Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 392 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5058090
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32245
Bloog istnieje od: 2692 dni

Horoskop

Wodnik

Sobota dobra na wszystko - zadbaj o siebie, bądź dla siebie kimś najważniejszym. Postaraj się o dobrą atmosferę wokół siebie, rozpieszczaj się, idź na zakupy i spraw sobie coś fajnego

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Bębniarze:)

poniedziałek, 30 kwietnia 2012 17:44

 

 

Równolegle z wolsztyńską „Paradą parowozów” odbywało się wiele imprez towarzyszących. Były konkursy, zabawy, można było zwiedzać nieodpłatnie Muzeum Kolejnictwa, co też uczyniliśmy:) Były również koncerty. Zagrał między innymi Jacek Stachursky, In-Grid, czy zespół Feel. A podczas wieczornej dyskoteki DJ-em był Hirek Wrona. My obejrzeliśmy jedynie obszerne fragmenty  zespołu Feel.


Kiedy zmęczeni całodzienną włóczęgą zmierzaliśmy późnym wieczorem do samochodu, z daleka dobiegły nas jakieś rytmiczne dźwięki. Grupa młodych ludzi ustawiła się na ulicy, tuż przy przejeździe kolejowym i dała koncert na bębnach. Ależ oni grali! To był prawdziwy show:) Mieli swojego dyrygenta, który nadawał rytm… gwizdkiem! Do wtóru bębnów tańczyła na bosaka dziewczyna, choć trudno to nazwać tańcem. Jej ciało „wybijało” rytm bębnów. Był w niej jakiś magnetyzm, nie można było oderwać oczu. Przystanęliśmy wysłuchać tego niecodziennego koncertu i zostaliśmy, zapominając o zmęczeniu. Niesamowity koncert… Odnosiło się wrażenie, że wraz z uderzaniem w bębny wiruje powietrze. Wokół bębniarzy gromadziły się tłumy ludzi i wciąż ich przybywało. Słuchając tej rytmicznej muzyki trudno było ustać w miejscu. Bębniarze dosłownie „zarazili” publiczność swoją pozytywną energią. Ruszały się maleńkie dzieci, podrygiwali również dorośli…


Po koncercie podeszłam do dyrygenta zapytać skąd są i jak się nazywają. Zespół nazywa się Lombelico (z włoskiego – pępek)i pochodzi z Sochaczewa. Poszperałam trochę w necie. Niewiele tego jest.  Grają na różnych plenerowych imprezach, zagrali w 2010 roku na Woodstocku, wygrali kilka konkursów. Znalazłam też filmik z próbką ich umiejętności, warto odsłuchać:)

 

 




komentarze (21) | dodaj komentarz

Parada zabytkowych parowozów w Wolsztynie

niedziela, 29 kwietnia 2012 11:33

 

 

Zabytkowe tańczące parowozy… Parada zabytkowych parowozów organizowana przez Wolsztyńską Parowozownię - PKP Cargo S.A. jest największą niepowtarzalną, jedyną w swoim rodzaju - imprezą przyciągającą do Wolsztyna wiele tysięcy miłośników parowozów z całego świata. Kto choć raz tam był, będzie wracać do Wolsztyna każdego roku, podobnie jak ja. Pierwszy raz miałam okazję być tam dwa lata temu. Zanim pojechałam nie miałam pojęcia co to jest. Nie rozumiałam jak można fascynować się kupą starego żelastwa zwanego parowozem…


Ale to co zobaczyłam, przyprawiło mnie o takie emocje, że po powrocie do domu jeszcze długo miałam przed oczami „tańczące parowozy.” Dlaczego tańczące? Proszę sobie wyobrazić te przecudne maszyny wyłaniające się z „garaży" przy wtórze muzyki i świateł. Zapierało dech! Najpierw nieśmiało „krok, po kroku" z ciemności wynurzał się przód parowozu. Potem wtaczał się na platformę i zaczynało się widowisko. Przy wtórze Chopina i różnych światowych przebojów, zabytkowe parowozy pokazywały się nam z każdej strony. Widowisko dopełniał gwizd lokomotyw, para i gra świateł. Był to jeden z najpiękniejszych pokazów mody jaki widziałam. Miałam wrażenie, że uczestniczę w jakimś misterium przeznaczonym tylko dla wtajemniczonych. Dla czytelników, którzy nigdy nie widzieli takiego widowiska wklejam filmik z ubiegłego roku.

