Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 289 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5217511
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32257
Bloog istnieje od: 2869 dni

Horoskop

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Ponownie o sklepie:)

czwartek, 31 marca 2011 16:20

 

Dzisiaj  po pracy poszłam do piekarni po pieczywo. Jak zawsze była kolejka, ale wyjątkowo mi to nie przeszkadzało. Lubię bowiem zapach świeżego pieczywa i w czasie kiedy czekam na swoją kolej mój organ powonienia narkotyzuje się tym zapachem. Ale niestety dzisiaj nie miałam tej możliwości. Przede mną stała pani cała oblana jakimś perfumem o wyjątkowo intensywnym zapachu. Rozmawiała przez telefon. Chcąc nie chcąc, każdy kto stał w kolejce słyszał tą rozmowę, a właściwie polecenia wydawane swojemu rozmówcy tonem nie znoszącym sprzeciwu. Po chwili przyszła jej kolej. Poprosiła o kilogram rożków z nadzieniem wiśniowym. Niby nic takiego, zwykła rzecz, ale nie w tym przypadku. Na kartce z ceną pisało: Rożki z nadzieniem wiśniowym, polane lukrem. Szkopuł w tym, że pani chciała te właśnie rożki, ale… bez lukru! Ekspedientka powiedziała, że nie ma rożków z tym nadzieniem bez lukru. Ale wypachniona pani nie przyjęła tego do wiadomości i znów tym swoim tonem nie znoszącym sprzeciwu,  powiedziała:

 

- Z niektórych rożków jak widzę lukier poodpadał, proszę mi wybrać takie z odpadniętym lukrem.

Ekspedientka ubrała foliową rękawiczkę, wyciągnęła z gabloty tacę i zaczęła wybierać te, na których pozostały śladowe ilości lukru. Pani oblana perfumem zdenerwowała się:

- Mówiłam, że chcę bez lukru! – wykrzyknęła.

No wtedy to ja nie wytrzymałam:

- Bez lukru to kajzerki proszę kupić! Czytać pani nie umie? Wyraźnie pisze, że rożki są z lukrem!

Pani spojrzała na mnie jak na kosmitkę i powiedział:

- A kto panią prosił o zdanie! Płacę i wymagam! A co ona ma do roboty? Stoi za ladą i tylko oczami przewraca, niech wybiera jak klient grzecznie prosi!

Już miałam otworzyć usta, kiedy zadzwonił tej pani telefon. Odebrała połączenie, a po chwili bez słowa wypadła z piekarni.

Uff!

 



komentarze (25) | dodaj komentarz

Klient w krawacie jest mniej awanturujący się?

środa, 30 marca 2011 16:05

 

Kilka  dni temu robiłam zakupy w supermarkecie …zaczyna się intrygująco prawda? Wprawdzie mój koszyk nie zawierał 1,3 kg filetów drobiowych i za wszystkie zakupy zapłaciłam mniej niż 55 zł, ale nie o ilości i cenie chcę napisać.

 

Stanęłam w kolejce do kasy i byłam świadkiem bardzo nieprzyjemnej sytuacji. Jeden z klientów, dodam że podpity, zaczął się drzeć na kasjerkę i wymachiwać łapami. Nie wiem o co poszło, ale cokolwiek to było, nie daje prawa do takiego zachowania. W kolejce stały same kobiety i żadna z nas nie odważyła się interweniować. Po chwili przyszedł ochroniarz i podpitego gościa wyprowadził. Przyszła moja kolej i w trakcie jak kasjerka nabijała ceny towaru, zapytałam czy często zdarzają się takie świry?  Odpowiedziała, że takie zachowania klientów są na porządku dziennym, że nie ma dnia żeby nie zdarzały się nieprzyjemne sytuacje. Ludzie wyładowują na kasjerkach swoją złość, krzyczą, albo ubliżają. Nie chciało mi się wierzyć, że tak jest w rzeczywistości. Pomyślałam, że ta Pani na kasie trochę przesadza. Dlatego też, po powrocie do domu zapytałam o to córkę, która przez cały okres studiów pracowała podczas wakacji w hipermarketach, na kasie również. Powiedziała, że to prawda. Jej też zdarzały się sytuacje, że nerwowy klient krzyczał, ubliżał, albo poniżał ją. Powiedziała również, ze wbrew pozorom najczęściej poniżają i szydzą - nie ci tzw. drobni pijaczkowie kupujący nalewkę, albo najtańsze wino. Ale ci dobrze ubrani, pachnący drogimi perfumami, nierzadko z wypełnionymi po brzeg koszyka towarami.

