Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5156320
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32249
Bloog istnieje od: 2781 dni

Horoskop

Wodnik

Dzisiaj możesz liczyć na przychylność gwiazd. Zapowiada się, że twój trudny czas kończy się i wszystko zaczniesz od początku.

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Nowy Rok, rankingi, obiecywanki i... Gadzina:)

poniedziałek, 31 grudnia 2012 10:43

Coś się  skończyło, coś zaczyna… Tradycją już stało się, że pod koniec mijającego roku  prasa drukowana, internetowa, stacje telewizyjne i radiowe  pełne są różnego rodzaju podsumowań i rankingów. A to na najseksowniejszą aktorkę mijającego roku, największe odkrycie w show biznesie, najgorszą stylizację, największe wpadki gwiazd, najlepsze seriale, najbardziej pożądane modelki, najgłośniejsze celebryckie rozprawy sądowe, największe wpadki prezenterów,  najgłośniejsze rozstania w show-biznesie, pechowiec roku, itp., itd. …

 

Miałam i ja taki zamiar. Zamiar wymyślenia swojego prywatnego rankingu. Na przykład na najbardziej przypalony w ciągu mijającego roku obiad, albo największą dziurę w domowym budżecie, albo na najgorzej dobrany biustonosz, który w sklepie wydawał się być idealny, albo… coś tam jeszcze by się wymyśliło, prawda?   Koniec roku to również róże obiecywanki – cacanki i „postanowienia”.  W tej dziedzinie wachlarz możliwości mamy szeroki, począwszy od  diety, która pozwoli wbić się w rozmiar 38, na nauce języka obcego kończąc. I nieważne, że kiedy wyparują z głowy wszystkie bąbelki, nasze „postanowienia” pozostaną w sferze wizualizacji.  Wystarczy nam świadomość, że  może w przyszłym roku, albo w kolejnym… czasu przecież mamy, że ho ho. W ostateczności zawsze możemy stwierdzić, że kochanego ciałka nigdy za wiele, a zagranicznych wycieczek nie mamy w przyszłorocznych planach…

 

W tym roku nic sobie, ani nikomu nie obiecywałam i nie zamierzam. Taki kaprys, ot co:) A zresztą, nawet  gdybym chciała, to postanowienia, czy obiecywanki  wypowiadane przez istotę nie do końca świadomą swoich czynów i myśli, nie posiadają absolutnie żadnej mocy prawnej:-)

 

A było to tak… Święta na ukończeniu.  Stół uprzątnięty,  cudnie, po prostu cudnie. A do tego perspektywa  kilku wolnych od pracy dni, no żyć nie umierać.  Miałam plany i zamierzałam zrealizować je co do joty. Wtedy pojawiła się Ona… Najpierw nieśmiało dawał mi znaki to tu, to tam… a po kilku godzinach zrezygnowała z tej swojej nieśmiałości i jednym paluchem powaliła mnie do łóżka! Ubezwłasnowolniła mnie do cna!  Chwyciła za gardło, usiadła na klatce piersiowej, miałam wrażenie, że z moich mięśni robi sobie kokardki do przystrojenia choinki. O żadnej walce nie było mowy, bo jak walczyć kiedy żelazna obręcz na głowie, a każda próba zmiany pozycji na łóżku …ech dość  wylewania żali. No dopadła mnie Ona,  czyli klasyczna Grypa.  Trzy doby wyjęte z życiorysu, a na koniec i tak niezbędna okazała się wizyta w przychodni. Lekarz urzędowo potwierdził, że Gadzina sobie pojszła, ale na odchodnym na pamiątkę powikłania zostawiła.

 

Nowy Rok witać więc będę w łóżku, wznosząc toast syropem (niestety nie musującym), ale Wam życzę dobrej zabawy, mnóstwa bąbelków,  oraz całego wora nowych obiecywanek i postanowień:-D

 

Szczęśliwego Nowego Roku Moi Drodzy!@)-->-->--



komentarze (35) | dodaj komentarz

Bezpieczne tematy. Na przykład "kolędnicy"

środa, 26 grudnia 2012 20:43

 

- Nałóż sobie rybki po grecku, w tym roku wyszła mi wyjątkowo smaczna!

- Spróbuj proszę troszkę sałatki, zrobiłam  inaczej niż zawsze. I co…? Prawda, że pyszna?

- Czemu nie spróbujesz szyneczki?

- A barszczyk? Smakuje…?

 

Tak… to są wyjątkowo bezpieczne „tematy” poruszane przy świątecznym stole. Ale kiedyś się kończą, zwłaszcza kiedy goście popróbowali już wszystkiego, powznosili oczęta do góry na znak, że niebo w gębie, oraz otrzymali przepisy na specjały, których skosztowali. I co dalej? O czym rozmawiać, kiedy przy jednym stole zasiadają osoby w różnym wieku, o różnych światopoglądach, ale wyjątkowo temperamentne… Można byłoby o chorobach, bo każdy z zasiadających może się jakąś „poszczycić”, ale to przecież takie nieświąteczne…

 

Można też powspominać. Tak… wspomnienia są zdecydowanie bezpieczne, pod warunkiem oczywiście, że nie dotyczą wspominania (czytaj - wypominania) przeszłości żadnej z osób zasiadających:)  Najlepiej jeśli te wspomnienia dotyczą tematów około świątecznych. „Kolędnicy” są takim tematem, prawda?  Opowiem więc o tym, jak trzy lata temu przyjmowałam kolędników. W tym miejscu przeproszę swoich „starych” czytelników z wyjątkowo dobrą pamięcią:) To nie deja vu, pisałam już o tym gdzieś tam na początku mojego blogowania.

