Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 289 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
272829    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5217591
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32257
Bloog istnieje od: 2869 dni

Horoskop

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Czy ja tu już byłam?

środa, 29 lutego 2012 11:37

 

Wczoraj byłam umówiona na spotkanie. Nie… nie była to randka, niemniej emocje prawie takie same, albo i większe. To miał być wywiad, no może nie do końca wywiad, ale potrzebowałam informacji do uzupełnienia o istotne szczegóły napisanego już artykułu.


Przed wejściem do biura, gdzie miało się odbyć owe spotkanie, wyciągnęłam z torebki notes i długopis.  Drzwi otworzył mój rozmówca. Weszłam, jedną rękę podałam na przywitanie, a jednocześnie drugą ręką położyłam na stolik notes i długopis … Tyle, że nie miałam prawa wiedzieć, że w tym miejscu stoi stolik., bo po pierwsze byłam tam pierwszy raz, a po drugie nie zdążyłam się jeszcze rozglądnąć, a ten mały stolik częściowo był zasłonięty dorodnym fikusem. W ogóle całe to spotkanie była dla mnie dziwne i niewytłumaczalne. Byłam przekonana, że bardzo dobrze znam to pomieszczenie i mojego rozmówcę. Zanim się odezwał już wiedziałam, że ma lekką, prawie niewyczuwalną wadę wymowy. Nie miałam prawa tego wiedzieć, bo tak naprawdę nigdy przedtem nie słyszałam tego człowieka. Spotkanie umówiła dziewczyna, która odbywa tam praktyki. Wiedziałam też, że na parapecie stoi duży kaktus. Wiedziałam, zanim tam spojrzałam. Trudno ubrać w słowa coś, czego sama sobie nie potrafię wytłumaczyć, ale czułam się jakby ktoś włączył replay, jakby powtarzała się kropka w kropkę sytuacja, w której już  kiedyś uczestniczyłam…

 

Zdarzały mi się już w życiu podobne sytuacje, ale nigdy tak wyraźnie. Kilka razy wchodząc do jakiegoś pomieszczenia miałam nieprzeparte wrażenie, że już tam byłam, ale było to tylko, jak napisałam – wrażenie, o którym natychmiast zapominałam.  Tym razem było zupełnie inaczej. Tym razem byłam pewna, że tam już byłam i rozmawiałam z tym człowiekiem.


Jak ja nie lubię sytuacji, czy zdarzeń, których nie potrafię sobie wytłumaczyć. Łazi to potem za mną i odczepić się nie chce. Analizuję, kombinuję, a i tak na koniec poddaję się. Jeszcze raz przeczytałam, to co wystukałam na klawiszach i myślę, że dla człowieka, który myśli racjonalnie wyda się to głupie. Ja  również należę do ludzi, którzy starają się myśleć racjonalnie, a jednak tego nie potrafię sobie wytłumaczyć. Czyżby tym razem spotkało mnie stuprocentowe deja vu…?




komentarze (22) | dodaj komentarz

Fałszowanie historii

wtorek, 28 lutego 2012 13:17

 

Podcza s uroczystości, na której Niemcy oddali hołd pamięci ofiar grupy neonazistowskich terrorystów, Angela Merkel zaapelowała  do mieszkańców Niemiec, by nie pozostawali obojętni wobec nietolerancji, nienawiści i przemocy. Ucieszyły mnie te słowa Pani Kanclerz, tym bardziej, że jest okazja wykazać, że to nie tylko czcze, poprawne politycznie słowa…


Kilka dni temu, powstały w styczniu Niemiecki Związek Właścicieli Wschód, zorganizował  w Berlinie konferencję prasową, na której przekonywał, że z pomocą znanych adwokatów i specjalistów wykaże luki w prawie międzynarodowym i wywalczy zwrot własności "zrabowanych po drugiej wojnie światowej przez Polskę i Czechy” prywatnym osobom. Związek  twierdzi, że znalazł luki w prawie międzynarodowym, dzięki czemu Niemcy będą mogli odzyskać utracone majątki. Wiosną przez Polskę ma przepłynąć fala demonstracji. Zapowiedzieli również, że wiosną rozpoczną w Polsce kampanię informacyjną w sprawie roszczeń. Do rąk Polaków mają trafić miliony ulotek dotyczących "polskich zbrodni na niemieckich cywilach” (!) i naruszenia prawa międzynarodowego przez Polaków…