 

Z agresywnym pijaczkiem można sobie poradzić, choćby wezwać ochronę, ale co w sytuacji kiedy ten - co to niby jak w krawacie, „to mniej awanturujący jest” – poniża słowami, szydzi, czy naśmiewa się? Z tego co mi wiadomo, przyjmując się do pracy na kasie w hipermarkecie, pracownik nie przechodzi żadnego szkolenia w zakresie radzenia sobie z agresją w miejscu pracy. Pracodawca w trudnych sytuacjach też rzadko próbuje coś z tym zrobić. Reaguje dopiero jak dojedzie do jakiejś tragedii, a dokładnie jak któryś z klientów zastosuje przemoc fizyczną, np. uderzy kasjerkę w twarz.

 

Tak sobie myślę, że każdy z nas ma jakąś granicę odporności na takie sytuacje i czasami po prostu nie wytrzymuje. Praca w takich warunkach rodzi duży stres, a ten zawsze wpływa negatywnie na nasze życie osobiste. Warto właśnie od tej strony spojrzeć na pracę kasjerki. Często narzekamy na kasjerki, wymagamy żeby były zawsze miłe i uśmiechnięte, ale jak być miłą jak przed chwilą ktoś wylał na nią kubeł pomyj? Wiem, wiem, ktoś powie -  że przecież zawsze można zmienić pracę. Ale czy o to w tym wszystkim chodzi…?

 



komentarze (22) | dodaj komentarz

Jezuici zapłacą i przeproszą

wtorek, 29 marca 2011 14:45

 

Od jakieg oś czasu opinię społeczną poruszają …nazwijmy to – nieprawidłowości w kościele katolickim. Wiem, wiem, temat nośny i wcale nie miałam zamiaru poruszać go na swoim blogu. Jednak zmieniłam zdanie pod wpływem informacji jaką wyczytałam w Rzeczpospolitej.

 

Zawsze z wielkim podziwem patrzyłam na misjonarzy, jako małoletnie dziewczę myślałam nawet o tym, by zostać misjonarką. Wyobrażałam sobie, że wyjechałam do „dzikich” krajów uczyć, albo leczyć zaniedbane dzieci. Ta ochota minęła tak jak wiele innych rzeczy z młodzieńczych lat, niemniej jednak zawsze darzyłam misjonarzy wielkim szacunkiem, za ich szlachetność, dobroć, mądrość i ofiarność. Okazuje się, że nie jest to wszystko takie dobre i szlachetne jakby się mogło wydawać.

 

Kilka dni temu w jednym z sądów amerykańskich zakończyła się rozprawa przeciwko zakonowi Jezuitów o wykorzystywanie seksualne w latach 1940 – 1990 dzieci rdzennych Amerykanów. Ofiarami Jezuitów padło ponad 520 dzieciaczków, które mieszkały w rezerwatach dla Indian lub małych wioskach.

 

Sąd w ramach odszkodowania zasądził od zakonu ponad 166 milionów dolarów. Ponadto zakon ma wydać pisemne oświadczenie z przeprosinami. Jezuici spodziewali się chyba takiego wyroku, bo w lutym 2009 r. złożyli w sądzie wniosek o ogłoszenie upadłości i ochronę przed wierzycielami. Ot jakie sprytne posunięcie!

 

Zdaję sobie sprawę, że żadne pieniądze nie zwrócą tym – wówczas dzieciom – utraconego dzieciństwa, niemniej cenię sobie kościół katolicki w Stanach za podejmowane próby rozliczenia się z afer pedofilskich. Okazuje się również, że coraz częściej amerykańskie sądy skazują nie tylko księży pedofilów, ale także ich zwierzchników oskarżonych o ukrywanie przestępstw.

