Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« luty »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
2425262728  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5156283
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32249
Bloog istnieje od: 2781 dni

Horoskop

Wodnik

Dzisiaj możesz liczyć na przychylność gwiazd. Zapowiada się, że twój trudny czas kończy się i wszystko zaczniesz od początku.

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Muzyka, taniec, radość, czyli Romani Cierheń:)

środa, 26 lutego 2014 15:43

Romani Cier 190.jpg

 

Występy artystyczne dzieci i młodzieży zawsze chwytają za serducho. Przynajmniej mnie:)  Zwłaszcza maluchy na scenie są takie słodkie i rozczulające... Podziwiam ludzi, którzy przygotowują z dziećmi programy artystyczne, za pasję, cierpliwość i talenty pedagogiczne.

Ten krótki wstęp był niezbędny do tego co poniżej:)

 

Jedno z popołudni spędziłam z romskim zespołem dziecięcym Romani Cierheń (Cygańskie Gwiazdki). W skład zespołu wchodzi około 15 młodych gorzowian, a dziesięcioro z nich to Romowie. Najmłodsze jest wieku przedszkolnym, a najstarsze ma 18 lat. Naprawdę świetne dzieciaki i piękne pannice. Podczas ponad swojej 9 letniej działalności zespołu, przystanek znalazło tam wielu uzdolnionych muzycznie młodych ludzi. Dziś niektórzy są już żonaci, a teraz ich dzieci uczęszczają do tego zespołu. Zespół ma na swoim koncie wiele sukcesów w kraju i za granicą. Wszędzie przyjmowani są z wielką sympatią i oczywiście podziwem:)

 

Pomysł założenia zespołu narodził się w świetlicy Ćhavorytko, która skupia młodzież i dzieci romskie. Codziennie po lekcjach w szkole przychodzi tam 25 młodych Cyganów. Odrabiają lekcje, ale też uczą się romskiego. Tam też  mają swoje miejsce do zabawy i rozmowy. Warto dodać, że świetlica z założenia jest integracyjna, mogą tam też uczęszczać dzieci polskie.

 

W świetlicy narodził się również pomysł zorganizowania Ogólnopolskiego Festiwalu Romskich i Polskich Dziecięcych Zespołów Taneczno – Wokalnych -  pod hasłem "Muzyka Łagodzi Obyczaje". W tym roku już po raz szósty przyjadą do Gorzowa młodzi artyści z całej Polski.

 

 Według danych oddziału Związku Romów Polskich w Gorzowie żyje około 250 przedstawicieli tej mniejszości etnicznej. Tym bardziej więc jestem pełna podziwu, że pomimo problemów jakie niesie życie codzienne, tak niewielka grupa, tyle wnosi dla szeroko rozumianej kultury mojego miasta.

 

Kilka fotek z sesji zdjęciowej zorganizowanej w gorzowskim Muzeum. Szkoda, że nie ma na nich wszystkich członków zespołu, ale tak bywa… Trudno było jednego dnia, o określonej godzinie dotrzeć wszystkim młodym artystom na sesję.

 

Romani Cier 089.jpg

 

Romani Cier 112.jpg

 

Romani Cier 126.jpg

 

Romani Cier 140.jpg

 

Romani Cier 147.jpg

 

Romani Cier 236.jpg

 

Romani Cier 186.jpg

 

To zdjęcie lubię wyjątkowo:)

 

Romani Cier 017.jpg



komentarze (23) | dodaj komentarz

O wiosce, która jest a właściwie jej nie ma

sobota, 22 lutego 2014 8:19

   UĹźytki 033.jpg

Ziemie zachodnie naszego kraju obfitują w wiele  smutnych, czy wręcz tragicznych wydarzeń związanych z zawiłą historią tych terenów. Kiedyś gospodarzyli tu Niemcy, a po wojnie, na mocy międzynarodowych traktatów osiedlali się Polacy, głównie wysiedlenie z Kresów Wschodnich.

