Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 289 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5217527
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32257
Bloog istnieje od: 2869 dni

Horoskop

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Kosmiczny biznes

poniedziałek, 28 lutego 2011 16:06

 

… czyli o tym, jak przez nieznajomość literatury można stracić 80 dolarów:)

 

W chwilach kryzysu finansowego na moim koncie i w portfelu, zastanawiam się co jeszcze mogłabym zrobić, żeby ten kryzys zażegnać. I pomimo tego, że na brak wyobraźni się nie uskarżam, do dnia dzisiejszego na żaden genialny pomysł nie wpadłam.

 

Czego nie można powiedzieć o pewnym Kalifornijczyku nazwiskiem Dennis Hope, który w ciągu 20 lat „zarobił” 80 mln dolarów sprzedając działki na…. Księżycu i Marsie!? Myślicie, że to jakaś naciągana historyjka? Nic podobnego, facet wykorzystał luki w prawie własności. Odkrył bowiem, że prawo zakazuje przejmowania na własność pozaziemskich ciał niebieskich poszczególnym państwom i korporacjom. Nikt jednak nie zakazał tego osobom fizycznym. Ogłosił się więc właścicielem i zaczął sprzedawać działki po 80 dolarów za akr. Do zakupu dołączał prawo do działki, mapy planet oraz konstytucję własnego autorstwa.

 

Ten dochodowy interes postanowili przerwać prawnicy z Kazachstanu. Okazało się, że to właśnie Kazachowie zakupili najwięcej akrów ciał niebieskich, traktując zakup jako niebanalny upominek dla bliskich.

Nie doszłoby do tej międzynarodowej afery, gdyby potencjalni nabywcy byli obeznani z klasyką literatury polskiej, a dokładnie z twórczością Kornela Makuszyńskiego, który już w 1928 roku odkrył, że księżyca nie ma! Zwyczajnie został ukradziony. Wskazał nawet winnych, dwóch takich…:)

 



komentarze (29) | dodaj komentarz

Miłe dla ucha słowa? A może fałsz?

sobota, 26 lutego 2011 14:57

 

 

Małe dziecko robi w piaskownicy babkę. Wyszła tak sobie. Siedzące przy piaskownicy dorosłe osoby zaczynają jedna przez drugą chwalić pracę dziecka, mówiąc, że baka jest piękna, wspaniała, czy wyjątkowa. Zasady, które kierują  dorosłymi są dla mnie zrozumiałe, nie od dziś przecież wiadomo, że chwalenie to jeden ze sposobów budowania własnej wartości dziecka. Ale jak to się ma do pisania, czy mówienia miłych słów w świecie dorosłych? Gdyby tą przykładową babkę zrobiła osoba dorosła, czy wtedy również chwalenie byłoby zrozumiałe? Czy może uznalibyśmy, że to jest fałsz?

 

Ostatnio spotkałam się z zarzutem, że nie powinnam mówić miłych słów jeśli myślę inaczej i że jest to z mojej strony fałsz. Jedna z moich znajomych odkryła w sobie zamiłowanie do malarstwa. Zaprosiła kilku znajomych do siebie na kawę, bo chciała pochwalić się swoim pierwszymi pracami. Obrazy były namalowane farbą olejną na płótnie i przedstawiały martwą naturę. Widziałam jak autorka dumna była ze swoich prac, a ponieważ nikt z zaproszonych gości nie wypowiedział się na ten temat, poczułam się w obowiązku powiedzieć, że jak na pierwsze prace, są bardzo udane… Po wyjściu zaczęliśmy dyskutować na temat  tych obrazów. Wszyscy jak jeden mąż stwierdzili, że to szmira i zarzucili mi fałsz. Pewnie, że wiele im brakowało do doskonałości, ale wzięłam pod uwagę fakt, że to dopiero początki, że praktyka czyni mistrza.