 

A u nas? U nas nadal tego rodzaju sprawy kościół zamiata pod dywan. Zwierzchnicy nadal bronią swoich podwładnych - księży pedofilów. A jeśli nawet zrobi się jakaś afera, to wysyła się księdza gdzieś do małej miejscowości na przetrwanie, a potem wraca i nadal odprawia msze święte przy ołtarzu. Nie mogę się z tym pogodzić. Skoro w innych krajach podejmuje się próby oczyszczenia szeregów kościoła z tych, co podważają jego dobre imię, albo mówiąc wprost – są przestępcami, to dlaczego u nas nie można tego zrobić?

 



komentarze (51) | dodaj komentarz

Aniołek, diabełek i aparat:)

poniedziałek, 28 marca 2011 14:56

 

Wracałam w sobotę dopołudnia z zakupów. Przy kiosku Toto Lotka przypomniałam sobie, że w ubiegłym tygodniu puściłam jeden zakład Lotto i zapomniałam sprawdzić kupon. Wprawdzie w kiosku stało kilka osób w kolejce, ale nie spieszyło mi się, więc stanęłam i ja. Oczywiście nie miałam nawet jedynki więc w ramach rekompensaty kupiłam jednego losa pod intrygującą nazwą „aniołek czy diabełek.” Los kosztował 1 zł. I wiecie co? Diabełek przyniósł mi szczęście! Pod zdrapką z wysokością wygranej, było całe 70 zł! Tak, tak, jestem szczęściarą i kto to mówi, że ja nie mam szczęścia do gier losowych?

 

Kasę zgarnęłam, portfel zrobił się o te 7 dych cięższy, a ja mogłam spokojnie oddać się obmyślaniu strategii fotografowania na wieczornym Foto Day. Tym razem miłośnicy fotografii mieli zwiedzać „od kulis” nasze nowoczesne kino Helios.  Impreza rozpoczęła się o godz. 23, a zakończyła około 1 w nocy. Jak zawsze było świetnie. I choć warunki do fotografowania nie najlepsze (światła punktowe, półmrok) udało się zrobić kilka (moim zdaniem) fajnych fotek.

 

Powracając do tego wygranego losa. Bardzo się cieszę z wygranej, ale gdyby tak pod zdrapką z wygraną było jedno zero więcej, to bez dwóch zdań poleciałabym w poniedziałek do sklepu kupić sobie jakiś średniej klasy aparat fotograficzny! Ta moja cyfrówka jest już tak sfatygowana, że nie wiem jakim cudem jeszcze zdjęcia robi.

 

Hehehe zachłanność ludzka (czyli moja:-D) nie zna granic, ale czy nie po to są marzenia by się spełniały…?

 

Dwie fotki z kinowego Foto Day:)

 



komentarze (26) | dodaj komentarz

Krzyk według Marzeny Wieczorek

sobota, 26 marca 2011 21:15

 

Od jakiegoś czasu dochodziły mnie słuchy, że w naszym teatrze trwają próby do spektaklu zatytułowanego „Krzyk”. Jest to monodram pióra Anny Burzyńskiej, w wykonaniu Marzeny Wieczorek. Spektakl wyreżyserował Andrzej Pieczyński, on również jest autorem scenografii.

 

Dowiedziałam się, że nici z możliwości obejrzenia próby generalnej, bo po pierwsze, nie praktykuje się większej widowni w przypadku monodramu, a po drugie w próbie generalnej widzami będą jedynie aktorzy i pracownicy teatru oraz  nieliczni zaproszeni goście. Nosiło mnie, bardzo chciałam zobaczyć ten monodram, więc zadzwoniłam do biura obsługi widza i próbowałam coś ugrać. Użyłam całego swojego uroku osobistego :-D  Po dłużej rozmowie, pani się ugięła i w drodze wyjątku (jak powiedziała) wpisała mnie na listę zaproszonych gości. Cała szczęśliwa poszłam wczoraj wieczorem na próbę generalną. Próba odbywała się na scenie kameralnej naszego teatru. Marzena Wieczorek wcieliła się w postać dorosłego mężczyzny, który naśladuje różne dźwięki. Aktorka wprowadza na scenę rower i zaczyna rozdawać swoje wizytówki. Jest bardzo dynamiczna, ekspresyjna, wesoła. Jednak jej pozorna wesołość i swada służą zakrzyczeniu traumatycznych wspomnień związanych z dzieciństwem. Powoli odsłania widzom owe przeżycia, które prowadzą do agresywnych sposobów odreagowania.

