Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 289 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« grudzień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5217617
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32257
Bloog istnieje od: 2869 dni

Horoskop

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Pomóc szczęściu

piątek, 27 grudnia 2013 19:53

Już po świętach? Naprawdę? Niestety tak… Jedne święta się skończyły, a za chwilę nowe powody do świętowania. Koniec roku to zwykle czas podsumowań i rachunków sumienia. Ale też jakiejś nieokreślonej nadziei na lepsze jutro. Plan minimum to „oby następny rok nie był gorszy od tego co mija”, a maksimum „oby był lepszy, szczęśliwszy”. Jeśli idzie o mnie to oczywiście wybieram drugą opcję, tyle że nie zawsze tylko i wyłącznie od nas zależy to „lepsze i szczęśliwsze”. Podobno ostatniego dnia roku można sobie pomóc w tym zaklinaniu szczęśliwości. Wierzył, nie wierzył popróbować można:)

 

Zacznijmy od wszystkich rachunków i długów, które należy uiścić do końca roku. Nie spłacone długi i zobowiązania będą się za nami ciągnęły przez cały rok, a tego chyba nikt nie chce, prawda? Dodatkowo, w celu zapewnienia sobie przypływu gotówki przez cały rok należy włożyć do prawego buta jakiś banknot o jak najwyższym nominale. Innych wróżb dotyczących stałego przypływu gotówki nie znam, a szkoda, bo te wypełniłabym co do joty, wręcz z zegarmistrzowską precyzją:)

 

Nie wiem czy wiecie, ale ważne jest, aby w tym dniu spisać sobie na czerwonej kartce wszelkie problemy i dolegliwości mijającego roku, następnie kartkę spalić, a dla pewności wdeptać ją w ziemię. Dwa lata temu osobiście spisałam, spaliłam, a popiół wdeptałam w ziemię, i muszę przyznać, że wiele z tych problemów i dolegliwości odstąpiło ode mnie. W tym roku uczynię podobnie:) Pamiętajmy również o otworzeniu szeroko okna (byle nie za długo, bo można nabawić się kataru), po to, by dobre duchy naszych przodków zostawiły w naszym mieszkaniu całoroczny zapas dobrej energii. W ostatnim dniu roku jest też ścisły zakaz sprzątania i zamiatania, bo ponoć razem ze śmieciami wymiatamy swoje przyszłoroczne szczęście, które nie zdążyło jeszcze na dobre zagościć w naszym domu. Akurat ten przesąd bardzo mi się podoba i stosuję go od lat:) No może z małym wyjątkiem, kiedy to moja choinka zawzięła się robić za upadłą i trzeba było natychmiast posprzątać potłuczone bombki.

 

Wypijając noworoczny toast należy dokładnie przyjrzeć się, co też w naszej szampanówce wyprawiają bąbelki szampana.  Podobno duże bąble poruszające się nerwowo i raptownie wróżą rok burzliwy i chaotyczny. Natomiast drobne, unoszące się równiutko do góry – zdrowie i szczęście w życiu rodzinnym.

 

I to chyba wszystko na temat ostatniego dnia roku… Jeśli coś z tych naszych wróżb się sprawdzi, zawsze będziemy mogli powiedzieć, że pomogliśmy naszemu szczęściu. Jeśli nie, to też żadna tragedia, bo… kto by tam wierzył w przesądy i wróżby…:)

 

Niech ta jedyna noc sylwestrowa będzie czasem naszej wewnętrznej satysfakcji z tego, co już osiągnęliśmy. Wraz z ostatnią kartką kalendarza zerwijmy wszystkie złe nastroje, nieudane przedsięwzięcia, smutne chwile, choroby i przykrości.

A w nadchodzącym 2014 roku życzę Wam przede wszystkim zdrowia, jak najwięcej powodów do radości, szczęścia, powodzenia i spokoju ducha. Wszystkiego najlepszego!!!

… i do zobaczenia, a raczej napisania za rok:)

 

nowy rok.jpg



komentarze (29) | dodaj komentarz

Świąteczny przepis na...

czwartek, 19 grudnia 2013 16:19

Pomalutku kończy się ten cały rozgardiasz przedświąteczny. Porządki, prezenty, zakupy, dekorowanie mieszkania, ustalanie świątecznego menu, a potem przyrządzanie wyjątkowych potraw  według własnych, często przekazywanych z pokolenia na pokolenie przepisów. Na koniec nadchodzi ten długo oczekiwany wieczór pełen czarów. Zasiadamy do wigilijnych stołów nie zapominając o zwyczajach i tradycji.

