielu liczących na to, że uda się jeszcze kupić bilety przed samym koncertem, odeszło od kas  z kwitkiem.


Filharmonia zaprosiła do udziału w koncercie artystów, których droga twórcza ma silne gorzowskie korzenie. Mogliśmy więc wysłuchać  znakomitych muzyków jazzowych - skrzypka, kompozytora i producenta muzycznego – Adama Bałdycha oraz pianistę i kompozytora -  Michała Wróblewskiego. Solistom towarzyszyła Orkiestra Filharmonii Gorzowskiej pod dyrekcją Krzysztofa Świtalskiego. Nie pytajcie mnie o repertuar, bo właściwie nie wiem co grali:) W każdym razie aranżacje jazzowe w połączeniu z  orkiestrą symfoniczną zabrzmiały pięknie, a dla mnie - przyznaję – zaskakująco:)


O ile A. Bałdycha, nadzieję światowej wiolinistyki jazzowej oraz wirtuoza skrzypiec słyszałam już kilka razy, o tyle M. Wróblewskiego słuchałam wczoraj po raz pierwszy. Nie miałam pojęcia, że tak uzdolniony muzyk pochodzi z mojego miasta. Jeśli tylko zagra jeszcze w naszej Filharmonii, na pewno wybiorę się na koncert.


W drugiej części koncertu temperatura na widowni podniosła się o co najmniej kilka stopni, bo na scenie pojawił się Cygański Teatr Muzyczny „Terno”. Zespołowi towarzyszyła orkiestra symfoniczna. Ech… wiadomo nie od dziś, że mam sentyment do kultury romskiej. Cóż więc napisać? Podobało mi się i to jeszcze jak!

 

Pamiętacie moją notkę „Do Filharmonii - na skróty”? Pisałam w niej o tym jak wraz z A przedzierałyśmy się przez chaszcze na koncert zatytułowany ''Bądźmy dumni z muzyki polskiej''.

Tym razem A dotarła do Filharmonii w cywilizowany sposób, ale nie mogło być inaczej, wszak była jedną z gwiazd  wczorajszego wieczoru. A gwieździe nie wypada tak przez te chaszcze i do tego bez maczety:)

Ania wystąpiła z zespołem „Terno” gościnnie. Zatańczyła wraz ze swoją córką Natalką taniec solowy. Co ja tam piszę „zatańczyły” one po prostu dały niesamowity popis tańca cygańskiego. Niezwykła energia, radość życia, profesjonalizm, taneczne tornado, istne szaleństwo. Nie mogłam od dziewczyn oderwać wzroku, jak dla mnie stanowczo za krótka ta solówka:)

 

Fotki nie są najlepszej jakości, bo wprawdzie otrzymałam pozwolenie na fotografowanie, ale bez lampy błyskowej.  No mój aparat nie jest zły, ale niestety cudów jeszcze nie potrafi czynić. Na lekkim zoomie, przy  sztucznym oświetleniu wyszło to co wyszło…

 

Adam Bałdych

 

 

Maciej Wróblewski

 

 

Terno

 

 

 

Anna Dębicka z córką Natalią

 

 

Ania:)

 

 

Natalka:)

 

 



komentarze (25) | dodaj komentarz

Hinduska Calineczka

sobota, 24 listopada 2012 23:55

Rzadko kto jest zadowolony ze swojego wyglądu. Przyglądając się sobie w lustrze zawsze znajdziemy coś, co chcielibyśmy poprawić, polepszyć, zmienić po prostu. A to nos za duży, usta albo piersi za małe, a to za dużo kilka kilogramów tu i tam. Duzi chcą być mniejsi, a ci mniejsi – więksi. I dopiero kiedy zobaczymy, kogoś kto faktycznie ma tysiące powodów do tego żeby coś w swoim wyglądzie zmienić, ale takiej możliwości nie ma, zaczynamy inaczej postrzegać swoje „niedoskonałości”. Nie wiem czy każdy, ale ja tak mam, a właściwie kiedyś miałam. Teraz jest inaczej, bo kiedy nadchodzi przywilej „bycia” przeźroczystą, wiele rzeczy przestaje mieć zupełnie znaczenie;-)


Jyoti Amge ma 19 lat i od zawsze chciała zostać znaną indyjską aktorką. Niby nic niezwykłego, wiele nastolatek marzy o aktorstwie, niektórym nawet się to udaje:) Jednak na przeszkodzie w zrealizowaniu marzeń Jyoti Amge stoi achondroplazja - choroba genetyczna manifestująca się karłowatością.  Jyoti ma 19 lat i niespełna… 63 centymetrów wzrostu. Według Księgi Rekordów Guinnessa jest najniższą żyjącą kobietą na świecie.