 

Jednym z takich tragicznych miejsc jest położona około 3km od Mironic (woj. lubuskie) wieś Marzęcin. Dziwna wieś, bo niby jest, a właściwie już jej nie ma… Przed wojną nazywała się  Marienspring. Za czasów Fryderyka II w miejscowej kuźnicy, napędzanej kołem wodnym o średnicy ponad 3 m, produkowano rozpryskowe pociski artyleryjskie - kartacze. Później zbudowano tam młyn wodny. Mieszkańcy prowadzili spokojne życie. Uprawiali ziemię, zbierali owoce z przydomowych sadów, chowali zwierzęta. A potem przyszedł rok 1945 i wioska stała się centrum wojennych zawirowań. Weszli żołnierze radzieccy, którzy doszczętnie spalili całą wieś.

 

Nikt się tu później nie osiedlił. Ruiny wsi przetrwały do 1983 roku, a potem zostały całkowicie rozebrane. Obecnie na rozstaju dróg stoi tablica informująca o historii i plan zabudowy wioski. Tuż obok, na niewielkim wyniesieniu, leży  pomnik poświęcony dawnym mieszkańcom zaginionym i poległym w I wojnie. Po kościele właściwie nie ma już śladu. W miejscu dawnego ewangelickiego cmentarza znajduje się lapidarium utworzone z nagrobków. Spacerując wydeptanymi ścieżkami  zobaczymy resztki młyna wodnego, Źródełko Marii  bijące pyszną, lodowatą wodą, a kawałek dalej przy leśnej drodze, samotny grób Eriki Sommerfeld, 9-letniej mieszkanki Marienspring, która zginęła w jednym z domów. W 2007 r. grób odrestaurowano staraniem dzieci z klasy VI b SP w Kłodawie.

 

Mimo że wioska formalnie nie istnieje, łatwo się po niej poruszać. Spacerując  w absolutnej ciszy „zakłóconej” jedynie szumem wiatru w konarach wiekowych drzew, szmerem źródełka, śpiewem ptaków, łatwo zauważymy kierunkowskazy – „na cmentarz”, „do ruin młyna”, „do źródła Marii”. Tylko domów brak…

Współpraca: bakhita

 

Pomnik poległych

UĹźytki 032.jpg

 

Pomnik Eriki

UĹźytki 030.jpg

 

UĹźytki 022.jpg

 

Fragmenty schodów prowadzących do młyna

UĹźytki 027.jpg

 

UĹźytki 023.jpg

 

Źródełko Marii

UĹźytki 025.jpg

 




komentarze (26) | dodaj komentarz

Mniej kulturalnie:)

środa, 19 lutego 2014 17:30

Milionów w lotto nie wygrałam, trudno żyć trzeba dalej i cieszyć, że wiosenka nadchodzi:) Skąd wiem? Ano choćby stąd, że w lasach i ogrodach rozpanoszyły się przebiśniegi, a znajoma podesłała mi zdjęcie z tegorocznymi krokusami. Dobrze jest, a będzie jeszcze lepiej:) Nareszcie!

 

UĹźytki 006.jpg

 

 

Ale o czym to ja miałam… Acha (bilobil jednak pomaga), wspominałam już, że piszę bloga na jednym z lokalnych portali informacyjnych – w formie rozmów z sąsiadem. A ponieważ ostatnio cięgiem o wystawach, spotkaniach, czyli jakby nie patrzeć o kulturze. Postanowiłam „wrzucić” jeden z tekstów mniej kulturalnych. Miłego poczytania:)

 

- Witam sąsiada.

- A witam, witam. Nie pogadamy sobie, spieszę się...

- Do wnusi pan idzie?

- Nie... a czemu pani pyta?

- Bo niesie pan pięknego pluszowego misia.

- Oprócz misia mam jeszcze dwie piłeczki i kilka grzechotek. Ale nie do wnusi się spieszę, a na pociąg.

- Nie zatrzymuję pana, ale przyznaję, że ciekawość mnie zżera. Jeśli nie dla wnusi, to dla kogo te zabawki?

- Dla świń!

- Proszę...???

- Wyraźnie chyba mówię, prawda?  Dla świni.