 


Tak było dwa lata temu i w ubiegłym roku. Wczoraj byłam tam po raz trzeci. Najpierw obejrzałam Paradę Parowozów. Trudno było znaleźć dogodne stanowisko żeby zrobić porządne fotki. W tym roku ludzi było kilkakrotnie więcej niż w latach ubiegłych.

Odmalowane na biało czerwono koła i korbowody, wypolerowane oliwą maszyny, w obłokach buchającej pary prezentowały się niczym modelki na pokazie mody. Niesamowite widowisko! W paradzie wzięło udział jedenaście parowozów. Oprócz lokomotyw wolsztyńskich zaprezentowały się parowozy z Niemiec, Czech, ze skansenu w Chabówce i muzeum w Jaworzynie Śląskiej.

 

 

 

 

 


Oprócz parady parowozów organizatorzy przygotowali również pokazy drezyn.

 


Z wielką niecierpliwością czekałam na gwóźdź programu, czyli nocne widowisko pt. . „Światło, dźwięk, para.” W tym roku poprowadził je Bogusław Wołoszański. I tu wielkie, niemiłe zresztą zaskoczenie… Każdego roku tuż przy szopach, z których wyjeżdżały parowozy ustawiona była długa platforma, z której można było podziwiać widowisko, robić zdjęcia, czy też filmować. W tym roku platformy nie było. Za pilnie strzeżonym ogrodzeniem ustawiono krzesła dla vipów, a miłośnicy parowozów mogli oglądać pokaz jedynie zza ogrodzenia, albo na… bilbordach. Ustawienie się przy ogrodzeniu graniczyło z cudem, a oglądanie widowiska na bilbordzie, to jak lizanie lizaka przez szybkę. Byłam okropnie rozczarowana i zawiedziona. Mam nadzieję, że organizatorzy przemyślą konwencję tego wieczornego widowiska i powrócą do pomysłu z platformą. W końcu do Wolsztyna przyjeżdża wiele tysięcy miłośników parowozów z całego świata.

 


 

*Wolsztyn to małe miasteczko położone w zachodniej części woj. wielkopolskiego, 72 km na południowy zachód od Poznania.



komentarze (27) | dodaj komentarz

Ślub majowy – grób gotowy?

piątek, 27 kwietnia 2012 5:55


Znajo ma wydaje córkę za mąż. Ślub ma się odbyć  w maju. Uważam, że piękna  pora na ślubowanie. Rozbudzona przyroda (i nie tylko) aż rwie się do rozmnażania, słowiki śpiewają, kwitną bzy – pięknie jest i bardzo romantycznie. Czy można wybrać sobie lepszą porę na ślub? Okazuje się, że można, a nawet trzeba. Wywiązała się gorąca dyskusja, w której tylko mój głos był za ślubem majowym. Reszta dyskutantów odradzała ten termin twierdząc, że ślub w maju przynosi nieszczęście młodej parze (ślub majowy - grób gotowy). Bo po pierwsze, miesiąc maj nie posiada literek „e” i „r”, które są podobno gwarancją wiecznej szczęśliwości małżeńskiej. A po drugie mówi się, że maj to miesiąc zakochanych, więc kiedy wszyscy ganiają jak odurzeni, trudno o racjonalne myślenie.


Jest jeszcze po trzecie, od którego najpewniej wszystko się zaczęło. Przeświadczenie o nieszczęśliwym małżeństwie zawartym w maju ma swoje podłoże w faktach historycznych. Po klęsce powstania styczniowego, targana rozpaczą młodzież polska postanowiła poświęcić swój najweselszy miesiąc, czyli właśnie maj, ojczyźnie. W ramach patriotycznej manifestacji zaczęto powstrzymywać się od zawierania małżeństw w tym czasie, co też wiązało się z unikaniem i rezygnacją z uczestnictwa w hucznych zabawach.


Jak widać pechowość  miesiąca maja nie wzięła się li tylko z zabobonów i przesądów związanych z literkami. I choć od powstania minęło blisko 150 lat, pogląd, że ślub majowy przynosi pecha pokutuje do dziś. Nawet ci, którzy oficjalnie w przesądy nie wierzą mówią, że lepiej nie kusić losu, bo kto wie, czy w tych przesądach nie tkwi przypadkiem ziarenko prawdy.