Kiedy przeczytałam po raz pierwszy o dziewczynie pomyślałam, że jej codzienność musi być bardzo smutna. A potem zobaczyłam zdjęcia na których widać radosną uśmiechniętą nastolatkę. Wyglądała jak „żywa laleczka”. Jyoti Amge zrobiła ze swojego wyglądu atrybut.

Jej inność sprawiła, że cieszy się dużym zainteresowanie mediów. Popularność napawa ją dumą. Czuje się oryginalna,  nie ma kompleksów, jest niezwykle towarzyska. Uczestniczyła w licznych programach telewizyjnych, teledyskach i w paru dokumentach. Fanów zjednuje sobie niesłabnącą pogodą ducha i uroczym uśmiechem.


A teraz czytam, że w ubiegłym tygodniu dołączyła do obsady hinduskiej wersji Big Brothera. Wchodząc do programu zapowiedziała, że zamierza zmienić sposób w jaki ludzie postrzegają jej inność i… podbić Bollywood!

"Chcę pokazać światu, że rozmiar się nie liczy, a osoba jak ja może egzystować wśród tak zwanych normalnych ludzi jak członek wielkiej szczęśliwej rodziny (…) Chcę pochwalić się swoimi umiejętnościami aktorskimi i zrobić karierę w Bollywood (…) Nie będę się z nikim kłócić i wyjdę stąd wygrana!"


Zdaję sobie sprawę, że zaproszenie do takiego programu nie jest bezinteresowne. Producenci liczą na większą niż zwykle oglądalność i pewnie nie zawiodą się. Tyle, że jakoś ta „interesowność” w tym przypadku mi nie przeszkadza, bo działa w dwie strony. Producent zarobi na programie, a dla Jyoti Amge będzie to kolejny krok do spełnienia marzeń o aktorstwie. W każdym razie trzymam kciuki i życzę by swoje marzenia spełniła.

Fotki z netu

 

 




komentarze (44) | dodaj komentarz

Przejęzyczenia:)

czwartek, 22 listopada 2012 20:16

 

Koleżanka przyszła dzisiaj do pracy jakaś taka zadumana i wyciszona. W każdym razie inna niż zawsze. Zagadnęłam o przyczynę tego zadumania. Machnęła tylko ręką. Jednak gdzieś tak po godzinie wyjaśniła. W drodze do pracy zaszła do osiedlowego sklepiku po karton soku egzotycznego. Na pytanie sprzedawcy: Co ma być, odpowiedziała: Poproszę sok erotyczny w kartonie:) Po chwili spostrzegła swoją pomyłkę, chciała się poprawić, ale Pan sprzedawca uśmiechając się „pod wąsem” podał koleżance to, o co miała zamiar poprosić, czyli sok egzotyczny.


Chyba nikt nie jest wolny od przejęzyczeń – próbowałam ją pocieszyć i opowiedziałam o swoim ostatnim przejęzyczeniu. Czasami rano idąc do pracy kupuję drożdżówkę z wiśniami. Właściwie mogłabym kupować codziennie, bo bardzo lubię, ale mam na uwadze fakt, że to co mi smakuje nie zawsze służy mojej figurze. Ograniczam się więc do „czasami”.


W mijanej piekarni za każdym razem mówię: Proszę drożdżówkę z wiśniami z rożna (lubię wypieczone). Jednak ostatnio zdarzyło mi się powiedzieć: Proszę wiśniówkę z drożdżami z rożna. Pani zaniemówiła… a ja nawet nie zauważyłam swojego przejęzyczenia. Stałam przy ladzie zdziwiona, że Pani nie chce się zrobić dwóch kroków, żeby podać mi drożdżówkę. W końcu zniecierpliwiona tą opieszałością powiedziałam, że spieszę się do pracy. Pani zapytała ponownie: To co ma być? Przecież mówiłam, że… wiśniówkę z drożdżami z rożna:) Dopiero wypowiadając ostatnie słowo spostrzegłam swoją pomyłkę:)


Na szczęście przejęzyczenia mojej koleżanki i moje miały, że tak powiem, osobisty charakter, ale zdarzają się przecież przejęzyczenia, za które od prezydentów  państw domaga przeprosin. Tak było między innymi z Barackiem Obamą w sprawie „polskiego obozu śmierci”. No wtedy nie było już ani śmiesznie, ani zabawnie… Zresztą do dziś autorytety spierają się, czy było to przejęzyczenie, czy nieznajomość historii.


