Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 392 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5058141
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32245
Bloog istnieje od: 2693 dni

Horoskop

Wodnik

Sobota dobra na wszystko - zadbaj o siebie, bądź dla siebie kimś najważniejszym. Postaraj się o dobrą atmosferę wokół siebie, rozpieszczaj się, idź na zakupy i spraw sobie coś fajnego

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Inne dzieci?

wtorek, 31 maja 2011 13:23

 

Z okn a mojego mieszkania widzę przedszkole. Ładny, zabytkowy budynek i zadbany, ogrodzony kolorowym parkanem plac zabaw. Kiedy się tylko zrobi ciepło, dzieciaki całe dopołudnia bawią się na dworze. Przedszkole organizuje na powietrzu dużo imprez dla dzieci, ich rodziców, dziadków i przyjaciół. Ostatnio wszyscy pięknie się bawili na Dzień Matki. Była scena, popisy dzieci w tańcach, śpiewie i recytowaniu, dobra muzyka puszczana przez głośniki i stoły zastawione jadłem przygotowanym przez rodziców. Ogólnie było radośnie i pięknie. Jutro Dzień Dziecka, więc pewnie też tak będzie.

 

Jednak atmosferę tej wielkiej radości „zakłócają” dzieciaki z mojej dzielnicy, dodam biedne dzieciaki rodziców alkoholików, bezrobotnych, albo takich którzy z różnych względów nie potrafią zająć się sobą i swoimi dziećmi.

 

Te dzieci stoją przylepione do tego kolorowego parkanu i dosłownie pożerają wzrokiem to wszystko co dzieje się za parkanem, głównie zastawione różnymi frykasami stoły. Tam, za tym parkanem jest inny, lepszy świat, do którego nie mają prawa wstępu. Stoją godzinę, dwie, czasami od początku do końca przedszkolnej imprezy. Stoją w bezruchu, zupełnie nie jak dzieci, które zazwyczaj są rozbiegane, głośne i radosne…

 

 A ja patrzę ze swojego okna na te dzieci i ogarnia mnie żałość i bezradność. Czy kiedyś uda im się przestąpić ten kolorowy parkan, by znaleźć się w innym, lepszym świecie?

 



komentarze (21) | dodaj komentarz

Podstępne, krwiożercze bestie atakują

poniedziałek, 30 maja 2011 13:08

 

Wczor aj pogoda aż się prosiła żeby wyjść z domu. Postanowiłam wyjść na spacerek, tym bardziej, że kręgosłup jakby mniej dokuczał. Wzięłam więc aparat i poszłam na botaniczne łowy do pobliskiego parku. Łowy owszem bardzo udane, tyle że to ja byłam ofiarą. Długo się nie na spacerowałam, bo dopadły mnie małe, prawie niewidoczne krwiożercze bestie zwane meszkami. Wygląda na to, że czekały w ukryciu na swoją ofiarę, czyli na mnie:-] Nie miałam pojęcia, że tyle ich tam jest. Nic nie zapowiadało takiej ilości tuż po wejściu do parku. Dopiero potem, trochę głębiej, zaatakowały z taką furią, że zrejterowałam. Wróciłam do domu nieźle pogryziona. Prędko zrobiłam sobie na obolałe miejsca okłady z wody i octu i trochę zelżało. Dobrze, że nie jestem alergikiem, bo mogło to się różnie skończyć…

 

W tym roku nie byłam na nie przygotowana, wzięły mnie z zaskoczenia. W ubiegłych latach nie przydarzały mi się takie niespodzianki, bo nie ruszałam się z domu bez jakiegoś środka w aerozolu na odstraszenie bestii. Wiem, że pomaga w tym odstraszaniu również olejek waniliowy. Meszki nie przepadają za jego zapachem. Słyszałam też, że części ciała, najbardziej narażone na ukąszenie (twarz, ręce, nogi) należy posmarować octem, w którym przez 10 min. gotowały się liście orzecha włoskiego. Podobnie "odstraszające" działanie ma też sok z liści bazylii. Więcej domowych sposobów nie znam.

 

Byłam dzisiaj rano w aptece zaopatrzyć się w coś do psikania na meszki. Rozejrzałam się co do cen tego rodzaju specyfików i nie jest tak źle. Kształtują się w granicach od 10 do 20 zł. Skład specyfików jest właściwie ten sam, a różnica w cenie zależy od firmy która go wyprodukowała. Pani w aptece powiedziała, że w tym roku zgłosiło się już kilkadziesiąt osób mocno pogryzionych przez meszki. Jednym słowem sezon na kąsanie przez meszki należy uznać za otwarty.