 

Podobno od tego jak spędzimy dzień poprzedzający Boże Narodzenie, zależy jak będzie wyglądał cały nasz przyszły rok.  Ja jednak nie zdawałabym się na przesądy typu: wstajemy wcześnie rano, żeby nie przespać całego roku, myjemy się w lodowatej wodzie, co ma nam zapewnić całoroczne zdrowie, próbujemy każdą potrawę, bo to ma wróżyć pomyślność i szczęście, itd...

 

Zamiast wigilijnych przesądów podrzucam świąteczny przepis na... dobry rok. Czy smakowity? Nie mam pojęcia, nie wykorzystałam go do tej pory. Pomyślałam jednak, że warto spróbować, tym bardziej że nie wymaga wielkich nakładów finansowych, nie jest też zbytnio pracochłonny:)

 

Potrzebne będą następujące składniki:

 

* 1 kg uśmiechu, tyleż samo życzliwości i empatii, 2 szklanki miłości, szklanka tolerancji, 4 łyżki wyrozumiałości oraz szczypta czułości.

 

* Wszystkie składniki łączymy i wyrabiamy na jednolitą masę. Wyrobioną masę wkładamy pod serce i ogrzewamy tak długo, dopóki nie wniknie w nas całych - od stóp do głów:)

Prawda, że prosty przepis?

 

Zdrowych, pogodnych i radosnych Świąt Bożego Narodzenia Moi drodzy!

 

Święta 2012 147.jpg



komentarze (35) | dodaj komentarz

Zamiast choinki

poniedziałek, 16 grudnia 2013 17:51

W połowie stycznia miną cztery lata jak skrobię sobie tego bloga. A ponieważ (wiem, że nie zaczyna się zdania od „a ponieważ”) w te cztery lata „wpisane” były również święta Bożego Narodzenia, przelewałam na ten wirtualny papier wszystko co związane jest ze owymi świętami.

 

Siedzę sobie i dumam... właściwie chyba wyczerpałam temat. Nie będę przecież pisać skąd wzięła się choinka i ozdoby wszelakie, bo to już stało się nudne, każdy inteligentny człowiek (a tylko tacy są czytelnikami mojego bloga) o tym wie. Nie będę też pisać o przesądach świątecznych bo pisałam, i to kilka razy. Czyli co? Właściwie tematy okołoświąteczne wyczerpałam? Nic bardziej mylnego. Jednak prawdą jest, że człowiek uczy się całe życie…

 

W tym roku nie będę mieć w domu tradycyjnej choinki. Przyczyn jest kilka, głównie taka, że nie zamierzam trzymać przez całe święta swojej wnusi w klatce. Ciekawska z niej kobietka, wlezie wszędzie tam, gdzie wydawałoby się, że wleźć nie można. Nie załatwi nawet sprawy stawianie choinki na szafkach, albo jakimś taborecie. Ta spryciula już znajdzie sposób żeby tam się dostać.

 

 Wobec przymusu takiego „tragicznego” załamania tradycji, szukałam jakiegoś zamiennika, wszak akcent świąteczny zawsze mile widziany, prawda? I znalazłam podłaźnik!

 

Zanim Polska zapisała się do fanklubu choinki, święta upływały pod znakiem słomy. Do izby wnoszono snopy zbóż (stawiano je we wszystkich pomieszczeniach. Słomę rozsypywano na podłodze i wigilijnym stole. Wyplatano z niej ozdoby - najczęściej gwiazdy i krzyże. Drzwi, ściany i święte obrazy przyozdabiano gałęziami drzew zimozielonych. Jednak najważniejszym poprzednikiem choinki był podłaźnik, zwany też jutką lub bożym drzewkiem. Przybierał różne formy: mógł być czubkiem lub gałęzią drzewka iglastego, konstrukcją z drucianych obręczy owiniętych gałązkami albo tarczą wyplataną ze słomy. Wieszano go pod sufitem izby i ozdabiano solidną porcją symbolicznych dyndadełek. Jabłka, orzechy, ciastka, wstążki, wycinanki i wyplatanki czy nieznane poza Polską „gwiazdy” i „światy” posklejane z opłatków… Każdy drobiazg zaklinał urodzaj i zdrowie dla gospodarstwa na cały nadchodzący rok.

Podczas kiedy choinkę po Bożym Narodzeniu bezceremonialnie wysadza się na śmietnik, podłaźnik dopiero po Trzech Królach zaczynał pełnić ważną rolę. Zakopywany w polnej bruździe, gwarantował obfite zbiory, a dodany (w formie proszku) do paszy, chronił bydło przed chorobami.