 

To tylko taki przykład pierwszy z brzegu, ale często spotykam się z takim zarzutem. Zaczęłam się zastanawiać. Faktycznie lubię ludziom pisać, lub mówić miłe słowa. Podejrzewam, że źródło takiego zachowania leży w moim dzieciństwie. Właściwie prawie nigdy nie byłam w domu przez nikogo chwalona, nie doceniano żadnych moich sukcesów, czy malutkich sukcesików.  Z czasem przestałam więc o nich mówić, nie dzieliłam się nimi z nikim. Pamiętam, że często było mi z tego powodu przykro. Pragnęłam pochwał jak kania dżdżu. W dorosłym życiu też nie było z tym najlepiej. Nieudane związki, przykre słowa, powodowały że wiecznie czułam się czemuś winna. Żyłam w przekonaniu, że nie zasługuję na pochwały, że jestem nic nie warta, niczego nie potrafię, a okrutne słowa partnerów utwierdzały mnie tylko w tym przekonaniu. Wiedząc jaką siłę mają pochwały nie szczędziłam ich natomiast swoim dzieciom. Teraz, po latach widzę jak pięknie to w ich przypadku zaowocowało. Jestem z tego powodu bardzo dumna.

Lubię odnajdywać w ludziach ich jasne strony. Staram się dostrzegać ich sukcesy i chwalić ich za te sukcesy, zanim sami się pochwalą ( o ile w ogóle będą się chwalić) Wiem po sobie, że kilka miłych słów ma moc dowartościowującą i sprawia, że chce się przenosić góry.

 

Ale jest jeszcze druga strona medalu, której żadną miarą nie jestem w stanie pojąć. Znam kilka osób które przyjmują pochwały jak gąbka wodę, uznając że należą im się jak micha psu. Natomiast sami nie są w stanie wydusić z siebie choćby jednego miłego słowa pod adresem innych. Mało tego pomniejszają, ironizują, albo udają, że nie zauważają sukcesów innych. Przekonałam się ostatnio, że takich osób i to w najbliższym otoczeniu, jest wiele…

Zastanawia mnie dlaczego niektórym ludziom tak ciężko przychodzi chwalenie… Nie potrafią? Czyżby jeszcze nie odkryli, że chwaląc innych, poprawiają przy okazji i swoje samopoczucie…?

 



komentarze (34) | dodaj komentarz

Jesteście przesądni? Bo ja…hm

piątek, 25 lutego 2011 18:56

 

Jesteś przesądna?

- A skąd! Kto by tam wierzył w zabobony – odpowiedziałam kiedyś koleżance na zadane przez nią pytanie. I to jest wersja oficjalna, przeznaczona do rozpowszechniania i publikowania:-D A prawda jest taka, że jestem przesądna, oczywiście nie do przesady, ale w kilka przesądów wierzę…

 

Zawsze, ale to zawsze jak muszę się wrócić po coś do domu, siadam i odliczam do dziesięciu. Również sól przesypuję z opakowania do pojemnika z wielkim namaszczeniem, żeby przypadkiem ani trochę się nie rozsypało. Na widok kominiarza zawsze chwytam za guzik i wymawiam w myślach życzenie. Następnie wypatruję dymu z komina i faceta w okularach. Podobno jeśli się zobaczy pierwszą kobietę w okularach, to życzenie się nie spełni.

 

Ale na jbardziej jestem przesądna na czarnego kota, a dokładnie na moment kiedy przebiegnie mi drogę, którą akurat podążam. Staję wtedy i choćby mnie wołami ciągnęli nie zrobię ani kroku. A do tego obowiązkowo pluję przez lewe ramię trzy razy wypowiadając słowa: – zgiń, przepadnij maro nieczysta]:-> Niby powinnam być z czarnym oswojona, bo miałam przecież takiego na przechowanie, ale tamten był swój i z moich obserwacji wynikało, że nie ma w nim nic ze Złego.