 

Ja brałam ślub we wrześniu. Wrzesień ma literkę „e” i „r” - a i tak nie wyszło, małżeństwo nie trwało zbyt długo. Tyle, że jakbym się uparła i zaczęła doszukiwać się jakiś przesądów to obwiniałabym za nieudane małżeństwo… deszcz, który zacinał prosto w oczy, w drodze do kościoła. Zawsze to jakieś wytłumaczenie…;-)



komentarze (221) | dodaj komentarz

Portret nieznajomej kobiety

czwartek, 26 kwietnia 2012 5:55


Nie znam tej kobiety. Spotkałam ją spacerującą po ulicach małego miasteczka, a potem zobaczyłam, że siedzi na parkowej ławeczce. Miała w sobie coś… trudnego do określenia. Nawet głębokie bruzdy nie są w stanie ukryć śladów przemijającej urody. Zafascynowała mnie jej twarz, która emanowała jakimś ciepłem, jasnością i łagodnością. I te dłonie… one również mnie zafascynowały. Zapytałam, czy pozwoli na zrobienie kilku zdjęć, które chciałabym  potem opublikować. Oczywiście jeśli będę uważać, że wyszły na tyle dobrze by je opublikować. Kobieta zgodziła się… a ja z lekką nutką nieśmiałości - publikuję:)

 

 

 

 




komentarze (26) | dodaj komentarz

Zawsze może być… gorzej

środa, 25 kwietnia 2012 5:57

 

Rzecz dzieje się w któryś z kolejnych poranków ubiegłego tygodnia. Skoro świt wstałam - jak zawsze zresztą – półprzytomna. Byłam zła na to poranne wstawanie. Poza tym czekał mnie ciężki dzień. Między innymi musiałam załatwić nie cierpiącą zwłoki sprawę, która wydawała się nie do „przeskoczenia.” W drodze do pracy starałam się wyłączyć negatywne myślenie. W pewnym stopniu nawet się udało. Zaczęły docierać do mnie pojedyncze trele kosa i chóralne ćwierkania wróbli.


W centrum miasta, tuż przy fragmentach historycznych murów obronnych, życiowy przystanek zrobili sobie bezdomni oraz inni, nazwijmy to – nieprzystosowani. Po nocy wynurzają się z różnych zakamarków i zaczynają okupywać okoliczne ławki, na których ustawiają plastikowe butelki z płynem, który nie przypomina żadnego ze znanych mi płynów.


Tego poranka ławki były puste. Za to na trawniku leżał duży czarny worek, z którego wystawały nogi odziane w rozpadające się, kiedyś brązowe adidasy. Obok stało dwóch policjantów. Czekali na karawan…


Nie wiem ile miał lat, jak wyglądał, dlaczego był bezdomny, dlaczego pił  i dlaczego zmarł. Nie wiem i pewnie nigdy się nie dowiem, choć z drugiej strony ta wiedza do niczego nie jest mi potrzebna. Nie rozczulałam się, bo być może to było najlepsze co mogło go spotkać…


Zanim doszłam do pracy dostałam takiego apetytu na życie i siły do walki o siebie, jak nigdy przedtem. Sprawa, którą miałam załatwić wydała się banalnie prosta, a poranne wstawanie, no cóż łato nie jest, ale przecież żyję, jestem… A potem przypomniałam sobie o kartce, którą nosze od wielu lat w portfelu, a której dawno nie wyciągałam. Przepisałam na nią, nie pamiętam już skąd, zdanie: „Martwiłem się bardzo, że nie mam pieniędzy na buty, dopóki nie zobaczyłem człowieka bez nóg.” Za każdym razem kiedy wydawało mi się, że spadły na mnie wszystkie plagi egipskie, że gorzej już być nie może, wyciągałam tę kartkę i wpatrywałam się w napisane zdanie. W psychologii pewnie ten  mój sposób na „ciężkie chwile” ma jakieś naukowe określenie. Mniejsza z tym, ważne że pomaga!




komentarze (20) | dodaj komentarz

Perełka templariuszy w Rurce

wtorek, 24 kwietnia 2012 5:58

 

