Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5156296
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32249
Bloog istnieje od: 2781 dni

Horoskop

Wodnik

Dzisiaj możesz liczyć na przychylność gwiazd. Zapowiada się, że twój trudny czas kończy się i wszystko zaczniesz od początku.

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Spotkanie z aktorką:)

środa, 27 lutego 2013 23:02

 

Gorzowskie Muzeum jest organizatorem cyklu edukacyjnego  „Sztuka – Artysta – Dzieło”. Celem przedsięwzięcia jest przybliżenie sztuki i jej znaczenia odbiorcom, a także zaprezentowanie sylwetek oraz dorobku artystów gorzowskich. W ramach tego cyklu organizowane są  spotkaniach z artystami uprawiającymi różne dziedziny sztuki. Ich istotą są dyskusje i rozmowy prowadzone w kameralnej atmosferze przy filiżance kawy lub herbaty.

 

Kiedy przeczytałam, że bohaterką kolejnego spotkania będzie moja ulubiona aktorka gorzowskiego teatru – Marzena Wieczorek, poukładałam swoje plany tak, bym mogła w spotkaniu uczestniczyć.

Pięknie spędzone ponad półtorej godziny, ale nie mogło być inaczej. Marzena Wieczorek jest postacią nietuzinkową.  Z jednej strony strasznie się cieszę, że wchodzi w skład ekipy aktorskiej gorzowskiego teatru, a z drugiej, wiem, czuję to, że mogłaby grać na najlepszych scenach w Polsce i nie tylko. Piszę „scenach”, a nie na przykład przed kamerą, bo Marzena jest dzieckiem teatru. I choć mówi, że jest to miłość nieodwzajemniona tzn. ona kocha, a teatr nie zawsze odpłaca jej tym samym, to sposób w jakim mówi o tej swojej miłości nie pozostawia żadnych wątpliwości - teatr to nie tylko jej zawód,  to rówież pasja, po prostu całe jej życie…

 

Jest perfekcjonistką, wciąż doskonali swój warsztat aktorski, ale nie tylko aktorski. Niedawno zdobyła dyplom z socjologii, w tak zwanym międzyczasie szkoli swój język angielski.

Ktoś z widowni zapytał o tremę. Okazuje się, że nie odczuwa żadnej tremy na scenie. Mówi, że dopiero na scenie żyje, oddycha, scena jest dla niej zupełnie naturalnym środowiskiem:) Publiczność zadawała wiele pytań. Podobało mi się, że aktorka nie migała się od żadnej odpowiedzi. Odpowiedziała nawet na pytanie dotyczące jej zarobków. I tu moje wielkie zaskoczenie. Aktorka zarabia 1800 zł brutto (!) Oprócz tego za główną rolę w spektaklu otrzymuje niewygórowaną gażę.  Niewiele tego biorąc pod uwagę, że pracując w teatrze nie ma się właściwie życia osobistego. Próby bywają o różnych porach, a potem premiery, codzienne wieczorne spektakle, i znów próby do kolejnej sztuki…

 

Widziałam Marzenę Wieczorek w  wielu rolach zagranych na gorzowskiej scenie, jednak najbardziej poruszył mnie jej monodram pt. „Krzyk”. Monodram zdobył wiele nagród na różnych festiwalach, ale moim zdaniem za tę rolę należy się Marzenie teatralny Oskar. Aktorka wcieliła się w postać dorosłego mężczyzny (Maniusia), który naśladuje różne dźwięki.  Zaczyna opowieść o swoim życiu, o chłopcu, który był w dzieciństwie …molestowany przez ojca. Tatuś bawił się z nim w czarodzieja. Mamusia kazała być grzecznym, bo inaczej tatuś ich opuści, a jego siostra cieszy się, że to nie z nią tatuś bawi się w czary. Na chłopcu spoczywała wielka odpowiedzialność. Poddaje się tyranowi… Aktorka wciąga widza w swoją historię. Opowiada o umiejętności naśladowania dźwięków, ale ten jeden, jedyny dźwięk – tytułowy krzyk – jest najtrudniejszy do naśladowania. Dlaczego? Bo są to zebrane w jednym krzyku, wszystkie krzyki skrzywdzonych dzieci. Ten krzyk podczas spektaklu ma się stać krzykiem prawdy. I dzięki rewelacyjnej grze Marzeny Wieczorek – staje się!

