Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 285 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
25262728293031

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5156272
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32249
Bloog istnieje od: 2781 dni

Horoskop

Wodnik

Dzisiaj możesz liczyć na przychylność gwiazd. Zapowiada się, że twój trudny czas kończy się i wszystko zaczniesz od początku.

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Chwile...

wtorek, 26 marca 2013 19:24

Zdarzają się takie chwile kiedy mam wszystkiego dość, kiedy problemem stają rzeczy, które zawsze  niczym ciężarowiec wagi lekkiej przerzucałam za siebie bez żadnego wysiłku, kiedy moje oczy stają się obojętne na barwy, a nos nie wyczuwa zapachów życia, kiedy… mogłabym dorzucić jeszcze kilka spraw, ale po co…?  Zakładam, że każdy z nas ma lepsze i gorsze chwile. Mnie dopadła i chwyciła za pysk ta gorsza. Wiem, że minie, ale póki co trzeba sobie jakoś radzić.

 

W trudnych chwilach, jeśli tylko mam siłę, korzystam z przesłania aniołów Dorrena Virtue:

„Idź tam, gdzie prowadzi Cię serce. Spaceruj wolnym krokiem, przystawaj, przyglądając się otoczeniu, nawiąż kontakt z naturą i porozmawiaj z innymi. Odprężający i niespieszny spacer to czas, który dajesz sobie w prezencie”.

 

Więc idę. Najpierw nerwowo, prędko, nie widząc co się wokół dzieje. A potem zmęczona zwalniam, i jeszcze bardziej zwalniam. Przystaję, rozglądam się, zaczynam widzieć,  słyszeć i czuć.  Podczas ostatniego takiego spaceru zobaczyłam drzewa w koronach. Nie,  to nie pomyłka. Nie miało być „korony drzew”, a tak jak napisałam – drzewa w koronach. Świeciło ostre słońce, a te korony mieniły się niczym diamenty.  Podobno diamenty są przyjacielem kobiety. No nie wiem… nigdy nie miałam, ale drzewa w tych mieniących się diamentach wyglądały cudnie…

 

Za kilka dni Święta Wielkanocne. Życzę więc czytelnikom wspaniałych Świąt, radosnego nastroju oraz serdecznych spotkań w gronie rodziny i przyjaciół.

 

 

 



komentarze (42) | dodaj komentarz

Zdun musi włożyć w piec swoją duszę:)

czwartek, 21 marca 2013 19:07

Przez o statnich kilka dni mój dom postawiony był na głowie. Właściwie w pewnym stopniu nadal jest, przynajmniej dopóki nie ogarnę tego całego bałaganu. A wszystko za sprawą zduna. Wspominałam kilka razy na blogu, że piece w moim mieszkaniu lubią płatać niezbyt przyjemne figle. Ostatni wyskok  piec (w tzw. dużym pokoju) zaliczył w dniu, w którym moja córcia z dopiero co narodzoną wnusią wróciły ze szpitala do domu. Po rozpaleniu, z pieca zaczął się wydobywać siwy, gryzący dym. O innych  przygodach z piecami nie wspomnę. W każdym razie od jakiegoś czasu piece przysparzały mi niezbyt przyjemnych atrakcji. Dlatego też dwa lata temu złożyłam w Administracji Domów wniosek o naprawę pieców. Niestety takich wniosków w Administracji jest multum.

 

Należało się więc uzbroić w cierpliwość i czekać, albo zlecić naprawę pieca we własnym zakresie. Druga opcja odpadła w przedbiegach, bowiem cena przestawienia jednego pieca kształtuje się od 1.500 zł w górę, a i tak trzeba byłoby czekać w długiej kolejce, bo zdunów jest jak na lekarstwo.  Dlatego  też ucieszyłam się kiedy pod koniec ubiegłego tygodnia przyszedł  podesłany przez Administrację zdun ze zleceniem na przestawienie pieców. Wprawdzie miałam pewne obawy, bo na dworze zima w pełnej krasie, a  tu trzeba było wyłączyć z ogrzewania dwa pokoje. Ale przemyśleliśmy sprawę i na czas przestawiania pieców młodzi z moją wnusią zamieszkali w moim pokoju.

 

Pewnie, że można było zrezygnować i umówić się na dogodniejszy termin, na przykład  na lato, ale wiedząc jaka jest kolejka oczekujących  na usługi zduna, miałam obawy czy byłoby to akurat lato tego roku, czy może któregoś z kolejnych. A swoją drogą nie wiem jakim cudem ktoś umieścił zduństwo w katalogu ginących zawodów. Rozumiem smolarstwo, ludwisarstwo, garncarstwo czy konwisarstwo, ale zduństwo? Skoro są takie kolejki, to znaczy że jest zapotrzebowanie, prawda? Chyba, że w tym katalogu zamieszczono również zawody, które zanikają nie z powodu braku zapotrzebowania oraz rozwoju technologicznego, ale z uwagi na brak chętnych do ich wykonywania. To by wszystko wyjaśniało, bo nauka tego zawodu jest długa, a praca odpowiedzialna, ciężka i brudna. Wiem, bo widziałam:)

 