- W porządku, nie musi pan przecież odpowiadać Ale po co zaraz  takie głupie żarty?

- Jakie żarty? Czy ja kiedyś z pani żartowałem? Sąsiadko droga, ja też myślałam, że stryjek żartuje jak powiedział  żebym kupił i przywiózł zabawki dla świnek. Chłopina szmat ziemi ma, bydlątka i ptactwo koło domu chowa, więc rozumie pani, czasu nie ma. Dlatego kupiłem i jadę do niego...

- Nadal nie rozumiem sąsiedzie co mają wspólnego świnie z zabawkami.

- Tego nawet chyba nie rozumieją ci, co to wymyślili! Znaczy się te eksperty od siedmiu boleści z Unii Europejskiej. Pani kochana, nowy przepis wprowadzili. Każden kto ma więcej niż 10 świń musi zapewnić świniom zabawki.

- Ale po co?

- Ichnie eksperty mówią, że świnia jak się nudzi, to głupieje i zaczyna drugą gryźć. A jak będą zabawki, to będzie zajęcie i głupoty ze świńskiego ryja wywietrzeją. Mus, to mus. Nie będzie zabawek, nie będzie dotacji unijnych!

- A to mnie pan zaskoczył. Myśli pan, że każdy agresywny świński ryj można zabawkami uspokoić?

- Ja nie myślę, ja wiem! Bo niby dlaczego zakupiono do sejmu 460 tabletów…?



komentarze (17) | dodaj komentarz

Słuch absolutny

poniedziałek, 17 lutego 2014 16:12

Siedzęsluch_absolutny.jpg sobie w przytulnej kawiarence. Przyciemnione światła, unoszący się z fajki delikatnie  dymek o zapachu wanilii, gdzieś w tle ktoś gra leniwie na fortepianie...A ja siedzę przy stoliku z  panem Andrzejem i panem Jerzym. Nie odzywam się. Za to z wielką uwagą przysłuchuję się rozmowie dwóch przyjaciół...

 

Tak mogłoby być. W każdym razie tak właśnie chwilami się czułam czytając książkę "Słuch absolutny. Andrzej Szczeklik w rozmowie z Jerzym Illgiem". Niestety rozmowie niedokończonej. Andrzej  Szczeklik zmarł nagle 3 lutego 2012 roku. Zapamiętam tę datę, bo to dzień i miesiąc moich urodzin…

 

Andrzej Szczeklik to dla mnie wielkie "odkrycie".  W czasach gdzie brakuje autorytetów, a przewodnicy duchowi często okazują się być tylko ślepcami wiodącymi przez pustynię, pan Andrzej jawi się jako ktoś wyjątkowy. Nie, nie jest to z mojej strony egzaltacja, każdy kto przeczyta tę książkę przyzna mi rację. Ba, myślę że ta książka winna się znaleźć na  liście obowiązkowych  podręczników dla studentów medycyny:)

 

Po tym przydługim trochę wstępie kilka słów o bohaterze książki. Andrzej Szczeklik niewątpliwie wielkim lekarzem był, ale przede wszystkim wielkim człowiekiem. Wybitny profesor, znakomity uczony, specjalista chorób serca i płuc. Ale też humanista, autor książek eseistycznych (Katharsis, Kore, O uzdrowicielskiej mocy natury i sztuki). Spektrum jego zainteresowań przyprawia o zawrót głowy - od astronomii, mitologii, alchemii, poezji, malarstwa, po historię medycyny i jej najnowsze odkrycia. Laureat wielu nagród, wyróżnień i odznaczeń, wśród których jest także Krzyż Komandorski z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski.

 

W rozmowie ze swoim przyjacielem i jednocześnie wydawcą, Jerzym Illgiem, profesor Szczeklik pasjonująco i dowcipnie opowiada o swoim dzieciństwie, domu, mistrzach i najważniejszych lekturach, etapach kariery i przygodach na zagranicznych stażach, zaangażowaniu w „Solidarność” i represjach w stanie wojennym, zaprzyjaźnionej Piwnicy Pod Baranami, spotkaniach z papieżem, wyprawach w ukochane góry, – a także o sztuce medycznej syberyjskich szamanów, o duszy, czy  nieśmiertelności.

