Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 285 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« marzec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930
31      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5156259
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32249
Bloog istnieje od: 2781 dni

Horoskop

Wodnik

Dzisiaj możesz liczyć na przychylność gwiazd. Zapowiada się, że twój trudny czas kończy się i wszystko zaczniesz od początku.

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Jak u Pana Boga na… Zapiecku:)

piątek, 28 marca 2014 9:15

s_on 027.jpg

 

Wiele w życiu popełniłam rzeczy głupich, ale i mądrych w swoim dążeniu do wewnętrznej wolności. Czy się udało? No nie… Jedynie w czasach wczesnej młodości, wtedy kiedy szwendałam się z polskimi hipisami posmakowałam tego stanu. A potem życie narzuciło mi wiele ról, które nie pozwalały wyrwać się tak do końca. Poza tym co to znaczy wyrwać się tak do końca? Porzucić pracę i robić całą sobą to, co uszczęśliwia? Niemożliwe, bo wszak rodzina, praca zawodowa i codzienna walka o moją małą stabilizację. Kiedyś często powtarzałam że jak tylko przejdę na emeryturkę kupię sobie konia, strzelbę i pojadę gdzieś w Bieszczady:) Gadanie jedno, a wykonanie tego zamiaru to zupełnie coś innego. Pewnie, że nie pojadą, bo… to, tamto, i jeszcze co innego. Niemniej fajnie jest czasami pomarzyć sobie… nawet jeśli te marzenia nigdy się nie spełnią.

 

Andrzej Szmal swoje marzenia spełnił. Oto przez ponad trzy godziny w Klubie na Zapiecku miałam przed sobą człowieka, który poprzez realizację swoich marzeń, uzyskał najwyższy stopień wewnętrznej wolności. Dla mnie pozostaje kwintesencją tej wolności…

 

Andrzej Szmal to fotograf, poeta i śpiewak, który ukochał sobie Laponię. Tam też żyje i tworzy już ponad dwadzieścia lat.

Pytany dlaczego upodobał sobie nieskalaną przyrodę z północy Szwecji, odpowiada: „Tylko w takich miejscach, arkach porządku natury, odczuwam niekiedy spokój płynący z pogodnej akceptacji otoczenia, radość czytania krajobrazu, gdzie wszystko jest na swoim miejscu, wszystko na niebie i ziemi takie, jakie ma być”.

 

Nie było mi dane obejrzeć artystycznych fotografii pana Andrzeja. Opowiadał o codziennym życiu na północnych krańcach Szwecji, o liczeniu ptaków, o historii tego kawałka ziemi, o krajobrazach, porach roku, i wielu innych sprawach związanych z Laponią. A opowiadał tak zajmująco, że nie starczyło już czasu na zaprezentowanie twórczości artystycznej gościa. Owszem, wysłuchaliśmy kilku haiku, ale to stanowczo za mało:) Duże wrażenie zrobiły na mnie odśpiewane przez pana Andrzeja ludowe lapońskie pieśni tzw. joiki. Ależ one brzmiały! Umiejętność joikowania jest ważnym elementem lapońskiej tożsamości kulturowej. Istnieją joiki z zamierzchłych czasów, sprzed czasów chrześcijańskich, wciąż mogą jednak powstawać nowe, przychodzić do śpiewającego, na co on sam nie ma dużego wpływu. Śpiew ten jest bowiem przejawem magii, obecnej w życiu Lapończyków na każdym kroku.

 

Spotkanie z Andrzejem Szmalem pozostawiło we mnie wielki niedosyt. Chciałabym poznać artystyczną stronę życia tego niezwykłego człowieka. Dlatego mam cichą nadzieję, że kiedyś ponownie zawita na gorzowski Zapiecek:) A ten niedosyt umiejętnie podsycił Andrzej Haegenbarth, który o fotografiach pana Andrzeja między innymi pisze tak:

 

”Prace Szmala nasycone jego osobowością sytuują się między obiektywnością a subiektywnością; są zapisem bezpośrednim, „chwytają”  krajobrazy w określonym czasie, ale poprzez zawarte w nich emocje i sugestie wywołują u odbiorcy ciągi myślowe trudno wyrażalne środkami językowo-pojęciowymi (…)

Warto wspomnieć, że jego wyrafinowane i sugestywne fotografie są tożsame z jego poglądami i równie naturalne jak życie, które wiedzie wśród natury. Używa aparatu, ostatnio już cyfrowego, ale  bez filtrów i późniejszego — oprócz drobnych retuszów -  przetwarzania w komputerze. Zapytany po co fotografuje? Odpowiedział, że nie czyni tego ani dla kariery, ani dla wystaw, ale dla paru przyjaciół, z którymi jak chlebem, chce się podzielić tym światem.”