 

O czym jest spektakl? Główny bohater Marian (Maniuś) chodzi na wszystkie castingi, zabiegając o role w serialach. Ma szczególne możliwości głosowe - nie ma sobie równych w krzyku, a zwłaszcza w wyciu. Zaczyna opowieść o swoim życiu, o chłopcu, który był w dzieciństwie …molestowany przez ojca. Tatuś bawił się z nim w czarodzieja. Mamusia kazała być grzecznym, bo inaczej tatuś ich opuści, a jego siostra cieszy się, że to nie z nią tatuś bawi się w czary. Na chłopcu spoczywała wielka odpowiedzialność. Poddaje się tyranowi…

 

Aktorka wciąga widza w swoją historię. Opowiada o swojej umiejętności naśladowania dźwięków, ale ten jeden, jedyny dźwięk – tytułowy krzyk – jest najtrudniejszy do naśladowania. Dlaczego? Bo są to zebrane w jednym krzyku, wszystkie krzyki skrzywdzonych dzieci. Ten krzyk podczas spektaklu ma się stać krzykiem prawdy. I dzięki rewelacyjnej grze Marzeny Wieczorek – staje się!

 

Zagrany przez Marzenę Wieczorek monodram, porusza każdy nerw, wyzwala najbardziej skrywane emocje, chwilami nie można zapanować nad łzami. Tego się po prostu nie spodziewałam, na tyle emocji nie byłam przygotowana. Spektakl zakończył się i jeszcze przez długą chwilę panowała na widowni kompletna cisza. Dopiero po chwili były owacje na stojąco. Po spektaklu podeszłam do aktorki, uścisnęłam jej rękę i powiedziałam: - to najlepszy, najlepiej zagrany monodram jaki widziałam w swoim życiu.

 

*Foto pochodzi z oficjalnej strony teatru

 



komentarze (27) | dodaj komentarz

Rozmowa z mamą

piątek, 25 marca 2011 20:39

 

Mama, jako komentator wydarzeń politycznych(o_o)

 

- Kry sia?

- Tak mamo, Krysia.

- Oglądałaś wiadomości?

- Nie oglądałam…

- Ty to zawsze…

- …tak, wiem mamo. Zawsze jak coś ciekawego, to nie oglądam.

- No właśnie. Mówię ci, nie dość, że żarty jest, to kłamie jak najęty!

- Kto?!

- Jak to kto? Kaczyński! Wycieczkę do sklepu sobie zrobił.

- Nie rozumiem…

- Jak masz rozumieć, jak nie oglądałaś. Kaczyński poszedł do sklepu po zakupy.

- Wielkie mi wydarzenie. Ja chodzę codziennie. Ale co ma do tego, że kłamie i żarty jest?

- Kłamie, bo w ogóle nie umiał się zachować w sklepie. Kierowali nim jak Breżniewem jak miał wchodzić na trybuny. To skąd ma wiedzieć ile co kosztowało parę lat temu, jak to terytorium obce dla niego jest?

- No może i tak. Przedtem mama mu gotowała, to nie musiał. Teraz mama chora, to zakupy musi robić.

- Tylko po co takie głupoty gada i ludzi co robią zakupy w Biedronce od biedaków wyzywa? Panisko się znalazło, psia mać!

- A tam zaraz panisko. Te zakupy to pewnie polityka, mamo.

- Może i polityka dziecko, ale żeby taki mały ponad kilo filetów naraz zeżarł? W dupach się ludziom przewraca. No to cześć córka!

 

(Niewtajemniczonym wyjaśniam, że J. Kaczyński kupił między innymi 1,3 kg. filetów z piersi kurczaka).

 



komentarze (28) | dodaj komentarz

Marilyn wciąż nieznana

czwartek, 24 marca 2011 23:23

 

Rozmawiają dwie blondynki:

 

- Fama mówi, że powiększyłaś sobie biust!

- To powiedz tej Famie, że jest głupia!

