Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 392 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5058128
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32245
Bloog istnieje od: 2693 dni

Horoskop

Wodnik

Sobota dobra na wszystko - zadbaj o siebie, bądź dla siebie kimś najważniejszym. Postaraj się o dobrą atmosferę wokół siebie, rozpieszczaj się, idź na zakupy i spraw sobie coś fajnego

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Dzień niepodobny do dnia:)

piątek, 31 maja 2013 18:31

No i doczekałam się upragnionego weekendu. Wprawdzie rozpoczął się gastronomicznie, bo robię właśnie gołąbki z młodej kapusty, dużo gołąbków, a w oczekiwaniu aż farsz ostygnie, postanowiłam zasilić bloga. Pewne już wiecie, że nasz serwis blogowy będzie nieczynny od niedzieli w południe do poniedziałku w południe - http://bloog.bloog.pl/id,335416176,title,Wazne-Serwis-Bloogpl-bedzie-chwilowo-niedostepny,index.html. To tak gwoli przypomnienia. Przeżyjemy jakoś, prawda? Oby tylko po tych pracach administracyjnych gorzej nie było…

 

A weekend zapowiada się ciekawie i pracowicie. Jutro bowiem wyjeżdżam do  Lubniewic na cykliczną imprezę fotodejową:) Tym razem będzie można pospacerować po zamkniętych na co dzień lubniewickich zamkach.

Lubniewice to piękna miejscowość położona nad jeziorami i otoczona lasami. Najpierw wdrapiemy się na wieżę kościoła skąd widać całą panoramę Lubniewic, a potem kierunek – zamki. Ma też być ognisko integracyjne(zapisało się 80 osób)  i pieczenie kiełbasek. No zobaczymy…

 

Z kolei w niedzielę dopołudnia wpadnę na festyn organizowany w Gorzowie na rzecz bezdomnych zwierząt. Obiecałam zrobić fotorelację z tej imprezy.

 

A popołudniu ostatnia już edycja akcji „Ulotne chwile łapię jak fotka” Tym razem wejdziemy do zabytkowego obiektu, który jeszcze niedawno służył Policji. Po wybudowaniu nowej komendy, policjanci się stamtąd wynieśli i od tego czasu stoi pusty, a szkoda. Wspomnę tylko, że budynek wzniesiono w latach 1923-1924 i funkcjonował jako ratusz miejski. Po 1945 roku został przekazany Powiatowemu Urzędowi Bezpieczeństwa Publicznego, a następnie milicji. Przez jakiś czas znajdowało się w nich Archiwum Państwowe, następnie siedziba policji.

 

A potem już poniedziałek, i poniedziałek właśnie powinien być ostatnim dniem weekendu. Człowiek (czyli ja) odpoczął by sobie i nabrał sił do czterodniowego tygodnia pracy:-D

 

Miłego weekendu  życzę i (mam nadzieję) do poczytania po tych wszystkich pracach administracyjnych…

 

A to budynek, którego wnętrza będę fotografować w niedzielę (zdjęcie zrobione na początku kwietnia).

 

 

I na życzenie Czesi:) Troszkę się rozpierdzieliły, jakaś delitkatna ta młoda kapusta:)))

 

 



komentarze (25) | dodaj komentarz

Trudna sztuka pakowania, czyli mama wybiera się na wczasy:)

wtorek, 28 maja 2013 18:28

Mama przydzieliła mi zadanie. – "Jadę z koleżankami na wczasy, przyjdź w sobotę i pomóż mi się spakować" – powiedziała. Drobiazg - pomyślałam, ileż to roboty zapakować tych kilka łaszków. Jakże się myliłam…

 

Pojszłam w sobotę około godz. 12 w południe, a wróciłam dobrze po godz. 19. Tyle zajęło spakowanie walizki podróżnej o wymiarach: 70x50cm.

Trzeba było przyjąć jakiś plan. Powiedziałam, żeby wyciągała z szafy rzeczy, które zamierza zabrać, a ja będę je składać i tematycznie układać na kupki. Tu spodnie, tam bielizna, dalej bluzki, sweterki, spódnice, sukienki itd.  No i zaczęło się...

 

- Mamo, to już piąta sztuka spodni „rybaczków”, a do tego wszystkie prawie w identycznym kolorze. Po co aż tyle?

- Oj córka, wszystkie są jasne, więc brudzące. Przecież nie będę chodziła na wczasach w poplamionych spodniach!

- Acha… ale jeszcze wyłożyłaś do spakowania 5 spódnic , 1 garsonkę, 3 pary długich spodni, 2 dresy i 4 sukienki. Policz sobie. Będziesz 14 dni, zakładając, że każdego dnia będziesz ubrana inaczej, to i tak masz naddatek.

- A kto powiedział, że cały dzień będę chodziła w jednym i tym samym? Rano może być zimno, a popołudniu ciepło. Wypadałoby się wtedy przebrać, nie uważasz?

- Prawda… A po co zabierasz 3 pary letniego obuwia? Weź sobie klapki, albo sandały, do tego adidasy i kapcie, moim zdaniem w zupełności wystarczy.

- Czy musisz tak marudzić? Sandały obowiązkowo do maszerowania z kijkami. Jedne klapki do chodzenia na co dzień, a drugie na stołówkę…

- Na stołówkę???

- A co się tak dziwisz? Na stołówce spotykają się wszyscy wczasowicze, przecież nie pójdę jak dziadówa, muszę elegancko wyglądać!

- Acha… ale wytłumacz mi mamo, dlaczego te sandały na kijki nie mogą ci służyć również do chodzenia na „co dzień”? Ładne, wygodne, skórzane, w czym problem?

- No wiesz???  Jak sobie to wyobrażasz? Wracam z koleżankami z kijków, one  przebierają obuwie, a ja w tym samym? Co sobie pomyślą?