 

Najbardziej przekonało mnie do podłaźnika  wieszanie go pod sufitem. No tam póki co wnusia nie dotrze, choćby nie wiem co :)

 

Wprawdzie nie mam hektarów, ani bydlątek, ale kto powiedział, że nie mogę wprowadzić  nowego, osobistego zwyczaju, i na przykład po Trzech Królach spalić podłaźnik w piecu?  Zakopany przynosił obfite zbiory, a kto wie czy spalony w osobistym piecu nie zaobfituje wypchanym przez cały rok portfelem? Czego sobie i Wam życzę. Nie kochani, to jeszcze nie są życzenia świąteczne:) Te za kilka dni:)

info o podłaźniku ze strony kocham wieś

 

Znalazłam w necie kilka propozycji podłaźnika. Na razie się jeszcze nie zdecydowałam…

 

podlazniki_13.jpg

 

podlazniki_08.jpg

 

podlazniki_14.jpg



komentarze (22) | dodaj komentarz

Na życzenie mamy - naleśniki z mięsem:)

sobota, 14 grudnia 2013 19:15

W sobotę zawsze gotuję mamie obiad na dwa dni. Dzwonię by zapytać co by zjadła:

- Zjadłabym naleśniczków.

- Dwa tygodnie temu zrobiłam naleśniki ze szpinakiem i serem feta, może teraz coś innego?

- Nie, naleśniki, ale ja bym chciała z mięsem.

- Dobrze mamo, będą z mięsem

 

Nie robiłam nigdy naleśników z mięsem. Przeglądnęłam półkę z książkami kucharskimi. Z jednego przepisu wybrałam to… z innego tamto. Oczywiście miałam na względzie co mama może jeść i jakich przypraw używać, by nie skończyło się na jakiś sensacjach żołądkowych.  No i dzisiaj usmażyłam naleśniki i przygotowałam farsz. Mina mamy podczas spożywania – bezcenna. Dobre wyszły:)

 

Nie będę taka i podzielę się swoim przepisem. Wiem, ze teraz każdy myśli już o świętach i układa menu świąteczne, ale przecież po świętach też zjadłoby się coś pożywnego i smacznego.

 

Przepis na naleśniki mam zakodowany we łbie. Szklanka mąki, jajko, pół szklanki wody mineralnej gazowanej, pół szklanki mleka, szczypta soli trochę oliwy. Z tego przepisu wyjdzie kilka naleśników. W zależności od ilości farszu podwajamy, albo potrajamy ów przepis. Ja dzisiaj zrobiłam z trzech szklanek mąki, półtorej szklanki mleka i tyleż samo wody mineralnej gazowanej, trzech jajek, trzech szczypt soli i trochę oliwy:)

 

A teraz farsz. Pół kilo mięsa mielonego, puszka fasolki czerwonej, albo białej, puszka kukurydzy, jedna cebula, koncentrat pomidorowy oraz przyprawy wedle uznania. Ja dodałam sól, pieprz, kapkę maggi, szczyptę kurkumy, lubczyku, bazylii i oregano. Można dodać drobno pokrojoną papryczkę chili, ale moja mama mówi, że jej żołądek jest na bakier z papryką, dlatego odpuściłam sobie paprykę, choć bardzo lubię.

 

Jak przygotować farsz? Nic prostszego. Najpierw zesmażyłam na oliwie drobno pokrojoną cebulę, potem dodałam pół kilo mięsa mielonego, a po dziesięciu minutach fasolkę i kukurydzę. Doprawiłam farsz przyprawami i smażyłam około piętnastu minut. Na końcu dodałam mały słoiczek koncentratu pomidorowego.

 

Farszem raczyłam naleśniki, które układałam w żaroodpornym naczyniu. Można je przed zapieczeniem w piekarniku posypać startym żółtym serem, ale tym razem piekarnik posłużył mi jedynie na podgrzanie dania. Dlaczego? Ano dlatego, że po nadzianiu wszystkich naleśników trochę farszu mi zostało i postanowiłam wykorzystać go na sos do naleśników. Po prostu dolałam trochę gęstego pomidorowego soku, dosypałam przypraw, żeby sos był pikantny i wyszedł mi prawie sos syciliano. Palce lizać!

Smacznego!

 

010.jpg

 

013.jpg

 

Sos...