 

Piszę o tym dlatego, że dzisiaj miałam właśnie takie spotkanie z czarnym futrzakiem. Zapomniałam rano wyciągnąć z lodówki śniadanie do pracy. Około godz. 12 zrobiłam się nieźle głodna, więc wyskoczyłam do pobliskiego sklepiku po bułkę. Postanowiłam zrobić to prędko i po cichu, żeby nikt nawet nie zauważył mojej chwilowej nieobecności. No i jak na złość czarny kot przeciął moją drogę do sklepu. Stanęłam jak wryta. Rozglądam się, nikt za mną nie idzie. Głupio tak stać jak słup soli, więc nachyliłam się, a raczej prawie przykucnęłam udając, że coś tam poprawiam przy butach. Za chwileczkę usłyszała, że ktoś za mną idzie. Ucieszyłam się, że to nie na mnie padnie dzisiaj jakieś nieszczęście, albo gorszy pech. Nie zdążyłam się obrócić za siebie bo …po chwili leżałam na poboczu chodnika. Ten, którego miał spotkać pech prowadził rower, na którym po obu stronach wisiały duże tekstylne torby wypchane do granic możliwości. Zbieracz puszek to był. I właśnie jedna z tych wiszących toreb zahaczyła - niczego się nie spodziewającą – mnie(>_<) Właściwie nic mi się nie stało, najadłam się jedynie strachu i tyle. Pozbierałam się prędko i ruszyłam do sklepu, zapominając, że jestem tą pierwszą która przekracza kocią linię.

 

I niech mi ktoś teraz powie że czarny kot nie przynosi pecha…



komentarze (43) | dodaj komentarz

Wiersz:)

czwartek, 24 lutego 2011 17:43

  

Wiersz z autorskiego tomiku poetyckiego:)

 

         ***

Spod dotyku umykasz

i spod spojrzenia

Masz formę przestrzeni

i w czerni topisz wstyd

Dla mnie niewiedza

Dla ciebie ta dłoń

to ja niepewna i drżąca

 

Płonęłam ogniem

w strumieniu ciemności

zapalając spojrzenia

co chciały więcej niż mogły.



komentarze (22) | dodaj komentarz

Jeszcze plotka, czy już mobbing?

środa, 23 lutego 2011 16:58

 

Zacz yna się niewinnie. W tajemnicy, z jednego ucha na drugie, przekazywane są pewne informacje, które często mijają się z prawdą, albo są prawdą, ale na potrzeby chwili znacznie „upiększoną.” Mowa o plotce… Zjawisko plotkowania jest stare jak świat. O tym, że wypuszczona plotka rośnie z czasem w siłę pisał już Wergiliusz: „Fama crescit eundo” (plotka rośnie rozchodząc się).

 

Pół biedy kiedy plotkowanie wynika z chęci zaspokojenia naszej ciekawości. Niech się uderzy w piersi ten kto nie słuchał nigdy plotek na przykład na temat zaręczyn koleżanki z pracy, albo o mężu szefowej. Piszę o środowisku w pracy, bo tam najczęściej plotka funkcjonuje i to tam może być przyczyną mobbingu, albo gorszego nieszczęścia.

 

Niedawno spotkałam znajomą, która jakiś rok temu zmieniła pracę. Mówiła, że nie może odnaleźć się w nowym środowisku, że ludzi są tam dla siebie nieprzyjemni, a do tego towarzystwo jest okropnie rozplotkowane. W „jej” biurze pracuje 6 osób, współpracownicy zrobili sobie z jednej z koleżanek obiekt niewybrednych żartów, jednym słowem dziewczyna „robi” za ofiarę. Zaczęło się od tego, że jednej z kobiet podobno zginęło z portfela 50 zł. Drogą dedukcji ustalili, że musiała ukraść je ta koleżanka – ofiara, bo tylko ona była przez chwilę sama w pokoju. Wprawdzie pieniądze znalazły się (zamiast w portfelu, były luzem wrzucone do torebki), ale zaczęto traktować dziewczynę jak złodziejkę. Na przykład kilka razy w ciągu dnia któraś ze współpracownic wyciągała portfel z torebki i demonstracyjnie sprawdzała czy nie brakuje w nim pieniędzy. Po wyjściu dziewczyny z pokoju zaczynało się plotkowanie na jej temat. Wymyślali cuda nie widy. Kiedy wracała do pokoju, towarzystwo milkło jak na komendę. Dziewczyna bardzo źle to znosiła, na koniec poszła do lekarza i od półtora miesiąca przebywa na zwolnieniu lekarskim. Teraz plotkują, że ma zwolnienie od psychiatry, bo z jej głową coś nie tak.