 

Dowci pów o blondynkach jest zatrzęsienie. Wystarczy wpisać w wyszukiwarkę: „dowcipy o blondynkach” a po chwili wyświetla się niezliczona ilość stron. Na pewnym forum ktoś zapytał - Czy ładna blondynka, a do tego z dużym biustem może być mądra? Większość z komentatorów odpowiadała - Oczywiście że nie! A ja się pytam, co ma do tego kolor włosów? Ale niestety, taki właśnie stereotyp blondynki krąży w necie, w życiu zresztą też.

 

W podobny sposób przez wiele lat postrzegana była ikona światowego kina Marilyn Monroe. Może dlatego, że nie lubię stereotypów,  za każdym razem kiedy patrzyłam na jej zdjęcia, albo oglądałam filmy w których grała, byłam przekonana, że są dwie Monroe. Pierwsza, ukształtowana jako symbol seksu na użytek gawiedzi i ta druga, prawdziwa ale wciąż nieodkryta.  Poszukując potwierdzenia moich przypuszczeń czytałam wiele publikacji na temat życia aktorki, ale nie znalazłam niczego, żadnego śladu. Owszem rozpisywano się o jej życiu oderwanym od rzeczywistości, małżeństwach, romansach, skandalach itp. ale nic ponadto.

 

Moja cierpliwość została na koniec wynagrodzona. Przeczytałam bowiem w Rzeczpospolitej, że niedługo trafi do księgarń najnowsza książka o MM pt. „Fragmenty”. Zawiera zapiski przekazane przez aktorkę testamentem Lee Strasbergowi, wykładowcy sztuki aktorskiej. Lee zmarł w 1982 r., a wiele lat później, wdowa po nim odkryła dwa niepozorne pudełka, które jak się okazało zawierały notatki i listy Marilyn. Zapiski pochodzą z lat 1943 – 1962. Co zawierają? Ano różne różności, samo życie. Aktorka pisze o swoim pierwszym małżeństwie, terapii, strachu przed chorobą psychiczną, znalazły się tam też jej próby poetyckie. Wprawdzie słabiutkie, ale świadczące o tym, że Monroe poprzez poezję próbowała przekazać nam cząstkę swojej duszy – „Hollywood to miejsce gdzie płacą ci 1000 $ za pocałunek, a 50 centów za duszę.”

 

Ale znajdą się też we „Fragmentach” fragmenty, które zaskoczą czytelnika. Choćby zachwyt obrazami Goi. Marilyn uważała tego hiszpańskiego malarza za kogoś bardzo bliskiego. I jeszcze jedno. Ciekawe ilu z nas wiedziało, że biblioteczka, a raczej biblioteka domowa aktorki liczyła ponad 400 pozycji? Czytała klasyków: Dostojewskiego i Flauberta, ale też pisarzy współczesnych, choćby Hemingwaya czy Steinbecka. Przyznaję, że ja nie wiedziałam… ale czytając o tym, utwierdziłam się w mojej teorii o dwóch obliczach Monroe.

 

Dobrze się stało, że ukaże się książka, która przybliży nam postać tej znanej, a jednak nieznanej Marilyn. Jestem przekonana że życie aktorki zawiera jeszcze wiele nieodkrytych tajemnic. Może kiedyś dowiemy się całej prawdy o Marilyn Monroe… A swoją drogą poleciłaby tę książkę tym wszystkim, którzy twierdzą, że piękna blondynka z dużym biustem nie może być mądra!

 



komentarze (23) | dodaj komentarz

Życzenia:)

czwartek, 24 marca 2011 5:59

 

 

29 lat temu, 24 marca, po odleżeniu ponad 7 miesięcy plackiem na szpitalnym łóżku, a potem - po ponad 48 godzinach męczarni na łożu Madejowym, o przepraszam porodowym, dokładnie o godzinie 19,10 przyszedł na świat mój synalek! 

 

Mizerota z niego był, ważył 2,660, a długi był na 55 cm. Nie spieszyło mu się do uroków tego świata, a że rogaty baranek, to zaparł się i już! Siłą go musieli wyciągać. Założyli jakieś Vacum (wyglądało jak ssawka do przepychania zlewu) i za trzecią próbą raczył się książę pojawić.