Pamiętam też jak J. Kaczyński podczas śpiewania hymnu przejęzyczył się, w wyniku czego zamiast słów „z ziemi włoskiej do Polski” usłyszeliśmy „z ziemi Polskiej do Wolski”.  I jeszcze słynne: „Nikt nam nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarne”.


Słowo „przejęzyczenie” od jakiegoś czasu robi furorę w polityce. Można nim wytłumaczyć każdy idiotyzm, który pada z ust polityków, ale też wypowiedzi niewygodne dla rządzących. Pamiętacie jak Donald Tusk skomentował wypowiedź Waldemara Pawlaka, że "nie bardzo wierzy w państwowe emerytury więc oszczędza we własnym zakresie "? Oczywiście jako przejęzyczenie, co nijak się ma do definicji przejęzyczenia. Za Wikipedią: Przejęzyczenie: rodzaj błędu popełnionego w wypowiedzi przez człowieka w wyniku roztargnienia, przez nieuwagę. Polega na niewłaściwym doborze lub użyciu wyrazów bądź ich przekręceniu (zniekształceniu).


Szkoda, że Zygmunt Freud w swojej "Psychopatologii życia codziennego" sprowadził prawie każdą pomyłkę do seksualności. Fajnie by było móc interpretować je podobnie jak interpretuje się sny.


Pozdrawiam:) A teraz  idę sobie nastawić herbatę na wodę:-)

 




komentarze (39) | dodaj komentarz

Konkurs na nazwę...

środa, 21 listopada 2012 17:05

Dzisiaj trochę nietypowo, bo chciałabym Was zachęcić do wzięcia udziału w konkursie…

Stowarzyszenie Hospicjum Św. Kamila w Gorzowie zaprasza do wzięcia udziału w konkursie na najlepszą nazwę dla hospicjum domowego dla dzieci. Nazwa powinna być prosta, czytelna i jednoznacznie kojarząca się z hospicjum, oraz odzwierciedlająca cel i charakter funkcjonowania placówki, a zarazem podkreślająca, iż jest ono dla dzieci.

 

Hospicjum domowe dla dzieci funkcjonuje przy Hospicjum Św. Kamila w Gorzowie od 1 października bieżącego roku. Obecnie  pod opieką znajduje się czwórka dzieci, które z powodu przewlekłej, zaawansowanej i postępującej choroby wymagają specjalistycznej opieki paliatywnej. Dzieci objęte są między innymi opieką lekarską, psychologiczną i socjalną. Domowa opieka paliatywna jest alternatywą wobec leczenia w szpitalu. Celem takiego hospicjum  jest przede wszystkim poprawa jakości życia dziecka, w której funkcjonują zasady służące jego najlepszym interesom, obejmujące szacunek dla życia, godności i autonomii malucha.



Gorzowskie hospicjum dla dzieci nie ma jeszcze swojej nazwy, dlatego Stowarzyszenie ogłosiło na nią konkurs. Chętni do 21 grudnia 2012 roku mogą wysyłać swoje propozycje na adres mailowy: konkurs@hospicjum-gorzow.pl


Nazwa będzie wykorzystywana na materiałach biurowych (kopertach, wizytówkach, teczkach, listownikach), jak i materiałach promocyjnych i informacyjnych (plakatach, banerach, długopisach), papierze firmowym czy innych drukach wydawanych przez Stowarzyszenie. Posłuży więc do celów identyfikacyjnych, popularyzatorskich, reklamowych i korespondencyjnych.
Konkurs ma charakter ogólnopolski i otwarty. Może w nim wziąć udział każdy chętny.



Wyniki konkursu zostaną ogłoszone po 11 stycznia 2013 roku, a zwycięzca zostanie poinformowany telefonicznie o wygranej. Zwycięska propozycja będzie wykorzystana jako oficjalna nazwa hospicjum domowego dla dzieci, a autor zwycięskiej propozycji otrzyma nagrodę rzeczową.