 

Nie jest to książka, którą można byłoby streścić. Ją po prostu trzeba przeczytać! Na koniec jeszcze Andrzej Szczeklik widziany oczyma przyjaciela, Jerzego Illga:

 

„Był bowiem profesor Andrzej Szczeklik postacią nieomal mityczną. Dla wszystkich, którzy znali go bliżej czy choćby zetknęli się z nim przelotnie, pozostanie niepojętą zagadką, jak potrafił łączyć wszystkie swoje zajęcia: Kierowanie kliniką, pracę naukową (był najczęściej cytowanym za granicą polskim uczonym), starania o granty i aparaturę, światowe kongresy i wykłady, członkowstwo w Papieskiej Akademii Nauk, rozległe lektury, twórczość literacką, wieloletnia praca nad pomnikowym podręcznikiem chorób wewnętrznych, po jego śmierci nazwanym po prostu Interną Szczeklika. W jaki sposób znajdował ponadto czas na występy w Piwnicy pod Baranami, wyjazdy na narty, spotkania z przyjaciółmi - przede wszystkim jednak doglądanie pacjentów, których odwiedzał czasami kilkakrotnie: wczesnym rankiem, jeszcze przed odprawą, w ciągu dnia i nierzadko jeszcze wieczorem?”

 

Tak wspomina Andrzej Białas:

 

„Profesor był przede wszystkim lekarzem. Wielkim lekarzem. Zaangażowanym bezgranicznie w walkę z chorobą i w to, by stworzyć pacjentowi komfort psychiczny, co uważał – jak wynika z jego książek – za bardzo ważny element terapii. Był stale obecny, stale do dyspozycji chorego. (…) właściwie mieszkał w klinice. To zaangażowanie, ogromna wiedza i doświadczenie dawały rękojmię, że w klinice na ul. Skawińskiej można było liczyć na prawdziwą pomoc. Wiedział o tym cały Kraków.”

 

I jeszcze Ania Dymna:

 

„Wielki lekarz i humanista profesor Andrzej Szczeklik umiał słuchać drugiego człowieka. Jego „Słuch absolutny” pomagał nam żyć i często nas ratował.”

 

Gorąco polecam Wam tę książkę. Nie co dzień mamy możliwość obcowania z takim człowiekiem. Nie boję się użyć słowa: Autorytetem…

 

Cytaty za: Słuch absolutny. Andrzej Szczeklik w rozmowie z Jerzym Illgiem, Znak, Kraków 2014.



komentarze (10) | dodaj komentarz

Post scriptum do „Malowane na jedwabiu”

piątek, 14 lutego 2014 16:53

Kilka dni temu pisałam o wystawie, na której moja znajoma, Anna Aniela Kowala  prezentowała między innymi swoje prace malowane na jedwabiu. Pod tekstem znalazło się wiele pozytywnych „ciepłych” komentarzy. Na koniec skomentowała to również autorka prac. Cytuję komentarz:

 

„Jako autorka opisanej przez Krysię wystawy chcę Wam wszystkim podziękować za tak miłe i ciepłe komentarze. Mimo, że jej nie widzieliście czuję, jakbyście odbierali malowane jedwabie wszystkimi zmysłami - to niesamowite uczucie. Praca nad nimi rzeczywiście wygląda zupełnie inaczej niż podczas malowania na płótnie - to duże wyzwanie i nigdy nie wiadomo co spod pędzla się wyłoni. Krysiu, Tobie także dziękuję za kibicowanie moim wystawom.”

 

Jest mi bardzo miło… Ja również dziękuję wszystkim komentującym za życzliwość. Ania podesłała mi kilka zdjęć, które są świetnym uzupełnieniem poprzedniego postu. Widać na nich mniej więcej jak powstaje malunek na jedwabiu

Ostatnia fota zrobiona z telewizora. Ania była gościem TVN Style.

