Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 288 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« kwiecień »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
2930     

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5217579
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32257
Bloog istnieje od: 2869 dni

Horoskop

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Wcina dżdżownice i pięknie śpiewa:)

poniedziałek, 29 kwietnia 2013 19:28

Miałam już więcej nie zanudzać czytelników wpisami o ptakach, ale…

W sobotę wybrałam się na poszukiwanie kadrów do fotozabawy pt. Miejsca z duszą. Niby szukałam ciekawych kadrów, ale tyle się teraz na świecie dzieje, że trudno skupić się na jednym temacie. Właśnie fotografowałam jakieś malownicze pąki, kiedy usłyszałam odgłos przerzucanych liści. Wytężyłam wzrok i zobaczyłam kosa, który zawzięcie podrzucał ściółkę w poszukiwaniu pokarmu. Znieruchomiałam… Wycelowałam obiektyw aparatu i… zobaczyłam, że cwaniaczek trzyma coś w dziobie. Nie miałam już czasu w bawienie się z ustawianiem parametrów, prędko pstryknęłam kilka fotek. Po dokładnym przyjrzeniu się, zobaczyłam, że właśnie „wydziobał” z ziemi tłuściutką dżdżownicę, którą natychmiast połknął w całości!

 

Jest więc okazja, by napisać kilka słów o kosach:) Jego wizytówką jest niepowtarzalny śpiew. Śmiało można powiedzieć, że pośród pierzastych, kos to taki Pavarotti koncertujący na łonie natury:)

 

Kos nawołuje partnerkę lub obwieszcza granice swojego terytorium śpiewem niespiesznym, bardzo melodyjnym, jakby uroczystym. Barwę głosu określa się jako głębokie, fletowe gwizdy złożone z wyraźnych zwrotek przedzielonych kilkusekundowymi przerwami.

 

Pan kos jest cały czarny, z żółtym dziobem i obrączką wokół oka w tym samym kolorze. Samica natomiast jest ciemnobrązowa, z rozjaśnieniami i plamkami na gardle, piersi oraz szyi.

Jeszcze niedawno kos był gatunkiem typowo leśnym. Z biegiem czasu, przede wszystkim ze względu na łatwość zdobywania pokarmu, kosy zaczęły zasiedlać ludzkie osiedla. Doszło do tego, że gatunek podzielił się na dwie populacje różniące się trybem życia, zwyczajami żywieniowymi i zachowaniem. Populację leśną stanowią ptaki dość płochliwe, odlatujące na zimę, natomiast kosy miejskie są dużo mniej płochliwe i zimują w swych terytoriach lęgowych.

 

Kos poszukuje pożywienia prawie wyłącznie na ziemi bądź w ziemi. Odżywia się bezkręgowcami, zwłaszcza dżdżownicami, ślimakami i owadami, które wygrzebuje ze ściółki. Dodam jeszcze, że w Polsce kos objęty jest ścisłą ochroną gatunkową.

 

Ps. Jeśli kogoś zainteresuje, na fotoblogu (http://krychna.bloog.pl/id,334243751,title,O-kwiczolach,index.html) popełniłam wpis o kwiczołach. Jest też kilka fotek:)

 

Właśnie "wydziobał" dżdżownicę

 

 

... a tutaj z profilu, chyba nawet lepiej widać. Po chwili dżdżownicy już nie było, połknął w całości:)

 

 

... a tutaj już inny kos pięknie śpiewa

 



komentarze (27) | dodaj komentarz

Eliza ma już ponad dwieście lat! ♫ ♫ ♫

piątek, 26 kwietnia 2013 17:59

Kto nie zna „Dla Elizy” Beethovena ręka do góry… nie widzę:) Wobec tego śmiało mogę napisać, że wszyscy znamy i kochamy. Dlaczego dzisiaj o tym utworze? Ano z okazji rocznicy, bowiem 27 kwietnia, 203 lata temu Ludwig van Beethoven skomponował jeden z najsłynniejszych utworów muzycznych świata - bagatelę a-moll WoO 59, znaną jako miniaturę fortepianową "Dla Elizy". W każdym razie tak twierdzi niemiecki muzykolog Ludwig Nohl, który odkrył manuskrypt z zapisem nutowym Beethovena i opublikował go w 1867 roku, czy 40 lat po śmierci kompozytora. Wprawdzie oryginał nie zachował się do naszych czasów, ale Nohl twierdził, że widniała na nim data 27 kwietnia 1810 r.