Kilku moich znajomych fascynuje się historią templariuszy. Podczas wspólnych wyjazdów często jesteśmy w miejscach, których historia zaczyna się od templariuszy właśnie. Naturalną koleją rzeczy było, że z czasem i ja zaczęłam interesować się ich historią… Pierwszy „kontakt” z Zakonem miałam jeszcze w czasach wczesno dziecięcych, kiedy to zaczytywałam się książkami Zbigniewa Nienackiego z serii Pan Samochodzik. W jednej z nich, zatytułowanej Pan Samochodzik i templariusze, bohaterowie szukają skarbu ukrytego na terenach Polski.


Kim byli templariusze, albo inaczej - Rycerze Świątyni Salomona? Zakon został powołany w 1128 roku do obrony chrześcijańskich pielgrzymów w Palestynie. Bracia zobowiązani byli do: posłuszeństwa mistrzowi, uczestniczenia w nabożeństwach, wspólnych posiłków, skromności, celibatu. W 1291 r. po utracie przez templariuszy Akki, wielki mistrz przenosi się do Francji. Zakon stanowił również czołową instytucję finansową Europy, stając się w pewnym sensie kredytowym bankiem średniowiecza.


Król Francji Filip IV zwanym Pięknym i król angielski Edward II, pragnęli rozwiązać swoje kłopoty finansowe poprzez konfiskatę majątków templariuszy. Członkowie Zakonu zostali uwięzieni, oskarżeni o najokropniejsze zbrodnie, torturowani, a następnie wraz z wielkim mistrzem spaleni na stosie. W 1312 roku Zakon został rozwiązany. Podobno templariusze ukryli skarby, o których największym „fizjologom” się nie śniło. Jednak pomimo usilnych poszukiwań, dotychczas nikt tych skarbów nie odnalazł…


Od XIII wieku templariusze działali także na obszarze współczesnej Polski. Zwłaszcza na Pomorzu oraz Ziemi Lubuskiej pozostało wiele śladów bytności Zakonników. Dzisiaj chciałabym pokazać prawdziwą perełkę – kaplicę templariuszy w miejscowości Rurka w powiecie gryfińskim, w woj. zachodniopomorskim. Trafić tam wcale nie jest łatwo. Brakuje drogowskazu, nie ma też żadnej informacji o cennym zabytku. Z daleka wygląda tak, jakby ktoś rozpoczął budowę, a następnie ją porzucił.


Templariusze osiedlili się w Rurce w 1234 roku. Założyli tam komandorię, wybudowali kaplicę i dwór klasztorny. Kaplica to niewielki budynek wzniesiony w stylu późnoromańskim, na planie prostokąta z wyodrębnionym, zamkniętym prostą ścianą, prezbiterium. Lico ściany zewnętrznej tworzą warstwy dokładnie obrobionych granitowych kwadr. Wnętrze muru wypełniono łamanymi kamieniami i zalano gruboziarnistą zaprawą wapienno-piaskową. W sumie mury mają ponad metr grubości! Po kasacji Zakonu posiadłość otrzymali joannici, a po rozwiązaniu zakonu joannitów, w 1648 r. majątek został przejęty przez margrabiów brandenburskich. Kaplica przez wieki spełniała funkcję spichlerza. W drugiej połowie XIX wieku została zaadaptowana na gorzelnię, która funkcjonowała do zakończenia II wojny światowej. Następnie została przejęta przez Państwowe Gospodarstwo Rolne. W połowie lat 90. XX wieku na zlecenie Wojewódzkiego Konserwatora Zabytków obiektem zainteresowali się archeolodzy. W wyniku przeprowadzonych badań odkryto między innymi oryginalny cokół budowli. Wówczas też rozebrano grożący zawaleniem dach i wykonano zadaszenie kaplicy, kończąc odbudowę w 1999 roku. Natomiast na terenie przyległym do kaplicy, archeolodzy odkryli części cmentarza z dobrze zachowanymi dwoma pochówkami. Sensacją było znalezienie przy pierwszym odkrytym pochówku kilkunastu monet.