 

016.jpg

 

026.jpg



komentarze (62) | dodaj komentarz

Magia świąt już na mnie nie działa. W każdym razie tak sobie postanowiłam:)

czwartek, 12 grudnia 2013 17:39

No i zaŚwięta 2012 110.jpgczęło się wielkie odliczanie! W pracy, i nie tylko w pracy dominują tematy około świąteczne. Przy zaprzyjaźnionym kiosku spotykam kobiety, które z wypiekami na twarzy przeglądają w kobiecych czasopismach świąteczne przepisy. Na gorzowskim mostku widziałam już nawet  wiązanki jemioły, a kilka kroków dalej pływają sobie w wannie królewskie karpie. Pani z zaprzyjaźnionej pierogarni pokazuje mi zeszyt zapisany zamówieniami na uszka i pierogi. W sklepach dominują bombki, stroiki, aniołki, kolorowe opakowania na prezenty i nieśmiertelna świąteczna muzyczka, która ma nakłonić co bardziej opornych klientów do świątecznych (czytaj dużych) zakupów. Na maila przychodzą dziesiątki „okazyjnych” ofert świątecznych. Utalentowane znajome sprzedają piękne własnoręcznie wykonane kartki świąteczne oraz różne ozdoby na choinkę. Jeśli doda się do tego oświetloną świątecznie choinkę w centrum miasta to…. zaczyna mnie trząść na słowo „świątecznie”. W tym roku postanowiłam: Nie ma mojej zgody na powielanie zachowań sprzed roku, dwóch lat, pięciu, dziesięciu i tak dalej… Ma być inaczej, piękniej, głębiej, w każdym razie nie tak:

 

Na początku grudnia zaczynasz już myśleć o świętach. Układasz starannie w głowie plan przygotowań:  mycie okien, porządki w szafach, szafkach, szafeczkach, półeczkach i wszelkich innych zakamarkach. Jeszcze  układanie świątecznego menu i upominki. Potem w myślach odhaczasz kolejne punkty swojego planu. To wykonane, a to jeszcze może poczekać. Mam czas, spokojnie… - myślisz sobie. Ten spokój trwa do chwili, kiedy usłyszysz słowa piosenki pełniącej funkcję ponaglacza: „Coraz bliżej święta, coraz bliżej święta…”

 

Wtedy już wiesz, że nie ma żadnego – „poczekam, mam czas, spokojnie.” Nie zważając na prawo grawitacji, oraz wszystkie inne prawa odkryte przez mądrych ludzi, zaczynasz szaleńczy bieg, który zakończy się dopiero 24 grudnia około godziny 17,00.

 

Plan działania, który przygotowałaś sobie na początku grudnia bierze w łeb. Bo jak tu się trzymać planu zakupowego, który przygotowałaś sobie zapobiegawczo na kartce, kiedy silną wolę rozpraszają sklepowe dekoracje, świąteczne zapachy i Mery Christmas gdzieś w tle… Dajesz się na tę jedną chwilę porwać świątecznemu nastrojowi. W rezultacie, z życiowej minimalistki i pragmatyczki wyłazi rozrzutna, jednodniowa posiadaczka.

 

Coraz bliżej święta… Okna pomyte, serwety poprasowane, mięso zapeklowane, lodówka pęka w szwach. Hmm czy wszystko już kupiłam? Przeglądasz kartki ze spisem zakupów, uff chyba wszystko… Teraz spokojnie możesz zaszyć się w pomieszczeniu, które kiedyś jakiś szowinista nazwał królestwem kobiet. I niech Was nie zmyli ta piękna nazwa, nie jest to bowiem łazienka z jacuzzi. W kuchni, bo o niej mowa, , rozpoczynasz przedświąteczne misterium. Gotowanie, pieczenie, smażenie, ucieranie, zaparzanie, kręcenie, krojenie, siekanie i wiele innych czynności, które kończą się na „nie.”

 

Coraz bliżej święta… już jutro nastąpi ten magiczny dzień. Jeszcze ostatnie ścieranie kurzy, układanie na meblach bieluśkich jak arktyczny śnieg serwetek, a późno w nocy, kiedy wszyscy śpią, pakujesz prezenty. Wzruszający moment… Przypominasz sobie wszystkie udane i mniej udane upominki, które znajdowałaś przez całe swoje życie pod różnymi choinkami… Patrzysz na zegarek. Dochodzi druga w nocy, pora spać.