 

Oglądałam ten spektakl, a łzy jak grochy same płynęły mi po policzkach i wcale ich nie czułam… Tego rodzaju emocji się nie zapomina. Zapytałam dzisiaj aktorkę jak sobie radziła  po zejściu ze sceny z tak wielkim ładunkiem emocjonalnym.  No nie było łatwo…

 

Szłam na to spotkanie i zastanawiałam się, czy  czasami nie wyidealizowałam sobie Marzeny Wieczorek. Bo przecież często bywa tak, że genialny aktor okazuje się być nieciekawym człowiekiem. Zapewniam, że nie wyidealizowałam. Marzena Wieczorek jest wspaniałą aktorką i wspaniałym człowiekiem. A przy tym niesamowicie skromna. Tradycją stało się, że na tych spotkaniach główny bohater zasiada na fotelu/tronie. Ale nie Marzena. Tron stał sobie w tle, a aktorka usiadła przy stoliku na zwyczajnym krześle.  Niby taki drobiazg, ale wiele mówi o człowieku.

 

Zdaję sobie sprawę, że ten wpis może kojarzyć się z „laurką” wystawioną aktorce. Ale nie jest to laurka. Napisałam  prawdę, choć trudno uwierzyć, że i tacy artyści bywają….

 

 

Zdjęcie wykonane podczas Foto Day w teatrze.  Uchwyciłam odbicie aktorki w lustrze, podczas przygotowania do roli w spektaklu pt. Kochać w reżyserii  Artura Barcisia.

 

 

Margo wspomniała w swoim komentarzu o głosie Marzeny Wieczorek:

„Czasami usłyszymy ten idealny głos, który zostaje w nas na zawsze”.

Znalazłam zajawki monodramu "Krzyk",  serdecznie zapraszam do obejrzenia i wysłuchania.

 




komentarze (23) | dodaj komentarz

Zadymiarze górą!

poniedziałek, 25 lutego 2013 16:40

Wiele  lat temu byłam z dziećmi na wczasach w Dziwnowie. Ktoś z wczasowiczów powiedział, że w lasach, tuż przy wjeździe do Dziwnowa pokazały się grzyby. Wybrałam się tam z dziećmi. Nie znałam tamtych lasów, więc nie oddalałam się zbytnio od szosy.  Była piękna pogoda, wokół cisza, słychać było jedynie szum lasu. W pewnej chwili usłyszałam jakiś tętent. Byłam przekonana, że to stado dzików. Ale nie… odgłos nasilał się,  to już nie był tętent tylko głośne dudnienia. Czułam jak pod stopami drży ziemia. I wtedy ich zobaczyłam… Grupa około 100 młodych, wygolonych na łyso mężczyzn  biegło w dwuszeregu i śpiewała:

Kto ty jesteś?

Polak mały.

Jaki znak Twój? (…)

 

Wystraszyłam się nieziemsko. Ci młodzi ludzie nie wyglądali przyjaźnie. Na nasz widok zatrzymali się. Jeden z nich powiedział, że to nie miejsce na zbieranie grzybów i żebym wracała tam skąd przyszłam.  Dwa razy nie trzeba było mi powtarzać. Pewnie że wracałam, aż się pewnie za mną kurzyło. Wróciłam na ośrodek, a o swojej przygodzie opowiedziałam starszemu panu, który mieszkał w sąsiednim domku.  Ten pan przyjeżdżał na ten ośrodek każdego roku. Powiedział, że nikt z wczasowiczów nie zapuszcza się w tamte lasy, bo latem można natknąć się na obozy „łysych bandytów”. Podobno w ramach ćwiczeń  taka grupka właśnie spacyfikowała dyskotekę w Dziwnowie. Podczas tych „ćwiczeń” został zadźgany nożem młody człowiek. Ile w tym prawdy, a ile wyobraźni starszego pana, nie wiem. W każdym razie ten widok zapamiętałam na długo.