 

I jeszcze dla porządku notka biograficzna:

Andrzej Szmal, ur. 1957 w Poznaniu, biolog, absolwent UAM. Poeta, śpiewak, fotograf. Od ćwierćwiecza zafascynowany Laponią – jej lasami, bagnami, górami, ludźmi. Przebywając tam, za kołem podbiegunowym, we wszystkich porach roku, pisze, fotografuje, żyje… Zainteresowania muzyczne i fotograficzne łączy w formie diaporamy (III miejsce na Biennale Fotografii Górskiej, Jelenia Góra 1986). Współpracuje z Galerią Renes w Poznaniu. Miał kilka wystaw indywidualnych, największą w Galerii Zak, w Poznaniu w 2006 roku. Od roku 2007, corocznie, organizuje wystawę i prezentuje swoje diaporamy w Församlingshemme, Jokkmokk (Szwecja), w ramach największego w pn. Skandynawii jarmarku zimowego.

 

Tytuł zapożyczony z przejęzyczenia pana Andrzeja podczas spotkania.

Fotografia ze strony: Andrzej Haegenbarth — Lapońskie fotografie Andrzeja Szmal.

 

1.-Sąošce-ze-zjawiskiem-halo-Muddus-NP-styczeš-2010.jpg



komentarze (14) | dodaj komentarz

Praca na cały etat, czyli 24 godziny na dobę

niedziela, 23 marca 2014 10:29

Każdy marz2011-04-16_1302989031.jpgy o zdrowym szczęśliwym dziecku, które rozwija się wręcz książkowo. W ogólnodostępnych publikacjach można sobie sprawdzić czy nasze dziecko spełnia wszystkie „parametry” odpowiednie dla swojego wieku. Jeśli zdarzają się jakieś opóźnienia, rodzice martwią się, przeżywają, biegną do lekarza…

 

Nikt chyba nie zaprzeczy, że opieka nad dzieckiem, to praca na co najmniej na dwa etaty. W pełnej gotowości trzeba być przez całą dobę. A już opieka nad dzieckiem niepełnosprawnym wydaje mi się być harówką nie do ogarnięcia. W normalnym państwie część tych trudów przejmuje na siebie państwo, choćby przez pomoc rodzicom w sfinansowaniu niezbędnych, często bardzo drogich leków, terapii, rehabilitacji itp. Przecież sami rodzice nie dadzą sobie rady, nie mogą gdzieś tam dorobić parę groszy, bo jak wspomniałam wyżej muszą być w dyspozycji całą dobę.

 

Nasze państwo bezczelnie wymiguje się od swojej powinności. Dlatego też grupa rodziców/opiekunów niepełnosprawnych dzieci postanowiła w Sejmie zawalczyć o pomoc państwa. Protestują… Nie będę pisać czego się domagają, bo każdy łatwo znajdzie, ostatnio dużo tego w prasie. Napiszę tylko, że nie są to wymagania wzięte z księżyca, oni po prostu wiedzą o czym mówią:

 

- Uważam, że nasze oczekiwania są skromne. Nie jesteśmy roszczeniowi, to jest praca w rzeczywistości 24-godzinna. Nasze dzieci, z całym szacunkiem, nigdy nie będą paraolimpijczykami, nigdy nie będą mogły prowadzić samochodu - one wymagają naszej 24-godzinnej opieki - powiedziała jedna z inicjatorek protestu.