Nie to, żebym patrzyła panu na ręce, ale od czasu do czasu zaglądnęłam  zobaczyć jak idzie praca, albo zanieść panu obiad lub kawę:) Jak wygląda piec każdy wie, ale nie miałam pojęcia, że wewnątrz jest tak bardzo skomplikowany  system kanałów dymnych.  W każdym razie wczoraj wieczorem praca została zakończona. Póki co przez jakiś czas można jedynie lekko przepalać, żeby wszystko wyschło jak należy.  Ciekawa jestem jak długo nowy piec będzie trzymał ciepło. Podobno zdun musi włożyć w piec swoją duszę, bo jak tego nie zrobi, piec nie będzie dobrze grzał. No cóż, czas pokaże, czy ten „mój” zdun  zostawił tam fragment swojej duszy:)



komentarze (30) | dodaj komentarz

A więc chcesz, abym dla ciebie szpiegował?

niedziela, 17 marca 2013 16:16

"A więc chcesz, abym dla ciebie szpiegował?" Pytanie  takiej treści po raz kolejny znalazłam na mojej poczcie mailowej. Teraz już kasuję nawet nie otwierając wiadomości, ale za pierwszym razem byłam zaskoczona. O co chodzi? Czy ja kogokolwiek prosiłam o szpiegowanie? NIE, a pytanie jest tak skonstruowane jakbym jednak prosiła… Otworzyłam wiadomość, żeby zobaczyć w czym rzecz. Czytam:

 

„Witaj,

Czy miewasz myśli o możliwości śledzenia swoich znajomych ?
Chcesz przechwytywać SMSy swojego partnera ?
Zastanawiasz się co robi Twoje dziecko ?

To wszystko jest możliwe dzięki SzpiegSMS !

Podaj numer osoby, którą chcesz szpiegować i otrzymaj przechwycone SMSy na twój telefon!

Dzięki dostępowi do innowacyjnych technologii mobilnych jesteśmy w stanie przechwycić wiadomości z każdego numeru telefonicznego”.

 

Nie będzie wielkim nadużyciem jeśli napiszę, że jesteśmy na każdym kroku szpiegowani, podglądani, inwigilowani, czy sprawdzani. I nie ma z tym nic wspólnego moja wyobraźnia, bo tezę tę  potwierdza choćby otrzymana wiadomość, ale nie tylko. Wspomnę jeszcze  o wszechobecnym monitoringu, czy zbieraniu przez różne organy państwa informacji na temat naszego pochodzenia rasowego, preferencji seksualnych, poglądów politycznych, wyznania, a nawet informacji genetycznych, nałogów oraz stanu zdrowia. Naszymi danymi (zdobytymi w różnoraki sposób) dysponują właściwie już wszystkie instytucje, a od czasu łatwego dostępu do urządzeń szpiegujących rodem z filmów o Bondzie, sami zabawiamy się w „oko wielkiego brata”.

 

Z przeprowadzonych w ubiegłym roku badań wynika, że aż 45% Polaków przyznaje się, że przegląda SMS'y oraz maile swoich partnerów. Jedni otwarcie przyznają się do szpiegowania, inni zaś wolą nazywać te czynności nadzorowaniem, bądź zapobieganiem „pewnych” sytuacji. Jeszcze innym samo przeglądanie nie wystarcza. Kupują więc mirokamery, dyktafony, urządzenia namierzające zamontowane w długopisie, breloczku czy innych przedmiotach tzw. codziennego użytku. Jeśli dorzucimy do tego jeszcze całą gamę programów tzw. szpiegów komputerowych, „dyskretnych w działaniu oraz prostych w obsłudze i instalacji” jawi nam się obraz społeczeństwa nieufnego, podejrzliwego, czy zwyczajnie wścibskiego.

 

Oczywiście generalizuję, bo nie wierzę, że każdy z nas ma takie zapędy. Niemniej w pewnych sytuacjach ludzie bez skrupułów sięgają po tego rodzaju zdobycze techniki. Jak wszystko co wiąże się z rozwojem techniki, ma to swoje złe i dobre strony. Do złych można zaliczyć wchodzenie z butami w nasze życie osobiste bez uwzględnienia tego, czy wyrażamy na to zgodę, czy też nie. Dobrych też znalazłoby się kilka, choćby „nakrywanie” na gorącym uczynku złego traktowania dzieci w żłobku, przedszkolu, czy też przez zatrudnione przez nas opiekunki, którym płacimy za właściwe opiekowanie się naszymi dziećmi. Kilka takich filmików widziałam w necie i włos się jeży na głowie…

 

Pewnie jak zawsze punkt widzenia zależy od punktu siedzenia. Należę do tych, którzy nie szpiegują i nie chcą być szpiegowani, ale zupełnie inne zdanie mogą mieć nadopiekuńczy rodzice, zazdrośni kochankowie i małżonkowie, czy podejrzliwi pracodawcy…

 

Ps. A propos szpiegowania z powodu podejrzenia o zdradę. Rzecz miała miejsce pod koniec lat 70-tych, zimą. Jedna z moich znajomych zwróciła się do mnie z niecodzienną prośbą. Poprosiła mnie, żebym pożyczyła jej na całe popołudnie… swój zimowy płaszcz. Powiedziałam, że nie ma sprawy, niemniej ciekawość mnie zżerała jak nie wiem co:) Zapytałam wprost, po co jej mój płaszcz. Odpowiedziała, że potrzebuje się zamaskować podczas szpiegowania męża. Podejrzewała go o to, że miał kogoś na boku i postanowiła go śledzić. Po kilku miesiącach doszły mnie słuchy, że znajoma rozwodzi się. Powodem było nagminne zdradzanie jej przez męża. Nie wiem na ile przyczynił się do odkrycia tej prawdy mój płaszcz, ale gdyby z taką prośbą zwróciła się teraz, pomimo mojej awersji do inwigilacji, poleciłabym zakup któregoś z urządzeń szpiegujących:)



komentarze (35) | dodaj komentarz

Czuję się dyskryminowana

czwartek, 14 marca 2013 22:10

 

Na wsi umiera babcia. Przy łożu śmierci zbiera się cała rodzina. Starsza Pani ostatkiem sił otwiera usta:

- Zapisałam wam cały swój majątek – willę, traktory, kombajny, krowy, świnie oraz 20 milionów dolarów w gotówce.