 

Trzy lata temu, w pierwszą niedzielę po świętach, żeby nie wypaść z rytmu rodzinnych spotkań, upiekłam dwie blachy ciasta i zaprosiłam rodzinkę do siebie. Usiedliśmy do stołu, głośne rozmowy, młodzież siedzi przy komputerze, a wnuki mojego brata ganiają się z kotem, czyli normalka. Cały ten harmider nie zagłuszył jednak dzwonka do drzwi. Otwieram i myślałam, że dostanę zawału, bo tuż zza drzwi wyskoczył diabeł i śmierć z kosą na ramieniu. Żeby chociaż na przywitanie anioła wystawili, ale nie, anioł przykurczony jakiś chował się za plecami diabła. Przyszliśmy z kolędą, przyjmiecie? W pierwszej chwili chciałam pogonić to całe towarzystwo, ale pomyślałam o wnukach brata, może nigdy nie widzieli, niech zobaczą i posłuchają. Poza tym przypomniałam sobie, że kolędnicy życzą urodzaju, zdrowia, szczęścia, a nuż może się sprawdzi?

 

Zaprosiłam do domu, zrobiłam miejsce na środku pokoju i czekamy na przedstawienie. Byłabym zapomniała. Jeden z wnuków brata, 3 letni brzdąc siedział przy stole i wcinał ciasto. Jak zobaczył kolędników, oczy mało nie wyszły mu na wierzch, zsiniał i spadł z krzesła pod stół. Kolędnicy mieli o jednego widza mniej, bo już do końca malec siedział pod stołem i żadną siłą nie szło go wyciągnąć. No i zaczęło się przedstawienie. A właściwie miało się zacząć, bo nie mogli się porozumieć, co do tekstu kolędy. Diabeł zaczął słowami – „przyszli kolędnicy, żeby wam dobrze życzyć,” a kostucha znała zupełnie inny początek – „niech państwo będą łaskawi.” Myślę sobie, jeszcze nie zaczęli, a już łaski oczekują, niedoczekanie, portfel w drugim pokoju, niech najpierw pokażą co umieją.

 

W końcu zajęli wspólne stanowisko i zaczęli od kolędy Luuuuuulajże....., a tak fałszowali, że hej. Patrzę, że anioł nie śpiewa i pytam dlaczego. Śmierć z kosą mówi, że anioł dzisiaj dla dekoracji przyszedł, bo aparat słuchowy mu się popsuł. Po odśpiewaniu pierwszej kolędy, znów nie mogli się porozumieć, co ma być dalej. Za to przyłapałam ich tęskne spojrzenia na stół, a właściwie na ciasto. Poczęstowałam, a diabeł mówi, że do ciasta, kawka by się przydała, na dobry początek. Niech nie myślą, że jakaś niegościnna jestem, poszłam do kuchni zrobić kawę. Wracam, a kolędnicy siedzą sobie wygodnie przy stole i o przedstawieniu ani myślą. Byłam przekonana, że jak już wypiją tą kawę, to w końcu zaczną na dobre. Kawę wypili, ciasto w mig znikło ze stołu, a on dalej siedzą.

 

Nareszcie wstali od stołu, pokłonili się i bez uprzedniego uzgadniania między sobą tekstu mówią jednym chórem (nawet anioł przemówił) „kolęda zakończona, dobrze wam życzymy i do innych się spieszymy”. Diabeł zdjął ze łba futrzaną czapkę i wyciągnął rękę w moim kierunku mówiąc „dobra gospodyni, za życzenia pieniążek się należy.”

 

Nie dałam! Złamanego grosza nie dałam, przecież nie zasłużyli. Za to kolędnicy, znów bez uprzedniego uzgadniania, tak zaczęli kląć i złorzeczyć, że do tej pory boję się, żeby przypadkiem się nie sprawdziło.



komentarze (41) | dodaj komentarz

Bez śniegu...

niedziela, 23 grudnia 2012 10:23

 

E tam… co to za święta bez śniegu… Nie mówię, że zaraz po pas, ale troszkę śniegu od razu podniosłoby urok nadchodzących świąt. 

Wiele razy podkreślałam, że za zimą nie przepadam. Zachwycam się nią, a i owszem, ale z dystansu, bez mojej w niej obecności, czyli na zdjęciach, filmach i obrazach. Niemniej każdego roku, w okolicach świąt,  daję sobie dyspensę od tego „nie lubienia”.