Dzisiaj, rodzice, którzy zrezygnowali z pracy zawodowej, by opiekować się swoimi dziećmi, dostają 620 złotych świadczenia pielęgnacyjnego oraz 200 złotych specjalnej pomocy rządowej, od której nie są odprowadzane składki emerytalne. Po latach opieki nad swoimi dziećmi nie mają oni "prawa do godnej emerytury", a w sytuacji, gdy dziecko umiera, rodzic zostaje bez żadnego wsparcia ze strony państwa.

 

Pominę milczeniem fakt, że na protestujących próbują zbić swój kapitał pewne ugrupowania polityczne. Te, gdyby nawet  nawiedził Polskę pomór liczyliby „cienkim szeptem po kolacji” ile głosów będzie można z tego faktu wyciągnąć podczas wyborów. Ale o pośle PO Adamie Szejnfeldzie muszę wspomnieć. Ów osobnik wdał się w dyskusję z opiekunami niepełnosprawnych dzieci, którzy protestują w Sejmie. Kiedy jedna z kobiet zarzuciła mu, że parlamentarzyści dbają tylko o własne podwyżki, odparł: „Posłowie od 18 lat nie mieli podwyżki. Niech pani nie kłamie”.

 

Wrażliwa jestem, więc ogarnął mnie straszny żal nad biedą pana posła. Tak straszny, że postanowiłam prędko sprawdzić zakres biedy z jaką borykają się nasi parlamentarzyści.

 

W Polsce miesięczna pensja posła wynosi w wysokości 9.892 zł 30 gr. Brutto. Jednak to niekoniecznie całość poselskiego wynagrodzenia. Zasiadający w komisjach oraz ich zastępcy dostają dodatki w wysokości 10-20 proc. pensji. Posłom przysługuje również dieta w wysokości 25% uposażenia – a wiec 29.677 złotych rocznie. Co więcej, kwota ta jest wolna od podatku dochodowego od osób fizycznych.

Jeśli dorzuci się do tego wszystkie udogodnienia i bonusy (choćby koszty bezpłatnych poselskich podróży, niskooprocentowane pożyczki) z racji pełnionej funkcji wychodzi całkiem pokaźna sumka. Zainteresowani, szczegółowe wyliczenia znajdą TU

 

No cóż… ciężko się żyje naszym posłom, za nasze pieniądze, bardzo ciężko. Powszechnie wiadomo, że źle opłacany pracownik nie wysila się zbytnio. Stąd pewnie te buble prawne, czy kilkuletnie opóźnienia w wydawaniu przepisów wykonawczych do ustaw. Podobnie jest z funkcjonowaniem tzw. (ułomnej) polityki prorodzinnej. Póki co wykorzystywana jest jedynie jako puste hasło wyborcze…



komentarze (43) | dodaj komentarz

Szokujący sposób na odchudzanie

czwartek, 20 marca 2014 9:59

Boże jak ja przytyłam! Takie słowa padają najczęściej pod koniec zimy, kiedy ściągamy zimowe kurtki i… okazuje się, że w ubiegłorocznej letniej spódnicy brakuje kilku centymetrów żeby się dopiąć w pasie. Zaczyna się dieta i katowanie ćwiczeniami.

A gdyby ktoś nam powiedział, że możemy schudnąć szybko i bez żadnego wysiłku, zażywając jedynie jedną tabletkę? Ile z nas by się skusiło?

 

Ponad trzy lata temu pisałam o szokującej metodzie odchudzania się... A teraz czytam o kolejnej kobiecie, która zmarła w wyniku przyjmowania tabletek odchudzających, w skład których wchodzi amfetamina oraz główki tasiemca. Oczywistym jest, że tabletki nie są na receptę. Można je natomiast znaleźć w czeluściach internetu. Ta 38 letnia kobieta znalazła, kupiła i postanowiła zażywać.  Głupota? Lekkomyślność? Desperacja? Przede wszystkim presja otoczenia. Mieszkała na wsi, ważyła130 kg, więc jedni dokuczali jej, inni powtarzali, że musi coś ze sobą zrobić. Na dodatek poznała mężczyznę, liczyła, że ułoży sobie z nim życie. Za wszelką cenę chciała go przy sobie zatrzymać. Niestety, tasiemiec tak wyniszczył jej organizm, że zmarła. W chwili śmierci ważyła 70 kg....