Rodzina w szoku. Krew się zagotowała, wizje upojnej przyszłości nadpłynęły. Tylko skąd taka fortuna? Dom lichy, raptem dwie kozy brykają na podwórku. Może całe życie oszczędzała po kryjomu? Najstarsza wnuczka podchodzi do umierającej kobiety i pyta:

- Wow! Babciu to wspaniale! Ale gdzie babcia ma to wszystko?

- Jak to gdzie? Na fejsbuku…!:-]

 

Nie mam konta na fejsbuku i dość mocno zapieram się przed założeniem. Dlaczego nie mam? Z kilku powodów, ale główny powód to brak czasu. Praca, różne pasje i zainteresowania, pisanie bloga, a właściwie dwóch blogów, czy czytanie zaprzyjaźnionych blogów  pochłaniają dużo czasu.  Ale od jakiegoś czasu z powodu braku owego konta   czuję się dyskryminowana. Poważnie. 

 

Niedawno chciałam wysłać zdjęcia na konkurs. Okazało się, że bez konta na fejsbuku  nie mam prawa uczestniczyć w konkursie. Kolejna sprawa. Nie będąc właścicielkom konta na fb, nie  mogę komentować mojej ulubionej stronki netowej. A zdarza się, że krew mi się zagotuje i powstawiałabym co nieco niektórym politykom, czy innym takim.   Trudno też nie zauważyć, że  wszystkie bez wyjątku media mają na swoich portalach nachalne odnośniki do tego serwisu.  Nie mogę też komentować kilku wyjątkowo ciekawych blogów. Nie masz konta – won!  No i jeszcze ta mina znajomych kiedy na ich tekst: „wrzucę ci na fejsa” odpowiadam – nie mam konta na fejsie.  Patrzą na mnie jak na jakiegoś wyrzutka społecznego.

 

 Patrząc na to wszystko z boku, widzę jak z dnia na dzień coraz większe obszary społeczności internetowej przykrywa niebieska sieć fejsbuka ze swoimi wszechobecnymi lajkami.  Póki co trzymam się, nie daję się złamać, nie poddaję się terrorowi ,ale jak długo, nie wiem.



komentarze (38) | dodaj komentarz

Za co/dlaczego dostaje się kwiaty:)

wtorek, 12 marca 2013 18:30

Lubię  otrzymywać kwiaty. Też mi odkrywcze wyznanie, chyba każda kobieta lubi, prawda? Dzisiaj ktoś przyniósł mi do pracy bukiet kwiatów. Nalałam do wazonu wodę i wstawiłam kwiaty. Po chwili podeszła koleżanka zapytać z jakiej to niby okazji. A tak bez okazji… - powiedziałam. A potem jeszcze kilka razy ktoś zapytał o ten bukiet. Wtedy przypomniała mi się historyjka, która wydarzyła się prawie trzy lata temu . Pracowałam w tej samej firmie, ale w innym że tak powiem obiekcie.

 

Rzecz działa się wczesną wiosną. Około południa wyszłam na dwór na papieroska. W drzwiach budynku natknęłam się na posłańca poczty kwiatowej. W ręce trzymał ogromny wiklinowy kosz wypełniony cudną kompozycją kwiatową. Zapytał w którym pokoju znajdzie... i tu padło imię i nazwisko dziewczyny, która pracowała u nas niecały rok. Ktoś zrobił piękny gest - pomyślałam. Po wypaleniu papierosa wróciłam do budynku, a tam już się działo, oj działo! Nie wiedziałam, że kosz kwiatów może wywołać tyle emocji, rozważań, domniemywań i innych „ań". Te emocje nie tyczyły się samej zainteresowanej. Ta postawiła kosz w kącie pokoju, a następnie podjęła przerwaną na chwilę pracę. Ale nie pracownicy! Im daleko było do myślenia o robocie. Przecież trzeba się dowiedzieć - kto, za co, dlaczego i takie tam. Samej zainteresowanej nikt nie zapytał. Zresztą pewnie nawet jak by zapytał, to i tak niewiele by się dowiedział. Dziewczyna nie należy bowiem do kategorii ludzi lubiących się uzewnętrzniać. Oprócz tego, że jest młodą mężatką i ma małe dziecko, niewiele o sobie mówiła.

 

Wracając do tego „dziania się" to współpracownicy prędko wykluczyli dwie okazje na ofiarowanie kwiatów - imieniny i urodziny. Imieniny dlatego, że obchodziła je pół roku temu. A w sprawie urodzin zadzwoniono nawet do kadr (!) z prośbą o podanie dnia i miesiąca urodzenia się „podejrzanej". Dwie opcje zostały wykluczone, utworzono więc listę powodów otrzymania kwiatów:

 

- Mąż coś przeskrobał i wysłał kwiaty na przeprosiny.

- Dostała kwiaty od kochanka (teraz te młode to wiadomo, o domu nie myślą tylko za chłopami latają).