- Pewnie chodzą na kijki w adidasach, to normalne, że jeśli jest słonecznie, to po powrocie zmieniają na sandały, czy klapki.

- Ty już nie bądź taka dociekliwa…  A zapomniałam jeszcze o tej bluzce, weź ją córcia zapakuj.

- Przecież to sylwestrowa bluzka. Nie dość, że mieniąca, to jeszcze jakieś cekiny na dole naszyte. Do czego to ubierzesz na tych wczasach?

- Już ty się nie martw, ubiorę i już. Pakuj i nie marudź!

- Mamo, nie da rady… no nie da rady spakować tego wszystkiego do jednej walizy. Chyba, że masz zamiar wziąć jeszcze jedną. Masz zamiar…?

- Ależ jesteś córka zgryźliwa, przecież wiesz, że nie mam drugiej, a tych kilka ciuszków z łatwością zmieści się w tej jednej!

- No to próbujemy mamo, wedle życzenia:)

 

Ściskam, przyciskam, sapię, pot kapie mi po d*… no nie da rady…

- Oj córcia, jakaś słabiutka w rękach jesteś, przyciśnij mocniej, a ja zasunę zamek.

- Nie da się… mamo!

- Zrobię kawkę. Wypijemy, odpoczniesz, a potem pójdzie jak z płatka, mówię ci:)

- Ok, wypijmy mamo kawę i porozmawiajmy chwilkę.

- O co ci chodzi, przecież cały czas rozmawiamy!

- Ale porozmawiajmy poważnie…

 

Podczas picia kawy okazało się, że mama ma jeszcze do spakowania 2 kubki, jakieś słodycze, kosmetyczkę, drugą kosmetyczkę na lekarstwa, „święte” książki do czytania, ręczniki, grube wełniane skarpety, 2 pidżamy i jeszcze kilka drobiazgów. I wtedy dopadło mnie załamanie nerwowe. Zaczęłam się śmiać jak kretynka. I ten mój śmiech to było chyba najlepsze co mogło się wydarzyć tego dnia, bo mama też zaczęła rechotać bez opamiętania. Patrzałam na mamę podejrzliwie, bo nie wiedziałam, czy ten maminy śmiech, to też załamanie nerwowe, czy radowała się myślą, że tak pięknie będzie się co kilka godzina na tych wczasach przebierać…

No jednak to było załamanie nerwowe, bo po wypiciu kawy podjęła decyzję:

 

- Córka, przeglądamy jeszcze raz rzeczy do zabrania. Biorę tylko niezbędne… 

Wprawdzie „te niezbędne” też wymagały ode mnie sapania, ściskania i przyduszania, ale na koniec – udało się!

Przeszczęśliwa rozsiadłam się w fotelu z poczuciem dobrze spełnionego obowiązku. Mama poszła jeszcze na chwilę do drugiego pokoju upewnić się, że wszystko spakowane. Po chwili wraca i od progu melduje:

 

- Zapomniałam o najważniejszym. Jeszcze trzeba spakować piłkę!

- Piłkę??? Ja wiem mamo, że o tej porze roku wiele domków wczasowych jest niezamieszkałych, ale żeby zaraz się włamywać? Poza tym, to nie te czasy żeby ludzie zamykali swoje posiadłości na kłódki, które z łatwością można przeciąć piłką. Teraz rządzi elektronika!;-):-D

- Ale śmieszne, nie bądź taka dowcipna. Ja nie o piłce do cięcia metalu, tylko o piłce do grania!

- Acha… Zaraz, zaraz, a po co ci piłka do grania? Jakieś zawody planujecie?

- A tam zaraz zawody. Umówiłyśmy się, że zabieramy piłki dla zdrowotności!

- A w jaką grę zamierzacie grać dla tej zdrowotności?

- A kto powiedział, że zamierzamy grać? Ustawimy się w kółeczko i będziemy sobie podawać. Nawet nie wiesz córka jakie to dobre ćwiczenie na bioderka i brzuszek! To co? Spróbujesz jakoś zapakować tę piłkę?

Wymiękłam, po prostu wymiękłam…

 

Nie spróbowałam… Zostawiłam mamie piłkowy problem do przemyślenia, a w drodze do domu objawiły mi się chóry anielskie, które śpiewały pieśń o tym, że za swoją cierpliwość przyjmą mnie w niebie nawet w butach. Pod warunkiem oczywiście, że nie zamelduję pod Piotrowymi drzwiami z walizką oraz z piłką „dla zdrowotności”…



komentarze (24) | dodaj komentarz

Ulotne chwile - odsłona druga:)

niedziela, 26 maja 2013 21:08

 

W ramach projektu „Ulotne chwile łapię jak fotka” realizowanego przez Stowarzyszenie Niebo Jest Boiskiem tym razem mogliśmy sfotografować wnętrza willi Karla Jaehnego, jednego z bardziej znanych lubuskich fabrykantów.

Przypomnę tylko, że projekt Stowarzyszenia umożliwia pasjonatom fotografowania eksplorację opuszczonych budynków stanowiących niegdyś instytucje miejskie.

 

Wspomniana willa od 2007 roku stoi pusta i stanowi bardzo smutny widok. Na zewnątrz widać samosiejki wyrastające na tarasach i w rynnach, łuszczącą się farbę i odpadający tynk.  Byłam ciekawa jak wygląda w środku.

 

Zanim jednak o tym co tam zastałam, kilka słów na temat historii budynku.

Willa Jaehnego to jeden z niewielu zachowanych w regionie przykładów architektury z okresu secesji. Wybudowana po 1896 roku charakteryzuje się neorenesansowym wystrojem elewacji. Od strony wschodniej do willi przylegał piękny sad, fabrykant był bowiem z zamiłowania sadownikiem. Warto wspomnieć, że ów sad był kolebką wykwintnego w smaku jabłka o nazwie reneta landsberska.  Potem sad podarował miastu na potrzeby tworzącego się nad rzeką Kłodawką parku.