 

Makabryczy sposób na zgubienie kilogramów. Jeden z dietetyków tak mówi o konsekwencjach łykania tabletek z główką tasiemca:

 

„Pasożyty sieją bardzo poważne spustoszenie w organizmie. Amatorki tej metody nie przyjmują do wiadomości, że tasiemiec wcale nie ''zjada kalorii'', lecz żywi się składnikami pokarmowymi, które są najcenniejsze dla organizmu człowieka, takimi jak magnez, żelazo. Może powodować też bardzo poważne infekcje układu pokarmowego. Mówiąc wprost, to zabójstwo dla organizmu.”

 

Jeśli ktoś myśli, że tego rodzaju "wynalazek"  to nowy sposób na odchudzanie, jest w błędzie. Okazuje się, że bowiem już w latach trzydziestych XX wieku ten rodzaj „diety” był modny w Ameryce. Chodzą słuchy, że stosowała ją słynna śpiewaczka Maria Callas

 

Czy naprawdę warto aż tak ryzykować? W końcu zdrowie i życie mamy tylko jedno, a sposobów na zgubienie kilku kilogramów – wiele…



komentarze (37) | dodaj komentarz

Oczarowanie

wtorek, 18 marca 2014 17:55

Dawno nie napisałam żadnego kawałka poezji. Weny brak, a  poza tym jakiś chaos we mnie… Staroć więc będzie, coś na kształt wiersza, zamieszczonego w „Antologii poezji serdecznej dla serc otwartych, sercem napisanej”.

 

     Oczarowanie

      Pomiędzy tobą a mną
      spojrzenia pełne tajemnicy
      misterny łańcuszek słów
      gładki mur dotknięć


      Gra rozpoczęta
      premiera trwa
      odbywa się raz na zawsze



      Zakłopotana chwilą
      pośpiesznie rozebrałam się ze wstydu
      i ubrana jedynie w swoją samotność
      weszłam do klatki dla dwojga
      by przeżyć akt odkrywania
      - tego co już odkryte

 


      Jesteś uważny i czuły
      zupełnie jak nie -
      przypadkowy kochanek

 

drzewo.jpg



komentarze (15) | dodaj komentarz

Dobrze jest...

sobota, 15 marca 2014 10:34

- Niech da dowód.

- Niech się rozbierze do połowy.

- Niech się pochyli tyle, ile może.

- Niech oddycha, nie oddycha…

- Niech się ubierze i usiądzie.

 

Lekarzom, orzecznikom zusowskim chyba płacą jakiś dodatek za bucowatość!

 

Ale po kolei… Mój kręgosłup coraz bardziej się buntuje. Wykonywanie niektórych czynności sprawia coraz większy ból, więc przy okazji wizyty u rodzinnego poskarżyłam się na tego łotra. Rodzinny powiedziała, że potrzebna natychmiastowa konkretna rehabilitacja, i żebym złożyła papiery do sanatorium. Pojszłam do NFZ dowiedzieć się jak i co. Czas oczekiwania na przydział z kosmosu. Znajoma powiedziała mi, że jest możliwość skorzystania z sanatorium za pośrednictwem Zusu. Nawet przyniosła mi papiery do wypełnienia.

 

Czekałam całe 8 dni na wezwanie celem stawienia się w tej znienawidzonej przez wielu instytucji. Lekarz orzecznik na początku potraktował mnie jak na wstępie. A potem chyba jakiś aniołek usiadł mu na ramieniu i szepnął miłe słówko o wstawiennictwo. A na poważnie. Po przejrzeniu rezonansów, prześwietleń oraz innych papierów, pan lekarz okazał się ludzkim panem. Przy okazji przedstawił mi czarną wizję tego jak będzie wyglądać moje życie jeśli nie będę rehabilitowana 2, 3 razy do roku….