- Spodobała się jakiemuś klientowi (ubierze się taka do roboty jak na dyskotekę i tylko szczuje).

- Ktoś jej tymi kwiatami podziękował  (te młode to mają dobrze, a człowiek tu żyły wypruwa...). 

 

W pracy wrzało jak w ulu. Każdy obstawał przy swoim „powodzie". Po kilku godzinach naród się uspokoił i wziął się za pracę.


Następnego dnia sprawa się wyjaśniła. Jedna z koleżanek z biura wpadła na „genialny” pomysł i zapytała wprost – z jakiej okazji były te kwiaty? Okazało się, że w przedszkolu, do którego chodzi synek dziewczyny była tego dnia jakaś uroczystość i rodzice składali się na kwiaty dla dyrektorki. Dziewczyna należała do rady rodziców (czy coś koło tego), zamówiła więc kwiaty i poprosiła żeby przywieźli je do pracy. Po pracy nie zdążyłaby odebrać.

No tej wersji nikt nie przewidział:-D



komentarze (21) | dodaj komentarz

Zaczęłam od Bacha, a potem było Goło i wesoło:)

niedziela, 10 marca 2013 20:03

Zac znij od Bacha♫♫♫ - śpiewał Wodecki, toteż zaczęłam swój weekend do Bacha:) W naszej Filharmonii w ramach programu festiwalu „ Dni Muzyki nad Odrą” odbył się koncert zatytułowany „Bach i Synowie”. A z Bachem zmierzyła się Orkiestra Kameralna Konserwatorium Piotra Czajkowskiego w Moskwie pod dyrekcją Marcina Sompolińskiego. Nie jestem jakoś szczególnie wyrobionym melomanem ot, lubię czasami posłuchać, a muzyka Bacha wydawała mi się zawsze taka „ciężka”, smutna, trudna, wręcz przygniatająca.

 

Teraz wiem dlaczego. Bo nie słyszałam jej w wykonaniu młodziutkich kameralistów z Moskwy:) Oni bowiem sprawili, że diametralnie zmieniłam zdanie. Muzyka Bacha jest piękna, lekka, przejmująca, po prostu anielska:) W piątkowy wieczór wysłuchałam między innymi IV Symfonię A-dur na smyczki,  III Koncert Brandenburski G-dur, Suitę nr 2 h-moll oraz  Symfonię F-dur.

 

Niezapomniane przeżycia artystyczne. A kiedy na scenę weszła flecistka Olga Zmanovskaya i zaczęła grać suitę nr 2 ha-moll po prostu „odpłynęłam” . Wcale nie będzie przesadą, kiedy napiszę, że na ten moment instrument w rękach solistki zamienił się w zaczarowany flet:)

 

Nie do przecenienia była również rola dyrygenta, profesora, wykładowcy Akademii Muzycznej w Poznaniu Marcina Sompolińskiego. Bez zbędnej ekspresji pięknie zapanował nad orkiestrą i bezbłędnie poprowadził przez niuanse bachowskich kompozycji.

 

Jak już jesteśmy przy dyrygenckim pulpicie, dodam, że 5 kwietnia szykuje się nie lada gratka dla melomanów. Orkiestra Filharmonii Gorzowskiej wykona  bowiem pod batutą  największego współczesnego polskiego kompozytora Maestro Krzysztofa Pendereckiego, jego dwa dzieła: Agnus Deioraz  Koncert podwójny na skrzypce i altówkę. Zespół zagra również Symfonię nr 7 d-moll op. 70 Dvoraka.

 

A t eraz niedziela. Od jakiegoś czasu dochodziły mnie słuchy, że w naszym teatrze ma być wystawiana sztuka Stephena Sinclaire'a i Anthony McCartena pt. Goło i wesoło. Z góry sobie odpuściłam – 95 zł za bilet to jak dla mnie strasznie dużo!  No niestety takie są ceny biletów kiedy na naszej scenie goszczą znani aktorzy. I nieważne, czy są to aktorzy z najwyższej półki, czy też „gwiazdy” jakiegoś podrzędnego serialu, liczy się bądź nazwisko, bądź tzw. rozpoznawalność.

 

Fakt, że sobie odpuściłam, nie oznacza, że nie było mi żal. Ucieszyłam się więc kiedy na portalu, na którym też czasami coś tam piszę ogłoszono konkurs – zabawę, a nagrodą były wejściówki na „Goło i wesoło” właśnie. Nie wdając się w szczegóły -  stałam się szczęśliwą posiadaczką wejściówki na spektakl:)

 

Zatem w niedzielne popołudnie zasiadłam na widowni teatru, by obejrzeć jak Radosław Pazura, Mirosław Zbrojewicz, Tomasz Sapryk, Jacek Lenartowicz, Henryk Gołębiewski, Maciej Mikołajczyk i Jacek Kopczyński – pod okiem Olgi Borys, radzą sobie z … profesjonalnym striptizem:)

 

Spektakl opowiada historię kilku bezrobotnych, którzy wpadają na pomysł, aby założyć grupę striptizerów o nazwie "Napalone Nosorożce". Przez cały spektakl widzowie oglądają jak bezrobotni próbują opanować trudną sztukę publicznego rozbierania się, początkowo w swoim gronie, następnie podczas przesłuchania w nocnym klubie. Przesłuchanie wypada fatalnie. Menager striptizerów wynajmuje więc byłą tancerkę Wandę, aby udzieliła im kilku lekcji.. Bohaterowie przechodzą metamorfozę i w finale rozbierają się z taką swobodą, jakby robili to od urodzenia.