 

PICT0025.JPG

 

 

PICT0032.JPG

 

 

P1060294.JPG

 

1 (84).JPG

 

PICT.jpg

 

1 (69).JPG



komentarze (15) | dodaj komentarz

Chińskie klimaty:)

środa, 12 lutego 2014 15:38

Niedawno pisałam o spotkaniu z "szalonym naukowcem" w klubie na Zapiecku, a już  gospodyni Zapiecka, Barbara Schroeder dostarczyła mi nowych wrażeń i emocji. Wczorajsze popołudnie spędziłam w... Chinach. Oczywiście nie dosłownie, niemniej dzięki Barbarze Kubiak - Sobczak z Poznania, mogłam się na małą chwilę przenieść do cesarskich i współczesnych Chin. Pani Barbara zechciała się podzielić z nami swoimi wrażeniami z wycieczki do Chin, jaką odbyła we wrześniu 2011 roku. Ale zanim o Chinach kilka słów o prelegentce, bo doprawdy ciekawa to osóbka:) Zastanawiam się jakim cudem starcza jej czasu na pełnienie tych wszystkich funkcji, na realizację swoich pasji  oraz na działania na rzecz lokalnej społeczności.

 

Barbara Kubiak-Sobczak. Absolwentka Wydziału Filozoficzno-Historycznego Uniwersytetu im. A. Mickiewicza w Poznaniu.  Animatorka i promotorka kultury w poznańskim środowisku policyjno-cywilnym. Założycielka i Prezes Stowarzyszenia Twórców i Sympatyków Kultury przy KWP w Poznaniu. Założycielka Galerii „2.pietro”.  Członek Honorowy Fundacji ASP w Poznaniu, członek EkoArtu, Związku Polskich Artystów w Pile.



Od lat organizuje plenery malarskie, rzeźbiarskie, fotograficzne i inne, warsztaty dla dzieci i młodzieży, programy edukacyjne i promujące region Poznania i Wielkopolskę oraz prewencję kryminalną wśród dzieci i młodzieży poprzez działania artystyczne. Inicjator różnorodnych programów artystycznych oraz wystaw indywidualnych i zbiorowych. Zajmuje się tkaniną artystyczną i malarstwem olejnym, fotografią.

Uff wiele tego, prawda?

 

Do Gorzowa pani Barbara przywiozła swoje wspomnienia z pobytu w Chinach, wiele ciekawych fotografii, gazety, oraz kilka gadżetów, z którymi słuchacze z upodobaniem się fotografowali:)

 

 

015.jpg

 

 

089.jpg

 

 

Pani Barbara zajmującymi opowieściami "pokazała"  nam: Pekin - Zakazane Miasto i Światynię Nieba, Cesarski  Pałac Letni pod Pekinem , Fragmenty Muru Chińskiego, Hutungi, Xi'an - pierwszą stolicę Chin i terakotową  armię oraz nowoczesne oblicze Państwa Środka ostatnich 30 lat, z  Polami Olimpijskimi w Pekinie, z Szanghajem , Kantonem, Makao i Hongkongiem.

 

Wczorajsze spotkanie tylko zaostrzyło mój "apetyt" na Chiny. Od wielu lat fascynuje mnie kultura Chin, a jednym z moich marzeń jest zwiedzenie tego państwa:) Chciałabym również zobaczyć miejsca niedostępne dla turystów, by przekonać się czy Chiny faktycznie są państwem rażących kontrastów. W każdym razie tak je przedstawiają podróżnicy, którym udało się dotrzeć w rejony zapomniane przez Boga i ludzi.

 

061.jpg

 

 

060.jpg

 

053.jpg

 

079.jpg

 

 Ps.

I jeszcze coś. Po opublikowaniu tego postu znajoma (dzięki Meg) podesłała mi link do Tańca 1000 rąk. Głuchonieme chińskie tancerki mnie oczarowały…!