 

Wigilia… Domownicy wyglądają pierwszej gwiazdki, a ty kończysz smażyć karpie i podgrzewasz uważnie barszcz, żeby przypadkiem nie upaćkać odświętnego odzienia. Jeszcze ostatni rzut oka na zastawiony stół i można dzielić się opłatkiem. Potem, wszyscy zasiadają do wigilijnej kolacji. Z oddali płyną słowa znanej kolędy: „Lulajże Jezuniu…” Tak ci się przynajmniej wydaje.  Jednak to nie kolęda, to ty przysypiasz przy stole zmęczona „magią” tych świąt.



komentarze (15) | dodaj komentarz

Trudna sprawa

wtorek, 10 grudnia 2013 9:23

Duprzemoc.jpgżo się mówi o przemocy wobec kobiet i dzieci, ale wszyscy wiedzą, że przemoc tak naprawdę nie ma płci i również dotyczy mężczyzn. Tyle, że ci ostatni jeśli już o tym mówią, to z niechęcią i wstydem. Jednak najtrudniej o przemocy mówi się ludziom starszym...

 

Kiedyś pewnemu starszemu panu pisałam kilka pism urzędowych, a teraz ten pan przyprowadził do mnie swojego znajomego, który potrzebował pomocy w zredagowaniu pisma do sądu. Mógłby oczywiście pójść do kogoś, kto zawodowo zajmuje się przygotowywanie pozwów, czy innych pism urzędowych, ale chodziło o pieniądze. Ten pan po prostu  nie miał pieniędzy.

 

Starszy pan, nazwijmy go umownie Tomasz (łatwiej będzie opowiedzieć jego historię) przyniósł plik dokumentów, które potwierdzały to, co miał mi do powiedzenia oraz miało posłużyć do zredagowania pisma. Kiedy mi je podawał zauważyłam mocno posiniaczone dłonie… A jak ściągnął czapkę trudno było nie zauważyć czerwonej pręgi tuż nad czołem. Te „pamiątki” zostawiły jego była już żona, córka i zięć.

 

Ale po kolei. Tomasz mieszka w małej podgorzowskiej miejscowości. Tam wybudował dom rodzinny, w którym mieszkali szczęśliwie on, jego żona i córka. Powodziło im się całkiem nieźle. Tomasz dobrze zarabiał, a jego żona zajmowała się wychowywaniem córki oraz gospodarstwem domowym. Córka wyszła za mąż, znalazła pracę w mieście, więc Tomasz kupił młodym mieszkanie. Wesele też wyprawił. Krótko po przejściu na emeryturę rozchorował się. Szpitale, kliniki, sanatoria, i tak w kółko. W tym czasie jego żona poznała kogoś. Stała się agresywna. W domu zaczęły się awantury. Nawet z nożem rzuciła się na Tomasza (czytałam obdukcję). Policja, która przyjeżdżała na interwencje, mówiła żeby Tomasz złożył zawiadomienie o przestępstwie, ale jak żona dowiedziała się o tym, przez jakiś czas było dobrze. Potem trafił na dłużej do szpitala. Po powrocie do domu okazało się, że przybył jeden lokator – kochanek żony. I wtedy się zaczęło… Córka wzięła stronę matki. Też Tomasza wyzywała, szturchała, po prostu znęcała się. Schorowany Tomasz nie miał już siły ani zdrowia walczyć z nimi wszystkimi. Usunął się więc i zamieszkał… w komórce nieopodal własnego domu. Ale to nie załatwiło sprawy, bo szykany, szarpanina, awantura trwają po dziś dzień, czyli pięć lat.

 

Dopiero teraz za namową znajomego postanowił podjąć walkę o siebie, o swoje prawa. Głównie chodzi o dom, który w połowie należy do niego. Nie, nie chce tam już mieszkać. Mówi, że nie da się mieszkać pod jednym dachem z byłą żoną, jej kochankiem i dorosłym synem kochanka żony, który zamieszkał tam pół roku temu. Chce się zrzec swojej połowy w zamian za małe mieszkanie.

 

Sprawa jest skomplikowana, wielowątkowa. Jedyne co mogłam zrobić, to napisać pismo. Podałam też Tomaszowi namiary na Stowarzyszenie, które zapewnia nieodpłatnie pomoc prawną. Tomasz nawet nie wiedział, że jest taka możliwość. W ogóle niewiele rzeczy wie, nie potrafi o siebie zadbać. Zasklepił się gdzieś w sobie, w swoim bólu i żalu, i nie ma nikogo, kto mógłby go z tego wyciągnąć, mówiąc brzydko dać porządnego kopa w dupsko.