 

Ciekawa jestem czy znacie jeszcze jakieś inne, domowe sposoby na ochronę przed meszkami, albo na ulżenie w przypadku kiedy już nas dopadną? Oczywiście oprócz nie wychodzenia z domu:-D

 



komentarze (35) | dodaj komentarz

Nelly Rokita nikomu nie szkodzi?

niedziela, 29 maja 2011 11:04

 

Wydanie internetowe jednej z gazet, co to większość ją podczytuje, a niewielu się przyznaje, czepiło się Nelly Rokity, a dokładnie jej stylu ubierania się. Cytuje:

Jeśli chodzi o ubrania, Nelly Rokita przyzwyczaiła nas do wielu fanaberii. Nosi kapelusze, skarpetki do sandałów, rękawiczki w lato, żakiety i falbanki. Trudno. Można było się do tego przyzwyczaić. Ale to co zrobiła tym razem, to już naprawdę przesada!

Jest tam kilka fotek, które mają potwierdzać tę opinię.

 

Szczerze mówiąc nigdy nie przywiązywałam większej wagi do takich opinii, czasami wręcz mnie denerwują zdjęcia i artykuły ośmieszające jakąś gwiazdę, albo celebrytkę tylko z powodu jakiejś wpadki ubraniowej. Jeśli już miałabym się czepiać Nelly Rokity, to za całokształt, a najbardziej za szkodzenie wizerunkowi kobiety. Za jej ignorancję i głupotę w wydawaniu sądów. Ktoś kiedyś powiedział, że jest takim Stańczykiem polskiej polityki, nikomu nie szkodzi, nikt nie traktuje jej poważnie. Niektóre jej wypowiedzi rzeczywiście mogą być zabawne, choćby ta, za którą została nagrodzona Srebrnymi ustami:

 

Panie premierze, mam wrażenie, i to nie tylko ja mam wrażenie w Polsce, że często pan stoi w rozkroku.

Albo:

Gdyby Jarosław (Kaczyński) był kobietą, to powiedziałabym, że lepiej by mu było z mężczyzną.

Czy:

Smutno mnie jest, że nasze dzieci oglądają telewizję, gdzie występuje Donald ze swoim smutnym i groźnym wzrokiem i straszy nasze dzieci.

 

Zdarzyły jej się jednak wypowiedzi, które mocno podniosły mi ciśnienie, wypowiedzi, o których nie można już powiedzieć, że nie szkodzą. Pamiętacie jej wypowiedź o metodzie in vitro? Powiedziała, że bezpłodność nie jest chorobą, że jest wymysł najnowszych naukowców, że bezpłodność jest chorobą. Powiedziała to w czasie kiedy sejm pracował nad tą ustawą o in vitro.

 

W podobnym tonie wypowiadała się głośno o problemie głodujących dzieci w Polsce. Ja nie znam dzieci, które by głodowały. Jeżeli ktokolwiek zna takie dzieci, to powinien krzyczeć głośno. Nie ma takiego problemu na dzień dzisiejszy w Polsce. Nóż się w kieszeni otwiera. Gdzie ta kobieta żyje? Czyżby w tym samym kraju, co ja? Niech przyjedzie zobaczyć na moją dzielnicę, gdzie paczka chrupek kupiona przez pijaną matkę ma starczać dziecku za śniadanie, obiad i kolację!

 

Podobnie było z parytetami na listach wyborczych. Była zdecydowaną przeciwniczką wprowadzenia parytetów, co wykorzystali przeciwnicy wprowadzenia parytetów, uzasadniając odmowę podpisania listy poparcia postawą pani Rokity. Bo skoro parytety mają otworzyć drogę takim właśnie kobietom to lepiej nie podpisywać!

 

Nelly Rokita wydała jeszcze wiele sądów ośmieszających i kompromitujących ją samą, a przy okazji nas – kobiety. I byłoby to jej prywatną sprawą gdyby nie to, że ma prawo głosu w Sejmie, więc prawo decydowania, co jest dobre dla nas, a co nie. A z tym jest mi się już ciężko pogodzić.