Jak widać historia własności kaplicy była długa i burzliwa. Ja z oczywistych względów przedstawiłam ją jedynie w telegraficznym skrócie. Jeśli kogoś zainteresowała ta historia, bez trudu znajdzie więcej informacji. Dodam jeszcze, że kaplicą zainteresował się nawet "National Geographic", który w artykule Święci czy bluźniercy? opisał badania archeologiczne przeprowadzone w Rurce. No cóż, prawdziwa perełka, a może właśnie tam, w Rurce, w okolicach kaplicy, templariusze ukryli swój wielki skarb? Kto to wie… w każdym razie miejsce idealne;-)


Źródło: Podczas pisania korzystałam z wielu, ogólnodostępnych źródeł. Zdjęcia własne.

 

 

 

 

Lico ściany zewnętrznej tworzą warstwy dokładnie obrobionych granitowych kwadr.

 




komentarze (44) | dodaj komentarz

Rodzice straszą, zawstydzają, wulgaryzują…

poniedziałek, 23 kwietnia 2012 5:56


Jak j a się cieszę, że mam już to za sobą, że nie muszę rozmawiać ze swoimi dziećmi o …seksie!

Grupa Edukatorów Seksualnych "Ponton" postanowiła zbadać jak wyglądają rozmowy na temat seksualności w polskich rodzinach. Końcowy raport z tych badań powstał w oparciu o internetową ankietę przeprowadzoną wśród blisko 4 tys. osób. Nigdy tak do końca nie wierzę różnym raportom, czy sondażom. Głównie dlatego, że przeprowadzane są na określonej liczbie badanych, więc końcowe wnioski siłą rzeczy nie mogą miarodajne. Niemniej uważam, że tego rodzaju badania zakończone raportem mogą stanowić punkt wyjścia do dyskusji nad problemem. A problem jest niemały…


Jak wynika z raportu, blisko połowa ankietowanych przyznała, że nie rozmawiała z rodzicami na temat seksu, a wśród tych, którzy rozmawiali, jedynie 35 proc. uznało, że rozmowy te odbyły się w odpowiednim czasie. Aż 20 proc. badanych nie ma w rodzinie żadnej osoby, z którą może porozmawiać o seksualności!

Jeśli już tego rodzaju rozmowy się odbywają, to najczęściej dotyczą higieny intymnej, cyklu miesiączkowego, dojrzewania,  budowy ciała, ciąży oraz porodu. Najrzadziej – przemocy seksualnej i masturbacji.

Częściej rozmawia się z dziewczętami, ale wynika to z pobudek lękowych - rodzice boją się, żeby nie zaszły w ciążę i dziewczyny dostają najczęściej komunikat: szanuj się, żebyś nie wróciła do domu z brzuchem. Często też dziewczęta dowiadują się w domach, że seks jest czymś niemoralnym - przykrym obowiązkiem, którego sprytne kobiety potrafią unikać, a miesiączka jest czymś brudnym i obrzydliwym. Natomiast chłopcy bywają "edukowani" przez ojców za pomocą… filmów pornograficznych!


Inną ważną sprawą ujętą w raporcie jest to, w jaki sposób odbywają się te rozmowy. Okazuje się, że tematom związanym z seksualnością w polskich domach towarzyszą seksistowskie żarty, wulgaryzowanie tych kwestii, powielanie stereotypów, zawstydzanie młodych ludzi.


Nie dziwi więc, że młodzi ludzie najczęściej czerpią wiedzę o seksualności od rówieśników, z pism, czy książek. W rezultacie tak „wyedukowani”  chłopcy porównują swoje partnerki do aktorek z filmów, które widzieli, zarzucając im, że mają zbyt małe piersi lub zbyt obfite owłosienie łonowe. Dziewczęta natomiast porównują rozmiar penisa u swoich partnerów do penisów jakie widziały u aktorów porno.