 

No dobrze, znamy już datę skomponowania utworu, to teraz jeszcze wypadałoby „rozszyfrować” tytuł. Kim była Eliza i czym tak urzekła Beethovena, że napisał dla niej ten cudny utwór? I tu zaczynają się schody. Okazuje się bowiem, że wprawdzie kompozytor bywał kochliwy, ale nie był blisko z żadną kobietą o imieniu Eliza. A tam gdzie nie ma pewności zaczynają się domniemania. Według jednych teorii utwór był dedykowany sopranistce Elisabeth Rockel, z którą kompozytor był bardzo zaprzyjaźniony. Inne mówią, że Beethoven wcale nie zadedykował swojej bagateli kobiecie o imieniu Eliza, lecz Teresa, a dokładnie Therese Malfatti. W 1810 r. kompozytor oświadczył się jej, ona zaś oświadczyny odrzuciła. Jeszcze inna wersja mówi, że Eliza była kobietą, do której Beethoven napisał swój słynny list "List do Nieśmiertelnej Ukochanej", a której tożsamości biografom nigdy nie udało się ustalić.

 

Do tych wszystkich teorii można dorzucić kolejną, a potem jeszcze kolejną…:) A może Beethoven wcale nie skomponował tej bagateli dla jednej, konkretnej osoby o imieniu Eliza. Może po prostu nie miał pomysłu na tytuł, wyjrzał przez okno i zobaczył dziewczynkę, powiedzmy córeczkę sąsiadów o imieniu Eliza? Albo „Eliza” to był jego ulubiony gatunek wina czerwonego? Albo… w tym miejscu każdy może wpisać swoją własną teorię:)

 

A jaka była prawda? Któż to wie… może kiedyś, jakiś badacz rozwiąże tajemnicę adresata tego utworu. Dla historyków rozstrzygnięcie tej kwestii ma zapewne znaczenie, natomiast dla mnie niekoniecznie. Nieważne dla kogo skomponował, ważne jak skomponował!

 

Pozdrawiam i życzę miłego weekendu z utworem „Dla Elizy” gdzieś w tle:)

 



komentarze (23) | dodaj komentarz

Wiosna - tak! Zmęczenie - nie!

środa, 24 kwietnia 2013 19:57

Koleżanka w pracy powiedziała dzisiaj na dzień dobry: Jestem tak zmęczona i senna, ledwie zwlekłam się rano z łóżka. Za chwilę druga: Muszę chyba iść do lekarza po skierowanie na wyniki. Jestem tak osłabiona, ciągle zmęczona…. Nie jestem lekarzem, ale diagnoza wydaje się prosta. Wiele osób o tej porze roku dopada tzw. wiosenne zmęczenie.  Mnie też funkcjonowanie na pełnych obrotach sprawia pewien problem. Wiem, wiem, znam kilka osób, które kiedy usłyszą hasło „wiosenne zmęczenie” robią oczy jak pięć złotych i pytają: A co to takiego w ogóle jest?  Ano jest, a na dodatek zostało wytłumaczone przez lekarzy zajmujących się fizjologią organizmu.

 

Senność, apatia, zmęczenie, rozdrażnienie, bóle głowy czy stawów to typowe objawy na przełomie zimy i wiosny. Odczucia te są skutkiem procesów przestawiania się organizmu z jesienno-zimowego biegu na rytm wiosenno-letni. Zmienia się wówczas sposób funkcjonowania układu krążenia, tętno, częstość oddychania oraz poziom hormonów, które wpływają na nastrój. Szczególnie wrażliwi na zmieniające się na przełomie zimy i wiosny czynniki biometeorologiczne są meteopaci. Przeprowadzono badania, które potwierdzają, że  ponad połowa, a może nawet 60 proc. społeczeństwa ma takie objawy!

 

Oczywiście z czasem te objawy ustępują, podobno na dostosowanie się do nowych warunków nasz organizm potrzebuje 2-3 tygodni. Czy można sobie jakoś pomóc, żeby w miarę bezboleśnie przetrwać ten ciężki dla organizmu czas?  Pewnie że można, tylko  te metody są tak banalne i oczywiste, że  aż trudno w nie uwierzyć:) Przede wszystkim umiarkowany wysiłek fizyczny, np. spacery.  No a potem  odpowiednia dieta. Zima już minęła i nie ma potrzeby dostarczać naszemu organizmowi  tłustych, smażonych mięs, czy zawiesistych sosów i zup.  W to miejsce warto wprowadzić potrawy zawierające duże ilości warzyw i owoców. Ale co ja będę pisać o rzeczach oczywistych, przecież każdy o tym wie, problem w tym, że nie każdy mimo tej wiedzy, chce zmienić swój tryb życia i odżywiania się. Albo z lenistwa, albo z niewiary w skuteczność.  Na lenistwo i niewiarę nie ma niestety „lekarstwa”.  Niemniej zachęcam, naprawdę:)

 