 

Moja znajoma bardzo źle się z tym czuje. Chętnie zmieniłaby pracę, ale nie jest już młodziutka, a poza tym, jaki rynek pracy jest każdy wie. Zapytałam dlaczego więc nie powiedziała dziewczynie co się święci. Wydaje mi się, że ja bym powiedziała. Umówiłabym się po pracy pod jakimkolwiek pretekstem i powiedziała…

Znajoma odpowiedziała, że bała się wyłamać, żeby samej nie zostać obiektem plotek, tym bardziej, że pracuje tam od niedawna.

 

Zastanawiam się jak to możliwe, że doszło do takiej sytuacji? Czy faktycznie nie było tam nikogo, kto przerwałby tą nieprzyjemną sytuację? Nie chce mi się wierzyć, że wszyscy byli źli. A może byli tacy, tylko w imię źle pojętego poczucia solidarności nie wychylali się? Nie znam odpowiedzi na te pytania, ale wiem jedno – w takich sytuacjach trzeba natychmiast przeciwstawiać się plotce, bo czasami może ona być początkiem mobbingu!

 



komentarze (28) | dodaj komentarz

Posłowie przynoszą wstyd!

wtorek, 22 lutego 2011 17:00

 

Jeśli zwykły Kowalski napije się, narozrabia, uskuteczni demolkę, a na koniec złapie go policja – za swoje czyny ponosi konsekwencje prawne. A co w przypadku jeśli to samo zrobi nie zwykły Kowalski, a poseł RP? No tu już sprawa nie jest tak jednoznaczna, przynajmniej w opinii posłów.

 

Posłowie PiS Karol Karski i Łukasz Zbonikowski, ponad 2 lata temu narozrabiali podczas swojej wizyty służbowej na Cyprze. Chłopcy zabawili się w hotelu wózkiem golfowym, niszcząc przy okazji jedną ze ścian hotelu. Niedawno Cypryjski sąd skazał posłów na zapłacenie ponad 11 tys. euro. Trudno będzie się uchylić od płacenia bowiem Cypr jest państwem należącym do Unii Europejskiej. Sprawa wydaje się prosta. Jest udowodniona wina (naoczny świadek), jest i kara, trzeba więc zapłacić. Jednak dla ich partyjnych kumpli prosta nie jest. Dopatrują się winy po stronie właściciela hotelu, w którym narozrabiali. Mariusz Kamiński mówi wprost, że Cypryjczycy zawzięli się na posłów PiS i próbują od nich wyłudzić pieniądze.

 

A co na to sprawcy całego zamieszania? Otóż wydali oświadczenie, że są… niewinni! Mało tego, sugerują również, że dokument cypryjskiego sądu jest fałszywy. Przyznaję, że po tym oświadczeniu zgłupiałam. Oczyma wyobraźni widziałam już tego paskudnego cypryjskiego burżuja, który chce zbić fortunę na naszych chłopakach. A ponieważ czasami jestem dociekliwa, dogrzebałam się informacji dotyczących tej sprawy. Okazuje się, że posłowie mieli szansę udowodnić swoją niewinność jeszcze podczas pobytu na Cyprze, a jednak nie skorzystali z niej i powołując się na immunitet, odmówili  poddania się czynnościom śledczym  – między innymi składania zeznań i pobrania odcisków palców.