 

Brzydki był jak nie wiem co:-] Tak przynajmniej oznajmiła moja mama, a jego babcia. Tym razem nie sprzeczałam się z mamą, bo faktycznie zupełnie odbiegał od bobasków reklamujących jedzonko Gerbera. Jednak jak przynieśli mi go pierwszy raz do karmienia i spojrzałam w te jego oczęta, przejrzałam ja na oczy(*-*) Był piękny, najpiękniejszy na świecie! I tak mu już zostało…:-D

 

Synek, wszystkiego najlepszego z okazji urodzin. Uściskam Cię i ucałuję jak zawitasz w rodzinne progi. Latem to ma jakoś być. Prezentu się nie spodziewaj, muszę Ci wystarczyć ja – jako prezent. Buziaki.

 

Ps. Różyczkę rosnącą przy domku w Bledzewie, osobiście sfotografowałam:-)

 



komentarze (30) | dodaj komentarz

Dla kogo pomoc humanitarna?

środa, 23 marca 2011 6:00

  

Był taki okres, kiedy prawie w każdej gazecie i na różnych portalach internetowych można było znaleźć zdjęcia przedstawiające głodujące dzieci z Afryki. Pamiętacie te wzdęte brzuszki, cieniutkie nóżki i smutne, poważne spojrzenia brązowych oczu? Kiedyś widziałam w TV jak afrykańska matka trzyma na ręce swoje wychudzone dziecko całe oblepione przez wielkie muchy. Nie mogę zapomnieć tego widoku do dziś!

  

Myślałam wtedy – dlaczego nikt tym dzieciom nie chce pomóc? Tyle jest bogatych państw, w których nadmiar jedzenia się marnuje, dlaczego nie jest ono przekazywane do Afryki? Pamiętam jak byłam dumna, że w Polsce organizowano pomoc humanitarną dla Afryki. Pełna podziwu patrzałam na organizatorów, że chce im się chcieć. Bo dla mnie wszelkiego rodzaju akcje pomocowe świadczą o wrażliwości na nieszczęście innych ludzi. Wobec tego wyobraźcie sobie moją minę kiedy otworzyłam sobotnio-niedzielną „Rzeczpospolitą” i znalazłam artykuł pt. „Afrykę zabija pomoc.” Myślałam, że mój wzrok płata mi figle, ale nie!  

Pracujący w Polsce ekonomista dr Richard Mbewe w rozmowie z Robertem Mazurkiem mówi:

 

 "Pomoc uzależnia, niszczy przedsiębiorczość i zaradność. Szkodzi całym państwom, bo afrykańscy politycy nie szukają wyjścia z sytuacji, w której się znalazły ich kraje. Po co, skoro i tak dostają pieniądze. Za darmo. Nie wolno dawać pieniędzy politykom!"

 

Dalej opowiada, że z płynących do Afryki środków pomocowych jedynie mniej niż 10 proc. trafia do faktycznie potrzebujących. Pozostałe pieniądze idą dla afrykańskich prezydentów, ich rodzin, byłych prezydentów, wojskowych, urzędników itd.  Mówi również o różnych programach rządowych, które mają na celu między innymi budowanie szkół w Afryce. Okazuje się, że  w umowach często jest zapisane, że wszelkie materiały na budowę muszą być kupowane w kraju darczyńcy. Szacuje się, że ponad jedna trzecia pieniędzy rządowych przeznaczanych na pomoc wraca ponownie do darczyńcy. Richard Mbewe mówił jeszcze o tylu ciekawych rzeczach, że przeczytałam tą rozmowę jednym tchem, a następnego dnia powróciłam do niej. Nie mogłam w to wszystko uwierzyć, zaczęłam się zastanawiać nad sensem pomocy humanitarnej.

 

Zawsze uważałam, że lepiej jest coś robić – cokolwiek, niż siedzieć z założonymi rękami i patrzeć bezczynnie jak innym dzieje się krzywda. W swojej naiwności  byłam przekonana, że pomoc humanitarna dociera właśnie do tych najbardziej potrzebujących. A teraz okazuje się, że to wszystko pic na wodę, że na pomocy humanitarnej bogacą się ci, którzy już i tak mają pokaźne konta w bankach szwajcarskich. Jaki więc jest sens takiej „pomocy”?