 

Niech Nelly Rokita ubiera się jak sobie chce, ale niech przestanie kompromitować swoją niewiedzą kobiety. Bo kiedy pojawia się w mediach, nie patrzę jak jest ubrana. Słucham natomiast co ma do powiedzenia, a jej niektóre wypowiedzi wywołują we mnie poczucie wstydu i zażenowania!

 

I jeszcze fotka, o której mowa na początku. Chyba nikt się nie doczepi, że ściągnęłam ją ze strony internetowego wydania Faktu?

 



komentarze (29) | dodaj komentarz

Kim są anioły?

sobota, 28 maja 2011 9:33

 

Anioły  towarzyszyły mi właściwie od zawsze. Kiedy byłam dzieckiem, nad moim łóżeczkiem wisiał obrazek przedstawiający dwójkę dzieci przechodzących przez mostek, a za ich plecami stał cudnej urody anioł z długimi kręconymi włosami i wielkimi skrzydłami. Lubiłam patrzeć na ten obrazek, działał na mnie kojąco, czułam się bezpieczna. Na swoją I Komunię Św. też otrzymałam obrazek, na którym była dwójka dzieci, unoszące się motyle, polne kwiaty i czuwający anioł w prostej białej szacie. Ten obrazek wisiał nad moim łóżkiem przez wiele, wiele lat.

 

Odmawiając wieczorną modlitwę, najbardziej lubiłam tę do anioła stróża mego. I choć nigdy go nie widziałam miałam jakieś wewnętrzne przekonanie, że stoi i przy mnie i czuwa, żeby nie stała mi się krzywda. Często zastanawiałam się gdzie anioły śpią, co jedzą, gdzie są ich rodzice i snułam na ten temat przeróżne dziecięce teorie:) Potem przestałam wierzyć w anioły, w mojego stróżującego anioła. Zbyt wiele moim dziecięcym i młodzieńczym życiu działo się rzeczy niedobrych, przed którymi nie chciał, albo nie mógł mnie uchronić. Na tej podstawie wyciągnęłam wniosek, że aniołów nie ma.

 

Wiara w anioły powróciła w dorosłym życiu, kiedy poczułam że jest ktoś, albo coś co nade mną czuwa. Zastanawiałam się kim są anioły, bo choć od zarania dziejów były kojarzone z religią, Bogiem i sprawami niebiańskimi - nikt ich tak naprawdę nie widział.

 

Choć może nie jest to do końca prawdą. Zdarzają się przecież sytuacje dzięki którym możemy określić mianem anioła zwykłego na pozór człowieka. Kilka takich „ludzkich aniołów” stanęło na mojej drodze. Nie były to postaci o cudnej, niebiańskiej urodzie z blond włosami i skrzydłami, ale ludzie z krwi i kości. Ludzie pełni wiary, nadziei i miłości do drugiego człowieka. Ich bezinteresowna pomoc uratowała niejedną duszę… Myślę, że każdy z nas ma w swoim otoczeniu takiego „ludzkiego anioła”. Trzeba się tylko dokładnie rozejrzeć…

 



komentarze (39) | dodaj komentarz

Tran powraca do łask

piątek, 27 maja 2011 9:57

 

Na leżę do pokolenia, które miało obowiązek łykać w szkole łyżkę tranu. Pamiętam długą kolejkę dzieciaków ustawionych na szkolnym korytarzu i panią z butlą tranu w ręce. Każde dziecko podchodziło i musiało zażyć łyżkę stołową tego specyfiku. Nie pamiętam już jak często podawany był nam tran, ale pamiętam, że niektóre dzieciaki ryczały na sam widok pani z ową butlą. Były też przypadki zwrotu zawartości żołądka w chwili wciskania tej łyżki z tranem do buzi dzieciaka.

 

Ja nie miałam z tym problemu, zażywałam bez wstrętu, choć jako dziecko nie znałam przecież właściwości tranu, jego wpływie na zdrowie, odporność czy też  prawidłowy wzrost kości i zębów. Czytałam gdzieś, ze najnowsze badania dostarczają kolejnych dowodów  na to, że tradycja picia tranu jest bardzo korzystna dla zdrowia dzieci. Głównie dlatego, że zawiera niezwykle ważne składniki niezbędne w okresie wzrostu dziecka, między innymi kwasy omega-3 i witaminy A, E i D. Na szczęście w dzisiejszych czasach dzieciaki nie muszę przechodzić przez takie katorgi jak kiedyś. Dzisiaj można dostać w aptekach trany o różnych smakach, zupełnie nie przypominające te niegdysiejsze.