 

Do niedawna postrachem Polaków mieszkających na ziemiach zachodnich była Erika Steinbach, teraz jakby trochę ucichła, a jej miejsce zajął Związek Właścicieli Wschód, który nota bene liczy na jej poparcie. Seidensticker (szef związku) poinformował media, że związek wystąpił już ze swoimi roszczeniami zarówno do Kanclerz Niemiec Angeli Merkel jak i rządu, ale na razie reakcji nie ma. I tu, jak wspominałam na początku będzie okazja do wykazania się Kanclerz Merkel.


Nie pierwsza to organizacja, która próbuje zbić swój kapitał polityczny na fałszowaniu historii, i pewnie nie ostatnia. Źle się dzieje, bo tego rodzaju głosy docierają do młodego pokolenia. O planach związku napisała jedna z frankfurckich gazet. Jak pisze dziennikarka GL, na forum internetowym rozgorzała dyskusja. Młodzi internauci żalą się, że na całym świecie Niemcy, w kontekście II wojny światowej, postrzegani są zawsze jako sprawcy, a nie ofiary…


A jak mają być postrzegani? Zwłaszcza przez tych nielicznych już, którzy przeżyli ten koszmar. Nie mogę pogodzić się z tym, że pomimo relacji naocznych świadków, oraz wielu opracowań historycznych i nie tylko, wciąż mamy przypadki mataczenia faktami z czasów wojny. Dopiero co wybuchł skandal z „polskimi obozami koncentracyjnymi,” a szykuje się już kolejny – Związek Właścicieli Wschód…


Źródło: Gazeta Lubuska

 



komentarze (52) | dodaj komentarz

Hospicja do... likwidacji?

poniedziałek, 27 lutego 2012 12:46

 

Pisałam  niedawno o ustawie refundacyjnej, która okazała się bublem prawnym wiążącym ręce Domom Pomocy Społecznej. A takich bubli i nonsensów każdego dnia przybywa i końca nie widać...


Organizacje pozarządowe alarmują, że jeśli rząd nie zmieni zapisów w ustawie o lecznictwie, z dniem  1 lipca bieżącego roku wiele placówek medycznych prowadzonych przez owe stowarzyszenia, między innymi hospicja oraz placówki opieki paliatywnej -  zaprzestaną działalności.

Chodzi o zapis w ustawie o lecznictwie mówiący, że działalność lecznicza jest działalnością gospodarczą. Wprawdzie w świetle obecnie obowiązującej ustawy, placówki medyczne prowadzone przez organizacje pozarządowe są jednostkami prowadzącymi działalność gospodarczą, niemniej nie jest to działalność dominująca, a jedynie uzupełniająca działalność statutową. Teraz wszystko ma się zmienić. Stowarzyszenia i fundacje, które do tej pory prowadziły działalność medyczną non-profit będą zmuszone zarejestrować działalność gospodarczą i stać się przedsiębiorstwami pracującymi zarobkowo. Tym samym stracą prawo do pieniędzy z jednoprocentowego odpisu podatkowego i darowizn. Nie dostaną też zgody na prowadzenie zbiórek publicznych. Ponadto, kierując się zapisami Kodeksu cywilnego o przedsiębiorstwach, działalność gospodarcza winna przynosić państwu dochód, a więc powinna być obciążona podatkiem od przedsiębiorstw produkcyjnych. Wyobrażacie sobie tzw. zarobkowanie na ludziach umierających w hospicjach…?

 

Hospicja mają wprawdzie, w większości, zawarte kontrakty z NFZ, jednakże nie pokrywają koszów prowadzonej opieki, ani nie pozwalają na objęcie opieką wszystkich potrzebujących. Dlatego między innymi finansują swoją działalność dodatkowo ze środków własnych pozyskiwanych choćby z 1%. Część z tych organizacji nie posiada w ogóle kontraktów z NFZ i działają tylko dzięki wsparciu społecznemu.