Każdego roku ciężko przechodziłam okres na przełomie zimy i wiosny. W tym roku postanowiłam nie dać się i póki co  daję radę. Myślę, że w tzw. pionie trzyma mnie między innymi moja pasja (fotografowanie) która nie pozwala mi usiedzieć w domu. Każdą wolną chwilę spędzam na szwendaniu się po okolicach, podziwianiu tego wszystkiego co teraz dzieje się w przyrodzie, oraz wypatrywaniu ciekawych obiektów do fotografowania. Na rozczulanie się nad sobą i na myślenie o tym, że jest mi źle, czy też, że źle się czuję, nie ma wtedy czasu:)

 

Ale się nawymądrzałam! No, ale sami powiedzcie, czy warto poddawać się wiosennemu zmęczeniu, kiedy na świecie jest tak cudnie? Nie warto… bo przez to „zmęczenie” umykają gdzieś nam te cudności0:-)

A tak wygląda dzisiaj mój „świat”:)

 

 

 

 

 



komentarze (29) | dodaj komentarz

O Marii Przełomiec, o Tymoszenko i o...moim synalku:)

poniedziałek, 22 kwietnia 2013 22:29

Kiedyś na blogu Krzesło elektryzujące przeczytałam ciekawy tekst o uwięzieniu Julii Tymoszenko.  Zostawiłam pod tekstem komentarz taki ni to, ni owo. Napisałam, że za mało wiem, żeby mieć sprecyzowany pogląd na ten temat.  No autorka tekstu miała… Dlatego kiedy dowiedziałam się, że do mojego miasta przyjeżdża redaktor Maria Przełomiec z TVP INFO, autorka  książki "Tymoszenko. Historia niedokończona" nie miałam żadnych wątpliwości gdzie spędzę poniedziałkowe popołudnie:) Organizatorem spotkania było Akademickie Centrum Badań Euroregionalnych - Pracownia Analiz Wschodniego Sąsiedztwa oraz Wojewódzka i Miejska Biblioteka Publiczna im. Z.Herberta w Gorzowie Wlkp. Spotkanie poprowadził dr Paweł Leszczyński.

 

Może najpierw kilka słów o Marii Przełomiec. Dziennikarka specjalizuje się w tematyce międzynarodowej. Jest uznanym ekspertem ds. Rosji, Europy Wschodniej i Azji Środkowej. Od 2007 r. autorka cyklu „Studio Wschód” w TVP INFO poświęconego wydarzeniom rozgrywającym się na terenie byłego ZSRR. Współautorka książek „Rosja 2000 - koniec i początek epoki” oraz „Ukraina na zakręcie”. W latach 1990-2006 korespondentka Radia BBC. W tym czasie relacjonowała  niemal wszystkie najważniejsze wydarzenia rozgrywające się w krajach b. ZSRR. Publikuje w prasie polskie i zagranicznej. Tyle w telegraficznym skrócie.

 

Książka „Tymoszenko. Niedokończona historia” jest efektem rozmów z ukraińskimi politykami, dziennikarzami, współpracownikami Julii Tymoszenko. Mnie najbardziej interesuje odpowiedź  na pytanie: Czy Julia Tymoszenko jest niewinną ofiarą swoich politycznych konkurentów? Czy też cynicznym graczem, którego w końcu dopadła sprawiedliwość? Mam nadzieję znaleźć tę odpowiedź  w książce Marii Przełomiec.

 

I jeszcze kilka opinii na temat książki:

Jerzy Haszczyński, „Rzeczpospolita”: „Maria Przełomiec nie postawiła pomnika Julii Tymoszenko. Przyjrzała się jej z fascynacją, ale bez złudzeń. Bezstronna, potrzebna książka”.

Marek Ostrowski, „Polityka”: „Z biednego bloku z cuchnącą klatką schodową - na szczyty pieniędzy i władzy. Stamtąd do więziennej celi. Ciekawa opowieść o egerii pomarańczowej rewolucji. Nie hagiografia i nie oskarżenie. Skomplikowany świat naszych sąsiadów”.

Piotr Semka, „Uważam Rze”: „Autorka pokazuje, że "piękna Julka" stała się symbolem nowej Ukrainy, reprezentując i to, co dobre, i to, co złe w tamtejszej polityce. To szekspirowski dramat żądzy władzy, ambicji i wielkich pieniędzy”.

Brzmi zachęcająco, prawda?

 

Spotkanie z Marią Przełomiec trwało ponad 2 godziny i było arcyciekawe I nie tyczyło się tylko książki. Dziennikarka dużo mówiła o sytuacji politycznej i gospodarczej na Ukrainie, ale też o naszej polityce, historii, o stosunkach politycznych Polski i Ukrainy. Mile zaskoczyła mnie mnogość pytań zadawanych autorce przez mieszkańców.