 

Zresztą gdybym nawet chciała zapomnieć, to po ostatnich wydarzeniach, nie da się. Najpierw  bojówkarze zakłócili wykład prof. Środy, a po kilku dniach – Michnika. Mało tego. Czytam dzisiaj, że zakapturzeni zadymiarze podpisujący się jako młodzież wszechpolska (celowo używam małych liter) wysłali do Rektora Uniwersytetu Gdańskiego apel o odwołanie spotkania w sprawie związków partnerskich. I co robią władze uczelni? Ze STRACHU przed zadymiarzami – odwołują!

Brrr naprawdę zaczyna się robić groźnie. 

 

Jeśli ktoś bagatelizuje sprawę, lub  próbuje przekonywać, że to niegroźne wyskoki młodych prawicowców, to odsyłam do lektury „Brunatnej księgi”. Ponad 600 incydentów na tle rasistowskim i ksenofobicznym, aktów dyskryminacji oraz przestępstw popełnionych w roku 2011 i 2012 przez skrajną prawicę opisuje publikacja stowarzyszenia „Nigdy więcej”.

„W ostatnich dwóch latach odnotowaliśmy znaczący wzrost agresji ze strony skrajnych nacjonalistów na terenie całego kraju. Więcej jest rasizmu, antysemityzmu i przemocy” – pisze Marcin Kornak, autor publikacji. „Na naszych oczach neofaszyzm przestaje być marginesem. To bardzo niepokojąca tendencja, wobec której potrzebna jest zdecydowana reakcja”.

 

Tylko ja się pytam kto ma reagować skoro te bojówki działają za przyzwoleniem, czy też poparciem części polskiej sceny politycznej?



komentarze (30) | dodaj komentarz

Pierwszy pojazd:)

piątek, 22 lutego 2013 19:23

Siłą rzeczy nikt nie pamięta swojego pierwszego wózka. Jeśli jest taka możliwość można dopytać rodziców, a być może został gdzieś uwieczniony na fotografii służąc jako tło dla słodkiego bobaska jakim niewątpliwie był każdy z nas:)

 

Temat wózków nasunął mi się kiedy byłam na  spacerze z moją wnuczką. Chodniki w naszym mieście wołają o pomstę do nieba, a tu proszę, bez żadnego właściwie problemu pokonywałam wszelkie wyboje. Wózek zwrotny, lekki, i łatwy w prowadzeniu. Nie to co wózki z lat 80-tych, w których woziłam swoje dzieci. Tamte były zdecydowanie nieprzyjazne rodzicom. Wywrotne, ciężkie, toporne, o wiecznie odpadających kółkach nie wspomnę. Jak bardzo były ciężkie przekonałam się niejeden raz jak musiałam wtargać wózek na 10 piętro, bo akurat winda była popsuta, a popsuta była często.  Zastanawiam się czy przypadkiem producenci tamtych wózków nie wzorowali się na pierwszych wózkach, których się nie pchało, a ciągnęło. I nie robili tego ludzie, tylko kozy, kucyki  albo psy:)  

 

Choć trudno jednoznacznie określić, kiedy wynaleziono wózki dla dzieci jedno jest pewne, że były to właśnie wózki ciągnione.  Zakłada się, że pierwszy wózek został skonstruowany w 1733 roku przez architekta ogrodów, niejakiego Wiliama Kenta. Wózek miał kształt takiej jakby muszli i ciągnięty  był przez konika. Natomiast pierwszy patent na wózek został zgłoszony w Anglii dopiero w 1853 roku.  Kilka lat później ( 1870r.) ciągnięty wózek z dyszlem przeszedł transformację do wariantu pchanego. A potem już poszłooo i  wytwarzanie wózków  rozwinęło się w odrębną gałąź przemysłu. Na przestrzeni  lat  wygląd wózka dziecięcego przechodził różne metamorfozy. Zmieniał się kształt, materiał, z którego został wykonany, czy wielkość kółek. Z czasem, mając na względzie wygodę rodziców, stopniowo rozbudowywano wózki o różne schowki  oraz modne gadżety.