A co na to wszystko główny winowajca, czyli Ministerstwo zdrowia? Rzecznik Ministerstwa wyjaśnia, że resort zna zastrzeżenia co do tej ustawy i dlatego:

„(…) Obecnie trwa analiza propozycji i problemów zgłaszanych w powyższym zakresie oraz rozważana jest możliwość i zakres ewentualnej nowelizacji tej ustawy."


Jakie to polskie właśnie… Jeszcze na dobre ustawa nie zaczęła obowiązywać, a już rozważana jest możliwość jej nowelizacji. Paranoja!

Mam nadzieję, że Ministerstwo wycofa się z tego idiotycznego zapisu. W przeciwnym razie, będzie to smutny koniec działalności organizacji pozarządowych non-profit na polu opieki hospicyjnej, paliatywnej czy wszelkiej działalności w ochronie zdrowia…

 

Źródło: Rzeczpospolita



komentarze (28) | dodaj komentarz

Lisia kita się puszy:)

niedziela, 26 lutego 2012 17:36

 

Zacz nę od tego, że nie przepadam za dziennikarstwem uprawianym przez  Tomasza Lisa. Poza tym nie lubię faceta i już! Dlatego kiedy słuchałam, czy czytałam wypowiedzi Lisa o nowym serwisie internetowym naTemat.pl, który stawia sobie za cel redefinicję dziennikarstwa w Internecie, myślałam: znowu Lisia kita się puszy, ot kolejne bicie piany. Niemniej z niecierpliwością czekałam na otwarcie nowego projektu. Nie to żebym zaraz życzyła .źle, ale ciekawość mnie zżerała jak to będzie wyglądać. Nie interesowała mnie strona techniczna, bo na tym zwyczajnie się nie znam, natomiast zawartość serwisu  - jak najbardziej.


Wspominałam już, że jeśli tylko mam rano trochę czasu swój dzień rozpoczynam od internetowej prasówki. Często zżymam się na jakość prezentowanych newsów oraz ich kontekst. Nie dość, że większość artykułów jest anonimowa, to jeszcze ta sama niby informacja na każdym portalu ma inny wydźwięk. Wszystko zależy od sympatii politycznych internetowej gazety. Marzył mi się portal opiniotwórczy, traktujący o najważniejszych sprawach z zakresu gospodarki, polityki, kultury, nauki czy poruszający tematy społeczne.


No i doczekałam się, 22 lutego wystartowało naTemat.pl. Wraz z rozpoczęciem projektu pojawiły się głosy malkontentów: a to literki za duże, a to zdjęcia nie takie, a do tego ludzie piszący tam swoje blogi mają tak różne poglądy polityczne i nie tylko polityczne, że stwarza to ogólny chaos… A przecież o to właśnie chodzi, o różnorodność poglądów, bo ta różnorodność skłania czytelnika do własnych refleksji, czy wyrobienia sobie zdania na jakiś temat. Tak ja pojmuję misję mediów opiniotwórczych i dlatego strona Lisa zwyczajnie podoba mi się. A do tego wydarzyło się coś, co pokazuje trochę inną jakość dziennikarstwa.


Dziennikarka telewizyjna, Ewa Żarska opisała na swoim blogu trudną sytuację pewnej kobiety, która musi przeżyć za 4,43 zł dziennie. Ne będę przytaczać całego wpisu, napiszę tylko, że czytając ten tekst piekły mnie oczy. Swój wpis Żarska kończy słowami: „Jeśli ktoś by chciał pomóc proszę o kontakt na maila (…)” Wczoraj pojawił się kolejny wpis Pani Ewy pt. „Ludzie zawstydzili system.” Okazuje się, że apel przyniósł niespodziewany efekt. Wiele osób już pomogło, inni deklarują swoją pomoc….