 

Myślę, że ten wpis to dobry moment, by napisać kilka słów o moim synalku:) Stali Bywalcy wiedzą już, że zrobił w Anglii doktorat i wykłada tam na uczelni. A z nowości dodam jeszcze, że niedawno wydał tam książkę. Nie pytajcie mnie o czym, bo nie wiem. Zapewne o polityce, albo stosunkach międzynarodowych, a poza tym nawet gdybym chciała przeczytać, to nie da rady, bo książka jest napisana w języku zupełnie mi obcym, czyli angielskim:-/ Dodam jeszcze, że jak niedawno była zadyma z Koreą Północną, to do syna zadzwonił dziennikarz z radia BBC i poprosił o komentarz do tej sytuacji. Komentarz został „puszczony” po głównym wydaniu wiadomości Radia BBC. A poza tym synalek rozjeżdża się po różnych konferencjach naukowych. Niedawno wrócił ze Stanów, a za chwilę leci na Sycylię:) A za kolejną chwilę, czyli w lipcu wstępuje w związek małżeński:) Ale o tym innym razem…

Co tu dużo gadać… serce matuli puchnie z dumy:)

 

Zdjęcia z dziejszego spotkania:)

 

 

 



komentarze (28) | dodaj komentarz

Już "się" naprawiło:)

piątek, 19 kwietnia 2013 16:43

Mój laptop wymagał pilnej reanimacji. Naprawa miała potrwać co najmniej kilka dnia, ale „Chłopaki” w serwisie uwinęli się, że hej! Zamówili popsutą część i następnego dnia pojawiła się. A potem już poszło migiem, można powiedzieć, że naprawa dokonała się na moich oczach. Zadowolona, ale niestety lżejsza o ponad stówkę dorwałam się w końcu do neta:)

 

Z nadmiaru radości nie chce mi się pisać o sprawach ważnych i poważnych.  Wrzucam więc jedynie kilka fotek, które udało mi się pstryknąć podczas krótkiego, przymusowego odwyku od internetu:)

 

Miłego, słonecznego weekendu życzę!

 

 

 

 

 

 



komentarze (30) | dodaj komentarz

W kolejce do dentysty:)

wtorek, 16 kwietnia 2013 17:22

Od kilku dni pobolewał mnie ząb:( Wczoraj, wracając z rehabilitacji poszłam do przychodni, w której przyjmuje „moja” stomatolog. Na poczekalni siedziało ze 30 osób. Poczekałam aż z gabinetu wyjdzie pacjent i dosłownie w drzwiach zapytałam dentystkę czy mnie przyjmie. Powiedziała, że nie ma szans, bo ludzi multum i żebym przyszła jutro (czyli dzisiaj) około wpół do ósmej, to przyjmie mnie jeszcze przed rozpoczęciem pracy. Poszłam. Na poczekalni siedziało już 8 osób. Zapytałam kto ostatni i usiadłam karnie czekając na swoją kolej.  Kilka minut po ósmej zaczęło się…

 

- Dzień dobry. Kto teraz będzie wchodził? Pani? To ja wejdę z panią tylko zapytam o coś.

Tuż za tą co chciała tylko zapytać pod gabinetem ustawiła się kolejna osoba:

- Dzień dobry. Kto z państwa będzie teraz wchodził do gabinetu? Pani? Ja tylko wejdę zapytać, czy proteza już gotowa.

Pan ustawił się tuż za panią, co to miała tylko zapytać.

- Dzień dobry. Który numerek jest w gabinecie?

- Tu nie ma numerków, trzeba się zarejestrować i czekać – odpowiedziała starsza pani.

- To bardzo dziwne! Ja akurat miałam pierwszy, ale nie mogłam urwać się z pracy. Nie mam zamiaru czekać. Po to są numerki żeby nie czekać!

Pani ustawiła się pod drzwiami gabinetu tuż przed tą panią co miała tylko spytać. Czyli jako pierwsza.

- Dzień dobry. Kto z państwa miał na godzinę ósmą?

Cisza.

Pan ostentacyjnie wyciąga z legitymacji jakąś karteczkę i głośno mówi: Ja mam na ósmą trzydzieści! A ta osoba co jest w gabinecie, na którą miała?

Cisza.

- To ja wejdę tylko zapytać czy ósma trzydzieści jest aktualna.

Pan ustawił się w kolejce tuż przed panią, co miała rzekomo pierwszy numerek.  Panią strasznie to zdenerwowało. Nastąpiła ostra wymiana zdań, którą „wygrał” pan, bo ostatecznie ustawił się jako pierwszy w kolejce pod gabinetem. W tym miejscu dodam, że ta ósemka pacjentów, która była jak tylko przyszłam (oraz ja) siedzieliśmy na ławkach pod gabinetem.

 

Kolejne kroki na korytarzu. Tym razem pani z dziewczynką w wieku około 8, a może 9 lat. Nie ma żadnego dzień dobry, żadnego pytania. Pani po prostu puka do gabinetu i wchodzi!

