Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 392 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5058102
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32245
Bloog istnieje od: 2693 dni

Horoskop

Wodnik

Sobota dobra na wszystko - zadbaj o siebie, bądź dla siebie kimś najważniejszym. Postaraj się o dobrą atmosferę wokół siebie, rozpieszczaj się, idź na zakupy i spraw sobie coś fajnego

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Niebezpieczne fontanny i brodziki

czwartek, 30 czerwca 2011 7:54

We wtorek przyjechał do domu mój synalek.:-D Wprawdzie tylko na tydzień, ale dobre i to. Nie było go ponad rok, więc chodzimy w miejsca, które przez ten rok się zmieniły. Wczoraj syn podziwiał nową część wyremontowanego nadwarciańskiego bulwaru, a ja przyglądałam się dzieciom szalejącym w brodziku. Nadeszły upały i dzieci chłodzą się w miejskich fontannach i brodzikach. Zabawa przednia, ale jak się okazuje nie do końca bezpieczna.

 

Jak podaje jedna z lokalnych gazet (GL) wody w fontannach i brodzikach nikt nie bada, nie ma nad nią żadnego nadzoru! Sanepid umywa ręce twierdząc, że fontanny to elementy architektury, które mają służyć ozdobie, a nie zbiorowemu zaopatrzeniu w wodę. Trudno się z tym nie zgodzić, ale dzieci, a często i rodzice nie mają o tym pojęcia. Zastanawialiście się kiedyś jak wygląda obieg wody, która na koniec zasila fontannę, albo brodzik? Woda do wodotrysków płynie w obiegu zamkniętym., tzn. że tryska, wpada do niecki lub zbiornika i znów tryska. I tak w kółko. A przecież (sama widziałam) ludzie w tych fontannach kapią psy, czy wrzucają różne świństwa. Jak pisze gazeta, zdarzają się też przypadki, że pod osłoną nocy dorośli załatwiają do fontanny swoje potrzeby fizjologiczne. Masakra. Potem w tej samej wodzie kąpią się maluchy, a rodzice siedzą na ławeczkach i cieszą się, że dzieciaki znalazły sposób na ochłodę i zabawę.


Do czasu. Woda z fontanny zawiera różne bakterie typu kałowego i pałeczki gronkowca, które teraz, przy wysokiej temperaturze na dworze mnożą się i mogą być naprawdę niebezpieczne.


Ja wiem, że wmieście gdzie nie ma dostępu do kąpielisk, takie natryski w upalne dni kuszą, ale ludzie dorośli, świadomi niebezpieczeństwa, powinni zabronić dzieciom kąpieli w nafaszerowanej bakteriami wodzie.

 




komentarze (33) | dodaj komentarz

Niegdyś tętniły życiem, dziś popadają w ruinę

środa, 29 czerwca 2011 8:50


Często opisywałam na swoim blogu wrażenia z wypadów poza miasto, czy z nowo poznanych miejsc. Podczas tych podróży napotykam wiele pięknych budowli, poznaję pomniki przyrody, oglądam również niesamowite, wręcz bajkowe krajobrazy. Jednak zdarzają się i takie widoki, które powodują smutek i bezsilność. Takie uczucia nachodzą mnie na widok niszczejących stacyjek kolejowych. One chyba najbardziej ucierpiały na zjawisku transformacji. Kiedyś tętniące życiem, teraz popadają w ruinę. Nie ma już nawet torów i podkładów. Pozostały jedynie kamienie, które są niemym wspomnieniem po torach.

 

A przecież kiedyś te stacyjki wyglądały jak z obrazka. Pamiętam dokładnie pobielone krawężniki, kwiaty na rabatkach i niewyraźny głos z megafonu zapowiadający nadjeżdżający pociąg. Przez wiele lat te miejsca tętniły swoim życiem. Tam krzyżowały się drogi podróżnych, jedni wracali do domu, inni wyjeżdżali gdzieś, tam…

 

Ale to już było i przeminęło. Lata świetności kolei są praktycznie nie do odbudowania. Powstało wiele spółek związanych z koleją i każda odpowiada za coś innego. Brakuje jednego, dobrego gospodarza, który trzymałby rękę na pulsie. Ja wiem, że tam gdzie rachunek ekonomiczny, nie ma miejsca na sentymenty, ale mimo wszystko żal, ze takie miejsca znikają z powierzchni ziemi…

 

Podczas ostatniej wycieczki znalazłam kolejną stacyjkę, a właściwie to, co pozostało po stacji kolejowej w miejscowości Rudnica. Smutny widok…

 

 

 

Kiedyś tory, a dziś? Ech szkoda słów...