 

Czy podobała mi się sztuka? Tak sobie… Czytając te wszystkie entuzjastyczne recenzje liczyłam na więcej. Pierwsza część bardzo dynamiczna, druga ciągnęła się w nieskończoność i chwilami miałam wrażenie, że obie strony - aktorzy i publika trochę "na siłę" starają się by było śmiesznie. Na słowa uznania zasługuje natomiast scena finałowa. W dużej mierze przyczynił się do tego Radosław Pazura, który przebrany za kobietę, nawiązuje kontakt z widownią, opowiada sprośne dowcipy, po prostu jest zabawny:)

W wypełnionej po brzegi widowni przeważały kobiety. Podczas całego spektaklu słychać było głośne śmiechy oraz brawa po zakończeniu każdej kwestii. Czyli ogólnie podobało się:)

 

Fot. materiały Prasowe

 



komentarze (26) | dodaj komentarz

Mewy:)

piątek, 08 marca 2013 17:34

Fragment gorzowskiego Bulwaru nad Wartą upodobały sobie krzykliwe mewy.  Wybrałam się z aparatem na  bezkrwawe polowanie. Takie sobie niby zwykłe mewy, a niektóre zachowania powiedziałabym wręcz ludzkie:) Wrzeszczały, kłóciły się, trącały dziobami, a potem godziły. Nie daj Boże jak pojawił się obcy osobnik dajmy na to gawron. Długo nie zagrzał miejsca w mewim stadzie, wojownicze mewy natychmiast obcego przepędzały.

 

Gorzowskie stadko można podzielić na kilka kategorii i bynajmniej nie chodzi tu o kategorie gatunkowe:) Mamy zatem mewy księżniczki, które tak się puszyły, że mało nie pękły. A ich wzrok mówił – patrz Krychna i podziwiaj jakie jesteśmy nieskazitelnie piękne. Jeśli są księżniczki muszą być służące, inaczej podlizajki. Te z kolei nie odrywają wzroku od księżniczek, podziwiają, uśmiechają się (naprawdę), ustępują swoje miejsce na barierkach i pilnują żeby przypadkiem jakiejś mewie nie przyszło do głowy zbliżyć się za bardzo do księżniczki.  W stadku znalazłam też kilka mew z adhd, za którymi mój wzrok, ani aparat nie nadążał, oraz kilka osobników do cna zblazowanych, które z wielką obojętnością, a zarazem wyższością przyglądały się całemu stadku. Co ja piszę – przyglądały, one raczyły zaledwie rzucić okiem od czasu do czasu.

 

Podglądanie ptaków to niesamowicie pasjonujące zajęcie. I nieważny jaki gatunek ptaków. Wszystkie są wyjątkowe, a ich zachowania nie odbiegają daleko od ludzkich zachowań:) W wolnej chwili mam zamiar ponownie złożyć wizytę gorzowskim mewom. Jednak poczekam aż troszkę się ociepli.  Podczas mojej ostatniej wizyty zapomniałam, że na dworze jest temperatura w granicach zera stopni. W każdym razie, chyba po trzech godzinach pstrykania, moje paluchy prawie przymarzły do aparatu. Dopiero po powrocie do rzeczywistości poczułam, że zmarzły mi stopy, że oczy łzawią, a kręgosłup krzyczał – cóżem ci kobieto uczynił, że tak mnie olewasz:-o

 

 

 

 

 

 

 

 



komentarze (19) | dodaj komentarz

Naciąganie emeryta, czyli mojej mamy

wtorek, 05 marca 2013 18:32

Kilka lat temu do mojej mamy zadzwoniła pani i niesamowicie miłym głosem zaprosiła na prezentację jakiś produktów. Poprosiła o podanie adresu w celu przesłania imiennego zaproszenia. Dodała jeszcze, że każdy z uczestników spotkania otrzyma wartościowy upominek.  Chyba dalej nie muszę pisać, bo tego rodzaju historie każdy zna, mechanizm jest zawsze ten sam. I tylko od asertywności osobnika zależy czy da się wciągnąć w tę grę, czy też nie. Moja mama dała się…

 

Sprawa wydała się zupełnie przypadkiem, podczas rozmowy o zakupie lodówki. Stara się mamie popsuła i zamierzała kupić  nową. Zaproponowałam, żeby wzięła na raty. Wtedy mama rozpłakała się i powiedziała, że nie może wziąć, bo nie będzie miała z czego spłacać. Zdziwiłam się. Wprawdzie mamie się nie przelewa, ale z tego co często powtarzała wynikało, że  emerytura starcza jej na życie, opłaty i leki. Jak sama mówiła, odkłada jeszcze grosz na tzw. czarną godzinę.  Wzięłam mamę „w obroty” i okazało się, że na tym spotkaniu poczyniła zakup na kwotę blisko 4 tys. zł!  Podpisała umowę, która okazała się być umową z bankiem.

 

Co kupiła? Ano komplet pościeli  z owczej wełny oraz „światełko, które leczy”. To światełko wyglądało jak mała lutownica, a miało ponoć czarodziejską moc. Można było tym wyleczyć wszystko, począwszy od hemoroidów, skończywszy na raku.  Mama miała za te cuda płacić w ratach, po 250 zł miesięcznie. Zanim się o tym dowiedziałam 3 raty już wpłaciła. Oj co ja się miałam… Podjęłam działania, żeby okręcić sprawę, ale łatwo nie było. Głównie dlatego, że tej firmy, od której dokonała zakupu już nie było. Szukaj wiatru w polu. Zawzięłam się. Nie będę opisywać szczegółów, ale po 3 miesiącach sprawa była załatwiona. Odnalazłam firmę, które dalej prowadziła sprzedaż tyle że pod inną nazwą i w innym mieście. Odesłałam towar i umowa z bankiem została anulowana. Oczywiście nikt nie zwrócił mamie tych 3 rat, które wpłaciła. Jak już było po wszystkim, mama wyściskała mnie i z płaczem oznajmiła, że nigdy, przenigdy więcej!