 

Napisałam już na wstępie, że nie pamięta się swojego pierwszego wózka, za to wózek dla lalek jak najbardziej. Mój był wykonany z wikliny, wersja „spacerówka” i rzadko służył do wożenia lalek. Przeważnie woziłam nim budulec (piach, błoto itp.) niezbędny do budowy różnych podwórkowych konstrukcji.  Mimo takiego sposobu użytkowania, długo mi służył. Poległ na dobre kiedy próbowałam przerobić go własnym sumptem na sanki:)

 

W wydanym niedawno Albumie Gorzowian  znalazło się również kilka fotografii wózków dziecięcych z lat powojennych.  Wrzucam kilka zdjęć, może ktoś odnajdzie „swój” wózek, albo podobny:)

 

 

 

 

 

 

 

 



komentarze (35) | dodaj komentarz

Zobaczyć więcej...

wtorek, 19 lutego 2013 21:03

Stanowczo za prędko minął mi ostatni weekend. Zanim na dobre się rozkręciłam, trzeba było wracać do miasta. Wyjeżdżałam ze szczerym zamiarem odpoczynku, szwendania się po odludnych okolicach, podglądania natury no i oczywiście uwiecznianie jej na zdjęciach. Zamiar spełniłam prawie w stu procentach. Piszę „prawie”, bo to uwiecznianie nie wyszło tak do końca. Wszystkiemu winna aura. Wiem, wiem, złej baletnicy i tak dalej, ale naprawdę warunki do fotografowania były niesprzyjające. Brakowało mi malowniczego śnieżnego puchu, który opatulałby drzewa,  krzewy i pola. Przez cały weekend było dżdżysto i mglisto, po prostu szaro – buro. Taka pogoda natomiast, zupełnie nie przeszkadza szwendaniu się, co też czyniłam praktycznie od rana do wieczora:)

 

Cudnie jest w lesie i wiecie co? Widać i czuć już wiosnę. Widziałam pierwsze w tym roku pękające pączki na gałęziach brzozy, a nawet maciupkie świeże listki na krzewie, którego nazwy nie znam. Leśne zwierzęta też jakby się ożywiły, bo na pozostałych gdzieniegdzie połaciach śniegu widać było ścieżki spacerowe wydeptane przez całe stada zwierząt. Niestety nie znam się na śladach. Obiecałam sobie w najbliższym czasie podszkolić się w tym temacie:)

 

Spacerując po lasach przyglądałam się drzewom. O tej porze roku widać wyraźnie ich kształty, fakturę kory, ślepe oczy sęków, czy naturalne dziuple w pniach. Niektóre drzewa wyglądają jak surrealistyczne pomniki wyrzeźbione przez matkę naturę. Inne można pomylić z postacią człowieka, albo jakiegoś zwierzęcia. Znalazłam miejsce, które przypominało zaczarowany las. W innym z kolei śmiało można byłoby nakręcić sceny do filmu wojennego. A w jeszcze innym… i tak dalej i tak dalej. Wystarczy troszkę wyobraźni, wyciszenia się, a człowiek zobaczy więcej niźli widzą oczy:)

 

 

 

 



komentarze (29) | dodaj komentarz

Śladami pewnej kapliczki - kolejna odsłona:)

poniedziałek, 18 lutego 2013 16:35

W  sierpniu ubiegłego roku pisałam o przydrożnej kapliczce w Bledzewie (woj. lubuskie), a dokładnie o działaniach jakie podjęłam żeby ustalić jej historię:


http://rodorek.bloog.pl/id,331934119,title,Sladami-pewnej-kapliczki,index.html

 

Ciekawa byłam kto i dlaczego ją wybudował. Kiedyś ludzie budowali przydrożne kapliczki w celu upamiętnienia jakiegoś lokalnego wydarzenia albo jako wota dziękczynne, czy też ku czci. W całej Polsce stoi ich tysiące. Porozrzucane po polach i lasach na stałe wpisały się w krajobraz. Wielu mieszkańców opiekuje się nimi, malują ściany, odkurzają obrazy, figurki, zmieniają kwiaty na ołtarzykach. Bledzewska kapliczka stała zaniedbana, jakby zapomniana przez ludzi…

 

Póki co moje poszukiwania stanęły w martwym punkcie. Od ubiegłego roku zaledwie udało mi się ustalić, że wybudowano ją w 1863 lub 1869 roku. A dzięki fotografii, którą przysłał mi sekretarz  gminy w Bledzewie wiem jak kapliczka wyglądała przed wojną. Niestety nie wiadomo kiedy zdjęcie zostało wykonane. Poza tym zdjęcie jest bardzo niewyraźne . Owszem widać słoik, czy też wazon z bukietem kwiatów, nie mogę natomiast dopatrzyć się co zawiera wnęka kapliczki: obraz, figurę, czy może ołtarzyk?