 


 



komentarze (25) | dodaj komentarz

Zapomniana surówka... piękności:)

wtorek, 28 czerwca 2011 9:15

 

W s obotę byłam u mamy pomóc jej w robieniu gołąbków. Podczas rozmowy poskarżyłam się, że od jakiegoś czasu okropnie łamią mi się paznokcie i wypadają włosy. Wtedy mama przypomniała mi, że kiedyś na te dolegliwości robiłyśmy sobie surówkę piękności. Dawno to było, co prawda, ale pamiętam, że faktycznie wtedy poprawiły mi się włosy i wzmocniły paznokcie. No i cera zrobiła się taka jakaś… świetlista? Co mi szkodzi ponownie zacząć ją wcinać, nie wiem na ile pomoże, ale na pewno nie zaszkodzi...

 

Dla tych, którzy nie znają tego przepisu, albo znają, a zapomnieli, kilka słów przypomnienia. Surówka wzięła swoją nazwę od salonów piękności, nieżyjącej już od wielu lat, naszej rodaczki, Heleny Rubinstein. W owych salonach podawano ją (a może nadal podają) jako pierwszą cześć zabiegu kosmetycznego. Podstawą tej surówki są płatki owsiane. Do nich dodajemy produkty uzupełniające tzn. mleko lub śmietankę, orzechy, jabłka, sok z cytryny, oraz miód. Można też dodać trochę serka homogenizowanego i owoce sezonowe.

 

O tym, że płatki owsiane są zdrowe nie trzeba nikogo przekonywać. Orzechy dodane do surówki zmuszają do dłuższego żucia, a tym samym dostarczają niezbędnych nienasyconych kwasów tłuszczowych. Jabłka to pektyny i mikroelementy, sok z cytryny uzupełnia niedobory witaminy C i P, a miód dodaje się w celu podniesienia walorów smakowych.

 

A oto dokładny przepis znaleziony w maminym zeszycie z przepisami. Acha jest to przepis na dwie porcje, wszak zajadałyśmy sie tą surówką we dwie:-)

 

4 łyżki płatków owsianych zalać 6 łyżkami zimnej, przegotowanej wody i zostawić na około pół godziny (my zostawiałyśmy na całą noc). Dodać łyżkę miodu, 7 – 10 posiekanych orzechów, 6 łyżek mleka, czy śmietanki lub serka (tyle, aby powstała konsystencja papki), sok z połowy cytryny, jabłka utarte na tarce i ewentualnie inne sezonowe owoce. Wszystkie składniki wymieszać i zjeść. Smacznego i na zdrowie:-]

 

W maminym zeszycie pisze jeszcze, że po kilkutygodniowej kuracji poprawia się cera, włosy, paznokcie i … samopoczucie. Czego oczywiście życzę spożywającym i sobie teżo:-)

 

Ps. Co do cery, to aż taką optymistką nie jestem, ale paznokcie i włosy? Czemu nie…?




komentarze (29) | dodaj komentarz

Facebook zamiast sondaży?

poniedziałek, 27 czerwca 2011 8:17

Podobno mnie nie ma, nie istnieję na tym świecie. Tak przynajmniej wynika z ob iegowej opinii o tych, którzy nie posiadają swojego konta na Facebooku. No nie posiadam, szkoda mi czasu na kompletowanie wianuszka znajomych, czy wirtualne podtrzymywanie znajomości ze „starymi znajomymi”. Z tymi ostatnimi wolę spotkać się w realu na kawce, albo pifku i nagadać się do woli. Wielu znajomych namawia mnie na zarejestrowanie się na tym portalu, póki co, opieram się mocno, ale - nigdy nie mów nigdy i nie wiadomo, czy kiedyś się dam przekonać.