 

Byłam w stanie zrozumieć mamę. Sama uczestniczyłam w takim spotkaniu i wiem ile potrzeba samozaparcia i niesamowitej asertywności, żeby nie dać się wkręcić w zakup towaru, który w gruncie rzeczy jest nam zupełnie niepotrzebny. Opisałam  to zresztą na blogu tutaj:

http://rodorek.bloog.pl/id,328523051,title,Zapraszam-pania-na-prezentacje-nowego-produktu,index.html

 

Miesiąc temu ponownie rozmowa z mamą zeszła na finanse. Pokazała mi ulotkę jakiegoś „magicznego” leku, który można zakupić przez internet. Poprosiła żebym sprawdziła czy można kupić go na raty  i pomogła w zakupie.  Czemu na raty? Bo lek trzeba brać pół roku, a miesięczny koszt wynosi 250 zł. Mama wymyśliła sobie, że zakupi od razu na pół roku i zapłaci w ratach. Próbowałam mamie to wyperswadować, ale nie dało się.  Zaproponowałam więc, żeby pierwszą miesięczną dawkę kupiła za gotówkę , a po miesiącu oceniła na ile jej stan zdrowia poprawił się. Wtedy zastanowimy się co dalej. A mama na to w bek! Mówi, że w przyszłym miesiącu nie będzie mogła kupić za gotówkę, bo musi oddać sąsiadce 300 zł (!?)  No nieeee…

 

Wiła się… kręciła, stękała, marudziła, ale w końcu wydusiłam z niej w czym rzecz. Te 300 zł potrzebowała na… taksówkę do Poznania i z powrotem! Po co do Poznania? Ano historia się powtórzyła. Poszła z koleżanką na prezentację produktów. Na koniec, koleżanka mamy ciągnęła ją do domu, ale mama „jakby wrosła w krzesło”. Podobno nie miała siły wstać, a „coś” jej mówiło, że musi to mieć. No i co zrobiła? Oczywiście zakupiła towar, jak sama mówi na 3 tys. zł. To była jakaś chyba czarodziejska pościel, bo ponoć nie czuje się jej na sobie, a ma działanie lecznicze, tzn. leczniczo ogrzewa. Po prostu cyrk!

 

Mama podpisała umowę, a towar dostarczono mamie zaraz następnego dnia.  Jak już na spokojnie zobaczyła co też zakupiła , zrozumiała jaki popełniła błąd. Podobno całą noc płakała, a rano poleciała do syna tej koleżanki, z którą była na pokazie. Syn jest taksówkarzem. Znam go dobrze, chodziłam z nim do jednej klasy.  Opowiedziała mu wszystko jak na spowiedzi i poprosiła żeby zawiózł ją taksówką do Poznania. W Poznaniu bowiem mieści się główna siedziba  firmy, od której kupiła towar.  Powiedziała, że chce oddać towar. Taksówkarz, powiedzmy M. wiedział, że łatwo nie będzie. Wziął więc do pomocy  swojego kolegę, prawnika. Żeby za bardzo się nie rozpisywać, napiszę tylko, że sprawę załatwili pomyślnie. Firma towar przyjęła, a umowę anulowano. Sprawdziłam, naprawdę została anulowana!

 

Ale to jeszcze nie koniec historii. Okazało się, że mama owszem powiedziała mi prawdę, ale nie do końca… Dzisiaj w pracy spotkałam M. Sama go zagadałam o ten wyjazd.  Nie za bardzo chciał mówić, bo mama prosiła go o dyskrecję. Jednak kiedy dowiedział się, że mama sama opowiedziała mi o tym wyjeździe, język mu się „rozplątał”.  I wiecie co? Te mamine gadanie o pościeli to część prawdy, bo prawda jest taka, że mama oprócz tej pościeli zafundowała sobie jeszcze „zaczarowany” odkurzacz, leczniczy fotel , 2 koce z wielbłąda i jakiś czajnik z wbudowanym filtrem wody. A wszystko na kwotę 9 tys. zł!!! Gdyby jej nie przyjęli tego towaru musiałaby to wszystko spłacać ponad 3 lata!