Niby nic nowego. Nie pierwszy to przecież raz kiedy media angażują się w pomoc potrzebującym. Tyle, że są to przeważnie apele o wysłanie sms, czy odpisanie procenta od podatku. A jeśli już pomoc tyczy się konkretnej osoby podanej z imienia i nazwiska, to dopiero po zakończeniu akcji pomocowej można przeczytać kilkuzdaniową bardzo ogólnikową  notkę, w stylu: na konto wpłynęło tyle i tyle, albo dziękujemy za okazaną pomoc. W tym przypadku sprawa wygląda trochę inaczej. Historia jest bardzo dynamiczna, a wszystko dzieje się na naszych oczach. Wystarczy poczytać komentarze na blogu Żarskiej.


Podsumowując. Cieszę się, że pojawiło się naTemat.pl, stronkę dodałam do zakładki – ulubione i od niej będę rozpoczynać codzienny przegląd prasy, a Lisia kita niech się puszy, ma do tego powody:)




komentarze (17) | dodaj komentarz

Maszkarony

sobota, 25 lutego 2012 17:08

 

Wprawdzie najbardziej znane znajdziemy na krakowskich Sukiennicach, ale spacerując ulicami w każdym mieście można dostrzec ich kamienne oczy. Trzeba tylko podnieść wzrok wyżej i jeszcze wyżej…


Mowa o rzeźbiarskich detalach architektonicznych w formie ludzkiej, zwierzęcej, lub fantazyjnej głowy – zwanych maszkaronami.

Przechodzimy obok nich codziennie, niemal nigdy nie zwracając na nie uwagi. Ich skamieniałe twarze, śledzą uważnie nasze życie od pokoleń. Patrząc na płaskorzeźby przedstawiające twarze pięknych  kobiet zawsze zastanawiam się, czy artysta wzorował się na kimś, czy był to tylko i wyłącznie efekt jego wyobraźni…


Kilka fotek z mojego dzisiejszego foto-polowania na detale architektoniczne zamieszczone na wiekowych kamienicach.

 

 

 

 

 

 




komentarze (31) | dodaj komentarz

Gdy widzę słodycze…

piątek, 24 lutego 2012 14:53

Jest taka teoria, że człowiekowi co siedem lat zmienia się charakter i gusta kulinarne. Co do pierwszego, nie wypowiem się, bo nie zauważyłam takich zmian u siebie. Inna sprawa, że nie pamiętam jaki mój charakter był siedem lat temu, albo czternaście. Natomiast odnośnie gustu kulinarnego - o, z tym zgadzam się.


Jeszcze kilka lat temu słodkie mnie nie ruszało, owszem piekłam czasami jakieś ciasto, ale zjadłam kawałek i nie ciągnęło mnie na więcej. Często powtarzałam, że ze słodyczy, to najlepiej smakuje mi… schabowy. A teraz wszystko się zmieniło. Powiedzmy sobie wprost, bez owijania w bawełnę – gdy widzę słodycze, to kwiczę(*-*)  Nie wiem na co tę zmianę „zrzucić”. Czy na ten siedmioletni okres zmiany gustów kulinarnych, czy może na to, że latka niestety lecą, a z wiekiem podobno odzywa się w nas uśpione dziecko. Ta teoria mi pasuje jak ulał, bo jako dziecko łasuch na słodycze byłam okropny. Fakt, że za czasów wczesnodziecięcych wybór łakoci był mierny, ale smak toffi,  wyrobów czekolado podobnych, oranżadki w proszku, czy  ryżu preparowanego - pamiętam doskonale. To był raj dla podniebienia. Moja mama rzadko piekła ciasta, ale za to robiła na nas kogel-mogel,  gotowała kaszkę manną na mleku z cukrem waniliowym i sokiem malinowym, albo piekła w piekarniku jabłka. I o tych pieczonych jabłkach przypomniałam sobie w chwili kiedy dopadła mnie chętka na słodkości, a rozum podpowiadał – uważaj, przybrać na wadze łatwo, zgubić trudniej.