Zadaję sobie sprawę z popularności Facebooka, w końcu jest tam zarejestrowanych ponad 500 milionów użytkowników. To musi robić wrażenie. Ostatnio to liczne grono powiększyło się jeszcze o jednego Facebook-owicza, a mianowicie o najwyższego wicepremiera, Romana Giertycha. Trochę mnie to zdziwiło, bo do tej pory mocno strzegł swojej prywatności. Niewiele można odnaleźć informacji, na temat jego rodziny, nie było też jakiś szczególnych newsów na temat prywatnego życia Giertycha. A teraz szast prast i założył konto na Facebooku. Wydawałoby się, że wianuszek jego znajomych i popleczników będzie się powiększał z dnia na dzień. Nic podobnego! Jak pisze jedna z gazet, (co to się ją czyta, a niewielu się przyznaje) Giertych przeżywa dramat osamotnienia. Spośród dziesiątek milionów użytkowników tego portalu, zaledwie kilkadziesiąt zainteresowało się jego profilem. Gazeta zamieściła nawet link do jego profilu z opisem: „Kliknij i polub Romana Giertycha na Facebooku”(o_o)


Nie wierzę, że ci, co siedzieli, albo siedzą w polityce robią cokolwiek bez podtekstów politycznych. Dlatego jestem przekonana, że Giertych szykuje skok na sejm, albo senat, a założenie konta na Facebooku ma być miernikiem popularności jego osoby i poglądów. W końcu już nieraz okazywało się, że przedwyborcze sondaże mocno rozmijały się z powyborczą rzeczywistością.


Prywatnie to ja właściwie nie mam nic do Giertycha, jako do – „cywilnego” obywatela, ale nawet gdybym była posiadaczką konta na tym portalu, to na pewno nie przyczyniłabym się do podniesienia słupków popularności byłego wicepremiera, z akcentem na – byłego. I niech ten "czas przeszły", nadal pozostanie – przeszłym:-D




komentarze (26) | dodaj komentarz

Kidnaperka

sobota, 25 czerwca 2011 9:54


W je dnym z poniższych wpisów opowiedziałam o głupich zabawach z dzieciństwa. Oddając się wspomnieniom, wyciągnęłam z zakamarków pamięci historię, którą pominęłam, bo trudno mi było tak jednoznacznie zakwalifikować ją do głupot. Może bardziej do skutków nadmiernie wybujałej, dziecięcej fantazji…

 

Jednej z przyjaciółek z podwórka powiększyła się rodzina. Jej mama urodziła braciszka i czasami woziłyśmy go wózkiem po podwórku. Miałam niecałe 8 lat i wtedy dopadło mnie nieprzeparte uczucie „macierzyństwa” a właściwie kierowania wózkami, w których była dzidzia. Przyjaciółka rzadko dawała mi potrzymać ramę kierowniczą, musiałam ją przekupywać cukierkami, albo przepuszczoną kolejką na huśtawkę.

 

Niedaleko naszego mieszkania był park. Tam chodziliśmy czasami z mamą na spacery, tam też przyjeżdżały wózkami młode mamy ze swoimi pociechami. Jednego razu moja mam usiadła na ławce, a ja z bratem bawiłam się na placu. Na ławkę dosiadła się pani z małym dzieckiem w wózku. Dziecko zaczęło głośno płakać, pani wyciągnęła je z wózka, dała pić i ponownie włożyła do wózka. Dziecko płakało dalej. Pani ponownie wyciągnęła dziecko i zaczęła nim potrząsać i głośno uspokajać. Przestałam się bawić i obserwowałam panią, dziecko i wózek. Na koniec maleństwo sie uspokoiło i zobaczyłam, że ta pani rozmawia z moją mamą. Podeszłam i zapytałam, czy mogę powozić dzidzię. Pani się zgodziła.

 

Miałam swoją wersję wydarzeń. Moim zdaniem to dziecko nie było tej pani. Zostało porwane jakiejś dobrej, kochającej mamie, bo przecież prawdziwa mama nie szarpałaby dzieckiem, ani nie krzyczała. Trzeba było zrobić wszystko, by dziecko trafiło z powrotem do domu swoich rodziców. Od czego zacząć? Usiadłam na ławce, w jednej z bocznych alejek i dumałam. Patrzyłam na to „porwane” dziecko i żałość we mnie wzbierała się coraz większa. Popuściłam wodze swojej fantazji i przed moimi oczami stawały coraz to nowe obrazy rozpaczającej „prawdziwej” matki. Ta moja żałość zamieniła się w płacz, najpierw w ciche pochlipywanie, a potem w głośny szloch. Alejką przechodził starszy pan. Widząc mnie płaczącą zatrzymał sie i zapytał, co się stało. Powiedziałam, że się… zgubiłam. Pan zaczął dopytywać gdzie mieszkam, gdzie są moi rodzice, ale nic ze mnie nie wyciągnął. W tym czasie dziecko w wózku zaczęło głośno płakać. Pan powiedział żebym z nim poszła poszukać rodziców. Oczywiście skierowałam się w przeciwną stronę niż tam, gdzie siedziała moja mama.