 

Ręce opadają razem ze spodniami.  Teraz już wiem, że żadne  przestrogi nie pomogą. W każdej chwili można się spodziewać, że mama ponownie weźmie udział w tym teatrzyku ludzkiej naiwności, a potem powie, że „jakby wrosła w krzesło” i „coś” jej powiedziało, że musi to mieć. Nie wiem co mogłabym jeszcze zrobić, by uchronić mamę przed naciągaczami. Przecież rozmawiam z nią, tłumaczę, okazuję ciągłe zainteresowanie jej życiem, stanem zdrowia, często odwiedzam. Najprościej położyć wszystko na karb wieku (za kilka dni skończy 80 lat), ale ta mamy koleżanka jest o 2 lata starsza i nigdy nie dała się naciągnąć na żaden zakup na prezentacjach, a bywa tam często.  Mam więc teraz zagwozdkę i niepokój we mnie wielki…



komentarze (41) | dodaj komentarz

Jest taki ksiądz...

niedziela, 03 marca 2013 22:34

Kilka dn i temu, wracając spacerkiem od mamy spotkałam młodego księdza, który szedł z komunikantami do chorych parafian.  Może to się wydać dziwne, ale nie wiedziałam jak się zachować. I nie tylko z powodu moich ciągłych poszukiwań, które mają sprawić, że w kwestii wiary kiedyś  być może określę siebie tak do końca. Ale też z powodu wspomnień. Pamiętam, że kiedyś jak szedł ulicą ksiądz z komunikantami dorośli i dzieci klękali na ulicy dopóki ksiądz nie przeszedł dalej. Nie wiem czy teraz ludzie jeszcze klękają, natomiast widziałam jak stawiają znak krzyża.

 

Chyba wyglądałam na z lekka zdezorientowaną, bo ksiądz uśmiechnął się do mnie i pozdrowił:  „Szczęść Boże”. Odpowiedziałam tym samym.  Ksiądz był bardzo sympatyczny, a do tego rozmowny. Przystanął i chwilę pogawędziliśmy. O czym? Ano o abdykacji papieża i o przyszłym konklawe, czy też o tym, że młodzi nie garną się do kościoła. I tu usłyszałam taką teorię. Ksiądz ma nadzieję, że papieżem nie zostanie jakiś radykał.  Uważa on bowiem, że w kościele potrzebne są zmiany, a przede wszystkim oczyszczenie kościoła z ludzi, którzy  w imię źle pojętej solidarności  czynią wiele złego dla kościoła. Nie dopytywałam o kim mówi, przecież łatwo się domyśleć.  Wspomniał też o uciszaniu księży, którzy mają coś ważnego do powiedzenia, tyle że to „ważne” nie zawsze pokrywa się z polityką kościelnych hierarchów i dlatego księża ci są uciszani, albo degradowani.  Skoro ksiądz sam poruszył ten temat, nie omieszkałam zapytać co sądzi o moim idolu, księdzu Wojciechu Lemańskim.  No cóż – sądzi to samo co ja:) Oj, jak fajnie mi się rozmawiało… miałam jeszcze tyle pytań, tyle tematów chciałam poruszyć. Ale ksiądz powiedział, że jest już trochę spóźniony, że chorzy czekają…

 

Podobno nic nie dzieje się bez przyczyny. Być może „Ktoś” postawił tego księdza na mojej drodze , podobnie jak  postawił księdza Wojciecha Lemańskiego:)  Od jakiegoś czasu czytam blog księdza Lemańskiego. Przyznaję, że nie mogę się doczekać każdego kolejnego wpisu. Jeśli już pojawia się, czytam po kilka razy. Ksiądz porusza na swoim blogu wiele drażliwych kwestii. Pisze odważnie o problemach Kościoła w Polsce, ale nie tylko.  Niedawno przepraszał za  księdza, który „widzi bruzdy u dzieci urodzonych z In vitro”. Innym razem, już nie na blogu upomina:

„Może Kościół zacznie przemawiać do wiernych innym językiem, nie roszczeniowym, jurydycznym, tylko językiem Ewangelii. Wówczas Kościół może się nawet rozwinąć. Nie trzeba nic wielkiego, tylko szanować ludzi. Szacunku dla człowieka, dla jego godności, jego wolności, jego słabości i uzdolnień może nauczyć się każdy”.

 

Mam nadzieję, że  żaden z hierarchów kościelnych nie nałoży na ks. Lemańskiego zakazu wypowiadania się publicznie na ważne tematy. Kościół w Polsce zdecydowanie nie lubi księży myślących, postępowych, tzw.  niepokornych dusz  które mają swoje zdanie na wiele tematów i często  zdanie owo nie pokrywa z doktryną KK.

 

A swoją drogą gdyby się już tak stało, gdyby Lemański otrzymał zakaz wypowiadania się publicznie, nie byłaby to pierwsza kara nałożona na księdza Lemańskiego. Przypomnę, że  w 2006r. abp S. L. Głódź przeniósł go z Otwocka na stanowisko proboszcza wiejskiej parafii Narodzenia Pańskiego w Jasienicy. Natomiast  w ubiegłym roku ordynariusz diecezji warszawsko-praskiej abp Henryk Hoser SAC pozbawił  Lemańskiego (bez podania przyczyn) prawa nauczania  lekcji religii w szkole.

 

I na koniec jeszcze coś. Kiedy ukazują się jakieś newsy dnia, które komentuje Kościół, dziennikarze, wszelkiej maści publicyści, politycy z prawa, czy lewa - ja zawsze spokojnie czekam na nowy wpis na blogu Lemańskiego.  Wiem, że odnajdę tam rzetelną ocenę owego newsa, spokój i rozsądek, którego ostatnio tak wielu brakuje. To się chyba nazywa autorytet, prawda?