 

Pan Tomasz poszedł, a ja długo nie mogłam się uspokoić... Szukałam w necie dodatkowych informacji oraz adresów instytucji, które należałoby zainteresować losem Tomasza. Nie zdawałam sobie sprawy, że znajdę aż tyle stron dot. nadużyć oraz przemocy najbliższych wobec osób starszych. Poszkodowani raczej nie zgłaszają nikomu tych faktów. Boja się umieszczania w domach starców, wstydzą się postępowania swoich oprawców oraz brakuje im wewnętrznej, psychicznej determinacji, by zgłosić incydent np. na policję. Bardzo często dodatkowo sytuację tą komplikuje zależność materialna, mieszkaniowa i emocjonalna.

 

Nie wiem jak dalej potoczą się losy pana Tomasza. W każdym razie życzę  dużo siły,  zdrowia i determinacji w tej walce o siebie.



komentarze (47) | dodaj komentarz

Jazda bez biletu na dodatek z „czarownicą” :)

sobota, 07 grudnia 2013 18:26

 

Od dłużNew_Canvas_jpg.jpgszego już czasu jeśli ktoś pyta co będę robić w sobotę, niezmiennie odpowiadam – proszę zapytać mojej mamy:) Mamie bowiem poświęcam ten dzień. Pomimo przekroczonej osiemdziesiątki całkiem nieźle sobie radzi w czynnościach domowych, niemniej są rzeczy, których sama nie zrobi…

 

Lubię te sobotnie spacery do mamy. Aparat w torebce, nie muszę się za bardzo spieszyć, czego więcej chcieć:) Dzisiaj jednak postanowiłam pojechać autobusem. Ksawery opuścił już nasze gościnne progi, ale jakaś poła jego płaszcza jeszcze powiewała tu i tam. Weszłam do autobusu, stanęłam przy kasowniku i wyciągam bilet do skasowania. Nagle poczułam, że ktoś ciągnie mnie z tyłu za kurtkę. Odwracam się by stwierdzić, że ciągnie mnie starsza pani, a właściwie staruszka. Wyglądała trochę tak, jak wyglądają… czarownice z bajki. Haczykowaty nos, długa spiczasta broda, chytre przenikliwe spojrzenie, tylko zamiast charakterystycznej czapki miała na głowie filcowy berecik z antenką. Tyle zdążyłam spostrzec nim odezwała się do mnie:

 

- Niech pani siada obok mnie.

- Zaraz, tylko skasuję bilet.

- Nie trzeba kasować. Mam swoje lata i opieka mi się należy. Pojedzie pani za darmo jako moja opiekunka.

 

Po chwili zastanowienia tak też uczyniłam. Usiadłam obok tej pani, a ta z miejsca podała mi swoje dane tzn. imię, nazwisko i rok urodzenia. Powiedziała, że to muszę wiedzieć w razie kontroli. Zapamiętałam. Do pokonania miałam trzy przystanki i nigdy nie przypuszczałam, że w tak krótkim czasie, tyle tematów można poruszyć. A rzecz uściślając - że tyle tematów ta pani jest w stanie poruszyć:) Dodam jeszcze, ze tematy poruszała wysokim, piszczącym i z lekka skrzekliwym głosem. Było więc o piciu soku z buraków na anemię, o jej trójce dorosłych już dzieci i jej wnuczętach, o jej 40 letnim wdowieństwie, o tym jak kiedyś nasze miasto wyglądało i o tym jak kiedyś za chlebem do Ameryki pojechała. Ałć moja głowa, ałć moje uszy!

 

W pewnej chwili zapytała:

- Gdzie pani jedzie?

- Do mamy.

- A ja znam pani mamę?

- Nie wiem czy pani zna.

- Jak chodzi do kościoła, to znam. Chodzi?

- Tak chodzi, a nawet do kółka różańcowego należy.

- To znam na pewno. A jak się nazywa?

- Taki i tak…

- Pewnie że znam. I to dobrze znam! Pani mama…

 

I tu nastąpiła wyliczanka wszystkich faktów i zdarzeń dotyczących mojej mamy, które były znane tej pani. Nie dane jej jednak było wyczerpać tematu, bo dojeżdżaliśmy do przystanku, na którym wysiadałam. Pani pięknie podziękowałam, życzyłam zdrówka i z wielką ulgą kierowałam się do wyjścia.  Na koniec usłyszałam:

 

- Jakby pani od mamy wracała około godz. 17, to też zabiorę jako opiekę. O tej godzinę będę jechać do sklepu na Matejki po marchewkę. Dzisiaj dają po 61 groszy za kilo.

 

Nie było mnie na przystanku około siedemnastej…:)



komentarze (21) | dodaj komentarz

Najdroższy Mikołaju...