 

Boże Narodzenie oprócz opłatka, choinki, czy świątecznych potraw i zapachów to również kolory: zieleń choinki, czerwień gwiazdy betlejemskiej oraz biel śniegu. W tym roku śniegu u nas nie ma i wierząc synoptykom – nie będzie.  Jedyna nadzieja była jeszcze w naszym premierze.  No niestety, nie słyszałam żeby w tym roku obiecywał nam śnieg.  A tak chciałoby się na kogoś zrzucić winę za bezśniegowe święta:)

 

Tak… śnieg jest nieodzownym elementem Świąt Bożego Narodzenia, a  w mieście „robi” dodatkowo za perfekcyjną panią domu.  Przykrywa nieskazitelnie białym puchem wszystkie brudy, wykrzywione chodniki, porozrzucane na ziemi ulotki z supermarketów, pety od papierosów, czy psie kupy. Przysypany śniegiem świat jest czystszy i piękniejszy, po prostu wygląda tak, jakby właśnie otrzymał rozgrzeszenie:)

 

E tam… co to święta bez śniegu…

 

A mogłoby być chociaż tak:)

Fotki własne

 

 

 



komentarze (33) | dodaj komentarz

Karp z bonusem:)

środa, 19 grudnia 2012 10:04

 

Bardzo wzięłam sobie do serca apele o humanitarne przechowywanie a potem uśmiercanie karpia. Dlatego też w tym roku postanowiłam kupić karpia ze stawu, czyli bezpośrednio od producenta. Przyjrzałam się dokładnie wszystkim pływającym i wypatrzyłam takiego jednego. Chwyciłam za podbierak i dawaj go wyciągać. Jest…!  Ale co to? Karpik przemówił?! Byłam przekonana że dopadły mnie jakieś przedświąteczne omamy słuchowe. Przecież nie od dziś wiadomo, że ryby i karpie głosu nie mają:)

 

- Coś się tak uparła akurat na mnie? Mało to innych karpi i to o wiele piękniejszych? Gustu u ciebie za grosz. Wybierz sobie innego.

- Nie  tak prędko, wagowo mi pasujesz a do tego masz trochę mniejszy łeb niż pozostałe karpie. Po jego odcięciu więcej mięska zostanie do jedzenia.

- Ech… widzę, że mój los przesądzony. Trudno, muszę wykorzystać dar który otrzymałem od karpiowego króla. Proszę, zwróć mi wolność, a spełnię twoje trzy życzenia.

- Dobra, dobra, takie bajki to nie ze mną.

- Spróbuj chociaż, proszę...

- Trzy powiadasz... a co mi tam, mogę spróbować. Daj mi tylko chwilę do namysłu.

 

Hmm, a jeśli mówi prawdę?  Jeśli faktycznie posiada dar spełniania życzeń? Szkoda zaprzepaścić taką szansę… i o co prosić? Tak bardziej prywatnie, czy może ogólnonarodowo? No  prędko decyduj się kobieto – poganiałam siebie w myślach.

 

- Jestem już gotowa mój słodkowodny królu, tylko słuchaj uważnie, żebyś przypadkiem czegoś nie pokręcił. Po pierwsze życzę sobie, aby już nikt nie majstrował przy mojej upragnionej emeryturce. Ma być wystarczająca, a kobiety powinny się nią cieszyć od dnia ukończenia sześćdziesiątego roku życia Po drugie. Żadnych, ale to absolutnie żadnych podwyżek w przyszłym roku, a wręcz przeciwnie. Jeśli tylko coś może tanieć, niech tanieje ku radości konsumentów. Po trzecie. Należy zlikwidować  wszystkie durne, nikomu niepotrzebne limity nakładane przez NFZ. A zaoszczędzone w ten sposób „ limity” można byłoby nałożyć na premie i nagrody udzielane partyjnym kolegom przez innych kolegów partyjnych – za „ciężką” pracę w ławach poselskich. O nałożeniu embarga na takie pojęcia jak głupota, pazerność, chamstwo i bezczelność naszej elity rządzącej, już nie wspomnę….

 

- Zgłupiałaś? A co to ja cudotwórca  jestem? Z takimi życzeniami to proszę za trzy lata, i to przed wyborami. Teraz nic już nie da się zrobić. Jak sobie wybieraliście, tak macie!

 

Ręce mi się zatrzęsły na tego karpia - tupeciarza. A ten tylko na to czekał, hyc do wody i szukaj wiatru w polu, a właściwie ryby w wodzie. Ostatecznie wróciłam do domu bez karpia. Kupiłam sobie mrożonego szczupaka. Też ryba.

 

No cóż, gadający karp moich życzeń nie spełnił, ale ja życzę Wam, aby wszystkie życzenia wypowiadane podczas łamania się opłatkiem nie pozostały tylko pobożnymi życzeniami. Niech się spełnią… muszą się spełnić, wszak życzenia wypowiadane w tak magicznej chwili mają szczególną moc…

Zdrowych, pogodnych Świąt Bożego Narodzenia, Moi Drodzy

 



komentarze (35) | dodaj komentarz

Przystań i podziel się wigilią

poniedziałek, 17 grudnia 2012 10:25

 

W niedzielę dopołudnia zadzwoniła A.

- Co porabiasz?

- A co porabia każda kobieta przed świętami? Sprzątam, szoruję, pucuję, przygotowuję i takie tam.