 

Na koniec dostałam skierowanie do sanatorium nad morze. Wyjazd pod koniec maja. Weszłam na stronkę owego ośrodka i całkiem, całkiem. Nowoczesna baza, wykwalifikowany personel, 150 metrów do morza, nawet piękny basen mają. Jeśli dorzucę do tego, że zwracają za podróż, że za czas pobytu wystawią mi druk L-4, że nie ponoszę żadnych innych kosztów – to żyć nie umierać:)

 

A ponieważ pierwszy raz będę ratować zdrowie w sanatorium, liczę na jakieś praktyczne porady i wskazówki zaprawionych w sanatoryjnych bojach:)

 

Jeszcze kilka fotek. Bez fotek post nieważny:)

 

blog1.jpg

 

blog2.jpg

 

blog3.jpg

 

blog4.jpg



komentarze (29) | dodaj komentarz

Studnia bez dna, czyli o pewnej świątyni. I nie tylko...

czwartek, 13 marca 2014 19:09

Jednak zdswiatynia.jpgrowsza byłam jak tego wszystkiego nie czytałam. Zdrowsza i weselsza… Pisząc cykl Rozmowy z sąsiadem niejako „z urzędu” przeglądam codziennie prasę, w tym prasę lokalną. Sąsiad jest oczytany i wyszczekany prawie jak „Wolna Europa”, to i ja, żeby nadążyć podczas naszych rozmów, czytam, interesuję się…

 

Ale do rzeczy. Mało mnie szlag nie trafił jak przeczytałam o kolejnej dotacji dla Świątyni Opatrzności Bożej. Nie to, że mam coś naprzeciw owej Świątyni. Niechaj się buduje na chwałę kogo tam trzeba, ale nie życzę sobie, by moje podatki szły na ten cel. Jest wiele innych, ciekawych, ważnych projektów związanych z kulturą, które nie mogą się doprosić o dotację z Ministerstwa Kultury, a które wsparłabym z zamkniętymi oczami, oczywiście gdybym tylko miała nadmiar kasy.

 

Nie życzę sobie panie ministrze Zdrojewski szastania moimi pieniędzmi, i mam nadzieję, że prokuratura dobierze się w końcu do pana tyłka. Bo takimi działaniami rozkłada pan szeroko rozumianą kulturę w naszym kraju na łopatki.

 

A teraz już na spokojnie. Budowa Świątyni Opatrzności Bożej pochłonęła już z środków publicznych ponad … 44 milionów złotych (!?). Ostatnia dotacja w kwocie 6 mln zł wywołała lawinę negatywnych komentarzy. Widać, że pan Zdrojewski za bardzo się nimi nie przejął, bo właśnie przekazał na ten cel, a dokładnie na "prace merytoryczne nad ekspozycją główną", kolejną dotację w kwocie 200 tys. zł. Dodam, że kolejne miejsce na ministerialnej liście dotacji zajęło Muzeum Archeologiczne w Gdańsku, które dostało aż połowę mniej pieniędzy niż Świątynia Opatrzności Bożej.

 

Budowaną świątynię zdążyła już nawiedzić Najwyższa Izba Kontroli. Po zapoznaniu się z jej wynikami redaktor jednej z gazet złożył doniesienie do prokuratury, by ta wszczęła śledztwo w sprawie przekroczenia uprawnień przez funkcjonariuszy publicznych w Ministerstwie Kultury. Prokuratura długo się zastanawiała, ostatecznie zdecydowała się na wszczęcie postępowania, jednak nie „przeciwko”, a w „sprawie”.  Oznacza to, że na razie prokurator tylko sprawdza, czy można mówić o przestępstwie.

 

Pozostawię prawnikom kwestie prawne mówiące o rozdzielności kościoła od państwa, albo tłumaczenie pana Zdrojewskiego, że ponad 44 milionów nie otrzymała Świątynia, a Muzeum Jana Pawła II i Prymasa Wyszyńskiego, które jest częścią owej Świątyni.