 

Jak wynika z danych zawartych w raporcie, rozmowy o seksualności w rodzinie stanowią niemały problem dla rodziców, czy opiekunów. Zastanawiam się gdzie tkwi przyczyna tego stanu rzeczy… Być może rodzice nie doceniają „ważności” takich rozmów, albo po prostu  nie wiedzą jak rozmawiać, jakich słów używać, przecież ich też nikt tego nie nauczył. Tym sposobem powstaje błędne koło, bo kolejne pokolenie dalej nie będzie tego wiedzieć…


Źródło: Gazeta Prawna



komentarze (58) | dodaj komentarz

Pałac w Stołecznej:)

sobota, 21 kwietnia 2012 21:07

 

Dzisiaj cały dzień szwendaliśmy się po województwie zachodniopomorskim. Pogoda wyjątkowo dopisała, a błękitne niebo z białymi barankami:-] stanowiło piękne tło dla fotografowanych obiektów. Zwiedziliśmy wiele zabytkowych kościółków, „odkryliśmy” wiele urokliwych zakątków, ale też widzieliśmy kilka niszczejących zabytkowych już obiektów. Czemu niszczeją?  Powody są  wszędzie te same: brak pieniędzy i pomysłu lokalnych władz na zagospodarowanie zabytku, dewastacja i rozkradanie przez miejscowych albo złe pomysły i intencje prywatnych właścicieli.

 

Nie wiem jaki pomysł na pałac w Stołecznej, gm. Trzcińsko Zdrój, woj. zachodniopomorskie  ma obecny właściciel, ale powinien się pospieszyć, bo jeszcze kilka lat i z pięknego pałacu zrobi się całkowita ruina…

O tym, że pałac ma właściciela, póki co świadczą jedynie ustawione tablice z napisem: Teren prywatny, wstęp wzbroniony. Nic więcej tam się nie dzieje, jedynie słychać groźne szczekanie psa (pewnie pilnującego), które dochodzi z wnętrza pałacu.


Pałac otoczony jest zabytkowym parkiem, który graniczy z pozostałościami folwarku, oraz ze stawami, łąkami i lasami. W parku rosną wiekowe drzewa takie jak: dąb, jesion, lipa, kasztan, klon, olcha, wierzba. Większość z nich ściśle otula bluszcz, nadając im niesamowitego wyglądu. Piękne miejsce, wręcz wymarzone do wyciszających spacerów.


Jeszcze kilka słów o historii pałacu w Stołecznej. Pałac zbudowano w XV wieku, obecny kształt nadano po przebudowie zakończonej około 1890 r. Przez stulecia pałac wraz z otaczającym majątkiem był własnością rodziny von Sydov. W połowie XIX w., będąc własnością Fryderyka von Sydov, majątek stawiano za wzór. Działały tu dwa młyny, gorzelnia oraz browar, hodowano owce i bydło, produkowano także sery sprzedawane również w Berlinie. Dzisiaj o dawnych czasach świetności świadczy jedynie budynek pałacu, podjazd i obszerny taras.


Wciąż pozostaję pod urokiem pałacu i otaczającego go parku. Mam też nadzieję, że obecny właściciel zakasa rękawy i weźmie się do jego renowacji, by mógł cieszyć nie tylko nasze oczy, ale również oczy kolejnych pokoleń:)


Dokładna lokalizacja pałacu: : Szczecin - 60 km, Gorzów Wlkp. - 65 km, Berlin - 80 km (do przejścia granicznego w Kostrzynie - 30 km).

 

 

 

Główne wejście do pałacu

 

 

Fragment zabytkowego parku

 




komentarze (29) | dodaj komentarz

Miód, a raczej syrop:)

czwartek, 19 kwietnia 2012 17:52

Pszczelarze ostrzegają, że w tym roku miodu będzie mniej, a to przełoży się na jego cenę. Miód zdrożeje nawet o 30-40 proc. Podobno wszystkiemu winna jest bardzo łagodna zima. Jakoś mnie to nie przekonuje. A bo to pierwsza łagodna zima w naszym klimacie? Nie przypominam sobie, żeby po każdej łagodnej zimie miód aż tak bardzo drożał…


Nie będę czekać by się przekonać na ile miód zdrożeje, bo zrobię go sobie sama:) Na łąkach i polach zaczyna już pojawiać się mlecz, albo inaczej – mniszek lekarski, pora więc na „gotowanie” miodu. Zimą będzie jak znalazł. Wiem coś o tym… W ubiegłym roku spróbowałam po raz pierwszy zrobić sama miód i nie żałuję, byłam bardzo zadowolona. Wtedy przekonały mnie względy ekonomiczne. Policzyłam, że niewielkim nakładem finansowym (1 kg cukru plus cytryna) mogę mieć kilka małych słoiczków miodu, który posiada wiele właściwości. Działa wzmacniająco, oczyszczająco oraz wspomagająco przy leczeniu grypy, przeziębień, czy chorobach gardła. Miodem z mniszka można słodzić herbatę, a także stosować go jako „zaprawę” do wódeczki. Ja zużyłam głównie jako dodatek do herbaty, zwłaszcza kiedy  szykowało się jakieś przeziębienie, albo inna infekcja. Miód dodawałam też do różnych deserów i ciast.