 
Znając kreatywność znajomych blogowiczów jestem przekonana, że komisja wybierająca nazwę, będzie miała trudny orzech do zgryzienia. A wszystko za sprawą multum ciekawych propozycji, które (mam nadzieję) napłyną na konkurs… ZAPRASZAM@)-->-->--



komentarze (12) | dodaj komentarz

Niby babcia

poniedziałek, 19 listopada 2012 20:13

Latem spotkałam znajomą, z którą kilka lat temu  pracowałam.  Pochwaliła się, że pod koniec sierpnia zostanie po raz pierwszy babcią. No to nie byłam gorsza, i też się pochwaliłam:) Poszłyśmy na kawę, na pogaduchy. Cieszyłyśmy się obie z nowej życiowej roli, która ma lada chwila nadejść i w ogóle rozmawiałyśmy o wszystkim. Jej młodsza córka studiowała w innym mieście, tam poznała chłopaka i wyszła za mąż. Tam też znalazła pracę i do rodzinnego miasta już nie wróciła. Natomiast starszy syn, który lada chwila miał zostać ojcem zawsze był oczkiem w głowie rodziców. Pamiętam, że często dochodziło między nami do tarć związanych z metodami wychowawczymi jakie stosowała wobec starszego syna. Chcąc, nie chcąc, pracując razem w jednym pokoju słyszy się to i owo… Jak chłopak miał problemy w szkole prędko załatwiła jakieś zaświadczenie od psychologa, w wyniku czego był w szkole traktowany ulgowo. Robił dużo błędów ortograficznych, więc kolejne zaświadczenie o dysortografii.  Jakoś nie pasowało mi to do mojego modelu wychowania dzieci. Potem nie dostał się na dzienne studia, znajoma wzięła z pracy pożyczkę i opłaciła mu rok studiów zaocznych, a potem kolejny rok. Na moje pytanie czemu Młody nie szuka pracy, żeby sfinansować swoje studia, wszak czasu ma nadto – odpowiadała, że ma się skupić na nauce, że praca by mu w tym przeszkadzała… Potem poznał dziewczynę. Ale mojej znajomej ona nie pasowała, bo za brzydka, za mała, za biedna. W dużej mierze przyczyniła się do rozpadu związku syna.


Dzisiaj spotkałam ją ponownie. Wracałam z pracy, a ona wychodziła z przedszkola, które znajduje się naprzeciw mojego domu. U jej boku szła mała, na oko pięcioletnia dziewczynka. Oczywiście natychmiast rozmowa zeszła na temat jej wnuka i mojej wnuczki:) Kiedy już zdałyśmy jedna drugiej relacje ze swojego „babciowania” zapytałam kim jest dziewczynka, którą odebrała z przedszkola.

- To moja NIBY wnuczka…

- Wnuczka? Jak ostatnio się widziałyśmy, nie pochwaliłaś się że masz taką dużą wnuczkę. Mówiłaś, że po raz pierwszy zostaniesz babcią.

- Jakby ci to powiedzieć… mój syn wziął sobie za żonę dziewczynę z dzieckiem, to jej córka…

- Ładna dziewczynka, ale teraz to chyba ich córka, czyli Twojego syna też, prawda?


Ależ się moja znajoma zdenerwowała tym pytaniem… Na dobre się rozkręciła. Wyrzucała z siebie żale nie zważając, że bądź co bądź rozumne już dziecko stoi i słucha.

Mówiła, że była przeciwna temu małżeństwu, że nie tak wyobrażała sobie przyszłość syna, że stać go było na kogoś innego, bez obciążeń w postaci panieńskiego dziecka, że tyle pieniędzy na jego naukę „wywaliła” a teraz taka podzięka. Liczyła na to, że syn zostanie z nią i jej mężem w ich mieszkaniu, że na starość będzie się nimi opiekować, a on zaraz po ślubie przeprowadził się do mieszkania żony, a do tego jeszce przysposobił prawnie to panieńskie dziecko.


Słuchałam tego potoku słów zażenowana. Dziewczynka stojąca u jej boku niestety też słuchała. Byłam sama na siebie zła, że sprowokowałam tę rozmowę, gdybym wiedziała, że w ten sposób się potoczy, ugryzłabym się w język. Zrobiło mi się szkoda dziecka. Powiedziałam znajomej, żeby zmieniła temat, że dziecko przecież słucha. Wtedy powiedziała:

- Żadna tajemnica, ona wie, że mój syn nie jest jej tatą, a ja nie jestem prawdziwą babcią.