O nie, to nie na moje nerwy! Ząb ćmi, łepetyna boli… wstałam rozprostować kości. Ubrałam kurtkę i wyszłam przed przychodnię. Po chwili z przychodni wychodzi pani z córką. Jest bardzo zdenerwowana, prawie krzyczy na dziecko:

- Mówiłam ci żebyś beczała, że boli, toby nas dzisiaj przyjęła, a tak jutro musimy znowu tu przyjść…

 

Wróciłam na ławkę pod gabinetem. Za jakiś czas drzwi otworzyły się i ten pierwszy ze stojących pod gabinetem chwycił już za klamkę. Niestety nie wszedł, bo za wychodzącym pacjentem, wyszła też dentystka. Powiedziała, że wraca za chwilę i poszła do toalety. Faktycznie za chwilkę wróciła, ale zanim weszła do środka zatrzymała się pod drzwiami i spojrzała na ludzi. Pan, który miała zapytać o protezę, uczynił to.  Ale ci pozostali z tej stojącej kolejki zamilkli na amen:) Nikt o nic nie chciał już zapytać. Starsza pani, jedna z tych siedzących na ławce głośno powiedziała do tej grupki:

- Proszę teraz pytać, jest okazja, bo pani doktor zaraz wejdzie do gabinetu.

Cisza.

Lekarka spojrzała na stojących i powiedziała:

- Państwo chcieli o coś zapytać?

Cisza…

Dentystka weszła do gabinetu, a ci stojący pod drzwiami odsunęli się i usiedli na ławce. I ta co chciała tylko zapytać, i ta co to niby miała pierwszy numerek, i ten co to niby miał na ósmą trzydzieści…



komentarze (28) | dodaj komentarz

O Marku i Melanii

niedziela, 14 kwietnia 2013 19:21

Po raz kolejny przekonałam się, że  historia tworzy się tu i teraz, dosłownie pod nosem. Tyle, że nie zawsze  nasze oczy są na tyle szeroko otwarte by zobaczyć ten proces. Chcę napisać o niezwykłej historii związanej z moim miastem oraz z człowiekiem, którego znam i cenię. Jednak żeby przejść do „tu i teraz” konieczne jest cofnięcie się w czasie do lat II wojny światowej, a dokładnie do Getta w Łodzi. Tam bowiem  33 letnia wówczas polska poetka, malarka, rzeźbiarka narodowości żydowskiej - Melania Fogelbaum pomału kończy swoje życie… Wskutek głodu i warunków panujących w Gettcie Melania zachorowała na gruźlicę, 1 sierpnia 1944 roku, wraz z innymi Żydami została przetransportowana do obozu Auschwitz-Birkenau, gdzie prawdopodobnie prosto z rampy została zagnana do komory gazowej.

 

Po likwidacji Getta,  jeden z Żydów pozostawionych przez Niemców przy życiu dla uprzątnięcia terenu, znalazł dwa zeszyty Melanii Fogelbaum zapełnione jej wierszami i notatkami, które przekazał ocalałej przyjaciółce Melanii, Helenie Zymler, a ta z kolei w 1998 r.  przekazała oryginalne zeszyty i inne dokumenty do muzeum holocaustu w Waszyngtonie. W 2004 r., w 60 rocznicę likwidacji Getta grupa przyjaciół postanowiła oddać hołd Melanii przedstawiając światu wybór jej ocalałych, przejmujących wierszy.  Wprawdzie zbiorek zawierał zaledwie kilkanaście wierszy poetki, ale tyle wystarczyło, by zachwycić kolejnego bohatera tej historii krytyka literackiego – Leszka Żulińskiego.  Jakimś cudem zdobył skany wszystkich wierszy Melanii i na tym właściwie rzecz by się zakończyła, bo okazało się, że nie można tych wierszy i notatek odczytać. Leszek Żuliński  pożalił się  na swoim blogu, że „wojna zniszczyła jeszcze jeden talent poetycki”.

 

Ten wpis zainteresował Marka Piechockiego. O Marku pisałam kilkakrotnie na swoim blogu, głównie przy okazji relacji z koncertów muzyki klasycznej  w Jazz Clubie Pod Filarami. Marek sobie te koncerty wymyślił,  ściągał do Gorzowa muzyków z najwyższej półki, a przed każdym koncertem pięknie opowiadał  o muzyce, którą za chwilę mieliśmy usłyszeć.  Miłość do muzyki, to tylko jedna strona jego duszy, bo Marek jest przede wszystkim poetom, autorem kilku książek. Pewnie dlatego  postanowił skontaktować się z Leszkiem Żulińskim i poprosił o przesłanie skanów wierszy Melanii. A potem, w wyniku jakiegoś niepojętego dla mnie pokrewieństwa dusz Marka i Melanii, udało mu się rozszyfrować prawie wszystkie teksty napisane ręką Melanii! Zwieńczeniem dzieła było wydanie w grudniu 2012 książki  „Drzwi otwarte na nicość”. 