- No nie każda…

- Wiem, wiem, no ale nie każda może być gwiazdą:)

- A tam zaraz gwiazdą… przyjdziesz dzisiaj do teatru?

- Nie planowałam.

- Ja za ciebie zaplanowałam. Imienny bilet czeka w kasie teatru. Zaczynamy o godz. 18. No to co, przyjdziesz?

- Przyjdę!


W niedzielny wieczór na scenie gorzowskiego teatru odbył się niecodzienny spektakl. Po raz pierwszy swoje zdolności wokalno-artystyczne zaprezentowali znani gorzowianie: politycy, urzędnicy, dziennikarze, sportowcy oraz artyści. Przedstawienie ,,Przystań i podziel się wigilią" to pomysł gorzowskich VIP-ów, a  zysk ze sprzedaży biletów zasili konto stowarzyszenia, które ma pod swoją opieką ubogich i bezdomnych.


Fajny pomysł:) Podobało mi się, że na scenie zgodnie, ramię w ramię odgrywali swoje kwestie politycy z prawa, lewa i środka. Aż chciałoby się widzieć taką zgodność na sesjach rady miasta. No ale widocznie na sesjach nie ma „porządnego” reżysera, który zapanowałby nad sceną polityczną. Natomiast nad sceną teatralną pięknie zapanował, i wyreżyserował zresztą również gorzowskie Jasełka, dyrektor naszego teatru – Jan Tomaszewicz.


Jasełka były nietuzinkowe, bo czy kto widział anioła, który przed odśpiewaniem swojej kwestii zaciąga się dymkiem z papierosa? :) U nas wszystko jest możliwe. Trzej królowie okazali się kibicami żużla,  przy stajence  tańczyła Cyganka (w tej roli A.:-]), byli też klasyczni dresiarze, którzy mieli zlikwidować pasterzy i trzech królów, a jakby tego było mało prezydent mojego miasta  zaśpiewał utwór Mieczysława Fogga – „Mój pierwszy siwy włos”. Dotychczas dał się poznać jako świetny perkusista, a tu proszę i śpiewać potrafi:) Wspomnę jeszcze o uczennicach szkoły odzieżowej, które w brawurowo odegranej scence zaprezentowały uszyte i zaprojektowane przez siebie stroje.


Tuż po przedstawieniu odbyła się licytacja różnych gadżetów. Jedna z posłanek licytowała kilkanaście własnoręcznie wydzierganych skarpet. Schodziły jak świeże bułeczki:) Dochód z licytacji również zasili konto stowarzyszenia.


Była strawa dla ducha, była i dla ciała. Kilka gorzowskich restauracji przygotowało dla artystów oraz widzów poczęstunek. Czego tam nie było… sałatki, śledzie w różnych wersjach, zupa jarzynowa, czy ryba po grecku. Mnie najbardziej smakowały pierogi z kapustą i grzybami, barszczyk oraz ryba w galarecie:)

 


Swój udział w spektaklu miała również gorzowska Filharmonia, w postaci kwartetu, który umilał czas oczekiwania na przedstawienie, a potem czas degustowania potraw.

 

 

"Upadły" anioł:)

 

 

Pokaz mody

 

 

Scenka ze stajenką

 

 

Śpiewający prezydent miasta:)

 

 

Poczęstunek:)

 




komentarze (20) | dodaj komentarz

Sopel...

sobota, 15 grudnia 2012 13:30

Każdego roku na początku grudnia  obiecuję sobie, że nie dam się wciągnąć w ten przedświąteczny wir i każdego roku gdzieś tak w połowie grudnia, to obiecywanie idzie się bujać. No bo jak to? Przygotować wieczerzę należy, koniecznie tradycyjną, co oczywiście wiąże się z zakupem produktów, z których potem ową wieczerzę się wyczaruje. A potem święta i świąteczne potrawy, ciasta i inne takie tam. Jeśli do tego dorzucimy przedświąteczne gruntowne porządki, a potem prasowanie tych wszystkich świątecznych serwet i obrusów oraz świąteczne przystrajanie mieszkania, to wkrótce  na samo słowo „świątecznie” zaczyna mi się robić niedobrze.  I na nic zdaje się powtarzanie sobie w myślach – tylko dystans i spokój może ciebie kobieto uratować.  Myślenie swoje, a przedświąteczna codzienność swoje. Wprawdzie mam potem satysfakcję, że wszystko się udało, że nic nie przypalone, a nawet smaczne wyszło, no ale jakim wysiłkiem okupione!


W tym roku byłam twarda. Nie poddawałam się. Zrobiłam tzw. plan przedświątecznych zakupów, porządków i innych rzeczy, które wiążą się ze świętami i zaczynałam spokojnym tempem realizować poszczególne punkty owego planu. No nie da się…  Czasami wystarczy jeden odebrany telefon  i plany biorą w łeb.