Jak powszechnie wiadomo, jabłka są smaczne i zdrowe, a do tego nie tuczące. Czego więcej trzeba na słodką przekąskę? W miejsce po wydrążonych gniazdach nasiennych, dodałam kapkę konfitury z dzikiej róży i małą kostkę ananasa, ale można dodać co kto lubi.

Smacznego:-]

 




komentarze (23) | dodaj komentarz

Autodranie

czwartek, 23 lutego 2012 12:28

Jakiś czas temu Gazeta Lubuska wydała wojnę kierowcom łamiącym przepisy drogowe, uruchomiła specjalny dział "autodranie." Autodranie to określenie na kierowców, którzy skutecznie utrudniają życie innym. Parkują swoje auta np. przed centrami handlowymi tak, że zajmują kilka miejsc jednocześnie. Zastawiają innych, uniemożliwiając im wyjazd. Parkują na miejscach dla niepełnosprawnych. Zastawiają chodniki, utrudniając poruszanie się pieszym i zmuszając ich do wychodzenia na jezdnię, itp.


Czytelnicy gazety wysyłali do owego działu zdjęcia samochodów zaparkowanych przez autodrani. Nie wiem czy ta akcja jest kontynuowana, bo przyznaję że nie interesowałam się tym szczególnie. Owszem denerwują mnie sytuacje kiedy jakiś samochód jest zaparkowany na chodniku, a ja muszę wejść na ulicę żeby go minąć, niemniej takie sytuacje nie przytrafiają mi się zbyt często.


Do czasu. Pisałam już, że codziennie rano wychodzę z domu  na rehabilitację. Część drogi wiedzie przez park. Dodam, że droga jest publiczna, a więc ogólnodostępna. Na jej ostatnim odcinku zaczynają się schody, choć fizycznie schodów tam nie ma. Codziennie drogę tarasują samochody. Ustawiają się tak, że nie można przejść. Dopóki był śnieg i mróz, ziemia była zamarznięta i różnymi sposobami można było taki samochód ominąć. Teraz śnieg stopniał, a pobocze drogi to jedno grząskie błoto.

 

Dzisiaj rano drogę zastawił duży samochód. Wkurzyłam się, wyciągnęłam aparat i zaczęłam robić zdjęcia. Nagle znalazł się przy mnie kierowca. Zapytał czy mam jakiś problem. Odpowiedziała, że owszem, bo auto zatarasowało przejście. Kierowca powiedział, żeby chwilę poczekać, to przestawi auto i będę mogła przejechać. Odpowiedziałam, że nie chcę przejechać, tylko przejść. Popatrzał na mnie zdziwiony:


- E tam, a ja myślałem, że pani chce przejechać.  Przejść przecież można bokiem!

Na moje, że na boku jest spore błoto i kałuże, odpowiedział:

- A to już nie mój problem – odwrócił się na pięcie i odszedł.


Ostatecznie musiałam przejść. Innej drogi tam nie ma. Poślizgnęłam się na tym błocie. Na szczęście nie upadłam, bo przytrzymałam się płotu.  Żeby było „śmiesznie” to dosłownie naprzeciwko tego auta jest wjazd na bezpłatny parking, ale bramę na parking …zatarasował inny samochód.

 

 

Jedno pobocze

 

 

Drugim próbowało przejść dwoje ludzi

 

 

Zastawiony wjazd na parking

 




komentarze (28) | dodaj komentarz

Śledziowy zawrót głowy:)

środa, 22 lutego 2012 11:18


Nie jestem jakąś szczególną smakoszką potraw wykonanych na bazie śledzi, ale po wczorajszym dniu zmieniłam zdanie. Śledzie są pyszne! W ostatni dzień karnawału, wraz z grupą znajomych zawitaliśmy do pobliskich Lubniewic na 11 już edycję „Lubniewickiego Śledzika.” Impreza ma na celu promowanie miasteczka, oraz integrację lokalnego środowiska, a organizowana jest przez prężnie działające Towarzystwo Przyjaciół Lubniewic.