Dziwnie mi się zrobiło… Czułam, że nie wytrzymam ani chwili dłużej  jej towarzystwa. Prędko pożegnałam się. Na odchodnym znajoma zaproponowała spotkanie:

- Wiesz, przy niej (spojrzała na dziewczynkę) nie mogę powiedzieć wszystkiego. Spotkajmy się gdzieś na kawie.

Nie odpowiedziałam, odwróciłam się na pięcie i odeszłam. A w głowie jedna myśl: Niedoczekanie NIBY babciu, cholera niedoczekanie…

 



komentarze (25) | dodaj komentarz

Przygotowania do końca świata

niedziela, 18 listopada 2012 0:58

Wszyst kim żyjącym w błogiej nieświadomości przypominam, że nieuchronnie zbliża się TA data. Pozostało zaledwie 33 dni do końca znanego nam świata…

Tak, tak… nie ma co udawać, że nic się nie stanie, że nas to nie dotyczy. Koniec świata dotyczy każdego z nas. Kiedy sobie uświadomiłam, że tak niewiele czasu pozostało, postanowiłam nie zmarnować swoich ostatnich chwil. Stąd mniej mnie ostatnio na blogu;-), bo blog nie ucieknie, a dni mijają, i w zastraszającym tempie zbliża się dla jednych magiczna, a dla innych straszna data 21 grudnia 2012 roku. Nie zamierzam siedzieć z założonymi rękami i spokojnie czekać na nieuniknione. Zrobiłam listę rzeczy, które muszę załatwić zanim ten świat się skończy, a teraz realizują je punkt po punkcie.


Zaczęłam od listu do Mikołaja. Bardzo dyplomatycznie wyjaśniłam w nim, że w tym roku święta odbędą się na tydzień przed 24 grudnia. Załączyłam również listę prezentów, które powinnam w tym roku otrzymać i tradycyjnie już przypomniałam o kominie, który po wymianie jest tak wąski, że nawet odchudzona myszka Minnie nie przeciśnie się. Po prostu powinien zapukać do drzwi i wręczyć prezenty osobiście bez żadnych takich. Duża już przecież jestem i w żadne latające sanie nie wierzę. Co innego w Mikołaja. W niego wierzę od dziecka, przyzwyczaiłam się do tego „wierzenia” i zamierzam wierzyć do końca świata.


Kolejną rzeczą na liście do zrobienia jest napisanie wniosku do szefostwa w sprawie podwyżki. No z tym idzie mi trudniej. Wolę jak mnie chwalą niźli mam się chwalić sama. Niemniej trzeba będzie przełamać ten wrodzony wstręt do samo-chwalenia się i wyłuszczyć dokładnie punkt po punkcie wszystkie swoje mocne strony. Myślę, że zmieszczę się jakoś na dwóch arkuszach papieru formatu A-4…:-D Ktoś może zapytać po co ten wniosek jak koniec świata tuż, tuż. Ano po to, że każdego roku dostajemy wypłatę przed świętami. Niech więc chociaż raz na wyświetlaczu bankomatu zobaczę stan konta, który sprawi, że odejdę z tego świata z błogim uśmiechem na ustach.


W nadchodzącym tygodniu powinnam również zanieść buty do szewca. Mam taką jedną parę bardzo, ale to bardzo wygodnych, ale popsuły się, trzeba naprawić. Wygodne buty na nogach w chwili zakończenia świata to rzecz pod każdym względem niezbędna. Pół biedy kiedy trafię na niebiańskie mięciutkie chmurki, tam buty nie mają wielkiego znaczenia. Ale to przebrzydłe piekło… gorąco, smoła klejąca się do stóp, zardzewiałe łańcuch walające się na podłożu piekła… brrr, bez butów ani rusz.