Na dzisiaj planowałam tzw. spokojne, sobotnie zakupy.  Po tym odebranym telefonie musiałam swoje plany zmienić. Okazało się bowiem, że muszę zrobić zakupy na dwa domy.  Przyspieszyłam… biegałam po sklepach z kartką w ręce, pilnując żeby niczego z listy nie ominąć. Uff  zaniosłam zakupy dla „zamawiającej” i wracałam zmęczona do domu. Jeszcze wczoraj był u nas mróz siarczysty, a dzisiaj odwilż. Na chodnikach pośniegowe błoto pływające w pokaźnych kałużach. Jedną z takich kałuż próbowałam ominąć i nagle… jak coś nie huknie! Kilka centymetrów przede mną rozbił się w drobiazgi wielgaśny sopel lodu, który właśnie oderwał się od dachu budynku. Kilka odłamków znalazło się na mojej, na szczęście grubej kurtce. Właściwie nic mi się nie stało, ale strachu się najadłam, że hej! I teraz tak sobie myślę, że to może znak jakiś, żebym troszkę zwolniła w tej codziennej bieganinie.  Życie jest takie kruche jak ten sopel lodu właśnie.  Co tam święta i te wszystkie, porządki, czy wykwintne potrawy…


Którą wybrać drogę? Zawsze, no prawie zawsze mamy jakiś wybór…

 


 




komentarze (25) | dodaj komentarz

Miód - cud

piątek, 14 grudnia 2012 13:34

Już za parę dni, za dni parę zasiądziemy do wigilijnej wieczerzy a potem będziemy wyczekiwać Mikołaja:) Co bardziej zapobiegliwi mają już  pochowane gdzieś po szafach, albo innych zakamarkach zakupione upominki, które w stosownej chwili podrzucą pod choinkę. No mój list do Mikołaja czeka. Napisałam, a jakże, ale wyślę dopiero raniutko 22 grudnia, jak już będzie wiadomo, że ten świat przetrwał, ma się dobrze i ma zamiar nadal trwać. Wyślę priorytetem, więc chyba dojdzie na czas, prawda?


Tak się złożyło, że w tym roku nikt z domowników żadnych oczekiwań  co do prezentów nie ma, więc i moje podanie do Mikołaja jest mocno okrojone. Dałam mu w tym roku wolną rękę. Cokolwiek przyniesie będzie przyjęte z radością i wdzięcznością:)  Ale.  Na wieczerzy wigilijnej będzie moja mama, a ona nie jest wtajemniczona w nasz „brak oczekiwań”.  Mama jest wyjątkiem, dla mamy musi znaleźć się pod choinką upominek. No problem jest, bo co kupić wiekowej osobie, kiedy właściwie wszystko (prawie) ma? Jakiś miesiąc temu zobaczyłam w pobliskiej aptece solidną butlę jakiegoś preparatu wzmacniającego (z witaminami) w zupełnie przyzwoitej, promocyjnej cenie. Biorąc pod uwagę te wszystkie „wzmacniające” leki, które mama kupuje w aptece bez recepty, pomyślałam, że byłby to zupełnie przyzwoity upominek.  Tak myślałam, dopóki koleżanka nie opowiedziała o swoim prezencie kupionym dla mamy, czym zasiała ferment w mojej skołatanej głowie.  Już drugi rok kupuje dla swojej mamy miód Manuka.  W pierwszej chwili pomyślałam – a cóż to za prezent miód? Miodów  w sklepach pełno, do wyboru i koloru, więc każdy smakosz może sobie na nie pozwolić przez cały rok.

 

Okazuje się, że nie do końca, bo miód Manuka, to według koleżanki miód – cud. Nie dość, że smaczny, to posiada działanie antybakteryjne i antyseptyczne. Ponadto  jest ważnym źródłem witamin, składników odżywczych i minerałów. Głównymi składnikami Miodu Manuka są nadtlenek wodoru, glukozooksydaza i jeszcze jeden element, który nie występuje w żadnym innym miodzie. Jest to tajemniczy składnik - methylogloxal, odkryty stosunkowo niedawno przez zespół niemieckich naukowców.


Poprosiłam koleżankę o przyniesienie ulotki, „cobym” mogła zapoznać się bliżej z tym cudem. I wiecie co, aż się wierzyć nie chce, że jeden miód, a tyle właściwości… po prostu magia w płynie.


Miód wytwarzany jest z krzewów Manuka , który porasta obszary Nowej Zelandii i Australii. Z owych krzewów pozyskiwany jest olejek o cudownych działaniach leczniczych. Czysty olejek jest wyjątkowo silnym antyseptykiem, jego działanie jest pięciokrotnie silniejsze niż penicyliny! Może być wykorzystywany u osób chorych na cukrzycę, przy trudno gojących się ranach. Ma również zastosowanie przy odleżynach, opryszczce, bólach reumatycznych, infekcjach dróg oddechowych. Wspomaga leczenie egzemy i łuszczycy, oraz atopowe zapalenie skóry. Miód działa korzystnie również na układ pokarmowy,  m.in. pomaga walczyć ze zgagą, bólami żołądka, nudnościami, zespołem jelita drażliwego, czy wrzodami żołądka. Miód Manuka to również wielkie wsparcie dla systemu immunologicznego. Znacznie podnosi odporność, dzięki czemu organizm jest mniej podatny na choroby i łatwiej mu walczyć w przypadku infekcji. Dodatkowo, jak nie trudno się domyślić, miód zwiera dużo glukozy, która przenikając do krwi daje mnóstwo energii.