 

Tuż po wojnie budynek został przydzielony Ekspozyturze Izby Przemysłowo-Handlowej w Gorzowie, a wkrótce potem stał się siedzibą Milicji Obywatelskiej, która  zaadaptowała piwniczne pomieszczenia na areszt, tzw. popularne „dołki”. W 2007 roku Miasto przejęło zabytkową willę od Policji i od tego czasu obiekt nie jest użytkowany.

 

Cieszę się, że mogłam obejrzeć wnętrza willi, bo to chyba jej ostatnie tchnienia. Wnętrze wygląda okropnie, do niektórych pomieszczeń strach było wejść w obawie, że przegnita podłoga zarwie się pod nogami. Straszą olejne lamperie i łuszczące się ściany. Wszędzie są zacieki od wody, w wielu miejscach spod odpadniętego tynku wyziera drewniana konstrukcja, albo przegnita słoma…

 

Trudno było w takich warunkach odnaleźć ślady dawnej świetności. Zachowały się jedynie fantazyjnie zdobione poręcze, kaloryfery z osłonkami, stolarka okienna, fragmenty gzymsów, i otwory w dekoracyjnych obramowaniach. Tyle zdążyłam wypatrzeć. Pewnie ktoś, kto zna się na architekturze znajdzie tam więcej historycznych detali.

 

Natomiast w piwnicy gdzie policja przetrzymywała aresztantów, gdzieniegdzie zachowały się metalowe ramy po pryczach, zakratowane okna, tzw. judasze zamontowane w drzwiach do cel, żelazne zasuwy, oraz zamki. Wszystko to robi niesamowicie przygnębiające wrażenie.

 

Stanowczo za prędko minęła ta darowana nam godzina na obejrzenie willi. Pewnie wiele rzeczy mi umknęło, ale to co zobaczyłam pozwala stwierdzić jedno. Jeśli nie zrobi się natychmiast kapitalnego remontu, to za rok, dwa  nie będzie już czego remontować. Szkoda, że nie wypaliły pomysły na zagospodarowanie willi. Wspomnę tylko o planach przykrycia jej szklaną konstrukcją i umieszczenia tam siedziby Miejskiego Ośrodka Sztuki, czy też zorganizowania w willi Muzeum Opozycji (podczas stanu wojennego przetrzymywano tam działaczy opozycyjnych). Pierwszy pomysł zablokowali  konserwatorzy zabytków, którzy nie zgodzili się na taką ingerencję, drugi natomiast jakoś tak sam się „rozmył”.

Wciąż nie wiadomo, jaka przyszłość czeka dawną willę Karla Jaehnego, w każdym razie dziś stoi pusta i pomału popada  w ruinę…

 

 

Widok od ulicy

 

 

A tak wyglądają prawie wszystkie pomieszczenia na parterze i pierwszym piętrze

 

 

Oryginalne schody na klatce schodowej

 

 

Fragment dekoracyjnej balustrady

 

 

Piękne obramowanie drzwi

 

 

A to już piwnica i dawny areszt

 

 

 

Jedna z cel

 



komentarze (27) | dodaj komentarz

Pełni wiary i nadziei. Skąd w nich tyle optymizmu?

piątek, 24 maja 2013 23:43

Mam taki zwyczaj, że jak rano szykuję się do pracy włączam telewizor, a dokładnie jeden z popularnych kanałów informacyjnych. Lubię wiedzieć co piszczy w trawie, a w ciągu nocy przecież tyle rzeczy mogło się wydarzyć…

 

Kilka dni temu z samego rana zelektryzowała mnie wiadomość, o kolejnym tornadzie w Stanach Zjednoczonych, na przedmieściach Oklahoma City. Zawiesiłam się… zamiast kończyć poranny makijaż wpatrywałam się w sceny, których nikt nie chciałby widzieć w swoich najgorszych snach. A kiedy usłyszałam, że zginęły 24 osoby, a 240 zostało rannych, gdzieś tam w krtani ścisnęło, i to mocno… Dramat, tragedia, smutek, złość…

 

Dziennikarz prowadzący program mówił o dzieciach, które podczas nawałnicy przebywały w szkole i o nauczycielach, którzy własnymi ciałami przykrywali dzieci w chwili przechodzenia przez gmach szkoły trąby powietrznej.

 

No tak… pomyślałam, Amerykanie mają swoich nowych bohaterów, ale czy nie zasłużyli sobie na to miano? Myślę, że zasłużyli! I nie przekonują mnie prześmiewcze, a w najlepszym razie ironizujące komentarze sfrustrowanych internautów, którzy nabijali się z bohaterów, nazywając ich „wcieleniem narodowego ducha”. Łatwo kpić, naśmiewać się kiedy nasze dzieci spokojnie śpią w swoich łóżkach, a my bez żadnego problemu rozpoczynamy kolejny dzień naszego życia.

 

Mało się nie spóźniłam do pracy przez tego newsa, bo jak już wysłuchałam wszystkich informacji o dramatycznych skutkach nawałnicy, nagle zobaczyłam coś, co wprawiło mnie w niesamowite zdumienie. Dwóch mężczyzn na zgliszczach domów zawieszało znalezioną gdzieś pod gruzowiskiem zniszczoną amerykańską flagę (!?) A potem usłyszałam słowa:

 

„Jest ciężko, ale wiem, że Pan nam pomoże. Pomagał już w przeszłości. Pokazywał nam już swoją moc. Więc wiem, że wszystko dzieje się z jakiegoś powodu. Jesteśmy pełni wiary”.