 

Pozostaje jeszcze spakowanie podręcznego bagażu. Sprawa nie jest prosta, każdą rzecz trzeba przemyśleć. Bagaż przecież nie może być za ciężki. Myślę, że jakieś 10 kilogramów będzie w sam raz. Trzeba spakować jedynie naprawdę rzeczy niezbędne, oraz takie, które mogą dopiero okazać się niezbędne w zależności gdzie trafię. Przykładowo do nieba przydadzą się porządne słuchawki, które pozwolą na słuchanie w skupieniu chórów niebiańskich, a do piekła przyda się jakieś specjalistyczne ubranko odporne na wysokie temperatury. Ech…o ile prostsze byłoby życie w tych ostatnich dniach przed końcem świata, gdyby człowiek wiedział gdzie trafi.

 

Na mojej liście spraw do załatwienia przed końcem świata jeszcze kilka punktów do odhaczenia zostało, ale idzie mi całkiem nieźle i jestem przekonana, że do 21 grudnia uwinę się ze wszystkim. Teraz niektórzy śmieją się z tej mojej listy… poczekamy, zobaczymy, to znaczy ja zobaczę. Bo kiedy będę sobie już wygodnie siedzieć w fotelu z papieroskiem w ustach i bagażem podręcznym w zasięgu mojej ręki, ci co teraz się śmieją zaczną się dopiero miotać i zakończą swój żywot, tak jak stoją. Nawet bielizny na zmianę, czy szczoteczki do zębów nie zdążą zabrać.

 

Po co te całe przygotowania…? A tak na wszelki wypadek, bo gdzieś tam głęboko wierzę… chcę wierzyć, w prawdziwość przepowiedni Majów która mówi, że 21 grudnia roku 2012, światło emitowane ze środka galaktyki zsynchronizuje wszystkie żywe istoty i pozwali im na dobrowolną aprobatę wewnętrznej przemiany. Zakończy się świat nienawiści i materializmu, zakończy się obecna cywilizacja opartą na strachu… przyjdzie nowe, lepsze.



komentarze (22) | dodaj komentarz

Piękne (Nie)Doskonałe

środa, 14 listopada 2012 20:44

Zaprzyjaźniona Pani z kiosku lubi sobie porozmawiać. Nie wiem czy z każdym klientem, w każdym razie ze mną tak. A rozmawia o wszystkim, a najwięcej o newsach bieżącego dnia. Podziwiam za mądrość wypowiadanych opinii, szerokie horyzonty, a przede wszystkim dziękuję za to, że podsuwa mi tematy, które gdyby nie ona, umknęłyby pewnie w biegu kolejnego dnia…


Widziała pani nową okładkę EksMagazynu? – zapytała. Nie widziałam. Dostałam więc do rąk 13 numer wspomnianego magazynu i przyjrzałam się okładce. A na niej piękne kobiety i jeden mężczyzna, jakby znajomy… no tak to „Pan Lotto”, czyli Ryszard Rembiszewski. Nie za bardzo wiedziałam o co Pani z kiosku się rozchodzi, dopóki nie rzuciłam okiem na nazwiska modelek… A potem naprędce przeczytałam i obejrzałam sobie zdjęcia. Żeby nie przedłużać napiszę, że  w magazynie ukazała się pierwsza sesja modowa w Polsce z udziałem niepełnosprawnych kobiet i gwiazd. Sesja ma na celu przełamanie stereotypu prezentowania osób niepełnosprawnych w mediach i jest elementem kampanii Piękne (Nie)Doskonałe. Czy cel  tej kampanii osiągnął zamierzony skutek? Nie wiem jak innym, ale mnie pomysł spodobał się, i to bardzo. Zobaczyłam na fotografiach kobiety fizycznie niedoskonałe, a jednak piękne, zmysłowe i atrakcyjne.


Najdłużej swój wzrok zatrzymałam na tenisistce stołowej Natalii Partyce, naszej złotej medalistce na trzech kolejnych paraolimpiadach w Atenach, Pekinie i Londynie. Warto dodać, że Natalii udało się także dwukrotnie zakwalifikować na olimpiadę, gdzie rywalizowała ze sprawnymi zawodnikami.


Natalia ma pewnie wiele powodów by narzekać, trudno bowiem funkcjonować bez jednej ręki, a jednak… Nie narzeka, osiąga sukcesy sportowe, studiuje na Akademii Wychowania Fizycznego, a teraz jeszcze świetnie sprawdziła się jako modelka. W wieczorowym makijażu i sukience projektu Macieja Zienia wygląda zachwycająco.