środa, 04 grudnia 2013 22:05

Santa Claus,

Arctic Circle 96930list.jpg

ROVANIEMI FINLAND

 

Najdroższy Mikołaju

 

 

Na wstępie mojego listu zapytuję o Twoje zdrowie, bo u nas wszyscy jako tako zdrowi są. Wiem, że troszkę spóźniłam się z tym listem, ale przeczytałam, że w tym roku wszyscy twoi pomocnicy siedzą na internetowych czatach i innych stronach w celu zbierania zamówień. Jeśli więc nawet ten list do ciebie nie dojdzie na czas, to któryś z elfów skopiuje sobie z tej stronki, zewidencjonuje, spisze mój adres i po sprawie. Jak więc sam widzisz nie ma takiej możliwości byś się wyparł, że list do ciebie nie doszedł, jak to uczyniłeś trzy lata temu. Wtedy puściłam mimo uszu twoje wymówki, bo styrany i obolały zawitałeś w moje progi i zwyczajnie szkoda mi się ciebie zrobiło. Delikatnie przypomnę ci, że przykładałam na twoje obite piszczele okłady z wody i octu. Mówiłeś, że jakiś gówniarz, o przepraszam - jakiś cherubinek zadał ci kopa po tym, jak zamiast kolejki przyniosłeś mu czapeczkę z szaliczkiem. Wiem, że to nie twoja wina, że ten nadrzędny Mikołaj wiekowy już jest i często myli listy. Przecież jakiś czas temu też pokręcił coś z moim listem. Ja dostałam kapcie, a w mojej wymarzonej kurteczce sąsiadka paradowała. Mało mnie szlag nie trafił!

 

Pragnę nadmienić, że w ubiegłym roku nie napisałam do ciebie listu naiwnie licząc, że kto, jak kto, ale Mikołaj najlepiej wie o czym marzy taka kobieta jak ja. Niestety, przekonałam się, że Mikołaj Duchem Świętym nie jest, że jak nie ma glejtu w postaci listu, to przynosi co mu się pod rękę nawinie, albo też nie przynosi nic. Za to w tym roku nie będziesz mógł mieć żadnych wymówek. W takiej czy innej formie list do ciebie dotrze i nie ma zmiłuj. Prezent pod choinką ma być i basta!

 

Pora przejść do meritum sprawy, czyli do prezentu, który ma się znaleźć w oznaczonym dniu pod choinką. Zresztą pal sześć choinkę, możesz położyć go gdziekolwiek, byle w moim mieszkaniu. Pamiętaj, numer 14! Widzisz Mikołaju jaka wyrozumiała jestem? No wiesz… że nie zmuszam twojego starego, spracowanego kręgosłupa do schylania się i wtykania prezentu pod choinkę, Miej to na uwadze jakby ci przypadkiem został w worku jakiś upominek, z którym nie wiedziałbyś co zrobić…

 

W tym roku to ja wielkich wymagań nie mam. Wiem, że wciąż mamy kryzys, że musimy demokratycznie zaciskać pasa, że cały świat czeka na twoje prezenty, i jeszcze kilka „że” by się znalazło.

 

Ale jednak w jakiś sposób powinieneś się zrewanżować za swoje pomyłki i zwyczajne wieloletnie olewanie mnie, no może z jednym małym wyjątkiem. Dlatego też nie zważając na zaciskanie pasa, kataklizmy globalne i wojny plemienne wnioskuję słowami zawartymi w owym liście o prezent w postaci… komputera, komputerka, komputerusia. No i czego krzywi się i oczami przewraca? Co to jest dla Ciebie taki komputerek w stosunku do wszystkich prezentów świata. Ot, takie zupełne nic. A poza tym nie chcę jakiegoś wypasionego komputera. Ma być taki najzwyklejszy. Mało tego, pójdę ci na rękę i zasugeruję, że może być nawet używany, byle chodził jak burza. I oczywiście jakiś monitorek, bez monitorka się nie liczy.

 

Prośbę swoją uzasadniam tym, że mój obecny laptop, staruszek jakby nie patrzeć, już ledwo zipie, już ledwo sapie. Codziennie moje skołatane serce drży na myśl, że lada chwila sfajczy się na amen. Zanim zaskoczy mija jakieś 20 minut, a przejście ze strony na inną stronę zajmuje mu jakieś 10 do 15 minut. Nerw drogi Mikołaju już nie mam. A bez komputerka moje życie nic nie warte. Bo co ja więcej potrafię? Nic! Jedynie jeszcze stukanie w klawiaturę jakoś mi wychodzi.

 

Myślę, że takie uzasadnienie zmiękczy twoje podbiegunowe serce. Choć może jeszcze dodam, że przez caluśki rok grzeczna byłam i w kolejnych latach również zamierzam być.