 

Więcej o  żmudnym procesie rozszyfrowywania tekstów Melanii można przeczytać na blogu Marka w  listach  pisanych do poetki. Choćby w liście: „Zmartwychwstanie Melanii Fogelbaum – List 14”

Fragment owego listu:

 

„(…) Teraz piszę ten list, a w myślach wracam do tych pierwszych chwil z Tobą. Do tego pisania w Internecie przez Leszka Żulińskiego o Twoich wierszach. O tym, że tyle ich nieodczytanych, nieznanych a jakże wartych poznania. I że od razu pomyślałem – może ja spróbuję je odczytać… Potem już wiesz, jak było. Ich fotokopie znalazły się w moim komputerze (no, tak, nie wiesz, co to takiego „komputer” – to taka maszyna do pisania, na której od razu widać, co napisane, jak w iluzjonie) i zacząłem czytać, przepisywać do zeszytu. Trzy tygodnie poranków i wieczorów z Tobą! Potem Leszek uformował to wszystko, zredagował i już mogłem powierzyć tę składankę Monice Szalczyńskiej, o której już kiedyś Ci pisałem. O tym, jak bardzo chce, żeby Książka pięknie się prezentowała. (…)”

A tutaj cały list: http://www.egorzowska.pl/pokaz,zygmunt_marek_piechocki,3398

 

I w tym miejscu  kończy się ta niesamowita historia, która tworzyła się na naszych oczach. A „tworzyła” się  z potrzeby serca, pasji, zachwytu oraz miłości do poezji.  Choć może słowo - kończy, nie jest właściwym określeniem, bo teraz dopiero rozpoczyna się kolejna historia, która jest konsekwencją tych wszystkich zbiegów okoliczności. Kolejna historia, to poznawanie, a nawet „zaprzyjaźnianie” się z  Melanią  Fogelbaum  oraz z jej poezją…

 

I był sen przebudzony
U krawędzi powiek
Drzwi otwarte na nicość
Sień zsiniała z wiatru
Schody wiodące do nikąd

 

Zdjęcia ze strony: http://www.zwoje-scrolls.com/zwoje40/text22p.htm

 

Melania Fogelbaum w Getcie w Łodzi, 1940 r.
Fot. Mendel Grossman; zdjęcie znalezione przez Nachmana Zonabenda

 

Dwie strony z zeszytu – rękopisu Melanii Fogelbaum
(Photo courtesy of the United States Holocaust Memorial Museum)



komentarze (18) | dodaj komentarz

Wróbelek, ptaszyna niewielka

piątek, 12 kwietnia 2013 20:28

 

W notce o szpakach narzekałam, że  są ruchliwe. No nie wiedziałam co pisałam, bo szpaki w porównaniu do wróbli, to urodzeni flegmatycy:)

 

Tym razem uczepiłam się wróbli.  Wróble tak się wpisały w pejzaż miast i wsi, że właściwie ich się nie zauważa, tym bardziej, że jest to ptaszek malutki,  niezbyt pięknie upierzony i płochliwy.  Ale za to jak radośnie ćwierka!  Poświęcam kilka słów wróbelkom, bo  liczba tych sympatycznych ptaków drastycznie spadła w ostatnich latach. Podczas ostatniego liczenia ptaków okazało się, że naszym kraju najwięcej jest gawronów. Na drugim miejscu jest mewa śmieszka, a wróbel dopiero na trzecim miejscu. Naukowcy badający wróble twierdzą, że na tak duży spadek liczebności ptaków wpływ miało kilka czynników.

 

Po pierwsze, brak miejsc lęgowych. Wróble, aby czuć się bezpiecznie, potrzebują szczelin i otworów, np. dziur pod rynnami, płytkich szczelin i zagłębień. Teraz stare budynki na potęgę się ociepla i estetycznie wykańcza, nie zostawiając ptakom miejsca. Po drugie, coraz lepiej dbamy o higienę. Kiedyś śmieci wynosiło się w wiadrach, dziś używamy plastikowych worków, a kontenery są szczelnie pozamykane. Wróblom coraz trudniej znaleźć resztki pokarmu. Po trzecie, w miastach przybyło ptaków krukowatych. Szczególnie groźne dla wróbli są sroki, wrony i sójki. Jaja i pisklęta wróbli, gnieżdżących się w płytkich zagłębieniach pod rynnami, są łatwo dostępne dla tych ptaków. Na dodatek na młode wróble polują również koty.  No cóż, takie prawo natury…

 

Nic więc dziwnego, że wróble wynoszą się z dużych miast na prowincję. Tam mają przestrzeń, więcej miejsc lęgowych  no i o pokarm łatwiej. Wprawdzie wróbel nie gardzi odpadkami, które znajduje przy ludzkich osiedlach, ale przecież ptak ten jest typowym ziarnojadem. Jedynie wiosną poluje również na owady i karmi nimi swoje młode.