 

Widok płaczącego w wózku dziecka i ryczącego starszego dziecka pchającego wózek, zainteresował mijające nas małżeństwo w średnim wieku. Zatrzymali się i zapytali, czemu płaczę. Powiedziałam to samo, co panu, czyli że się zgubiłam….

 

Małżeństwo po naradzie z panem, zadecydowało, że zaprowadzą zguby na milicję, bo być może rodzice zgłosili już zaginięcie dzieci. Żeby się tam dostać, trzeba było iść w kierunku ławki, na której siedziała moja mama i „porywaczka”. No… już nie siedziały, przerażone biegały w poszukiwaniu wózka, dziecka i mnie. Pierwsza naszą procesję zobaczyła „porywaczka.” Wyrwała mi wózek, wzięła dziecko na ręce i strasznie zaczęła je tulić i całować. Wtedy już nie byłam tak pewna swojej wersji z porwaniem dziecka. Potem przyszła moja mama. Nie będę pisać, co było dalej, ale łatwo się domyśleć…



komentarze (23) | dodaj komentarz

W czym do ślubu?

piątek, 24 czerwca 2011 8:35

 

Wybór kreacji do ślubu spędza sen z powiek niejednej młodej parze i ich rodzicom. I wcale to nie dziwi, w końcu jest to jeden z najpiękniejszych dni w życiu. Podrzucam jedną z kreacji do ewentualnego rozważenia:-D

 

Miłego długiego weekendu@)-->-->--

 

Fotkę podesłała moja przyjaciółka ze Stanów Marylka D.

 




komentarze (23) | dodaj komentarz

Czy Gienek Loska zostanie politykiem?

czwartek, 23 czerwca 2011 8:22


W jednym z pism konserwatywno – liberalnych przeczytałam wywiad Rafała Pazio    Gienkiem Loską. Nie ukrywam, że przeczytałam z wielką ciekawością. Od czasu, kiedy pierwszy raz zobaczyłam Loskę w programie XFactor stał się moim idolem. Być może zadziałały sentymenty z młodości, być może jego historia, trudno powiedzieć, jednego jednak jestem pewna – lubię jak śpiewa, poza tym chyba robi to nieźle, skoro wygrała ten program. Czyli jedno już ustaliłam – śpiewać umie, ale czy poza śpiewem ma coś ciekawego do powiedzenia? Okazuje się, że tak. Gienek Loska ma misję. Postanowił wykorzystać swoją pozycję w show biznesie, a co za tym idzie częste pokazywanie się w mediach, jako narzędzie oddziaływania na ludzi. W pewnym sensie oczywiście:

 

Będę się starał zrobić wszystko, żeby zmusić ludzi do samodzielnego myślenia. Nie jestem co prawda na tyle opiniotwórczy, żeby zmienić stosunek Polaków do tego, co im się podrzuca w telewizji. Jednak zależy mi na tym, aby Polacy wydostali się z pewnego marazmu.

 

W wywiadzie mówi też o chciejstwie państwa i deklaruje się, jako zwolennik 11 procentowego podatku. Dostało się również dziennikarzom, którzy wg Loski dla chleba – co innego mówią, a co innego myślą, oraz mediom, które wszystkim partiom wolnościowym przyklejają łatkę świrów z żółtymi papierami. Nie pominął także UE nazywając ją „wielką kupą.” Najbardziej jednak zaskoczyła mnie jego opinia na temat katastrofy smoleńskiej:

 

(…)Nie chcę zbytnio polemizować z katastrofą, jednak jako człowiek z zewnątrz myślę, że bez maczania paluszków Rosji tam się nie obeszło. Ale na czas debaty i pyskówy wolę tej opinii nie eksponować.