 

Na zakończenie tego listu chciałam Cię jeszcze pozdrowić i zapewnić o swojej wdzięczności dozgonnej, która nastąpi w przypadku zrealizowania mojego zapotrzebowania.

Twoja wielbicielka

rodorek



komentarze (23) | dodaj komentarz

Zabawmy się:)

wtorek, 03 grudnia 2013 19:09

Na tę chwilę jestem mocno zajęta pisaniem listu do Mikołaja. W ubiegłym roku nie napisałam i wyszło tak… jak wyszło. Nie będę wdawać się w szczegóły coby sobie ciśnienia nie podnieść. W każdym razie okazało się, że Mikołaj to nie Duch Święty, że nie czyta w moich myślach. Dlatego w tym roku przywiązuję wielką wagę do treści jaką będzie zawierać mój list.

 

A póki co, zabawmy się:) Które trzy słowa na zamieszczonej poniżej planszy zobaczyliście jako pierwsze? Zawsze jest szansa, że któreś z tych rzeczy znajdziecie pod choinką.  Czego Wam serdecznie życzę:)

 

1451429_692087187477515_28141799_n.jpg



komentarze (17) | dodaj komentarz

Nie bij mnie, kochaj mnie

poniedziałek, 02 grudnia 2013 16:51

Jest takie powiedzenie: Parasol noś i przy pogodzie, które dzisiaj przekształciłam na inną „mądrość” – noś aparat nawet przy niepogodzie. Poniedziałkowe poranki nie są dla mnie najlepsze. Po ukochanym weekendzie trzeba natychmiast przestawić się na tygodniowy rygor człowieka pracującego. Co się z tym wiąże każdy wie. Przed porannym wyjściem do pracy spojrzałam na to, co dzieje się za oknem, a działo się niekoniecznie. Po raz pierwszy od dłuższego czasu postanowiłam wyjść z domu bez aparatu. Raz, że pogoda nie sprzyjająca na sesje zdjęciowe, a dwa, że po pracy miałam w planie zrealizować swoją prywatną listę zakupów, a aparat jednak troszkę waży…

 

W centrum miasta, najpierw na schodach do kwiaciarni, a potem przed ważnym urzędem zobaczyłam coś… To był duży pokiereszowany miś, do którego przymocowano kartki o treści: „Nie bij mnie, kochaj mnie”. Skąd mam zdjęcie? Bo trafiłam na młodego przesympatycznego człowieka, który dzierżył w ręce aparat. Poprosiłam o zrobienie zdjęcia i przesłanie na mój mail (dziękuję!).

 

_DSC7433.jpg

 

Wkrótce „misiowa” sprawa wyjaśniła się. Akcję „Miś” zorganizowała Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy. Tym sposobem chcieli zwrócić uwagę na problem nasilającej się w ostatnich czasach przemocy wobec dzieci. Pomysł przedni, tym bardziej że w ubiegłym roku 19 172 dzieci  padło ofiarą przestępstw w rodzinie. Natomiast badanie realizowane na zlecenie Fundacji Dzieci Niczyje pokazało, że 9 proc. młodzieży padło ofiarą co najmniej jednej z form wykorzystywania seksualnego bez kontaktu fizycznego.

 

To są oficjalne statystki, a ile (poza statystykami) dzieci cierpi w ciszy, znosi swoje codzienne nieszczęścia w czterech ścianach swoich domów? Tego nie wie nikt… O przepraszam! Często wiemy, ale nic z tym nie robimy. Wymówek jest wiele. Głównie dlatego, że nie chcemy się mieszać, że nie chcemy potem godzinami przesiadywać na policyjnych korytarzach w oczekiwani aż ktoś raczy nas poprosić na „przesłuchanie’. O innych wymówkach nie wspomnę. A przecież żadna wymówka nie jest dość wystarczająca jeśli w grę wchodzi zdrowie, a czasami nawet życie dziecka.

 

Czy ten symboliczny miś, którego mijaliśmy dzisiaj na ulicach naszych miast zmieni cokolwiek? Wszystko zależy od nas wszystkich i od każdego z osobna… Niech ci dorośli, którzy swoje frustracje i nagromadzoną agresję wyładowują na dzieciach, wiedzą że nie są bezkarni, że nie ma naszego przyzwolenia na znęcanie się nad dziećmi!

 

Na koniec przypomnę jeszcze numer do ogólnopolskiego bezpłatnego Pogotowia dla Ofiar Przemocy w Rodzinie: 801 889 880.

Poznaj historię misia



komentarze (16) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 20 listopada 2017