 

Nie rozumiem natomiast dlaczego inne, funkcjonujące już w przestrzeni kulturalnej naszego kraju, instytucje kultury nie mogą liczyć na łaskawe oko ministra… Pozostawione same sobie borykają się każdego dnia z nie lada problemami. Ale kogo to obchodzi…

 

I na koniec z własnego podwórka, czyli z mojego miasta. Niedawno zostały podzielone miejskie pieniądze dla organizacji pozarządowych na realizację zadań publicznych ze sfery kultury, sztuki, ochrony dóbr kultury i dziedzictwa narodowego. U nas też podział pieniędzy wywołał lawinę negatywnych komentarzy. Nie mam pojęcia dlaczego kilka naprawdę wartościowych projektów nie znalazło uznania w oczach urzędników (choćby projekt „Póki oni żyją”, czy impreza poetycka pn. "Furmanka"). Natomiast szanowne gremium urzędnicze przyznało pieniądze pani radnej, która z okazji święta kobiet zwołała w naszej filharmonii kongres, którego tematem przewodnim była "Rola kobiety w dialogu pokoleń". Ręce opadają razem ze spodniami. Czy naprawdę trzeba aż kongresu, by uświadamiać/ dokształcać/ wyjaśniać matkom, żonom i kochankom na czym polega rola kobiety w dialogu pokoleń?

 

Takich przykładów marnotrawienia publicznych pieniędzy przez lokalnych dyletantów, którzy niestety decydują o poziomie szeroko pojętej kultury jest dużo. O wiele za dużo. Ale nie ma co się dziwić, w końcu przykład idzie z góry…



komentarze (24) | dodaj komentarz

Wiosna panie dziejku:)

niedziela, 09 marca 2014 10:44

b018_bs_big.jpg

 

Dzisiaj zamiast tradycyjnego budzika, obudziła mnie… kukułka. Nie taka ze starych, stylowych zegarów, a prawdziwa, najprawdziwsza. Kukała jak oszalała:) Czy można marzyć o piękniejszej pobudce? Wiosna panie dziejku! Już nie delikatnie, niepewnie, z ukrycia, a wielkimi krokami wkracza  moja ukochana pora roku. Wprawdzie synoptycy straszą, że zima może jeszcze powrócić, ale kto by tam wierzył synoptykom:)

 

Wczoraj widziałam klucz dzikich gęsi. Niestety nie mam dowodu w postaci zdjęcia, bo zanim odpaliłam aparat ustawiły się na wprost słońca, które oślepiło mnie na chwilę. Generalnie ptaszęta w mieście ożywiły się, szaleją aż miło. Na każdym kroku słychać ich wiosenne trele. Balsam na moją duszą:) Wróble, mazurki, kosy, szpaki, sroki, modraszki i bogatki znoszą wyselekcjonowane materiały do swoich budek lęgowych oraz na potrzeby budowy gniazd. Kawki pilnują swoich otworów wentylacyjnych. Słychać już uwodzicielskie dźwięki wydawane przez pustułki, które przezimowały na poddaszach opuszczonych budynków. Zaczęły się też „polowania” gołębi na gołębice.

 

Podobno wyruszyły w drogę  z Afryki do Europy bociany. Już 2 marca w Turcji widziano stado liczące mniej więcej 120 osobników. Są też informacje o bocianie z Niemiec z nadajnikiem GPS, którego kilka dni temu zlokalizowano w Izraelu. Do Polski zwykle bociany przylatują  po połowie marca, najczęściej 19-20 marca.

 

Ale przecież ożywienie wiosenne nie tyczy się tylko ptaków. Wczoraj widziałam pąki na kasztanach, włochate pąki magnolii, o przebiśniegach i innych cebulowych nie wspomnę. Na niektórych krzewach widać już malutkie soczysto zielone listki. Pięknie jest, po prostu pięknie…

 

W tych okolicznościach przyrody chwilowy spadek formy, który dopada mnie (i pewnie nie tylko mnie) o tej porze roku to „małe piwo”. Więcej ruchu, więcej owoców, warzyw, ewentualnie jakieś witaminy – to chyba najlepszy sposób na pokonanie tzw. przesilenia wiosennego. W każdym razie w taki właśnie sposób próbuję się z nim rozprawić. Z tym przesileniem oczywiście:)

A czytelnikom życzę wspaniałego, wiosenne tygodnia:)

 

Trochę wiosny złapanej moim aparatem:)

 

B Kanał 050.jpg

 

BMuzeum_park 004.jpg

 

Bs_ta 027.jpg

 

Bs_ta 048.jpg

 

Bkos 9.jpg

 

Bs_ta 084.jpg

 