Mama koleżanki, kurowała tym miodem zgagę i zespół jelita drażliwego. Poza tym jest to Pani podatna na różne infekcje dróg oddechowych, a od ubiegłego roku nie zachorowała ani razu. Dlatego między innymi koleżanka zdecydowała, że w tym roku Mikołaj ponownie zaopatrzy jej mamę w miód Manuka.


Zdaję sobie sprawę, że każdy producent leczniczych specyfików trochę na wyrost przekonuje o ich właściwościach. Ale niechby z tych wszystkich opisanych właściwości, prawdziwych było powiedzmy dziesięć procent, to i tak warto. Dlatego zmieniłam zdanie. Nie kupuję żadnych wzmacniających preparatów. Kupię dla mamy miód Manuka.



komentarze (29) | dodaj komentarz

Takie tam...

czwartek, 13 grudnia 2012 9:36

Latem, przeczytałam na jednym z lokalnych portali internetowych, że Oddział PTTK Ziemi Gorzowskiej ogłosił konkurs fotograficzny. Temat zdjęć był dowolny: uroki przyrody, architektura, pomniki, czy inne atrakcyjne turystycznie miejsca warte upamiętnienia. Oczywiście zdjęcia powinny być zrobione w Gorzowie lub na obszarze powiatu gorzowskiego.

Wysłałam sztuk 3, a potem zapomniałam o tym. Ku mojemu zdziwieniu tydzień temu otrzymałam informację, że jestem zaproszona na rozstrzygnięcie owego konkursu oraz prośbę żeby przygotować krótką notkę o sobie. W pierwszej chwili nie za bardzo wiedziałam o jaki konkurs chodzi, wszak od wysłania zdjęć minęło pół roku…


Pojszłam:)

Zaraz na wejściu zobaczyłam jedno z tych trzech wysłanych zdjęć. I wiecie co? Wyglądało naprawdę fajnie:) Swoje foty widuję  jedynie w komputerze, a tu proszę, wywołane, oprawione, w dużym formacie… Ogłoszono wyniki konkursu. Prezes PTTK powiedział, że poziom zdjęć był wyrównany, więc nie przyznano pierwszej, drugiej i trzeciej nagrody, a jedynie pięć równorzędnych wyróżnień:)  Dwuzdaniową notkę o sobie miałam przygotowaną, a jakże, ale wywołana na środek w celu odbioru dyplomu i upominków, zapomniałam wyjąć jej z torebki. Musiałam improwizować, ale nie było źle:)


Piszę o tym konkursie, bo to pierwsze moje wyróżnienie. Dotychczas brałam udział jedynie w  konkursach Foto Day, oraz zabawach polegających na fotografowaniu na zadany temat organizowanych przez portal moje miasto. I nawet jeśli zdarzało mi się wygrywać, to zdjęcia pozostawały w formie elektronicznej.

 

Do domu wracałam przez zaspy i śnieg. No dobra, z tymi zaspami może trochę przesadziłam, ale śnieg padał i padał… Na jednym z chodników niedaleko mojego domu zobaczyłam niewysoką postać, która drewnianą szuflą energicznie odgarniała śnieg na boki. Zdziwiłam się. Chodnik  odśnieżany jest zawsze w godzinach wczesnorannych przez Panią dozorczynię. No ale owa Pani jest zdecydowanie wyższa, od osoby, która odśnieżała… Kiedy podeszłam bliżej zobaczyłam, że odśnieżającą jest staruszka. Przystanęłam. Okazało się, że Pani ma (uwaga) 88 lat! Na moje pytanie o to odśnieżanie odpowiedziała: -  „Pani kochana, ktoś przecież musi odśnieżyć, żeby ludzie mogli bezpiecznie przechodzić. W domu zgnuśnieć można, a trochę ruchu na świeżym powietrzu tylko na zdrowie mi wyjdzie”. Po czym odwróciła się i dalej machała szuflą. Przyznaję, że zamurowało mnie z lekka… Kogo dzisiaj obchodzi żeby inni mogli bezpiecznie się przemieszczać….

 

Wyróżnione zdjęcie zrobiłam wcześnie rano i przedstawia fragment murów obronych.

 

 

upominki na okoliczność wyróżnienia:)

 

 

No nie mogłam się oprzeć. Czy ten drewniany płot oblepiony śniegiem nie wyglada malowniczo? :)

 




komentarze (26) | dodaj komentarz

Wigilia Narodów

poniedziałek, 10 grudnia 2012 18:40

 

Wprawdzie do Wigilii pozostało jeszcze kilkanaście dni, ale ja już wczoraj od godziny piętnastej uczestniczyłam w mojej pierwszej w tym roku Wieczerzy Wigilijnej. Dodam – wyjątkowej Wieczerzy, bowiem już po raz szósty  przy wigilijnym stole zasiedli przedstawiciele mniejszości narodowych i grup etnicznych zamieszkujących od lat województwo lubuskie. Wigilia Narodów, bo tak nazywa się ta cykliczna impreza  ma na celu  pokazanie świątecznych zwyczajów poszczególnych kultur narodowych, przygotowanie, a następnie degustowanie potraw wigilijnych.