 

Myślę, że zamiast sięgać po jakieś syntetyki zawierające kwasy i witaminy warto korzystać z produktu naturalnego, opartego na tradycjach. Poza tym powraca moda na picie tranu. W niektórych brytyjskich szkołach podaje się tran uzasadniając to koniecznością podniesienia zdolności umysłowych dzieci. U nas też z roku na rok coraz więcej rodziców sięga po ten specyfik. I bardzo dobrze, wszak jego właściwości znane są od tysiącleci. A pierwsze wzmianki o tranie pojawiły się nawet w biblii…

Tak sobie myślę, że wprawdzie tran najbardziej zalecany jest dla dzieci, ale skoro ma tyle właściwości działających pozytywnie na organizm, to przecież nic nie stoi na przeszkodzie żebyśmy i my, ciut starsi nie mogli go sobie zażywać. Na pewno nie zaszkodzi:-]

 



komentarze (23) | dodaj komentarz

Dowożą ludzi do pracy byle czym

czwartek, 26 maja 2011 8:46

 

Mam j eszcze w pamięci ten straszny wypadek z ubiegłego roku kiedy to w Nowym Mieście nad Pilicą doszło do zderzenia busa z ciężarówką. Zginęło wtedy 18 osób jadących do pracy, do sadu zbierać jabłka. Bus nie był dostosowany do przewozu tylu pasażerów. Ludzie siedzieli na skrzynkach, deskach i na prowizorycznie przygotowanych siedziskach. Wkrótce po tym tragicznym wydarzeniu przewinęła się przez media dyskusja o warunkach w jakich ludzie przewożeni są do pracy. Wzmożono nawet kontrole samochodów pod tym kątem. Wydaje się, że po takiej tragedii nikt nie będzie się ważył na podobny „wyczyn”. Nic bardziej mylnego. Kilka dni temu, w godzinach szczytu, policja zatrzymała na obrzeżach mojego miasta busa wiozącego ludzi do pracy. Jechało nim 23 pracowników, podczas gdy auto mogło przewozić tylko… 3 osoby!!!

 

Właściciel firmy, w której pracują przewożeni ludzie tłumaczy, że to był incydent, że normalnie wozi ludzi autobusem, ale ten akurat się zepsuł. Twierdzi również, że pracownicy bez jego zgody podjęli decyzję o przewozie osób dostawczym busem. Jakoś nie chce mi się wierzyć, że jest tak zupełnie bez winy, że nie wiedział, że jego pracownicy zostaną dowiezieni do pracy busem zarejestrowanym na przewóz 3 osób. Czego się spodziewał, że przylecą samolotem? Zakład położony jest w miejscowości położonej kilka km od mojego miasta i słabo skomunikowanej, a ludzie do pracy musieli jakoś dojechać.

 

Jednak to nie właściciel zakładu, a przewoźnik (notabene pracownik owej firmy) został ukarany przez policję mandatem w wysokości 500 zł. Zgodnie z przepisami za przewóz nadmiernej liczby osób przewoźnik może dostać mandat do 1 tys. zł. Nie ma natomiast przepisów, które pozwalałyby ukarać przedsiębiorcę. A ten zdecydowanie odcina się od sprawy.

 

Pisząc tą notkę myślę, jakie to szczęście, że nie muszę pisać o tych ludziach w czasie przeszłym - że jechali do pracy, ale nie dojechali… Staram się zrozumieć pobudki, które kierowały pracownikami wsiadającymi do tego busa. I wiem, że strach ludzi przed utratą pracy był silniejszy, niż myśl o niebezpieczeństwie jakie może się przytrafić. Ich potrafię zrozumieć, właściciela firmy – już nie. Wiedział, że autobus jest niesprawny, mógł więc wynająć jakiś inny pojazd, dostosowany do przewozu tylu osób. No ale za wynajem trzeba by było zapłacić… Żałuję bardzo, że brakuje przepisów pozwalających go ukarać.

 



komentarze (26) | dodaj komentarz

Znajomy:)

środa, 25 maja 2011 9:10

 

Dzisi aj ostatni dzień zwolnienia lekarskiego. Właściwie nawet niewiele wypoczęłam, bo większość czasu poświęciłam na szukanie ortopedy, do którego nie trzeba by czekać 3, 4 albo 5 miesięcy. No nie udało się, wszędzie są odległe terminy. Ja tam mogę czekać, ale mój kręgosłup raczej nie, bo pomimo leków nadal daje znać o sobie.