B s_ta 077.jpg

 

Ps. A dzisiaj widziałam dwie dzikie gęsi, które zrobiły sobie popas w szczerym polu, lecącą czajkę i szaraka, i wiele jeszcze innych śladów wiosny:)

 

Koszęcin 022.jpg

 

Koszęcin 038.jpg

 

Koszęcin 017.jpg



komentarze (34) | dodaj komentarz

Wariacje na temat... śledzia:)

środa, 05 marca 2014 9:00

Sledzik 062.jpg

 

Niekontrolowany ślinotok dopadł mnie tylko od samego patrzenia na te specjały. Na szczęście  po degustacji ślinotok został okiełznany, więc już na spokojnie mogłam sycić swoje oczęta przepięknymi widokami. Czy uwierzycie, że te wszystkie cudeńka, to wariacje na temat śledzia?

 

Towarzystwo Przyjaciół Lubniewic już po raz XIV zorganizowało Śledzika Lubniewickiego, czyli tradycyjną biesiadę w ostatki przy potrawach ze śledzi. Śledzik to konkurs na potrawy ze śledzi w kategoriach dla gospodyń domowych i zakładów gastronomicznych. Towarzystwo Przyjaciół Lubniewic sponsoruje śledzie wszystkim zainteresowanym wzięciem udziału w konkursie, a  zwycięscy otrzymują cenne nagrody ufundowane przez Burmistrza Lubniewic. Imprezie towarzyszy tzw. Przegląd Piwniczny, czyli konkurs na zapasy zimowe w kategoriach  przetwory owocowe, warzywne i grzybowe  oraz wina i nalewki własnej produkcji.

 

Czego tam nie było... Śledzie w sosie piernikowym, śledzie z kurkami, zapiekane w papryce, w galarecie, chłodnik śledziowy, różne sałatki na bazie śledzia podane na pieczarkach, albo wydrążonych ziemniakach. A do tego pyszne pasty nałożone na krakersy i cudnie przyozdobione. 

 

No i nalewki oraz wina własnej produkcji...pychotka:) Zresztą nie ma co się rozpisywać, popatrzcie sobie, a ja ze swojej strony zapewniam, że wszystkie śledziowe potrawy oprócz tego, że pięknie wyglądały, były przesmaczne. Pod warunkiem oczywiście, że  lubi się śledzie. Ja lubię, w każdej postaci:)

 

Sledzik 004.jpg

 

 

Sledzik 011.jpg

 

Sledzik 021.jpg

 

 

Sledzik 028.jpg

 

Sledzik 047.jpg

 

Sledzik 007.jpg

 

Sledzik 006.jpg

 

Sledzik 050.jpg



komentarze (14) | dodaj komentarz

Zażywać, czy nie zażywać – oto jest pytanie:)

niedziela, 02 marca 2014 10:30

W miniony piątek szwendałam się z urzędu do urzędu, a potem od lekarza, do lekarza. Co jakiś czas biorę dzień urlopu, żeby spokojnie pozałatwiać wszystkie swoje zaległe i bieżące sprawy. Czekając w poczekalni (obowiązują numerki) do swojego lekarza rodzinnego, jak zawsze moje ciśnienie zostało poddane próbie. Cwaniactwo, bezczelność, tupet…

- Czy mogę wejść na chwilę? Ja tylko do poprawy recepty

Albo

- Wracam z apteki, muszę wejść na chwilkę żeby lekarz wypisał inny, zamienny lek

Albo

- Lekarz nie przystawił na recepcie pieczątki, mogę wejść przed panią?

A potem ta „chwileczka” zamienia się w 15, 20 minut…

 

Kiedy już byłam w gabinecie nie omieszkałam zapytać lekarza o te niby zmiany na receptach. Nic takiego nie miało miejsca, a pacjenci mówili, że „poczekalnia” zgodziła się na wejście bez kolejki!