 

A na koniec dobra wiadomość:) Jakież było moje zdziwienie i radość  zarazem, kiedy zobaczyłam ją wczoraj w nowej szacie. Kapliczka została odmalowana, a w jednej z czterech wnęk ktoś zamocował krzyż. Byłam przekonana, że renowacji dokonano na zlecenie gminy, ale okazało się, że kapliczkę odnowiła „prywatna” osoba.

 

A co do moich poszukiwań… Nie zniechęcam się, nadal szukam informacji o bledzewskiej kapliczce. Cieszę się, że nie muszę już dodawać „zaniedbanej”.

 

Tak wyglądała przed wojną

 

 

a tak w sierpniu ubiegłego roku

 

 

tak wygląda obecnie:)

 

 



komentarze (26) | dodaj komentarz

Miłość na... balkonie:)

piątek, 15 lutego 2013 7:59

O wyjątkowo udanej premierze „Romea i Julii” w gorzowskim teatrze już pisałam. No to teraz napiszę jak Romeo i Julia odegrali w same Walentynki scenę balkonową. Ale nie w teatrze, a na balkonie  w samym centrum miasta.  A było to tak…

 

Gorzowski Teatr oraz Gazeta Lubuska ogłosili konkurs  na „Balkony z Werony”.

- Mamy tyle pięknych balkonów w mieście. Stąd nasz pomysł, żeby na jednym z takich balkonów zagrać słynną scenę z Szekspirowskiego „Romea i Julii" - rzucił pomysł dyr. teatru Jan Tomaszewicz.

 

Każdy mieszkaniec mojego miasta, który uważał, że jego balkon jest wyjątkowo ładny mógł zrobić zdjęcie swojego balkonu i wysłać na konkurs.  Nie wiem ile balkonów zgłoszono, w każdym razie wybrano ten jedyny, na którym Adrianna Góralska i Jan Mierzyński odegrali  na Walentynki scenę balkonową.

 

Byłam, widziałam, bardzo mi się ten pomysł podobał, szkoda tylko, że tak krótko… Chociaż rozumiem, na dworze ciepło nie było, a aktorka odgrywająca rolę Julii, bidulka w samej sukience stała na balkonie brrr!

 

 

 

 

Nawet przejeżdżający tramwaj nie zakłócił sceny wyznawania miłości:)

 

 

Wprawdzie scenariusz sztuki został dawno „zaklepany”…. ale życie pisze swoje scenariusze:)

Zgromadzona licznie publiczność z napięciem czekała na pojawienie się na balkonie pary kochanków. Kamery oraz obiektywy aparatów wycelowane w wiadomy balkon, a tymczasem…  „Julia” a i owszem pojawiła się, lecz na balkonie piętro wyżej. Takie bowiem imię nadała rozbawiona  publiczność starszej pani, która weszła na balkon tuż przed rozpoczęciem spektaklu.  Pani rozłożyła składane krzesełko, wygodnie się usadowiła i  przesiedziała na balkonie cały spektakl:-]

 

 

A tak to wyglądało w szerszej perspektywie

 

 

Miłego weekendu życzę:) Mój zapewne będzie miły, bo zaraz wybywam  z miasta sycić oczy i duszę lasami, polami, łąkami, jeziorem, czyli wybywam w dzikie, niedostępne internetowi miejsce:)



komentarze (39) | dodaj komentarz

Szczenięca miłość:)

środa, 13 lutego 2013 19:33

Ble, ble,  ble,  od czerwonego niedobrze się człowiekowi zaczyna robić. Gdzie nie spojrzysz: serduszka, kwiatki, kwiateczki, misiaczki, króliczki i takie tam inne, które w zamyśle producentów powinny nam się kojarzyć  z miłością, kochaniem, przytulaniem, całowanie, seksowaniem…  No i może kojarzą się. Nawet na pewno kojarzą, bo tam gdzie popyt, tam podaż, prawda?