I jeszcze:

„Jesteśmy z Oklahomy, przejdziemy przez to. Tutaj taka pogoda jest normalna. Będziemy trzymać się razem i wszystko się ułoży.”

 

Cały dzień miałam przed oczami scenę zawieszania flagi, a słowa wypowiedziane przez ofiary tornada nie dawały mi spokoju…

Po powrocie z pracy ponownie włączyłam telewizor, a tam kolejne zdjęcia i filmy. I znowu flagi, dużo flag… Mój Boże, tylu flag nie widziałam w Polsce nawet podczas tegorocznego Święta Flagi.

 

Zastanawiam się skąd w Amerykanach tyle siły, optymizmu, wiary? Dotknęła ich niewyobrażalna tragedia, stracili swoich bliskich, dorobek życia, a mimo wszystko stać ich na takie słowa i czyny… I niech nikt nie mówi, że łatwo być patriotą w dobrobycie. Przecież Amerykanie na własnej skórze odczuwają ekonomiczny kryzys. Moja koleżanka, która wyjechała do Stanów na początku lat osiemdziesiątych napisała mi ostatnio, że musi sprzedać jeden z dwóch domów, bo kryzys sprawił, że koszty utrzymania dwóch domów przerastają jej możliwości finansowe. Mój syn niedawno wrócił z konferencji naukowej w Stanach, a zapytany przeze mnie o wrażenia powiedział, że pierwsze co się rzuca w oczy, to okupowanie ulic przez bezdomnych i wykluczonych…

 

Jakby przez analogię przypomniała mi się zadyma rozpętaną 2 lata temu przez plantatorów papryki, po tym jak ich plantacje zniszczyła trąba powietrzna i słynne już słowa:

Jak żyć panie premierze?

Tyle, że wtedy nikt nie zginął…

I nie było nic o trzymaniu się razem, a chwilę potem można było przeczytać informacje o nieprawidłowościach przy składaniu wniosków o rządową pomoc. Podobno niektórzy rolnicy nawet kilkunastokrotnie, zawyżali ilość zniszczonych tuneli papryki.

No cóż, a to Polska właśnie…



komentarze (17) | dodaj komentarz

Park Róż

środa, 22 maja 2013 18:42

Wprawdzie to nie warszawskie Łazienki, ale też mamy takie miejsce, które zachwyca mieszkańców swoją urodą i niepowtarzalnym klimatem. Miejsce, z którym każdy rodowity gorzowianin ma jakieś wspomnienia. Jak byłam malutka, rodzice często przychodzili w to miejsce na spacer. Potem ja prowadzałam tam swoje dzieci, a teraz bywam tam ze swoją wnuczką:)

 

Aaa... jeszcze nie napisałam co to za miejsce:) Tym miejscem jest zlokalizowany  praktycznie w centrum miasta Park Wiosny Ludów, przez mieszkańców nazywany parkiem Róż na pamiątkę założonego tam w 1926 roku ogrodu różanego. Nadarza się nie lada okazja, żeby zaprosić Was na spacerek alejkami parku wokół stawu po którym pływają kaczki  oraz wzdłuż rzeki Kłodawki. W tym roku bowiem Park obchodzi swoje 100- lecie! Założony w latach 1908 – 1913 najpierw czarował mieszkańców Landsberga, a po wojnie Gorzowa. Dodam jeszcze, że najpierw nazywano go parkiem Cesarza Wilhelma, a po I wojnie św. – parkiem Miejskim.

 

Na powierzchni blisko 5 ha, oprócz wspomnianego już stawu i rzeki, możemy spotkać dorodne okazy kasztanowców ( w tym kasztanowca czerwonego), platanów klonolistnych czy grabów odnajdziemy katalpę żółtolistną, berberys japoński, suchodrzew skrytoowocowy, irgę błyszczącą, cisy, kilka odmian klonów, wierzbę mandżurską lub pochodzącą z Chin topolę wielkolistną. Natomiast w ogrodzie różanym, w okresie kwitnienia róż nie można oderwać wzroku od białych, pąsowych, czy żółtych róż. Romantyczne miejsc na randkę, prawda? No dobra, to było dawno, dawno temu. Teraz przychodzą tam młodzi randkowicze, taka kolej rzeczy, ot co:)

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Spacerując parkowymi alejkami spotkamy zegar słoneczny ufundowany przez Nowe Towarzystwo Upiększania Miasta.

 

 

Kilka kroków dalej, tuż przy zabytkowym mostku stoją rzeźby „Panien wodnych”, które niegdyś ozdabiały cokół fontanny Pauckscha.

 

 

Kawałeczek dalej, na tyłach biblioteki znajduje się pomnik przedstawiający sylwetkę poetki cygańskiej – Bronisławy Wajs Papuszy. Papusza przybyła do Gorzowa Wlkp. w 1953r wraz z jednym z ostatnich wędrujących taborów cygańskich. Tematem jej poezji jest życie Cyganów, ich obyczaje, przywiązanie do tradycji i piękno przyrody. Wiersze jej wydano w tomikach: 'Pieśni Papuszy", "Pieśni mówione" i "Lesie, ojcze mój".

Podobno po zmroku można zobaczyć jak Papusza przemyka się przez park w stronę swojego mieszkania. Po drodze pyta spacerujące po parku zakochane pary czy im powróżyć.

 

 

Nie byłabym sobą, gdybym nie wspomniała o ptactwie zamieszkującym Park Róż. W słoneczny dzień spotkałam kwiczoła, który w poszukiwaniu cienia skrył się pod jedną z parkowych ławeczek.