Wczoraj na stołach zagościły postne, ale wykwintne potrawy. Czego tam nie było… Oczywiście głównym bohaterem tego wieczora był śledź przygotowany na różne sposoby. Uczestnicy imprezy za darmo dostają śledzie zakupione przez Towarzystwo Przyjaciół Lubniewic i przyrządzają je według własnego przepisu.


W ramach organizowanego od niedawna Przeglądu piwnicznego można było również pokosztować przetworów z warzyw i owoców, oraz delektować się nalewkami i winami domowego wyrobu.


Wszystkie dania są degustowane, oceniane przez komisję i przez mieszkańców, a także nagradzane. Wyjątkowe przepisy trafiają do wydawnictwa, które co roku publikowane jest z okazji "Śledzika Lubniewickiego."


Próbowałam i ja, a jakże:) Nie przypuszczałam, że śledź może mieć tyle różnych smaków. Była nawet pizza śledziowa. Mnie najbardziej smakowała zapiekanka śledziowa, a z nalewek najbardziej przypadła mi do gustu, a raczej do smaku nalewka z czarnego bzu oraz z tarniny.


Jednak wszystkie te potrawy przebijała potrawa z dyni. Jedni nazywali ją poncz dyniowy, inni pudding, a jeszcze inni – chłodnik. Jak ją zwał, tak zwał ale to prawdziwa pychotka. Rozmawiałam z panią, która to cudo przyrządziła, ale nie zdradziła przepisu. Wiem tylko, że potrawa przygotowana jest na bazie rozgotowanej dyni z dodatkiem maślanki i cukru waniliowego, a do potrawy dodaje się różne prażone ziarna. Wstyd się przyznać ale zaserwowałam sobie dwie dokładki. Widocznie uśpiony we mnie na co dzień żarłok, na widok potrawy obudził się. Tak sobie w każdym bądź razie tłumaczę swoje łakomstwo:)


Mam nadzieję, że jedliście już coś dzisiaj, bo ostrzegam – na widok tych specjałów może nastąpić niekontrolowany ślinotok(o_o)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

A to jest ta dyniowa potrawa, która tak mi smakowała:)

 




komentarze (36) | dodaj komentarz

Małżeństwa czternastolatków?

wtorek, 21 lutego 2012 12:34

 

Z zad owoleniem przyjęłam informację, że w Polsce spada liczba nastolatków  zawierających związek małżeński. Obecnie takie związki  stanowią zaledwie kilka procent wszystkich małżeństw w naszym kraju. Uważam, że w życiu na wszystko jest czas i odpowiednia pora. Jest czas na zabawę, naukę, a potem dopiero – na małżeństwo. Moja „mądrość” nie wynika tylko z teorii. Sama bowiem, będąc 18 - tką wyszłam za mąż. Małżeństwo nie przetrwało próby czasu, obowiązków i zwykłego, codziennego życia… Stąd wiem, że to stanowczo za wcześnie.


Fakt, że tych małżeństw nieletnich jest mniej nie oznacza, że nagle młodzi ludzie zaczęli być odpowiedzialni i świadomi jakie obowiązki nakłada zawarcie związku małżeńskiego. Wynika to raczej ze zmiany obyczajowości. Dzisiaj bez tzw. papierka, często bardzo młodzi ludzie, zaczynają wspólne życie. Jaki to jest procent nie wiadomo, bo nikt takich badań nie prowadził. Poza tym wśród młodych sytuacja bywa, nazwijmy to – dynamiczna:) Dzisiaj ten, jutro tamta. Co innego, kiedy nieletnia dziewczyna zachodzi w ciążę. Wtedy wszystko zmierza w kierunku tej „przestarzałej” instytucji, jaką jest małżeństwo.