"Taniec 1000 rąk - to jest niesamowity taniec, zwany Thousand-Hand Guanyin, który krąży w całej sieci. Biorąc pod uwagę wymaganą ścisłą koordynację, jego realizacja byłaby niesamowita nawet w przypadku, gdyby tancerki nie były głuche. A są! Wszystkie z 21 tancerek są kompletnie głuchonieme! Tańczą opierając się wyłącznie na sygnałach od trenerów, stojących w czterech rogach sceny. Pierwszy poważny międzynarodowy debiut baletu miał miejsce w Atenach, w 2004 r., podczas zamknięcia ceremonii Paraolimpiady. Taniec już od dawna jest w repertuarze Chińskiego Zespołu Osób Niepełnosprawnych. Występował on już w ponad 40 krajach. Jego primabaleriną jest 29-letnia Tai Lihua, która posiada tytuł licencjata Hubei Fine ArtsInstitute. Film został nagrany w Pekinie, podczas Festiwalu Wiosny."

 



komentarze (18) | dodaj komentarz

Jestem puszysta!

niedziela, 09 lutego 2014 9:42

Rzadko kupuję kolorowe pisma dla kobiet. Zdarza mi się to jedynie kiedy idę do lekarza i z góry wiem, że w poczekalni będę musiała swoje odsiedzieć. I właśnie jedno z takich pism kupiłam w ubiegłym tygodniu. W poczekalni do lekarza siedziało dobre 30 osób. Usiadłam więc i zaczęłam przeglądać ową gazetkę. Pomału dochodzę do działu – moda. Czytam tytuł: Puszyste i szczęśliwe, oraz podtytuł: Moda w rozmiarze XL. Ee to nie dla mnie – pomyślałam.

 

Od niechcenia przerzucałam kartki, by przejść do działu: Uroda, kiedy rzuciła mi się w oczy świetna kiecka, w sam raz dla mnie. Modelka prezentująca sukienkę, na oko była w rozmiarze moim, czyli coś pośredniego pomiędzy 40, a 42. A ponieważ przerzuciłam kilka kartek do przodu, pomyślałam sobie, że pewnie przegapiłam w tym dziale jakiś inny jeszcze podtytuł. No nie. Nadal jestem w dziale „Puszyste i szczęśliwe”. Na kolejnych stronach jeszcze inne modelki o smukłej sylwetce w kostiumach i zestawach na różne okazje, wszystko podobno w rozmiarze XL. Czyżby coś się zmieniło w polskiej rozmiarówce?

 

Dzisiaj rano odpaliłam laptopa, a na jednej ze stron czytam:

Odzież dla puszystych, rozmiary od…42 (…)

 

Do tej pory byłam przekonana, że jeżeli chodzi o wymiary – mieszczę się gdzieś tak pośrodku, a tu proszę - jestem puszysta! No cóż… koniecznie muszę ten swój „dramat” czymś sobie osłodzić:) Może rafaello bez pieczenia?

 

k,MTM5NTI0OTgsNDYzMjcwNzA=,f,57861_rafa_006_big.jpg

 

Wprawdzie kiedyś już wrzuciłam przepis ale o pysznościach warto przypominać:)

Składniki:

Półtorej paczki prostokątnych krakersów, 3 szklanki mleka 2%, 3 łyżki mąki pszennej i tyleż samo ziemniaczanej, żółtko, półtora szklanki cukru, kilka kropli aromatu waniliowego, 300 gram wiórków kokosowych, kostka masła.

 

A teraz wykonanie:

Dno prostokątnej foremki (np. 20x25cm) o dość wysokim brzegu, wyłożyć warstwą krakersów.

Do miski wlać szklankę mleka, dodać mąkę pszenną i ziemniaczaną, cukier, żółtko i aromat. Zmiksować, albo dokładnie wymieszać.

Pozostałe 2 szklanki mleka zagotować , wlać do niego zmiksowaną mieszanką oraz dodać 100 gram wiórków. Podgrzewać mieszając aż masa zgęstnieje. Zdjąć ją z palnika i porcjami dodawać masło wciąż intensywnie mieszając, na końcu dosypać jeszcze 150 gram wiórków.