 

 

A kilka kroków dalej pięknie zapozował mi wróbelek:)

 

 

I to koniec naszego wspólnego wirtualnego spacerku, a jeśli ktoś zechce przyjechać do mojego miasta, proszę dać cynk:) Z przyjemnością będę „robić” za przewodnika po parku i nie tylko po parku:-)

 



komentarze (31) | dodaj komentarz

O tym, że uwielbiam weekendy, i o tym że jestem kosmitką:)

poniedziałek, 20 maja 2013 18:43

Uwielbiam piątki, a dokładnie godzinę 15,00. Wtedy właśnie kończę pracę, a perspektywa wolnych dni sprawia, że „rosną mi skrzydła”. Nie to żebym nienawidziła swojej pracy, ale przebywanie w murach pół dnia nie służy mojej duszy, ciału i oczywiście cerze również:-D

 

Za to w weekend (a swoją drogą dlaczego jeszcze nikt nie wymyślił ładniejszego określenia na wolne od pracy dni) hulaj dusza piekła nie ma:) Nie rozumiem ludzi, którzy wiecznie narzekają, że w naszym mieście niewiele się dzieje, że nie ma gdzie pójść, że jest byle jak. Ja mam zawsze odwrotny problem, bo chciałoby się by wszędzie, ale póki co nie opanowałam sztuki teleportacji.

 

Przykładowo ten weekend można było spędzić czas w Filharmonii na „Perłach klasyki”, albo słuchając muzyki jazzowej. Można też było wybrać się do teatru na aktorski jubileusz Bożeny Pomykały-Kukorowskiej, która obchodzi właśnie 30-lecie pracy scenicznej. Albo uczestniczyć w Regionalnych Spotkaniach Wykonawców Piosenki Kresowej „Kresoviana 2013". Albo udać się na piknik zorganizowany z okazji 100 - lecia popularnego w Gorzowie parku. Albo spędzić noc z soboty na niedzielę w naszym muzeum w ramach cyklicznej imprezy „Noc Muzeów”, albo… nie sposób wymienić wszystkiego, ale możliwości jest naprawdę wiele. Jeśli dorzucić do tego biletowane imprezy jak na przykład koncert Artura Andrusa (75 zł), albo jubileusz Jerzego Kryszka (49 zł) to wyraźnie widać, że to moje miasto, w którym mieszka raptem ponad 100 tysięcy mieszkańców, tętni życiem kulturalnym i nie tylko, bo przecież znajdą tu też propozycje miłośnicy sportu, turystyki pieszej, czy w ogóle szeroko rozumianej rozrywki.

 

Tym razem wybrałam koncert Kryszaka. Zupełnie przypadkiem udało mi się wygrać bilet:) Chciałam jeszcze na Noc Muzeów, ale ostatecznie zrezygnowałam. Bywam tam często więc dla mnie żadna atrakcja. Na niedzielę nic nie planowałam, bo przyjechał mój synalek z narzeczoną załatwiać formalności urzędowe związane ze ślubem. Wyjechali dzisiaj popołudniu, więc miałam raptem kilka godzin by się nimi nacieszyć.

 

To teraz kilka słów o koncercie. Jerzy Kryszak urządził sobie w naszym Amfiteatrze jubileusz pracy scenicznej: „Postrzyżyny, czyli jubileusz Jerzego Kryszaka". Z informacji prasowych można było wyczytać, że  „Kryszak będzie miał doborowe towarzystwo: Kabaret Moralnego Niepokoju, Kabaret Młodych Panów, Piotr Bałtroczyk, Alosza Awdiejew i Mieczysław Szczeniak, być może Paweł Małaszyński i Cezary Pazura”. Dobrze, że zaznaczyli, że „być może”, bo ani Małaszyńskiego, ani Pazury nie było. Szcześniaka i Bałtroczyka zresztą też nie.

Myślę, że o początku było wiadome, że tych nazwisk na jubileuszu nie będzie, a wpisano je na plakat, żeby przyciągnąć jak najwięcej ludzi. I przyciągnęli. Widownia była zapełniona po brzegi.

 

Patrząc i słuchachając Jerzego Kryszaka tylko jedno przychodziło mi do głowy: Wielkie zmęczenie materiału:) Od wielu, wielu lat te same gesty, ten sam (jedynie lekko odświeżony) humor. Tak topornie, bez fantazji i polotu. Natomiast pozostali wykonawcy całkiem, całkiem. Tyle, że ja czułam się jak kosmitka:) Przyznaję, że nie oglądam w TV występów kabaretowych, więc siłą rzeczy nie znam… Jedynie po sile oklasków widowni domyślałam się, że na scenie pojawiła się osoba znana i lubiana. No dla mnie zupełnie nieznana:) Ale pewnie dzięki temu mogłam obiektywnie ocenić  siłę rażenia prezentowanych dowcipów i skeczy. Były momenty naprawdę zabawne, co rekompensowało mi wyliniałyi humor Kryszaka. Niemniej żaden z dowcipów, czy skeczy nie rozbawił mnie do łez. No cóż, albo zupełnie nie mam poczucia humoru, albo moje oczekiwania były zbyt duże, albo…

 

Ps. A za cztery dni znów weekend:-D

 

Kilka zdjęć z koncertu:)

 

 

 

 

 

 

 

 

 



komentarze (21) | dodaj komentarz

Anatomia pewnego upadku

sobota, 18 maja 2013 1:33

Kiedy ponad 10 lat temu przeprowadzałam się do miejsca, w którym teraz mieszkam wiedziałam, że ta dzielnica nie cieszy się najlepszą opinią. Nie przeszkadzało mi to, odpowiadała mi między innymi lokalizacja (tuż obok centrum miasta, a jednak na uboczu). Wkrótce okazało się, że z tą „złą opinią”, to lekka przesada. Owszem, patologii i biedy było, i nadal jest  w bród, ale gdzie jej dzisiaj nie ma…

 