 



komentarze (25) | dodaj komentarz

Czeka nas eksplozja zachorowań na raka

wtorek, 22 marca 2011 5:58

 

Na p oczątku marca tego roku, trafiłam przypadkiem na dane Krajowego Rejestru Nowotworów. Wynika z nich, że w najbliższym dziesięcioleciu, nowotwory złośliwe staną się w Polsce zabójcą numer jeden. Kobiety będą umierać na raka piersi, a mężczyźni na raka płuc. Obecne statystyki i tak przyprawiają mnie o szybsze bicie serca (155 tys. nowych przypadków zachorowań i 93 tys. zgonów) a ma być jeszcze gorzej? Niemniej statystyki umieralności na raka są bezlitosne. W tej dziedzinie plasujemy się na szarym końcu krajów Unii Europejskiej, o Ameryce nie wspomnę. Dlaczego tak się dzieje?

 

Ze zdumieniem przeczytałam wypowiedź jednego z ekspertów, który twierdzi, że na wskaźnik umieralności na raka w Polsce wpływa między innymi niska świadomość zdrowotna pacjentów i szybkość reakcji na coś niepokojącego.  No cóż gratuluję ekspertowi tupetu i bezczelności. Jak można wypowiadać się w ten sposób, a jednocześnie likwidować poradnie np. badań sutka, w której kobiety o „niskiej” świadomości chciałyby się konsultować, a potem leczyć? Albo wprowadzać odpłatność za badania mammograficzne dla kobiet przed 50 rokiem życia? A rak płuc, który ma ponoć w najbliższym czasie zbierać swoje żniwo pośród mężczyzn? Przecież żeby dostać się do pulmologa na ubezpieczenie, czeka się nawet do 2 miesięcy. Chyba, że prywatnie, wtedy kolejek nie ma. I jak to się ma do szybkości reakcji? Reagować to sobie ludzie mogą, nawet i dzisiaj, ale co z tego?

 

Dlaczego tak się zbulwersowałam tą wypowiedzią? Otóż dlatego, że sama jestem po operacji, a potem leczeniu raka i wiem ile znaczy wczesne wykrycie, dostępność do dobrych ośrodków czy postawienie prawidłowej diagnozy przez lekarza. I śmiem twierdzić, że nie ma tu nic do rzeczy świadomość zdrowotna. W moim przypadku odbyło się to na zasadzie tułania się od lekarza do lekarza i dopiero dzięki znajomościom koleżanki z pracy, położono mnie na oddział w szpitalu, przeprowadzono wszystkie badania, a jedno z tych badań jednoznacznie wskazało co jest przyczyną złego samopoczucia. Wprawdzie od tego czasu minęło już 10 lat, niemniej jednak za każdym razem kiedy dopada mnie dłuższy okres złego samopoczucia myślę sobie gdzieś tam w środku – czyżby wrócił?

 

Inną sprawą jest to, że nie ma dobrych ośrodków pomocy dla ludzi w pierwszym okresie po pozbyciu się niechcianego gościa. Ludzie pozostawieni są sami sobie. Brakuje dobrych (bezpłatnych) terapeutów, którym można byłoby powierzyć swoje obawy, wątpliwości, czy też zwyczajny ludzki strach, a w zamian otrzymać profesjonalną pomoc.

 

Ale o czym ja w ogóle piszę? Naszej służbie zdrowia brakuje praktycznie wszystkiego począwszy od sprzętu medycznego, na postawieniu prawidłowej diagnozy przez lekarza kończąc. A mnie się marzą jakieś ośrodki dla ludzi po raku…

 

Powracając do tej świadomości zdrowotnej. Dopóki nie będzie bezproblemowego dostępu do dobrych specjalistów, którzy postawią prawidłową diagnozę, czy też większej ilości wyspecjalizowanych ośrodków onkologicznych, umieralność na raka będzie wzrastać i to bez względu na poziom naszej świadomości zdrowotnej, czy szybkości reakcji na coś niepokojącego…

 



komentarze (38) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 20 listopada 2017