 

To tyle „poprawnie politycznego” wstępu. A prawda jest taka, że chciałoby się, oj chciało być zakochanym.  Niestety to uczucie obecnie jest mi obce. To znaczy uczucie w relacjach damsko – męskich, bo przecież kocham swoje dzieci, swoją wnuczkę, ale to się w dniu Walentego nie liczy. Ten dzień dotyczy miłości, czy zakochania o podłożu… ( hmm jakby to powiedzieć) no o pełnym podłożu - fizycznym i psychicznym.

 

Na szczęście mam jeden przywilej, który nazywa się przywilejem wieku. A ten z kolei rodzi kolejny przywilej jakim są wspomnienia. No cóż nie pozostało nic innego jak powspominać. Siadam więc pod piecem, wyciągam szczękę i skrzeczącym głosem wspominam…:-]

 

Moja pierwsza szczenięca miłość. Ech… łza się w oku kręci na samo wspomnienie :)

Byłam bardzo młodą dziewczyną ( no a jaką miałam być jak to miłość szczenięca) , poznałam kilka lat starszego chłopaka, zakochaliśmy się w sobie  i zaczęliśmy się spotykać. Chociaż teraz, po latach nie jestem tak do końca pewna tego „ zakochaliśmy” Ja byłam zakochana, ale czy on? Moja mama dowiedziała się o tej miłości i była stanowczo na NIE. Argumentowała to, że mam czas, że nauka, że on starszy, że z takiej rodziny pochodzi (jego rodzice byli zza Buga), że jak starszy to będzie czegoś chciał ode mnie (seksu znaczy się) i w ogóle. Rodzice postanowili mieć na mnie oku. A robili to tak skutecznie, że naprawdę nie mogłam wyrwać się z domu ani na chwilę. Młodym przypominam, że komórek wtedy nie było. Za to był sklep, a właściwie drogeria, w której kierowniczką była mama mojej koleżanki. Kiedyś w przelocie wpadliśmy na pomysł, że skoro nie możemy się spotykać, będziemy do siebie listy pisać. Za pocztę robiła drogeria. On zostawiał list u mamy mojej koleżanki, a ja odbierałam go idąc po chleb, czy jakieś inne zakupy, które miałam poczynić na rozkaz mamy. Z ukrytym listem biegłam do domu, zamykałam się w ubikacji i czytałam. Od tego czytania, całowania, popłakiwania z miłości, list z czasem  wyglądał jak nie przymierzając ten szary papier wiszący w ubikacji. A potem odpisywałam i zanosiłam swój list do drogerii. A jeszcze potem drogerię przemianowano na wędliniarski. Zmieniła się załoga i żegnaj tajna skrytko pocztowa:)

 

Siłą rzeczy nasza miłość ewoluowała w kierunku miłości platonicznej. Ale że w życiu nie jest tak źle, żeby raz chociaż nie było dobrze, nadarzyła się okazja do spotkania. Moi rodzice w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia wybierali się na srebrne gody do swoich znajomych. Z tej okazji miało się odbyć małe wesele. Tylko głupi nie wykorzystałby takiej okazji. Zachłysnęłam się perspektywą kilkugodzinnej wolności. Na dworze mróz około minus 18 stopni, a ja „stosownie” do temperatury na dworze ubrałam cieniutkie pończochy nylonowe, a do tego króciutką spodniczkę. No i kozaki oczywiście… Poszliśmy na spacer nad pobliski kanał. On trzymał mnie za rękę, a ja byłam w siódmym niebie… Na kanale podkusiło mnie sprawdzić grubość lodu przy brzegu. Popisać się chciałam, że taka odważna jestem, że lód mi niestraszny. Weszłam na brzeg, zrobiłam malutki kroczek i lód pękł. Oczywiście było płytko, ale do kozaków nalała się woda. On nalegał żebyśmy wracali, a ja nalegałam na dalszy spacer. Niestety posłuchał mnie. Po niedługim czasie nie czułam już w ogóle palców u stóp, a po kolejnym niedługim czasie w ogóle nie czułam stóp. Słuchajcie! On wziął mnie na ręce i niósł jak małe dziecko. Do pełni szczęścia brakowało tylko jakiejś kapeli, która szłaby za nami i przygrywała miłosne serenady.