Na tym tle jedna rodzina wyróżniała się, i to bardzo. Przynajmniej od strony finansowej. Dwa sklepy obok siebie, piękna nieruchomość w malowniczej miejscowości nad jeziorem, wypasione japońskie motocykle, samochody, cuda wianki. Ona, powiedzmy Monika (wtedy) kobieta około trzydziestoletnia, wyniosła, zawsze zadbana, „drogo” ubrana. O jej mężu Radku niewiele mogę powiedzieć, raczej taki… normalny. Wszyscy mówili, że ma łeb do interesów. No i dwójka ich synów rozbestwionych do granic możliwości. Aaa i jeszcze Danuta, matka tej kobiety, która często sprzedawała w sklepie i prowadziła całą księgowość. Sielanka, idylla… a przy tym buta, pycha i okazywanie na każdym kroku, że należą do tej lepszej sfery społeczeństwa. Wielu mieszkańców dzielnicy patrzyło na nich z zazdrością i zawiścią.

 

A potem… Wszystko zaczęło się od Moniki. Najpierw popijała sobie cichutko w domu. Potem coraz częściej wpadała do sklepu i ściągała z półki flaszkę wódki. Napita wyganiała swoją matkę do domu i sama stawała za ladą. Kłóciła się z klientami, nie wydawała reszty, myliła towar, wyzywała ich od patologii i biedaków. Potem przychodził jej mąż, zarzucał ją na plecy i zanosił do mieszkania. Opiekę nad chłopcami przejęła Danuta. Czemu nie ojciec? Jeden z dwóch sklepów działał w tzw. wąskiej branży, mocno specjalistycznej, co wymagało wielu szkoleń (sam wykonywał naprawy w ramach gwarancji), częstych wyjazdów w celu ściągnięcia towaru, oraz szukania jak najwięcej odbiorów towaru. Czasami nie było go w domu po kilka dni.

 

Młoda kobieta co jakiś czas znikała z dzielnicy i znów się pojawiała. Jej matka mówiła, że podczas tych nieobecności następowały kolejne próby leczenia alkoholizmu w różnych środkach odwykowych. W każdym razie wszystkie te próby spełzły na niczym.

 

Wkrótce na dzielnicy otworzono nowy sklep. Większość mieszkańców natychmiast tam zaczęła robić zakupy. Wielu miało żal do Danuty, a wręcz nienawidziło jej. Często zachodził do niej dzielnicowy, a ta opowiadała wszystko o mieszkańcach. Kto, z kim, i dlaczego. Ludzie prędko zorientowali się i nazywali ją kapusiem… Z czasem  do ich sklepu przez cały dzień nie zawitał żaden klient. Zaczęli natomiast zachodzić dostawcy po pieniądze oraz komornicy. Doszło do tego, że Danuta chodziła po ludziach i próbowała pożyczać to 10, to 20 złotych… Zmieniła się. Nie było już tej buty i pychy. Zaniedbana, smutna, często czułam od niej alkohol. Jej zięć w tym czasie zaczął chorować. Ponoć zachorował na Bergera i amputowano mu palce u stóp. Jakieś pół roku temu na sklepie wywieszono ogłoszenie: Nieruchomość na sprzedaż.

 

Życie toczy się dalej. Monika jak piła, tak pije. Jej mąż większość czasu spędzał  w szpitalach, a synowie pokończyli szkoły i pracują. Natomiast Danuta nadal chodzi po ludziach i próbuje pożyczać pieniądze. Za każdym razem mówi, że odda jak tylko uda się sprzedać sklep. Skąd inąd wiem, że nawet jak sprzeda, to pieniędzy i tak nie wystarczy na pokrycie wszystkich długów.

 

Na początku tego tygodnia na drzwiach budynku, w którym mieszkają zobaczyłam nekrolog. Nagle zmarł Radek, miał zaledwie 45 lat…

 

I wtedy przypomniała mi się scenka sprzed kilku lat. Wracałam z pracy, a ze sklepu wyszedł mocno podenerwowany starszy mężczyzna i coś złorzeczył „pod nosem”. Widziałam go już kilka razy na dzielnicy. Krążył bez celu po ulicach. Mocno zaniedbany, wyglądał na bezdomnego. Kiedyś przypadkiem dowiedziałam się, że to były mąż Danuty. Podobno nie pasował do stylu życia jaki prowadziła Danuta i jej rodzina. Ludzie z dzielnicy mówili, że porządny z niego był człowiek i do cna uczciwy. Podczas rozwodu Danuta „ograbiła” go ze wszystkiego, został z niczym, załamał się… Najpierw zamieszkał u swojej siostry, imał się różnych dorywczych prac, a potem siostra wyszła za mąż i nie było już tam dla niego miejsca. Tułał się to tu, to tam. Wracając do tego spotkania, kiedy to wychodził ze sklepu mocno zdenerwowany. Zaczepił mnie wtedy – zapytał, czy nie poczęstowałabym go papierosem. Poczęstowałam i poszłam dalej. On zrównał się ze mną, widać było, że ma ochotę „się wygadać”. Zatrzymałam się, a on mówił i mówił… Historia małżeństwa z Danutą widziana jego oczami, to materiał co najmniej na książkę. Nie dopytywałam, nie przerywałam, spokojnie czekałam aż się wygada. Na koniec powiedział: „Pan Bóg nierychliwy, ale sprawiedliwy, kiedyś oni za moją krzywdę zapłacą”.

 

Zapłacili…?

 

*Historia prawdziwa, zmieniłam jedynie imiona



komentarze (17) | dodaj komentarz

Najgrubszy w Polsce:)

środa, 15 maja 2013 18:22

Nie wiadomo kto i kiedy go tam posadził, ale obecnie uznawany jest przez botaników najgrubszym okazem tego gatunku w Polsce.