 

Może dlatego od kilku dni chodziła mi po głowie pewna myśl. Dawno, dawno temu, jeszcze w szkole podstawowej chodziłam do jednej klasy z chłopakiem, który wykształcił się na lekarza, a dokładnie na ortopedę oraz specjalistę od osteoporozy. Widywałam się z nim czasami na ulicy, zamieniliśmy kilka słów i to wszystko. Wprawdzie wiele lat temu wyleczył po skomplikowanym złamaniu rękę mojego syna, ale to było tak dawno, a przecież ludzie się zmieniają…

 

Niemniej jednak pomyślałam sobie, że warto spróbować i wczoraj popołudniu poszłam do przychodni, w której przyjmował pacjentów. Usiadłam w poczekalni i czekam. Po około 20 minutach otworzyły się drzwi od gabinetu, a on stanął z kartką w ręce i wyczytał nazwisko kolejnego pacjenta. Zapytałam pokornie:

- Panie doktorze, nie jestem na dzisiaj zapisana, przyjmie mnie pan?

- O cześć Krysia, co się wygłupiasz z tym doktorem. Mam trochę pacjentów, czy mogłabyś wpaść wieczorkiem, gdzieś około godz. 20? Wypijemy kawę i pogadamy.

Pewnie, że mogłam, nawet bardzo mogłam:-D Takiego obrotu sprawy się nie spodziewałam. Ot, kobieto małej wiary:-|

 

Dowiedziałam się prawie wszystkiego na temat swojego kręgosłupa. Piszę prawie, bo muszę jeszcze zrobić rezonans magnetyczny. Z tego co wiem to tam dopiero są kolejki! No nic trzeba będzie poczekać. Zaordynował mi również leczniczo gorset sznurowany, tak że w najbliższym czasie będę w końcu miała wymarzoną talię osy;-) Na koniec zapytałam, czy jak już mnie wziął pod swoje skrzydełka, to doprowadzi jakoś ten kręgosłup  do używalności. Nie obiecał, powiedział natomiast, że musimy poczekać na wynik rezonansu, bo być może będzie mnie musiał „sprzedać” swojemu koledze – neurochirurgowi. I to na tyle.

 

Bardzo proszę przyznać mnie się tu szczerze, czy ktoś z czytających nosił taki gorset? Idzie wytrzymać?

 



komentarze (34) | dodaj komentarz

Ten barszcz nie nadaje się do jedzenia

wtorek, 24 maja 2011 8:18

 

Zrobiło się ciepło i piękna pogoda zachęca do spacerów, czy wyjazdów na łono natury. Jeśli tylko mam czas, również korzystam z uroków cudnej wiosny, a spacerując zachwycam się pięknem otaczającej mnie przyrody. Warto jednak w tym okresie pamiętać, że nie zawsze to co jest piękne jest również bezpieczne.

 

Czasami na swojej drodze możemy spotkać wielgaśne, bo prawie 3 metrowej wysokości, rośliny o dużych kwiatostanach i ciekawie powycinanych liściach. Jest to wyjątkowo niebezpieczny i podstępny barszcz Sosnowskiego. Niebezpieczny, bo zawiera w swoim soku silnie parzącą substancję działającą na skórę człowieka podobnie jak kwas solny. A podstępny, bo jego działanie nie jest odczuwalne ani widoczne w momencie dotknięcia. Dopiero w okresie późniejszym na skórze pojawiają się bolesne, trudne do leczenia pęcherze, może również występować zapalenie spojówek. Najczęściej jego ofiarami stają się niczego nieświadome dzieci.

 

Skąd się wzięła u nas ta upiorna roślina? Okazuje się, że był to prezent od radzieckich uczonych z Instytutu Uprawy Roślin w Leningradzie. Początkowo uprawiana jako roślina pastewna, po niedługim czasie pokazała swoje parzące „rożki”. Nie dość, że roślina jest szkodliwa dla zdrowia, to jeszcze powoduje degradację środowiska przyrodniczego i ogranicza dostępność terenu. Dawno już zarzucono uprawę barszczu Sosnowskiego, on jednak nie zaważa na to, bo rozprzestrzenia się spontanicznie i gdzie sobie chce. Dlatego wyruszając na dłuższy spacer w nowe miejsca, albo wyjeżdżając, trzeba uważać żeby nie powrócić poparzonym. Wprawdzie najbardziej roślina parzy w gorące i wilgotne dni, ale strzeżonego…  i taka dalej.