 

Z każdą chwilą nieuchronnie zbliżaliśmy się do mojego domu. Za czorta nie szło tej chwili przedłużyć. Pod domem postawił mnie na ziemi, a ja postanowiłam go sprowokować do śmielszych czynów. W pewnej chwili powiedziałam: „Zimno mi…” Oczyma wyobraźni widziałam już jak mnie przytula, ogrzewa, a nawet całuje.

- Pewnie że zimno, a jak ma być, przecież grudzień mamy, a ty masz mokre buty. Szoruj do domu, bo się rozchorujesz – powiedział.

 

I tymi słowami pogrzebał na wieki moją wielką szczenięcą miłość. Poczułam się odrzucona i upokorzona! Strasznie to wszystko przeżywałam. A po kilku dniach w mojej szkole pojawił się nowy uczeń. Przystojny był, a do tego mądry. No cóż, serce nie znosi pustki… naszedł więc czas na kolejną szczenięcą miłość:-D



komentarze (29) | dodaj komentarz

Co będzie z naszymi blogami…?

wtorek, 12 lutego 2013 18:51

 

Jakiś czas temu „obiło mi się o uszy”, że TPSA  przymierza się do sprzedaży portalu Wirtualna Polska. E tam – pomyślałam, raczej niemożliwe. A tu masz ci los! Czytam na wirtualnemedia.pl, że zostali już wybrani doradcy, którzy mają przeprowadzić proces sprzedaży.  Analitycy oszacowali wycenę Wirtualnej Polski na ok. 450 mln zł, a wśród potencjalnych kupców wskazują Agorę, Muratora i spółki zagraniczne.

 

No i jak tu się nie denerwować?  Szukać sobie nowego miejsca w przestrzeni wirtualnej, czy cierpliwie czekać co z nami blogowiczami zrobią? Jak myślicie???

 

Link do artykułu:

http://www.wirtualnemedia.pl/artykul/tp-sa-oszczedza-zwolni-1700-osob-i-sprzedaje-portal-wirtualna-polska



komentarze (28) | dodaj komentarz

Ptaki i ich konkurencja:)

poniedziałek, 11 lutego 2013 18:16

Ostatnio tak się składa, że nie mam zbyt wiele czasu na rozwijanie swojej pasji jaką jest fotografowanie.  Po powrocie z pracy zrobię to i tamto, i momentalnie robi się szarówka, o zdjęciach w plenerze można sobie tylko pomarzyć. Czekałam na ten weekend jak na zbawienie.  Sobota minęła jak z bicza trzasł, ale za to niedziela:) Wprawdzie całe niedzielne popołudnie „zagospodarowała” mi moja mama, ale  udało się wyskoczyć z aparatem na dwie godzinki nad rzekę Wartę.  

 

Trochę zaskoczyło mnie, że moje ulubione nadwarciańskie ścieżki  zostały zalane. Trzeba było przeskakiwać z jednej suchej kępki na kolejną. Po ostatnich śniegach Warta znacznie podniosła swój poziom  tworząc przy swoich brzegach  spore rozlewiska. Na jednym z nich, tuż obok kolejowego mostu zobaczyłam stado ptaków.  To mewy, kaczki i wrony taplały się w wodzie. Bałam się podejść za blisko, żeby ich nie spłoszyć.  Nastawiłam się na porządną sesję zdjęciową, ale zrobiłam raptem kilka zdjęć i ptaki się spłoszyły..