W myślach podzielić masę na trzy części. Porcję wyłożyć na krakersy i wyrównać. Przykryć masę następną warstwą krakersów, a na nie ułożyć drugą część masy. Na nią – ostatnią warstwę krakersów i ostatnią, trzecią część masy. Wierzch posypać wiórkami. Następnie ciasto włożyć do lodówki co najmniej na 4 godziny, i proponuję na te cztery godziny założyć na lodówkę kłódkę.

Po 4 godzinach pychotka gotowa do zjedzenia. Smacznego!



komentarze (71) | dodaj komentarz

Malowane na jedwabiu

środa, 05 lutego 2014 19:33

Ania wystawa 040.jpg

 

Podobno został odkryty przez przypadek. Jedna z legend mówi, że cesarzowej podczas rytuału picia herbaty, do filiżanki wpaść miał kokon jedwabnika. Chcą go wyciągnąć, paznokciem zawadziła o cieniusieńkie włókienko. Zdumiona jego wytrzymałością, nawinęła na palec, rozglądając się za innymi kokonami. Niedługo potem cesarz otrzymał od żony wspaniałą szatę.

 

Według innej legendy, inna cesarzowa spacerowała sobie po ogrodzie, marząc o takich szatach, jakich jeszcze nikt nie posiada. Nagle wzrok jej padł na złociste kulki wiszące na drzewie, zwanym morwą. Gdy podeszła bliżej, stwierdziła, że nie są to owoce, lecz kłębuszki cienkich jak pajęczyna nici. Strojnisia zapragnęła mieć szal utkany z tej delikatnej przędzy. Spełniono jej zachciankę. Uzyskała tkaninę lekką, zwiewną, olśniewającej piękności.

 

Oczywiście mowa o jedwabiu. Chińczycy przez trzydzieści wieków utrzymywali w najściślejszej tajemnicy źródło pochodzenia mocnej, błyszczącej nici, nie zdradzali się też ze sposobem produkowania tkanin. Na szczęście dla nas znaleźli się spryciarze, którzy przemycili jajeczka jedwabników oraz nasiona morwy.

 

Dlaczego dzisiaj o jedwabiu? Byłam na wystawie:) Anna Aniela Kowala maluje zarówno na płótnie jak i na jedwabiu. Od 20 lat związana z gorzowską grupa twórczą WENA, która skupia nauczycieli z artystycznymi pasjami. Od kiedy pamiętam (a pamiętam Anię od czasu  szkoły podstawowej) zawsze była bardzo wrażliwa na piękno. Subtelna i delikatna. Ja tam wolałam skakać po drzewach, albo kopać piłkę, a Ania miała swój, jak się potem okazało, niepowtarzalny świat kolorów, pięknych kresek, cieni, czy półcieni…

 

Malowanie na jedwabiu wcale nie jest łatwe. Wymaga cierpliwości, pewnej ręki, wyobraźni, no… tego wszystkiego co mają wrażliwcy na piękno:)

 

Wszystkie prace cudne, trudno którąś z nich szczególnie wyróżnić. Moje oczęta uśmiechały się do tych malowanych apaszek, chust i szali. No co, baba jestem…:)

 

Na wystawę naszło się ludzisków, że hej. Ciężko było się dopchać z życzeniami do artystki. Ale co się odwlecze i tak dalej…

 

Ania wystawa 014.jpg

 

 

Ania wystawa 007.jpg

 

Ania wystawa 023.jpg

 

Ania wystawa 028.jpg



komentarze (25) | dodaj komentarz

Proszę o wysłanie sms...:)

niedziela, 02 lutego 2014 11:54

„Witam jestem wierną czytelniczką PANA bloga. Tak się składa, że biorę udział w konkursie na bloga roku. Żeby zagłosować należy wysłać sms na numer (…)”

Albo

„Jestem kobietą z pasją a swoją pasję ujawniam na swoim blogu, który bierze udział w konkursie (…)”

I jeszcze

„Pisze pani wspaniałego bloga. Jest niesamowity, codziennie wprost doczekać się nie mogę kolejnego postu. Nieśmiało zauważam, że też bloguję. Zdecydowałam się na start w konkursie (…)”

I na koniec

„Dzień dobry! Bardzo proszę o wysłanie sms na mój blog, który bierze udział w konkursie blog roku. Jeśli PAN również bierze udział, to może liczyć na mój głos (…)”

 

Są to fragmenty maili, które przychodzą na moją pocztę. Pozwolę sobie odpowiedzieć hurtem, choć raczej nikła nadzieja, że „proszący” przeczytają, bo przez 4 lata mojego blogowania, żadna z tych osób nie pozostawiła choćby jednego śladu, że czyta. Niemniej napiszę.