 

Dzisiaj spotkałam dobrego znajomego. Piszę „dobrego”, bo w kilku trudnych sytuacjach życiowych pomógł mi, i to bezinteresownie. Zawsze uśmiechnięty, zawsze chętny do pomocy, a jego poczuciem humoru można było obdzielić co najmniej kilka osób. Kiedy dowiedział się, że chcę wydać tomik poezji, podjął się poszukania sponsorów. Znalazł… A potem kontakt się urwał. Dzisiaj zobaczyłam Go na wózku inwalidzkim, nie miał obu nóg. Nie wiedziałam jak się zachować. Naprawdę nie wiedziałam! Targało mną tyle emocji, w których przeważało współczucie, ból, złość „dlaczego akurat On”…

 

W wywiadzie dla EksMagazynu Natalia Partyka wyznała, że osoby niepełnosprawne nie potrzebują współczucia:


„Polacy mają tendencję, by pochylać się nad niepełnosprawnymi: o jaka biedna dziewczynka, nie ma rączki, nie ma nóżki. Użalają się. Nie można tak robić na co dzień. Ja nie mam ręki, ale co z tego? Żyję, radzę sobie, jak każda inna osoba. Myślę, że pokazanie osób niepełnosprawnych właśnie w ten sposób – jako samodzielnych, spełniających swoje pasje ludzi – tak, jak w EksMagazynie, to świetny pomysł. To dobra inicjatywa, bo pokazuje nas jako normalne, atrakcyjne kobiety. Powinniśmy być pokazywani przede wszystkim jako normalni ludzie. Nie ma co się ukrywać, ale nie warto też epatować niepełnosprawnością. Trzeba zachować równowagę. Mam nadzieję, że tego typu sesji będzie więcej.”


Już nic więcej nie dodam, Natalia powiedziała wszystko:)

 

Natalia Partyka, zdjęcie z internetu

 




komentarze (31) | dodaj komentarz

Niemy Pan Tadeusz

poniedziałek, 12 listopada 2012 19:11

W tym roku Święto Niepodległości uczciłam w przybytkach kultury. W piątek koncert w Filharmonii, a w niedzielę kino studyjne i re – premiera niemego polskiego filmu z 1928 roku w reżyserii Ryszarda Ordyńskiego pt. Pan Tadeusz. Strasznie byłam ciekawa odbioru, jakoś nie mogłam sobie wyobrazić arcydzieła Adama Mickiewicza, w którym nie pada żadne słowo. Przecież Pan Tadeusz słowem stoi, dodam pięknym słowem. Nie mogłam – a teraz mogę:) Mnie najbardziej zachwyciły czarno – białe kadry filmu przedstawiające krajobrazy, mały cmentarzyk pełen drewnianych krzyży, kościół, dzwonnicę, zamek, o który toczył się spór, no i oczywiście Jankiela i jego cymbały. Jeśli idzie o grę aktorską… no cóż, takie były kanony kina niemego: nadmierna ekspresja, ostry makijaż podkreślający oczy, które często grały „główną rolę” w kolejnych scenach. No i jeszcze sumiaste wąsy:)  Wąsy też odgrywały w tym filmie nie lada rolę. Drgające oznaczały zdziwienie, podkręcane – ukontentowanie oraz zaloty, a opuszczone zwiastowały awanturę:-)


Na uwagę zasługuje również, a może przede wszystkim muzyka skomponowana przez Tadeusza Woźniaka. Do tej pory nie zdawałam sobie tak do końca sprawy ile można wyrazić muzyką, chwilami odnosiło się wrażenie, że słychać pełne emocji słowa wypowiadane przez aktorów. A jednak to nie były słowa…

 

I jeszcze kilka słów o historii filmu, które znalazłam na zaproszeniu. Zdjęcia plenerowe kręcono w województwie nowogródzkim, w majątku Czombrów niedaleko Świtezi, nad wystrojem wnętrz, kostiumami, rekwizytami czuwał sztab konsultantów. W scenach batalistycznych wziął udział I pułk szwoleżerów im. Marszałka Józefa Piłsudskiego oraz IV Zaniemeński pułk ułanów.