 

 

 

 

 

Ale to nie ja byłam przyczyną ich spłoszenia. Ptaki usłyszały, a pewnie nawet zobaczyły swoją latającą konkurencję prędzej niźli ja. Najpierw usłyszałam jakieś ciche buczenie, a może warczenie. Nie wiedziałam skąd dobiega ten odgłos dopóki nie podniosłam głowy. No tak… trudno się dziwić, że to coś przestraszyło ptaki. Przede wszystkim większe od ptaków, a do tego buczące:)  To paralotniarze zrobili sobie zimowy rekonesans nad rzeką. Oj gapiłam się, i gapiłam… i zanim na dobre chwyciła mnie zazdrość z powodu tej podniebnej wolności, zdążyłam jeszcze ustrzelić  kilka fotek :)

 

 

 

 

 



komentarze (16) | dodaj komentarz

Ania blondynką? O nie! I jeszcze raz nie!

niedziela, 10 lutego 2013 13:03

 

Chyba każdy, kto lubił czytać w dzieciństwie książki  w pewien sposób utożsamiał się z ich bohaterami, a jeśli nie utożsamiał to przynajmniej fascynował się swoimi ulubionymi postaciami.  Jedną z moich największych „miłości” w dzieciństwie była Ania z Zielonego Wzgórza.  Czytając byłam przekonana, że ta rudna, egzaltowana dziewczynka istniała naprawdę, nie wierzyłam, nie chciałam wierzyć, że to jedynie postać wymyślona przez Lucy Maud Montgomery.

 

Potem, zanim wkroczyłam w świat bohaterów książek dla dorosłych, były jeszcze okresy zaczytywania się Ożogowską, Niziurskim, Nienackim, Bahdajem, czy Szklarskim.  Niemniej jednak książki o Ani sprawiały mi najwięcej radości. Pozwalały na chwilę zapomnieć o świecie realnym i odgrodzić się od smutnej rzeczywistości, ot taki mój maleńki wentyl bezpieczeństwa…

 

A teraz czytam, że ktoś poważył się na profanację wizerunku „mojej” bohaterki z dzieciństwa.  Jeden z kanadyjskich wydawców  korzystając z wygasłych w 1993 r. praw autorskich, postanowił wznowić drukowane wydanie „Ani”. W sklepie internetowym Amazon.com znalazła się okładka nowego wydania, na której Ania jest blondynką o okrągłej twarzy, „wiejską dziewoją”  pozującą na tle stogu siana. Wśród miłośników powieści Lucy Maud Montgomery zawrzało. Jak podaje Rzeczpospolita pomysł zaprezentowany przez wydawcę został po prostu wyśmiany przez krytyków, którzy wskazywali na niespójność między wizerunkiem dziewczynki opisanym w książce a tym z nowej okładki. Głos w obronie wizerunku Ani zabrał między innymi  profesor literatury z Uniwersytetu Toronto, który powiedział, że „jeśli istnieje jakakolwiek książka, która jest wspólna dla wszystkich Kanadyjczyków, wliczając w to nawet najmłodsze pokolenie, to jest to właśnie Ania z Zielonego Wzgórza i naruszanie tego wizerunku jest proszeniem się o kłopoty”.

 

Natomiast Telewizja CBC przypomina, że wizerunek fikcyjnej Ani jest kontrolowany przez swego rodzaju urząd licencyjny ds. Ani z Zielonego Wzgórza, w skład którego wchodzą spadkobiercy kanadyjskiej pisarki i rząd prowincji Wyspa Księcia Edwarda. Każdy, kto chce wykorzystać wizerunek powieściowej Ani, powinien się najpierw w tej sprawie porozumieć z zarządzającymi prawami do wizerunku bohaterki powieści Montgomery.

 

Mam nadzieję, że po burzy jak rozpętała się wokół kontrowersyjnej okładki, wydawca wycofa się z tego kretyńskiego pomysłu. Dla mnie i pewnie dla wszystkich miłośników książki, Ania na zawsze pozostanie chudym, piegowatym rudzielcem o nadzwyczajnie pięknej duszy:)

 

A wydawcy polecam pod rozwagę jeden z cytatów Ani Shirley:

 

„Przecież liczba błędów, które przypadają na jedną osobę, musi być jakoś ograniczona.”

 

Źródło: Rzeczpospolita

 



komentarze (43) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 24 sierpnia 2017