 

Link do bloga księdza Wojciecha Lemańskiego.  Gorąco polecam!

http://wojciechlemanski.natemat.pl/

 

Ksiądz Wojciech Lemański jest kapłanem od 1987 roku. Przez siedem lat pracował na Białorusi. Po powrocie został proboszczem parafii w Otwocku. Od początku zaangażował się w sprawy upamiętnienia polskich Żydów. Był jednym z niewielu kapłanów, który zabrał głos w sprawie Jedwabnego. Współtworzył Społeczny Komitet Pamięci Żydów Otwockich i Karczewskich. Jest też członkiem Polskiej Rady Chrześcijan i Żydów.



komentarze (33) | dodaj komentarz

Czy fotografowanie wróbli może być niebezpieczne? To zależy…

piątek, 01 marca 2013 20:02

 

Wzięłam dwa dni urlopu. Nazbierało się wiele spraw do załatwienia, których nie można załatwić w godzinach popołudniowych. Wyruszając z domu oczywiście zabrałam ze sobą aparat, tak na wszelki wypadek:)  Na jednej z ulic biegnącej wzdłuż Warty, na poboczu drogi, pomiędzy dwoma zaparkowanymi samochodami zobaczyłam wróble grzebiące w piasku. Oj wiosna coraz bliżej – pomyślałam. Wyjęłam aparat, naciągnęłam zoom i pstryknęłam kilka zdjęć. Już odchodziłam, kiedy usłyszałam zachrypnięty męski głos:

- Pani z tym aparatem poczeka!

Odwróciłam się. Przez ulicę biegł w moim kierunku facet. Dodam „wczorajszy”, a może nawet z lekka „dzisiejszy” facet.  Kiedy już przy mnie stanął, groźną chrypą zapytał:

- A kto pani pozwolił fotografować mój samochód i moje tablice rejestracyjne? Kim pani w ogóle jest i po co pani te zdjęcia? Kupi sobie taka aparat i myśli, że jej wszystko wolno. Pani da ten aparat – rozkazał.

No maszszsz, ale numer! W tylu różnych (nie zawsze bezpiecznych) miejscach robiłam zdjęcia, a tu kurna na wróblach poległam – pomyślałam. Niedoczekanie! Aparatu nie dam i tyle! Już miałam wyjaśnić co było obiektem mojego zainteresowania, kiedy z pobliskiej bramy, w której stało dwóch facetów doleciała do mnie głos:

- Heniek! Nie patyczkuj się, zabieraj paniusi aparat! Nie będzie byle kto twojemu autku zdjęcia robił!

Zaczynało robić się niebezpiecznie. Z jednym dałabym sobie radę, ale z trzema…?

 

Tylko spokojnie, Krychna – pomyślałam. Nie z takich opresji wychodziłaś cało, dasz radę. Spojrzałam na faceta przeciągłym wzrokiem, z repertuaru uśmiechów wybrałam uśmiech nr 2 i słodziutkim głosem zaszczebiotałam:

- Chce pan zobaczyć co fotografowałam? E tam, po co ja w ogóle się pytam. Jestem przekonana, że pan chce! Proszę chwilkę poczekać, zaraz włączę aparat i pokaże panu zapisane zdjęcia…

No i pokazałam te nieszczęsne wróble. Tyle, że facet jedynie rzucił okiem na ekran aparatu, za to intensywnie zaczął się mi przyglądać.

Chyba przesadziłam z tym uśmiechem nr 2, trzeba mi było wybrać mniej czarujący, choćby  nr 6, a najlepiej nr 8.  - przeleciało i przez myśl. Za późno, facet stał i gapił się na mnie jak sroka w kość. W pewnej chwili zakrzyknął: A ja panią znam!!! Zabrzmiało to tak, jak musiało zabrzmieć kiedy Archimedes wykrzykiwał swoje „Eureka!”  No i teraz kolejna zagwozdka, co będzie dla mnie korzystniejsze:

 

Trzepnięcie faceta w ramię i oświadczenie radosnym głosem: Stary, kopę lat! Że też od razu Cię nie poznałam.

Czy

Ależ skąd! Pewnie mnie pan z kimś pomylił. Uroda moja że tak powiem nienachlana, a nawet pospolita. Siłą rzeczy wiele do  mnie  podobnych chodzi po tym świecie. Łatwo się pomylić.

 

Jedna wersja i druga miała swoje plusy i minusy. Nie pozostawało nic innego tylko czekać. Długo nie czekałam, facet aż się palił, żeby powiedzieć skąd się znamy:

- Ja panią znam – powtórzył. W ubiegłym roku na wiosnę łowiłem ryby nad Wartą, a pani robiła mi zdjęcia!

- Ja…..? Ależ skąd, w życiu! Mówiłam, że uroda pospolita, to o pomyłkę nietrudno.

- Krótką ma pani pamięć. To była pani. Nawet zrobiła pani zdjęcie rybce, którą złowiłem, a potem z powodu niewymiarowości wrzuciłem z powrotem do rzeki. Pogadaliśmy, a potem pani poszła robić zdjęcia baziom.

Jak powiedział o tej rybce, natychmiast sobie przypomniałam. Omiotłam swoją pamięć w celu sprawdzenia, czy spotkanie nad Wartą nie miało żadnych zgrzytów. Nie miało. Uff!

- No to teraz pani pokaże te wróbelki. Ładne zdjęcia… A pani tak chodzi sobie po mieście i zdjęcia robi? Na jaką wystawę może?

- Nieee… nie na wystawę, ot tak dla siebie.

- Że też nie szkoda pani czasu. Patrz pani, niby słońce a ziębi troszkę. Nie napiłaby się pani z nami winka? Dobre, domowe, kolega sam pędzi.

- Może innym razem. Spieszę się. To co mogę już iść?

- Pewnie, że pani może. Głupie pytanie, trzyma panią ktoś na siłę, czy co?

 

...a to rybka o której pan wspominał:)

 



komentarze (33) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 24 sierpnia 2017