 

Pan wróbel i pani wróblowa łączą się w pary na lata. Jednak wierność  nie jest najmocniejszą stroną pana wróbla. Mimo wszystko para trzyma się  razem, gdyż jej życiowym celem jest wypuszczenie w świat jak największej liczby potomstwa.

 

Warto przypomnieć, że  te niepozorne ptaszęta zostały niegdyś okrzyknięte wrogiem politycznym numer jeden. Rzecz miała miejsce w Chinach tuż po rewolucji komunistycznej. W wyniku chybionej polityki gospodarczej gwałtownie zaczęły spadać plony. Winą władze obarczyły wróble. Chińskie społeczeństwo w ciągu trzech dni wybiło niemal wszystkie ptaki w tym wielkim kraju. Plony oczywiście nie wzrosły, a w następnym roku Chiny nawiedziła plaga szarańczy i następująca po niej trzyletnia klęska głodu. Szarańcza, która do tej pory skutecznie była tępiona przez wróble, niszcząc pola, spowodowała śmierć ponad 30 mln ludzi!!!

 

Na koniec dodam jeszcze, że  ten  niby pospolity ptak doczekał się nawet swojego święta, bowiem  20 marca obchodzimy Światowy Dzień Wróbla.

 

 

 

 

Zdjęcia własne



komentarze (38) | dodaj komentarz

Na przykład ziemniaki na 500 sposobów, albo...

środa, 10 kwietnia 2013 14:28

Niedawno byłam w księgarni, by zerknąć na nowości, no i na ceny książek oczywiście.  Za bardzo szanuję zdrowie swoich czytelników, zwłaszcza tych, którzy mają kłopoty z ciśnieniem, więc o cenach nie będę pisać:) Zauważyłam, że w „mojej” księgarni zrobiło się tak jakby ciaśniej. Dopiero po chwili zorientowałam się, że przybyły dwie długie ławy, na których wyłożono nowości z dziedziny kulinaria. Nie miałam pojęcia,  że aż tyle tych nowości jest. Poradniki dot. zdrowego gotowania, kuchnie z różnych regionów świata oraz nasze, rodzime przepisy na potrawy. Wszystko pięknie wydane, na błyszczącym papierze, a do tego okraszone zdjęciami najwyższej jakości. Ceny adekwatnie – też najwyższej jakości. Ale nie o cenach miało być, choć nie jest to bez znaczenia:)

 

Wzięłam do ręki pierwszą lepszą książkę z przepisami na potrawy.  Otworzyła się na stronie z przepisem na jakieś sznycle.  Prędko zeskanowałam w myślach przepis i wyszło mi, że przygotowanie tych sznycli na obiad kosztowałoby mnie co najmniej 60 zł (znowu o cenach)! Dlaczego aż tyle?  Ano dlatego, że nie mam w domu na stanie tych wszystkich wykwintnych składników niezbędnych do przygotowania potrawy, więc trzeba byłoby dokupić każdy składnik, nawet taki (np. prawdziwy szafran), którego wg przepisu potrzeba do potrawy – szczyptę.  Wtedy taka mnie myśl naszła:)  Ci wszyscy autorzy z góry zakładają, że każdy czytelnik posiada w domu lodówkę, czy piwnicę zaopatrzoną ful wypas. Fakt, że dzisiaj można kupić właściwie wszystko, nie oznacza wcale, że się kupuje. Zresztą który portfel by to wytrzymał?

 

Eee tam, to ja już wolę swoje stare, sprawdzone książki z przepisami.  W niektórych można znaleźć przepisy jak z niczego zrobić coś. A do tego smaczne i niedrogie „coś” . Niedawno jakiś student podjął się zadania przeżycia miesiąca za 31 zł. Modne też stały się strony internetowe, na których autorzy radzą: Jak ugotować  smaczną zupę i pożywne drugie danie za 5 zł, obiad za dychę, kuchenna partyzantka itp.

 

Wielkie mi odkrycie! Gdyby korzystali z książek wydanych w czasach PRL, kiedy nie było niczego, a jednak gotowało się obiady, nie robiliby z tego takiej sensacji.   Kilka takich książek stoi u mnie w kuchni na półce. Jak choćby książka z 1986 roku "500 potraw z ziemniaków".  Jak przystało na tamte czasy, tuż za wprowadzeniem, oraz  rozdziałem o obróbce ziemniaków, znalazł się rozdział „Potrawy z ziemniaków w kuchni narodów ZSRR:) Ale potem mamy już nasze rodzime przepisy na ziemniaczki gotowane, duszone, zapiekane, smażone, faszerowane, zupy ziemniaczane, czy ziemniaki na słodko – istne kartoflane szaleństwo. A wszystko dosłownie za grosze.