 

Tak, tak… to właśnie w moim rodzinnym mieście, Gorzowie Wlkp. rośnie ten najgrubszy bluszcz pospolity (hederia helix). Okala zabytkowy mur u zbiegu ulic Teatralnej i Cichońskiego. Pnącze ma obecnie 40 cm obwodu i wspina się na wysokość 6 metrów. Kilka dni temu obejrzałam go sobie dokładnie. Nie, nie pierwszy raz, ale pierwszy raz tej wiosny. Imponujący okaz…

 

W marcu 2005 roku gorzowski bluszcz powiększył szacowne grono pomników przyrody. Przypomnę, że ustanawianie pomników przyrody ma na celu zachowanie sędziwych i okazałych drzew jako dziedzictwa przyrodniczego i kulturowego. Podobno jest pomysł żeby bluszcz bardziej wyeksponować, choćby przez podświetlenie nocą, ale póki co nie ma na to pieniędzy. No cóż… poczekamy, zobaczymy:)

 

Czy wiecie że…

W tradycjach wielu narodów bluszcz traktowano jako roślinę symboliczną, zwłaszcza jako symbol wierności i trwałości życia. Ale też jako symbol miłości, przywiązania, przyjaźni, żeńskości, tęsknoty, ambicji, czy smutku. Jest też żeńskim symbolem siły potrzebującej ochrony.

 

W starożytności odgrywał ważną rolę w kultach szeregu bóstw, ale motyw bluszczu przewija się również przez inne dziedziny życia. Na przykład wizerunek bluszczu umieszczano na monetach bitych w Azji Mniejszej, a w starożytnym Rzymie wieńcami bluszczu ozdabiano poetów. Celtowie natomiast czcili bluszcz jako „Zielonego Męża” – boga zimy i ozdabiali nim domostwa w czasie przesilenia zimowego wraz z jemiołą i ostrokrzewem. Bluszcz żuto również podczas  orgii dionizyjskich dla dodania sił witalnych oraz dodawano do trunków jako afrodyzjak.

 

No proszę, niby taki zwyczajny bluszcz, a jednak niezwyczajny:)

 

 

 

 

 



komentarze (30) | dodaj komentarz

Ulotne chwilę łapię jak...

poniedziałek, 13 maja 2013 18:21

Chyba w każdym  mieście, miasteczku, czy wsi, stoją budynki, które niegdyś tętniły życiem, na różny sposób służyły lokalnej społeczności, a teraz stoją puste, zapomniane przez człowieka. Jedne „znajdą” w końcu właściciela, który zadba o nie, inne pożerane przez siły natury, lub wyburzone znikną z krajobrazu, a z czasem znikną również z ludzkiej pamięci. Szkoda… bo przecież z takimi budynkami ściśle związana jest nasza historia, kawałek naszego życia. Czy można w jakiś sposób ocalić takie miejsca od zapomnienia? Można, choćby dzięki fotografii…

 

Gorzowskie Stowarzyszenie Niebo Jest Boiskiem, w ramach projektu "Ulotne chwile łapię jak fotka" umożliwiło eksplorację opuszczonych budynków stanowiących niegdyś instytucje miejskie. Przez kilka kolejnych niedziel pasjonaci fotografowania mają szansę wejść do kilku obiektów objętych ochroną konserwatorską i uwiecznić na zdjęciach ich wnętrza.

 

Kiedy tylko dowiedziałam się o tym projekcie natychmiast zgłosiłam chęć uczestnictwa. W końcu to nie lada gratka:) Na pierwszy ogień poszedł zabytkowy zespół dawnego Szpitala Miejskiego w Gorzowie Wlkp. Hmm ileż wspomnień z tym miejscem. Tam się urodziłam, tam urodziłam swoje pierwsze dziecko, tam też moje dziecko odeszło na zawsze. Tam biegałam z synem i córką kiedy doznawali kontuzji podczas zabaw na dworze. No i wreszcie tam poddałam się operacji, dzięki której mogę sobie spokojnie pisać bloga:)

 

Wybudowany przez Niemców ponad sto lat temu szpital służył mieszkańcom mojego miasta przez wiele, wiele lat. Potem wybudowano nowy szpital i przez jakiś czas w moim mieście funkcjonowały dwa -  tzw. stary i nowy. Z czasem kolejne oddziały były przenoszone do nowego, i stary zaczął swoją powolną „śmierć”. Różne były pomysły naszych władz co do przeznaczenia tych obiektów ale  póki co żaden nie wypalił, a budynki niszczeją.

 

W niedzielę ponad 50 osobowa grupa weszła na teren dawnego szpitala z zamiarem zatrzymania na fotografiach tego, co przemija. Niesamowite wrażenie… Zaglądałam do kolejnych pomieszczeń, przemierzałam korytarze, piwnice, a nawet strych. Wszędzie pusto i cicho… jedynie chwilami słychać było dźwięk odpadających płatów farby ze ścian.  A kiedy weszłam na blok operacyjny poczułam specyficzny zapach dawnej narkozy. Naprawdę! 