 

O tym, że problem jest poważny może świadczyć między innymi fakt, że jeden z moich znajomych założył fundację, która ma na celu uświadamianie zagrożeń, jakie niesie ze sobą niekontrolowane, ekspansywne rozprzestrzenianie się barszczu Sosnowskiego. Nakręcili nawet filmik ukazujący zagrożenia jakie niesie za sobą kontakt z tą rośliną. Wprawdzie film jest własnością fundacji "Palący Problem - Heracleum", ja jednak otrzymałam zgodę na zamieszczenie go na swoim blogu. Dla zainteresowanych podaję link:

http://www.youtube.com/watch?v=x9VLtXvD7o8

 

Fotka z netu



komentarze (32) | dodaj komentarz

Różne bywają zboczenia...

poniedziałek, 23 maja 2011 11:51

 

Pisała m już kilkakrotnie, że moja droga do pracy i z pracy wiedzie przez park. Kilka lat temu droga ta przysparzała mi niekiedy dodatkowych atrakcji. Jedno z parkowych drzew upodobał sobie „obnażacz”, albo inaczej zboczeniec. Choć patrząc na jego wymizerowaną, przestraszoną twarz, oraz wymizerowane narządy męskie, trudno mi jakoś określać go zboczeńcem. Stał sobie bidulek za tym drzewem z opuszczonymi gaciami, a jak się zbliżałam zaczynał miętolić te swoje wymęczone narządy]:-> Kiedyś nawet zatrzymałam się na chwilkę, by rzucić przez ramię – nie ma czym się chwalić(o_o)

 

No ale ja jestem dorosła, można by rzec wręcz dojrzała, jednak w sytuacji kiedy facet wyprawia takie cuda na oczach dzieci, to nie jest już tak zabawnie.

 

W samym sercu Opola, 53 letni mężczyzna usiadł sobie na ławeczce przy skwerku, na którym bawią się dzieci i zaczął się na ich oczach onanizować. Na szczęście rodzice tych dzieci zareagowali natychmiast. Wezwali policję i facet dokończy swoje dzieło w policyjnej celi.

 



komentarze (27) | dodaj komentarz

Mama wyjeżdża na wczasy:)

niedziela, 22 maja 2011 9:17

 

Na poc zątku tygodnia zadzwoniła mama i poleciła mi, żebym przyszła w sobotę:

- Wyjeżdżam, opróżniam lodówkę, bo muszę ją odmrozić. Przyjdź, zabierzesz mrożonki.

- Dobrze mamo, a dużo tego jest?

- A skąd, przecież dla mnie jednej dużo nie kupuję. Mam dwa kawałki białej kiełbasy i dwa udka od kurczaka.

- OK, przyjdę.

 

Poszłam wczoraj z jedną torbą. W przedpokoju stała spakowana już duża waliza na kółkach i kijki do Nordic Walking. W kuchni natomiast szafki i stół zastawione różnościami.

- Porządki mamo robisz?

- A skąd… to masz do zabrania.

- Sąsiadów okradłaś?

- Nie gadaj głupot, to są rzeczy z lodówki. Wyłączam lodówkę, po co ma chodzić jak mnie nie będzie.

- Ale ja tylko jedną torbę wzięłam, mówiłaś że tylko kiełbasa i udka…

- No tak, to z zamrażarki, ale na górze w lodówce jeszcze parę rzeczy było.

W sumie zebrało się tego w trzy torby. Czego tam nie było: 2 mleka, 4 śmietany, 4 jogurty, 8 serków topionych, słoiki z sałatką ogórkową, 15 jajek, śmietanki do kawy jednorazowe, 2  śmietanki do kawy w kartonie, tacka włoszczyzny, sok grejpfrutowy, 2 cytryny oraz 2 opakowania smarowania pro – activ.

- Oj mamo, mamo, a mówiłaś że dla siebie jednej dużo nie kupujesz…

- A ty już nie gadaj tyle. Masz tu jeszcze ptasie mleczko i szoruj do domu, ja mam robotę. Muszę spakować jeszcze jedną torbę, ta walizka w przedpokoju wydaje się duża, ale niewiele się w niej mieści…

 

Ps. Mama wyjechała dzisiaj o godz. 8 nad morze, do Międzywodzia. Oby tylko miała piękną pogodę:)



komentarze (27) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 27 maja 2017