 

W tym roku przy wspólnym stole zasiedli między innymi Cyganie, Łemkowie, Ukraińcy, Kresowiacy oraz zespół Górali Czadeckich „Wichowianki”.  Gospodarzami corocznych spotkań są gorzowscy Cyganie, a  Wieczerzę poprowadził  znawca wielu kultur i góral z pochodzenia - Stanisław Jaskułka. Miłośnicy serialu „Plebania” znają  go jako Zenona Walencika:)


Wigilijne spotkania to też dobra okazja do  prezentacji dorobku artystycznego. Pomiędzy opowieściami gospodyń o sposobie przygotowania tradycyjnych potraw wigilijnych, na scenie wystąpiły dzieci z Domu Dziecka,  cygański Teatr Muzyczny „Terno” oraz reprezentanci mniejszości narodowych, oczywiście w strojach ludowych.

 

Jeden ze znajomych dziennikarzy przepytywał na okoliczność  tradycji Panią, której korzenie wywodzą się z Polesia. Troszeczkę podsłuchałam:)  Czy wiecie skąd się wzięło powiedzenie : dziesiąta woda po kisielu? Otóż kisiel z owsa, to tradycyjna potrawa Polesiaków. Przemielony na żarnach owies przepłukuje się wodą kilkukrotnie, aż zostaje mączka owsiana. Po ugotowaniu robi się z niej kisiel.


Z kolei, w kościele prawosławnym reprezentowanym na Wieczerzy przez Łemków i Ukraińców podczas Wigilii jej uczestnicy dzielą się prosforą - małym chlebkiem, który jest także używany do Komunii Świętej.  Na wczorajszą wieczerzę, Łemkowie przygotowali  wyborną kutię,  różnego rodzaju pierogi i ryby we wszelkiej postaci. Natomiast Lwowiacy -  gołąbki z kaszą na ostro, a Wilniucy -  śleżyki - małe, suche ciasteczka z makiem.  W Wieczerzy uczestniczył  również przedstawiciel Nigerii, który ożenił się z gorzowianką.  Przyniósł własnoręcznie wykonany sos z orzeszków. Nie próbowałam, ale z zasłyszanych opinii wnioskuję, że musiał być pyszny:)

No i jeszcze Górale Czadeccy. Okazuje się, że ich święta nie różnią się od naszych. Też są pierogi, ryby, barszcz i kutia. W sumie 12 potraw. W Wigilię wkładają pod biały obrus sianko, ale także fasolę, groch, pszenicę, żyto, a w kącie domu stawiają snop siana, który pozostaje tam do święta Trzech Króli i ma zapewnić domownikom pomyślność.

A na koniec  było dzielenie się opłatkiem, wspólne śpiewanie kolęd, degustacja potraw regionalnych i  składanie sobie nawzajem życzeń  świątecznych…

Cieszę się, że w moim mieście odbywają się tego rodzaju spotkania. Idea Wigilii Narodów jest mi bardzo bliska, uczy bowiem  szacunku dla odrębności religijnych i obyczajowych. Jest również  okazją do przełamywania zakorzenionych, niesprawiedliwych stereotypów wobec mniejszości i grup etnicznych.


Kilka zdjęć z wczorajszej Wieczerzy:)

 

 

 

 

 

 

 

 

 




komentarze (30) | dodaj komentarz

Zeznania i... łańcuszki:)

niedziela, 09 grudnia 2012 11:05

 Raczej nie biorę udziału w wszelkiego rodzaju łańcuszkach. Z tego co pamiętam chyba raz, albo dwa zdarzyło mi się przyjąć zaproszenie do zabawy. Głównie dlatego, że wiązały się z tym ciekawe pytania/zadania.  Dlatego czuję pewien dyskomfort, kiedy wchodzę na któryś z zaprzyjaźnionych blogów, a tam znajduję informację, że jestem wytypowana do zabawy, albo że mój blog został właśnie w pewien sposób wyróżniony, co wiąże się z odpowiedzią na zadane pytania, wstawianiem jakiś obrazków oraz typowaniem kolejnych blogów. A najgorsze jest to, że nie mam pojęcia jak delikatnie odmówić, wyjaśnić dlaczego jestem na „nie”, a przy tym nie urazić blogowicza. Chyba robię to nietaktownie, bo tuż po odmowie kilka blogowiczek zamilkło. Zamilkło oczywiście na moim blogu, bo swój kontynuują bez przeszkód. Dlatego proszę i błagam, nie przysparzajcie mi dodatkowych stresów, życie i tak nie jest lekkiepirat