 

Rozumiem państwa determinację, bo też 2 lata temu startowałam w tym konkursie ale do głowy by mi nie przyszło pisać do nieznajomych prośby o sms. Owszem, prosiłam stałych czytelników poprzez zamieszczanie na blogu etykiety z informacją, że biorę udział wraz z odpowiednimi namiarami. Prosiłam też bliskich znajomych (w tym na przykład zaprzyjaźnioną kioskarkę). O rodzinie nie wspomnę, bo rozumie się samo przez się. I to wszystko.

 

Nie znałam do tej pory państwa blogów, ale po tym jak zajrzałam rozumiem dlaczego przyjęliście taką formę proszenia o sms. Trudno bowiem będzie o głosy czytelników, skoro czytających praktycznie nie ma… I jeszcze słówko do dwóch „stałych” czytelniczek. Wiem, że teraz słowo gender robi furorę, ale chyba trudno przez 4 lata czytania mojego bloga nie zauważyć, że pisze go kobieta!

Basta!

 

A jak już jesteśmy przy gender, to tym razem dla prawdziwie stałych czytelników pozwolę sobie wrzucić rozmowę z sąsiadem o gender właśnie:)

 

- Pani kochana co właściwie jest ten cały gender?

- Stacja przekaźnikowa...

- Słucham???

- Żartowałam sąsiedzie.

- Pani sobie żartuje, a to musi być poważna sprawa skoro w kościołach listy o genderze czytają, a inni apele piszą  do premierowej, żeby ratowała naród przed zagładą...

- Ma sąsiad rację. Sprawa jest poważna, a nawet powiedziałbym, że bardzo poważna. Oczywiście tylko dla tych, co listy i apele piszą.

- No nie, z sąsiadką dzisiaj to nawet pogadać nie można. Najpierw żartuje, a teraz rebusy mi zadaje.

- Sąsiedzie powiem najprościej jak można. Kościół uchwycił się gender żeby odwrócić uwagę od bezeceństw jakie wyprawiają jego przedstawiciele. Łatwiej listy pisać o bliżej niezidentyfikowanym gender niż  zrobić porządki we własnych szeregach. Natomiast posłanka Kempa tak już ma, podobnie zresztą jak prof. Pawłowicz. Wybory się zbliżają i trzeba zagospodarować elektorat ultra prawicowy oraz niezdecydowany.

- A to szubrawce! Żeby staremu człowiekowi taki mętlik w głowie robić!

- Jakoś nie chce mi się wierzyć żeby pan sobie dał mętlik robić...

- Oj pani, jak się na czymś znam to rzeczywiście nie daję, ale ten gender to cosik całkiem nowego....

- ...nie tak całkiem nowego drogi panie. Ostatnio czytałam ciekawy wywiad z prof. Moniką Płatek, która wykładała na Gender Studies od 1995 roku.

- I teraz to dopiero wyciągli?  Ludzie pracy nie mają, a ci co mają, wypłatę przez szkło powiększające oglądają. Emerytury głodowe, a ci głupotami się zajmują  Banda i tyle! Pani, ja bym ich wszystkich powiesił za...

- ...mówił już ktoś, że niespotykanie spokojny z pana człowiek jest?

- Nie... pani będzie pierwsza!

- Nie będę...

 

I jeszcze 2 fotki wczoraj ustrzelone:)

 

Luty blog1.jpg

 

 

Luty blog.jpg



komentarze (25) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 24 sierpnia 2017