 

No cóż, pewnie zapomnieli, że immunitet nie obejmuje diet poselskich…  Przyjdzie im na koniec i tak zapłacić , jak nie dobrowolnie, to przez komornika. Wstyd mi tylko, że tacy ludzie zasiadają w ławach poselskich. Mam nadzieję, że podczas najbliższych wyborów, wyborcy nie przedłuża im licencji na posłowanie. Choćby dlatego, że licencja na posłowanie, to nie zawsze licencja na uczciwość…

 



komentarze (22) | dodaj komentarz

Sztuka dyplomacji:)

poniedziałek, 21 lutego 2011 17:16

 

W sobotę narobiłam gołąbków i w ramach ocieplania relacji zaprosiłam mamę na niedzielny obiad. Czas upłynął w przyjemnej atmosferze…:)

 

- Oj córcia jak ty źle wyglądasz!

- Źle, to znaczy jak mamo?

- No źle, jakaś taka stara się zrobiłaś.

- Może to przez te włosy mamo, są trochę nieświeże, ale zaraz po obiedzie umyję, bo wybieram się ze znajomymi do kina.

- Nie, to nie przez włosy, na buzi źle wyglądasz.

- Trochę chorowałam, to może dlatego.

- No tak, no tak…

- To gdzie idziesz?

- Do kina, mamo.

- No ja nie wiem, wiecznie gdzieś cię nosi a dla matki to już ty nie masz czasu. Znajomi na pierwszym miejscu, a matka daleko w tyle.

- Mamo przecież to nieprawda!

- A kto cię tam wie… ale czemu ty tak źle wyglądasz?

- Lata lecą mamo i młodsza już nie będę.

- Ja w twoim wieku to nie miałam ani jednej zmarszczki, buzię miałam gładziutką jak u niemowlaka.

- Tak mamo, może dlatego, że na kozim mleku byłaś chowana?

- Może… kiedyś ludzie inaczej się odżywiali. Moja mama gotowała kartofle w mundurkach, a do tego kozie mleko. Mówią, że kozie mleko dobrze na skórę wpływa nawet kremy robią teraz na kozim mleku.

- To prawda. Robią, też  widziałam takie kremy w sklepie.

- To może kupuj sobie córka kremy z koziego mleka.

- A nie lepiej było mamo karmić mnie za młodu kozim mlekiem? Może też teraz bym miała skórę gładką jak u niemowlaka?

E tam nie wiadomo czy na ciebie by podziałało… a wiesz może rzeczywiście przez te nieumyte włosy tak źle wyglądasz…

 



komentarze (31) | dodaj komentarz

Seans w kinie

niedziela, 20 lutego 2011 23:18

 

Na początku lutego miałam urodziny. Nie obnosiłam się z tym jakoś szczególnie, bo i nie było się czym chwalić. Maria z Bodkiem wymyślili dla mnie fajny prezent, a mianowicie seans w kinie. No i dzisiaj popołudniu nastąpił ten dzień. Poszliśmy do kina na dramat historyczny, produkcji Australijsko – Angielskiej w reżyserii Toma Hoopera „Jak zostać królem”.

 

Jeśli macie w planie wybrać się w najbliższym czasie do kina, to gorąco polecam ten film, tym bardziej, że jak czytam w jednej z recenzji film typowany jest jako pewniak do Oscara i to w kilku kategoriach.

 

Rzecz dzieje się w Londynie, w latach 30 i opowiada historię człowieka, który zmaga się ze swoją ułomnością – wadą wymowy. Temat na pozór banalny, a jednak banalnym nie jest kiedy ta wada tyczy się Alberta, Księcia Yorku. W tej roli znakomity Colin Firth. Po abdykacji Edwarda VII zasiada on na królewskim tronie i przybiera imię Jerzego VI. Czuje na sobie wielką odpowiedzialność wobec rodziny i narodu, jednak panicznie boi się wystąpień publicznych. Książę od dzieciństwa zacina się i jąka, co praktycznie uniemożliwia mu przemawianie.