Uroczysta premiera Pana Tadeusza odbyła się 9 listopada 1928 roku w Warszawie w 10 rocznicę odzyskania przez Polskę niepodległości. Do sali Filharmonii przybyli najwyżsi dostojnicy państwowi - Prezydent Ignacy Mościcki z Małżonką, Marszałek Józef Piłsudski z rodziną, członkowie Rady Ministrów oraz Korpusu Dyplomatycznego. Całkowity dochód z biletów przeznaczono na potrzeby stowarzyszenia „Nasz Dom”, które zajmowało się zakładem dla sierot oraz na cele oświatowe I pułku szwoleżerów im. Marszałka Józefa Piłsudskiego.


Film cieszył się w stolicy ogromnym powodzeniem, otrzymał entuzjastyczne recenzje i wiele ciepłych słów ze strony takich osobistości świata kultury, jak Zofia Nałkowska, Jan Lechoń czy Antoni Słonimski, choć zastrzeżenia budziło wysunięcie na plan pierwszy batalistyki z uszczerbkiem dla scen rodzajowych i obrazów przyrody. Krytykowano także budowę i układ fabuły, czytelny jedynie dla widzów dobrze obeznanych z poematem.

 

W czasie II wojny światowej taśmy filmowe zostały wywiezione z Polski. Część z nich dotarła do Filmoteki Narodowej w latach 50. Nic się z nimi nie działo aż do 2006 roku, gdy część brakujących rolek znalazła przez przypadek mieszkanka Wrocławia. Kopia była bardzo zniszczona. Prace nad jej rekonstrukcją ciągnęły się latami. Każda klatka została dokładnie wyczyszczona. Dzięki temu, po połączeniu wszystkich fragmentów, możemy oglądać teraz ponad 100 minut przedwojennego filmu, niestety film nadal nie jest kompletny.


Zachęcam do obejrzenia tego filmu, w końcu to nasze wspólne dobro narodowe:)

 

 



komentarze (18) | dodaj komentarz

Cejrowskiemu chodzenie boso najwyraźniej szkodzi

niedziela, 11 listopada 2012 22:33

 

Cejrowskiego nie lubię za całokształt, a najbardziej za chamskie, obrażające i poniżające innych ludzi „złote myśli”. Gdyby jeszcze wypowiadał je w czterech ścianach domu, czy gdzieś w szałasie, podczas moczenia swoich bosych stóp w misce. Ale nie on musi z każdym idiotyzmem lecieć do mediów, a te chętnie podchwytują te wypowiedź oznaczając ją przymiotnikiem „kontrowersyjne”. A cóż to za kontrowersja publiczne naśmiewanie z ludzi o innej orientacji seksualnej, z innej religii, czy nawoływanie do stania z bronią przed kliniką aborcyjną? Albo wygłaszanie swojego creda politycznego słowami:


„Dziś u władzy nadal pucybuty gotowe lizać zagraniczne trzewiki. Kiedyś lizali wyłącznie moskiewskie, dzisiaj liżą także niemieckie, francuskie, europejskie. U władzy wciąż ta sama swołocz, którą obalaliśmy.”


W takim razie zapraszam pod pierwszą lepszą budkę z piwem, tam takich „kontrowersji” znajdzie się cały worek.

 

Starałam się omijać jego wypowiedzi szerokim łukiem, ale nie da się. Jeszcze nie przebrzmiały echa jego nawoływania do ekskomunika dla ks. Bonieckiego za zdjęcie z Nergalem, a już uraczył nas nową swoją „mądrością”. A brzmi ona tak:

 

"Feminizm rodzi się w babskiej głowie wyłącznie dlatego, że z chłopem nie wyszło. Nie ma innych przypadków".

 

??? Dawno nie słyszałam tak prymitywnej, żenującej, wręcz chamskiej wypowiedzi z ust bądź co bądź osoby publicznej (?)

 

Chcę więc zapytać tego pana sprzedającego tandetne łachy na molo w Sopocie, jak nazwać to coś, co zalęgnie się głowie „chłopa” kiedy nie wychodzi mu z kobietą? Jestem przekonana, że odpowiedź zna, i to z praktyki. W każdym razie nie słyszałam o udanych związkach Cejrowskiego z kobietami. Z mężczyznami zresztą też.

 

A swoją drogą mam pretensje do mediów, że promują w osobie Cejrowskiego i nie tylko, szowinizm, homofobię, agresję, pogardę, nietolerancję, czy też swojego rodzaju zaburzenia, a potem obłudnie ubolewają nad karygodnym poziomem życia publicznego w Polsce.

 



komentarze (643) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 27 maja 2017