No i wspomnę jeszcze o mojej teorii na temat tworzenia łańcuszków. Budzi się taki blogowicz, przeciera oczęta, zasiada do kompa z zamiarem napisania kolejnej notki, a tu… posucha! Tematów brak. Szuka na różnych stronach inspiracji, ale nic na dłużej nie przykuło oczęta blogowicza. I cóż tu robić, jak zapełnić nudnie zapowiadający się dzień? Nagle Eureka!!! Zaczynam łańcuszek, a co mi tam, niechaj się dzieje! Szuka w necie stosownego obrazka, zerka na swoją listę zaprzyjaźnionych blogów i dawaj na chybił trafił – rozpoczyna typowanie. Ale co to za typowanie bez uzasadnienia. Hmm  jaki tu przyjąć klucz – zastanawia się. Już wiem! Napiszę, że typuję moje ulubione blogi, a tak naprawdę wybiorę tych blogowiczów, którzy nie grzeszą asertywnością. Krótko mówiąc takich, którzy nie potrafią odmawiać.  A potem zaczyna się układanie pytań typu: jaki masz kolor oczu, czy lubisz wysokich, czy niskich mężczyzn, serek biały, czy może żółty, czy lubisz czytać książki, ulubiona pora roku, albo - preferujesz sikanie na siedząco, czy stojąco. Kurcze, a kogo to tak naprawdę obchodzi! No paranoja po prostu… Nie uważacie, że to jest idiotyczne???

 


 

No dobra, ponarzekałam, podrwiłam, a teraz biorę się za odpowiedzi na pytania zadane przez Jadwigę (www.okiemjadwigi.pl/).  Dlaczego pomimo mojej opinii na temat łańcuszków,  przyjęłam wyróżnienie przyznane mi przez Jadwigę? Ano dlatego, że po pierwsze Jadwidze się nie odmawia0:-), po drugie - napracowała się przy formułowaniu pytań, a po trzecie pytania po prostu spodobały mi się. Nie dość, że są ciekawe, to odpowiedzi na nie pozwalają w pewien sposób poznać się bliżej. Oczywiście wszystko zależy od indywidualnego podejścia do zadania.

Dziękuję Jadwigo!  A teraz przechodzę do pytań i odpowiedzi na nie. 

 


1. Pisanie bloga to...

trochę terapia, trochę samoedukacja, ale też poznawanie fajnych ludzi, (tych nie fajnych niestety też), satysfakcja, dobra szkoła wirtualnego życia, kilka nawiązanych przyjaźni, wsparcie w trudnych chwilach, a przede wszystkim przyjemność.  Aaa zapomniałam jeszcze dodać – chwalenie się;-)


2. Co lubisz: kino, teatr, książki...

kino lubię, teatr uwielbiam, pod warunkiem że dysponuję akurat jakimiś wolnymi środkami finansowymi. Jeśli nie, zżymam się, że kultura jest stanowczo za droga. Książki wypożyczam przeważnie w bibliotece,  a poza tym uwielbiam wszelkie wypady na wernisaże, wieczory autorskie, wystawy fotograficzne itp. To akurat nic nie kosztuje, wystarczy tylko trochę chęci. Generalnie „szwendacz kulturalny” jestem:)


3. Hobby to...

trochę tego jest, właściwie wszystko co robię z przyjemnością nazywam hobby:) Choćby decoupażowanie (właśnie dostałam w prezencie świetną, bogato ilustrowaną książkę pt. Decoupage. Wszystkie techniki. Inspiracje), fotografowanie, malowanie, pisanie i wiele innych rzeczy.

4. Radość sprawia mi...

ostatnio moja wnusia, a poza tym jestem radosna kiedy uda mi się zrobić jakieś ciekawe zdjęcie,  albo coś fajnego napisać.  Ostatnio często zdarza mi się być radosną tak zupełnie bez żadnego powodu.

5. Gotowanie to...

czasami przekleństwo, a czasami artyzm. Wszystko zależy od tego, ile czasu mogę poświęcić na gotowanie:)

6. Największe marzenie...

i tu powinnam napisać odpowiedź jakiej udzielają te wszystkie kandydatki na misski, że największym marzeniem jest pokój na świecie:-). To też, a tak bardziej osobiście to podróż dookoła świata,  no i oczywiście duża wygrana!


7. Największą wadą u innych jest...

okrucieństwo.

8. Największą moją wadą jest...

tylko jedna? No cóż trudno wybrać tę jedną pośród tylu wad. Ale chyba bałaganiarstwo.

9. Najpiękniejsze wydarzenie mojego życia...

trudne pytanie, bo muszę wybrać tylko jedno… macierzyństwo, tak – zdecydowanie chwila, kiedy po raz pierwszy usłyszałam „mamo”.


10. Mogłabym mieszkać też...

w każdym miejscu na ziemi, bylebym miała laptopa i aparat fotograficzny:-]

11. Lubię siebie, bo...

z tym lubieniem to bym nie przesadzała:)  Niemniej zdarzają mi się dni kiedy siebie lubię. Najczęściej wtedy, kiedy mogę komuś pomóc. Naprawdę!

 

I to było ostatnie pytanie i odpowiedź. Teraz zgodnie z regułami powinnam nominować kolejne blogi, ale tego nie zrobię. Dlaczego? Patrz wyżej:)

Niemniej pytania Jadwigi zachęcają do zabawy, więc jeśli tylko ktoś ma ochotę – proszę pobrać obrazek i do dzieła! Zapraszam serdecznie:)




komentarze (22) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 24 sierpnia 2017