 

Żona Alberta (Helena Bonham Carter) znajduje człowieka, który z pozoru najmniej nadaje się do tej roli. Niespełniony aktor i domorosły terapeuta Lionel (Geoffrey Rush) podejmuje się terapii opartej na dość kontrowersyjnych metodach. Między tymi dwojga nawiązuje się nić przyjaźni…

 

Nie będę streszczać całego filmu, napiszę jedynie, że film zrobił na mnie wielkie wrażenie. Doskonałe aktorstwo, świetna scenografia, dopracowane kostiumy, błyskotliwe dialogi, specyficzny humor – to wszystko sprawia, że nie można oderwać oczu od ekranu.

Polecam ten film, zapewniam, ze nie wyjdziecie z kina zawiedzeni.

 



komentarze (13) | dodaj komentarz

Nocne fotografowanie:)

niedziela, 20 lutego 2011 0:15

Z piątku na sobotę byłam na kolejnej już w tym roku imprezie fotograficznej pod nazwą Foto Day. Pisałam, że poprzednio fotografowaliśmy wnętrza naszej katedry, a tym razem hm jakby to napisać? Jeździliśmy nocą po mieście tramwajem, a podczas krótkich przystanków, robiliśmy zdjęcia. Impreza rozpoczęła się o godz. 23, a zakończyła około 2 w nocy. Było superowo! Fajnie tak podglądać swoje miasto nocą:) Uwielbiam oglądać zdjęcia robione nocą, mają w sobie jakąś magię… są takie aksamitne. No moim do aksamitności dużo brakuje:) Ale czego wymagać od zwykłej cyfrówki? Niemniej pokombinowałam trochę i próbowałam przerobić je na zdjęcia, które pokazują miasto moimi oczami, a raczej jak bym chciała żeby wyglądało...

 

 



komentarze (32) | dodaj komentarz

Szokujący sposób na odchudzanie

sobota, 19 lutego 2011 1:56

 

Boże jak ja przytyłam! Takie słowa padają najczęściej pod koniec zimy, kiedy ściągamy zimowe kurtki i… okazuje się, że w ubiegłorocznej letniej spódnicy brakuje kilku centymetrów żeby się dopiąć w pasie. Zaczyna się dieta i katowanie ćwiczeniami.

A gdyby ktoś nam powiedział, że możemy schudnąć szybko i bez żadnego wysiłku, zażywając jedynie jedną tabletkę? Ile z nas by się skusiło?

 

Wyobraźcie sobie, że to nie wytwór mojej wyobraźni, bo taka tabletka faktycznie jest i można ją kupić w necie. Ostatni krzyk mody odchudzającej to połykanie… tasiemca?! A dokładnie tabletki z główką tasiemca. Wystarczy ją połknąć i poczekać na rozwój pasożyta, a nadmiar kilogramów znika jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki.

Okazuje sie, że nie jest to znowu taki ostatni krzyk mody, a raczej moda retro, bowiem już w latach trzydziestych XX wieku ten rodzaj „diety” był modny w Ameryce. Chodzą słuchy, że stosowała ją słynna śpiewaczka Maria Callas.

 

Co by nie mówić uważam, że świadome połykanie pasożyta, to makabryczy sposób na zgubienie kilku kilogramów. Tym bardziej, że znane mi są konsekwencje urzędowania tasiemca w ludzkim organizmie – bóle głowy, mdłości, biegunki, a nawet śmierć…

 

Łódzki dietetyk, Marcin Rajski mówi o jeszcze innych konsekwencjach:

„Pasożyty sieją bardzo poważne spustoszenie w organizmie. Amatorki tej metody nie przyjmują do wiadomości, że tasiemiec wcale nie ''zjada kalorii'', lecz żywi się składnikami pokarmowymi, które są najcenniejsze dla organizmu człowieka, takimi jak magnez, żelazo. Może powodować też bardzo poważne infekcje układu pokarmowego. Mówiąc wprost, to zabójstwo dla organizmu.”

 

Czy warto aż tak ryzykować? W końcu zdrowie i życie mamy tylko jedno, a sposobów na zgubienie kilku kilogramów – wiele…



komentarze (34) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 20 listopada 2017