 

Do pełni (fotograficznego) szczęścia brakowało mi tylko jakiś elementów wyposażenia szpitala. Oczyma wyobraźni widziałam już stare szpitalne łóżka, albo odrapane metalowe szafki, czy choćby szpitalny zydel:) Pięknie by się to wszystko komponowało z zimną bielą złuszczonych ścian. No niczego takiego nie znalazłam:)

 

Z niecierpliwością czekam na kolejne niedziele, by łapać obiektywem ulotne chwile…:)

 

Kilka zdjęć:)

 

Budynek główny szpitala

 

 

Dawny oddział zakaźny

 

 

Stara część szpitalna

 

 

Kolejne zdjęcia zrobione wewnątrz szpitala

 

 

 

 

A tu fragment "wyposażenia" przyszpitalnej kaplicy

 



komentarze (24) | dodaj komentarz

W co się bawić, w co się bawić…?

sobota, 11 maja 2013 18:52

Zdarza się, że jakaś scenka, zapach, smak, czy melodia przywołuje w pamięci sytuacje z dzieciństwa, czy wczesnej młodości…

 

Wczoraj cały dzień padał deszcz. Popołudniu musiałam na chwilkę wyjść z domu do sklepu. Mijając jedną z bram na mojej ulicy zobaczyłam kilku chłopców, którzy wywijali plastikowymi mieczami. To znaczy – jak dla mnie „wywijali”, bo dla nich to była całkiem poważna wojna. Kilka kroków dalej trzy dziewczynki siedziały na stopniach prowadzących na podwórko i bawiły się w sklep. Jakoś tak ciepło zrobiło mi się na serduchu… Pomyślałam, że jeszcze nie jest tak źle z dziećmi tego pokolenia, skoro zamiast siedzieć w domu przed telewizorem, czy komputerem wychodzą z domu żeby się pobawić. A podobno w czasie deszczu dzieci się nudzą:)

Wróć… TE konkretne dzieci, które bawiły się w ponurej bramie nie mają komputerów. Znam ich rodziców, nawet czasami jak są trzeźwi, mówimy sobie dzień dobry.

 

Ten widok oczywiście natychmiast przywołał wspomnienia. Tak się zamyśliłam, że wlazłam w głęboką kałużę. Dopiero przemoczone do cna buty przywołały mnie do porządku:) Bawiło się kiedyś… oj bawiło!

 

Pod koniec lat pięćdziesiątych i na początku lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku (Boże jak to brzmi!) zabaw było bez liku. Jeśli tylko na podwórku zebrała się grupa dzieciaków, natychmiast organizowaliśmy jakąś zabawę. Wszystko zależało od ilości dzieci w danym momencie. Bawiliśmy się w zabawy ogólnie znane w tamtych czasach, ale też wymyślaliśmy własne, które rozgrywały się tylko na naszym podwórku. Pamiętam jak przychodziły dzieci z innych podwórek i pytały czy mogą się pobawić na naszym. Przeważnie zgadzaliśmy się, ale „ten obcy” zawsze otrzymywał najgorszą funkcję. Na przykład podczas zabawy w berka, zawsze był tym ścigającym, a w chowanego – poszukującym. Podobnie było ze skakanką. „Obcy” zawsze zaczynali od kręcenia długiej skakanki, podczas gdy „miejscowi” skakali do utraty tchu:) W sytuacjach konfliktowych, kiedy trzeba było rozstrzygnąć jakiś problem (na przykład czy była kucha podczas skakania w klasy, czy też nie) zawsze rozstrzygaliśmy na korzyść „miejscowych”, nawet jeśli mijało to się z prawdą. Ot, taka lokalna, bezwzględna solidarność. Inaczej rzecz się miała, kiedy akurat dzieci na podwórku było mało. Wtedy i miejscowi i obcy tworzyli zgraną paczkę:)

 

Od tamtych beztroskich chwil minęło wiele, wiele lat. O niektórych zabawach zapomniałam, inne pamiętam tylko z nazwy, a jeszcze inne pamiętam doskonale i mogłabym w szczegółach wyjaśnić na czym dana gra polegała. Pamiętacie może grę w wojnę za pomocą scyzoryka? Najpierw na piasku rysowało się ogromne koło, w którym każdy z uczestników zabawy rysował scyzorykiem granice swojego państwa. Potem rzucało się scyzorykiem w terytorium wroga. Jeśli się wbił odcinało się kawałek, który przylegał do terytorium „rzucającego”. Przegrywała ta osoba, która nie mogła się zmieścić stopami na swoim terytorium. Ileż było przy tym emocji, ile kłótni. Zwłaszcza kiedy scyzoryk się wbił, a po chwili opadł na piasek. Unieważnić rzut, czy uznać za ważny? Scyzoryk był również głównym atrybutem przy innej grze. Nie pamiętam nazwy, ale wbijało się go w miękki piasek w określony sposób np. bródka, czółko, nadgarstek itd.

 

Albo zabawa w „Raz, dwa, trzy, Baba Jaga patrzy”. Zawsze chciałam być Baba Jagą, bo Baba Jaga miała władzę. Mówiła uczestnikom zabawy ile i jakie kroki mają wykonać w jej kierunku. Wygrywał ten, kto pierwszy dopadł do Baba Jagi:)

 

A potem jeszcze zabawy w dom, szkołę, dwa ognie, podchody, cymbergaja, rysowanie kredą (ukradzioną ze szkoły) na chodnikach, czy też w komórki do wynajęcia. A w czasie niepogody, na klatkach schodowych grało się w statki, pomidora, albo w państwa, miasta. Oj było tych zabaw naprawdę sporo:)

No i jeszcze wyliczanki, bez których nie mogły się rozpocząć niektóre zabawy:

Siedzi baba na cmentarzu,
Trzyma nogi w kałamarzu,
Przyszedł duch, babę w brzuch
Baba w krzyk, a duch znikł.

 

Tak… kiedyś na podwórkach koncentrowało się całe nasze dziecięce życie, innego przecież nie znaliśmy. Przypomnę tylko, że dopiero rozpoczynała się era telewizorów, a o komputerach wtedy nikt nie słyszał.  Może to i dobrze, bo nie czuliśmy się gorsi… Dzisiaj dzieci mają gorzej. Porównują swoje życie do tego z ekranów telewizorów, czy komputera i zawsze w takim porównaniu „wygrywa” ten inny, wymyślony przez dorosłych świat. Dla nas podwórka były całym światem, dla dzieci roku 2013 często podwórka są miejscem, o których świat zapomniał…



komentarze (23) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 27 maja 2017