Dla tych, którzy nie znają przepisu, a chcieliby własnoręcznie przyrządzić miód z mlecza podaję przepis:


Do sporządzenia miodu będziemy potrzebować około 300 kwiatków mniszka lekarskiego, ½ litra wody, kg cukru i sok z cytryny. Zerwane kwiaty płuczemy, zalewamy wodą i gotujemy około 10 minut. Następnie odcedzamy kwiaty, a płyn dalej gotujemy dodając 1 kg cukru. Mieszamy, by cukier się rozpuścił. Dodajemy sok z cytryny i nadal gotujemy bez przykrycie około 20 – 30 minut. W pewnym momencie pojawi się piana, ale to normalne, należy dalej gotować. Podczas gotowania część płynu odparuje i to będzie znak, że miód jest gotowy. Jeszcze gorący należy przelać do uprzednio wyparzonych słoiczków. Można pasteryzować 10 minut. Ja nie pasteryzowałam, tylko tuż po napełnieniu słoiczków odwróciłam je do góry dnem. Ot i cała filozofia…


Ps. W ubiegłym roku dostało mi się od pszczelarzy za nazwanie tego wywaru miodem. Według rasowych pszczelarzy nazywanie tego czegoś miodem to profanacja. Miód dają pszczoły, a to z mlecza, to zaledwie syrop. Eee tam, miód, czy syrop… ważne, że ma właściwości lecznicze, a w smaku jest identyczny jak prawdziwy miód:-]


Ponieważ tegoroczne gotowanie miodu dopiero przede mną, dodaję zdjęcia z ubiegłego roku.

 

Gotujące się kwiatki:)

 

 

Gotowy miód

 




komentarze (37) | dodaj komentarz

Jeśli już jeść, to coś konkretnego:)

środa, 18 kwietnia 2012 6:00



Upatrzyłam je sobie parę dni temu. Trudno zresztą było ich nie zauważyć, skoro  kilka razy w ciągu dnia podnosiły takie larum, że okoliczne gołębie i wrony "kładły uszy po sobie." Jedynym problemem był fakt, że kiedy pustułki pięknie pozowały, ja oczywiście nie miałam aparatu. Wczoraj zaparłam się… a one chyba jakimś cudem dowiedziały się o tym, bo przez kilka godzin panowała niczym nie zmącona cisza. Pustułki pochowały się. Z czasem jedna przyleciała i usiadła na parapecie okna niezamieszkałego budynku. Naciągnęłam zoom na maxa i strzeliłam fotkę, a potem jeszcze kilka. Wiedziałam, że na pełnym zoomie często zdjęcia wychodzą nieostre i byle jakie. Sprawdziłam w aparacie, powiększyłam, bo wydawało mi się, że coś „dynda” w dziobie pustułki. Dobrze mi się wydawało. Drapieżca upolował sobie żabkę, którą natychmiast skonsumował.  To się nazywa „złoty strzał”! Pierwszy raz miałam szczęście do takiego ujęcia… Cieszyłam się jak dzieciak:-D


Na koniec wypada napisać choćby kilka słów o tym drapieżnym ptaku z rodziny sokołowatych. Pustułka jest jednym z najpospolitszych w naszym kraju ptaków drapieżnych. Przylatuje do nas w końcu marca, a odlatuje we wrześniu i październiku. Niektóre osobniki spędzają łagodne zimy w naszym kraju. Bytuje na obrzeżach lasów, w zadrzewieniach śródpolnych oraz w miastach, gniazdując w ruinach i wieżach. Polowanie wskazane jedynie aparatem fotograficznym ponieważ pustułka objęta jest ochroną gatunkową. Żywi się przeważnie nornikami, myszami i różnymi większymi owadami, w mniejszym stopniu ptakami gnieżdżącymi się na ziemi.


Info o pustułkach z netu

 

 




komentarze (30) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 27 maja 2017