Inaczej postrzegane jest zawieranie związków małżeńskich przez nieletnich w Rosji. Z rozdziawioną gębą czytam, że tamtejsza rzeczniczka praw dziecka Swietłana Agapitowa zaproponowała, by czternastolatki mogły wychodzić za mąż, i to bez zgody rodziców(!) Pani rzecznik postanowiła wyjść na przeciw oczekiwaniom młodych ludzi, którzy skarżą się, że bardzo chcą, ale nie mogą zostać mężem i żoną. Ponadto pani rzecznik argumentuje, że w niektórych przypadkach zgoda na małżeństwo tak młodych osób, zapewni im lepszą ochronę finansową, w sytuacji kiedy dziecko nie może liczyć na pomoc rodziców. Co najmniej dziwne są te argumenty pani rzecznik. A ślub dziecka z drugim dzieckiem zmieni cokolwiek? Nie sądzę, żeby taki dajmy na to 14 letni chłopak mógł utrzymać rodzinę. Toż to dzieciak jeszcze!


W różnych rejonach świat, różnie wygląda dojrzewanie dziewczynek. Głównie jest  to związane z warunkami środowiskowymi i klimatycznymi. W krajach o ciepłym klimacie okres dojrzewanie dziewczynek jest wcześniejszy niż w krajach o zimnym. Tam też zawieranie małżeństw przez dzieci ma podłoże związane z religią, obyczajami, czy kulturą. W Rosji takich uwarunkowań nie ma. Dla mnie propozycja rosyjskiej pani rzecznik ociera się o legalizację pedofilii… Jeśli bowiem będzie taka zgoda, to kto zagwarantuje, że rodzice z biedy nie zaczną sprzedawać swoich dzieci pedofilom? A wszystko w świetle prawa i akceptacji pani rzecznik, która zapomniała chyba, że jej  zadaniem jest chronić prawa dziecka, a nie akceptować  patologię.




komentarze (30) | dodaj komentarz

Komunikat...

poniedziałek, 20 lutego 2012 12:26

W blogowej zakładce o sobie napisałam: „Codziennie, krok po kroku, odzyskuję swoje życie i wcale nie jest łatwo, ale przecież nikt nie obiecywał, że będzie.”

No i łatwo nie jest… Dzisiejszy wpis dodaję po uzyskaniu porady prawnej w ramach Tygodnia ofiar przestępstw. Ale do rzeczy. Od kilku dni na moim blogu działa ktoś żądny zemsty, pałający nieskrywaną nienawiścią. Na początku komentarze usuwałam, a nawet włączyłam funkcję moderowania komentarzy. W jednym z komentarzy, który pojawił się na blogu tuż po włączeniu moderacji napisał:


„ja5.nazywam sie Zbignew Kxxx.Przesiedzialem prawie trzy lata na podstawie wedlug opinii psychiatrow osoby niezrownowazonej psychcznie.Od tego zarzutu zostalem uniewienniony.Pomimo twoichstaran nie udalo sie.”


Okazuje się, że to mój były mąż oskarżony o czyn z art. 148 par. 1 (przestępstwo przeciwko życiu i zdrowiu) i skazany prawomocnym wyrokiem sądu.  Teraz wyszedł z więzienia i dobrał się do mojego bloga. Próbuje mnie zdyskredytować, ośmieszyć i zastraszyć:


„Wkrotce bedzie strona w internecie o tym jak mozna bezkarnie kogos wsadzic do wiezienia.Bedzie wszystko o Tobie i co byly warte Twoje urojenia.”


Jak ogólnie wiadomo, każdy skazany w naszym kraju prawomocnym wyrokiem jest „niewinny.” Zbyt dużo kosztowało mnie wychodzenie z tej traumy, żeby teraz ponownie do niej wracać. Zbyt długo byłam zaszczutą ofiarą i workiem treningowym. Potrzeba było dużo czasu żeby zacząć myśleć i funkcjonować nie jak ofiara, a jak normalny, pełnowartościowy człowiek. Dlatego nie ma mojej zgody na niszczenie mojego dobrego imienia, obrażania mnie, ośmieszania i dyskredytowania.


Piszę o tym wszystkim tylko dlatego, że być może będziecie spotykać się na blogu z jego komentarzami. Nie mam zamiaru ich usuwać, bo w świetle uzyskanej dzisiaj porady prawnej - będą stanowić dowód w sprawie o nękanie.

I to na tyle…



komentarze (43) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 20 listopada 2017