 

Ale nie o tym miało być. Niedawno koleżanka podrzuciła mi grzybki Jagów hinduskich. Podobno działają cuda. Mam zamiar stosować, jednak po przeczytaniu załączonej ulotki oraz opinii internautów zdecydowałam się zapytać lekarza, co sądzi o tym specyfiku. W końcu specjalista, prawda? Niedowidzące oczęta lekarza zrobiły się mocno okrągłe ze zdumienia. Nie słyszał o grzybkach. Dałam mu do przeczytania ulotkę. Czytał, czytał…. Potem zaczął gmerać w internecie. Na koniec mój fachowiec/specjalista zapytał czy mam ich więcej, i czy nie zechciałabym się nimi podzielić. No nie zechciałabym, bo nadmiar wyhodowanych grzybków obiecałam już znajomej.

 

- Ale co, takie dobre? – zapytałam. Nie usłyszałam odpowiedzi na zdecydowane TAK. Raczej bardziej zachowawczo – „na pewno nie zaszkodzą, ludzie chwytają się różnych sposobów dla ratowania zdrowia, a ten wydaje się bezpieczny”. Też mi stwierdzenie - „wydaje się”, ale ja nadal nie wiem czy f a k t y c z n i e jest bezpieczny.

Niby po przeczytaniu wszystkich dostępnych opinii na temat tych grzybków, nie powinnam mieć żadnych wątpliwości, ale… jakoś nie chce mi się wierzyć, że jeden specyfik ma aż tyle pozytywnych właściwości.

 

Pora na kilka słów o grzybku Jagów hinduskich.

Podobno został odkryty przypadkiem wiele wieków temu przez górali z Kaukazu. Jego zdrowotnymi właściwościami cieszono się nie tylko w górach Kaukazu, ale również w Chinach, Tybecie i Indiach. Do Polski został przywieziony przez profesora Politechniki Gliwickiej, który w trakcie swojego pięcioletniego pobytu w Indiach ciężko chorował na raka wątroby. Chory poddał się alternatywnemu leczeniu – mnich tybetański podawał mu napar z tego tajemniczego grzybka, dzięki któremu mężczyzna wyzdrowiał. Kiedy wracał do Polski, mnich ofiarował mu szczep tego grzybka. Trudno to uwierzyć, a jednak informację o jego antyrakowych właściwościach potwierdzają liczne wypowiedzi na międzynarodowych forach. Osoby stosujące kurację tybetańską cieszą się dobrym zdrowiem i polecają grzybka innym.

 

Z grzybka można przyrządzić bardzo zdrowy napój w smaku i wyglądzie przypominający kefir. Jednak jest dużo zdrowszy od kefiru. Dzięki połączeniu wielu bakterii i drożdży posiada mnóstwo leczniczych właściwości.

 

Wpływ grzybka tybetańskiego na zdrowie (wg załączonej ulotki):

 

- reguluje i poprawia przemianę materii
- leczy choroby układu pokarmowego, m.in. dolegliwości trawienne, wrzody żołądka i dwunastnicy
- reguluje ciśnienie tętnicze i poziom glukozy we krwi
- redukuje „zły cholesterol”
- zapobiega chorobom serca
- jest probiotykiem
- leczy stany zapalne
- hamuje wzrost komórek nowotworowych
- wytwarza interferon o działaniu antywirusowy
- leczy choroby narządów wewnętrznych: wątroby, trzustki, śledziony, nerek, pęcherza moczowego
- rozpuszcza kamienie w woreczku żółciowym
- hamuje proces starzenia, łagodzi skutki stresu i zmęczenia
- łagodzi ból i oparzenia słoneczne
- pomaga walczyć z bezsennością
- poprawia libido
- jest źródłem wielu witamin

 

Dzięki temu wszechstronnemu zastosowaniu w naturalnej medycynie grzybek zyskał sobie już mnóstwo wielbicieli, stosowany jest także w kuracjach kosmetycznych. Przy tym polecany jest dla dzieci. Kuracja tybetańska jest bardzo prosta: przyrządzony z niego kefir należy pić przez 20 dni, następnie zrobić 10 dni przerwy i ponownie wrócić do kuracji. Proces leczenia można powtarzać wielokrotnie.

 

I co Wy na to? Zażywać, czy nie zażywać – oto jest pytanie

 

A tu wyhodowane przeze mnie grzybki:)

 

grzybek 006.jpg



komentarze (20) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 24 sierpnia 2017