 

A potem książka z 1983 roku pt. Bukiet z warzyw” . Znalazło się w niej blisko 800 przepisów na dania z warzyw! Dodam, że  z naszych rodzimych warzyw, które przecież wcale drogie nie są:) Na tej książce właśnie uczyłam się przyrządzać warzywa.  Jako ciekawostkę dodam, że książka została wydrukowana i oprawiona w…NRD:)

 

I jeszcze „Vademecum łakomczucha”  1987 roku (druk i oprawa też w NRD). Z tej z kolei książki czerpałam inspiracje do przygotowania coś słodkiego. Tutaj również przepisy na bazie polskich produktów i polskich owoców, a więc stosunkowo niedrogo.

 

Pewnie każdy z mojego pokolenia mógłby jeszcze dorzucić jakąś „swoją” książkę z przepisami. Czasy się zmieniły, co chwilę też zmienia się moda na odżywianie, ale warto czasami sięgać po dawne, sprawdzone, tanie, zdrowe i smaczne przepisy. Zwłaszcza, że nasze portfele robią się coraz chudsze…

 



komentarze (29) | dodaj komentarz

A cóż to za ptak - szpak?

niedziela, 07 kwietnia 2013 21:53

 

Teraz, kiedy jeszcze nie ma na gałęziach drzew liści, jest najlepsza pora na ptasie „polowania”.  Wiem, wiem, jestem monotematyczna, ale nic na to nie poradzę, że uwielbiam gapić się na ptaki.  Koleżanka, która mocno wierzy w reinkarnacje stwierdziła jakiś czas temu, że w poprzednim życiu musiałam mieć coś do czynienia z ptakami, a może nawet sama byłam ptakiem. No coś w tym jest… i nawet tak do końca bym się zgodziła, gdyby nie ten przysłowiowy ptasi móżdżek. Na to, to ja się nie piszę.  Wprawdzie sama o sobie mówię niekiedy, że dostaję małpiego rozumu, ale żeby zaraz ptasi móżdżek? Co to, to nie!:-]

 

Dzisiaj obserwowałam stadko szpaków.  Ależ one są ruchliwe!  Większość fotek wyszła rozmazana, a na niektórych widać było tylko koniuszek skrzydełka:) Szpaki nie mają najlepszej opinii, zwłaszcza wśród działkowiczów. A to za przyczyną ogołoconych przez te ptaszyska wiśni i czereśni. Okazuje się jednak, że niepotrzebnie.  Największymi szkodnikami są wcale nie te szpaki, które lęgną się w naszym kraju, ponieważ w okresie dojrzewania wiśni są one już na terenach Francji i Włoch. Na nasze wiśnie i czereśnie  przylatują natomiast ptaki, które wykluły się za naszymi wschodnimi granicami. Czyli jak zawsze winne są „ruskie”.  Pewną partię polityczną powinna ta wiadomość ucieszyć jak nie wiem co:)

 

Szpaki oprócz owoców zjadają także wiele owadów, zwłaszcza w okresie lęgowym. Ich łupem pada mnóstwo szkodników, które są poza zasięgiem mniejszych ptaków, chociażby takich, jak sikory, przez co szpaki stają się doskonałym sprzymierzeńcem ogrodników, którzy nie chcą stosować chemicznych środków ochrony roślin.  Dodam jeszcze, że szpaki podlegają bezwarunkowej ochronie gatunkowej.

 

W końcu kwietnia samica składa 4 do 6 zielonkawo-niebieskich jaj, wysiadywanych wspólnie z samcem. Młode wykluwają się po 14 dniach i mniej więcej tyle czasu są karmione w gnieździe. Po jego opuszczeniu umieją już dobrze latać. Jako ciekawostkę dodam, że dorosłe osobniki, w trakcie karmienia młodych potrafią zrobić nawet 400 wycieczek po pokarm w ciągu jednego dnia!

 

Na koniec jeszcze o szpaczych trelach.  Szpak potrafi naśladować odgłosy innych ptaków, również przy częstym kontakcie z ludźmi, ludzki głos. Poznane odgłosy często splata ze swoich śpiewem, który jest serią ćwierków z krótkimi skrzekami i klekotaniem, zwykle z cichymi skrzypnięciami w tle, powtarzając jeden wers wielokrotnie.

I to na tyle wywodów amatora – ornitologa:) Mam tylko nadzieję, że nie zanudziłam czytelników tym szpaczym wpisem]:-/

 

Na podstawie Atlasu ptaków polskich

Zdjęcia własne

 

 

 

 

 

 



komentarze (29) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 20 listopada 2017