 

Nie muszę się zgadzać z jego poglądami, a właściwie w ogóle się z nimi nie zgadzam, niemniej cieszy, że jakieś ma. Odnoszę jednak nieprzeparte wrażenie, że ktoś próbuje wpanipulować go w politykę i to jeszcze zanim wyrobił sobie jakąkolwiek pozycję na naszym rynku muzycznym. Nie chcę być Kasandrą, ale źle wróżę karierze muzycznej Gienka chyba, że on sam swoją obecność na scenie traktuje, jako trampolinę do świata polityki…tam takie bełkoty zawsze są trendy.

 



komentarze (42) | dodaj komentarz

Wieści z frontu

środa, 22 czerwca 2011 8:27

 

…a właściwie z tyłów ;-) No dobra, dobra, o kręgosłupie kilka słów. Mam już gorset! Nie jest źle, myślałam, że trudniej będzie przywyknąć. Na razie mam go nosić około 5 – 6 godzin dziennie. A tak w ogóle lekarz mnie okrzyczał, że wróciłam do pracy. Mam się ponoć oszczędzać, uważać na siebie, nie dźwigać, nie przebywać w tej samej pozycji zbyt długo i takie tam. Dostałam zwolnienie lekarskie do 8 lipca, na ten dzień mam wyznaczoną następną wizytę. Wtedy rozstrzygnie się, co dalej…

 

Wczoraj popołudniu pojechałam do Szczecina na rezonans magnetyczny (dzięki Bodku@)-->-->--). Jak umawiałam telefonicznie wizytę pani powiedziała, że na wynik trzeba czekać około 2 tygodni. Jakież było moje zdziwienie i radość, kiedy okazało się, że wynik będzie tego samego dnia, po godzinie od zakończenia badania. Tą godzinkę spędziliśmy popijając sobie kawkę w domu u zaprzyjaźnionej blogowiczki Iwmali :-] Wynik czekał w recepcji, ale pani powiedziała, żeby chwilkę poczekać, bo lekarz, który przeprowadzał badanie chce porozmawiać. No… najlepiej nie jest. Mam sie jak najprędzej skontaktować z lekarzem prowadzącym w celu podjęcia decyzji, co dalej robić.

 

Póki co, jestem w domu i oszczędzam się jak mogę. A co będzie dalej na razie nie wiem, dowiem się pewnie tego podczas wizyty, 8 lipca.

 

Powracając do gorsetu, to niestety nie ma w nim żadnych koronek, ani wabików:-D

Mój gorset wygląda tak:

 

 




komentarze (33) | dodaj komentarz

Uliczne grajki

wtorek, 21 czerwca 2011 8:57


Czasami w moim mieście, na deptaku ustawia się jakiś uliczny grajek. Rzadko zatrzymuję się by posłuchać tego grania. I nie dlatego, że już tak zupełnie nie jestem muzykalna, ale dlatego, że większość z tych grajków okropnie fałszuje. Nawet ja, klasyczny przykład tej, której słoń nadepnął na ucho, a nawet na dwoje uszu, jestem w stanie określić, że poziom tego fałszu przechodzi ludzkie pojęcie. Zazdroszczę trochę ludziom w dużych miastach, tam częściej można spotkać ulicznych grajków. W ubiegłym roku w Warszawie nie mogłam oczu oderwać od siedzących gdzieś tam na chodnikach ludzi, którzy grali na różnych instrumentach. W moim mieście pojawiają się sporadycznie i jak już wyżej napisałam, przeważnie fałszują. Choć teraz, kto wie czy nie będzie ich więcej… Może zechcą wzorować się na Gienku Losce i będą grać i śpiewać z nadzieją, że los się do nich uśmiechnie, że to granie na ulicy, to tylko przedsionek do sławy i pieniędzy?

 

Wczoraj przechodziłam przez centrum miasta i na deptaku zobaczyłam młodą dziewczynę grającą na flecie. Trochę nie precyzyjnie się wyraziłam, bo najpierw usłyszałam nieziemską muzykę i zanim zaczęłam się zastanawiać skąd dochodzi, zobaczyłam siedzącą pod studnią czarownic dziewczynę grającą na flecie. Nie mogłam przejść obojętnie, usiadłam na ławce i zasłuchałam się. Skończyła grać i wtedy zobaczyłam, że słuchaczy było więcej. Kilka osób przyglądało się dziewczynie z wielką sympatią. Wśród słuchających był starszy mężczyzna, Cygan. Podszedł do dziewczyny i nawiązał rozmowę. Chcą, nie chcąc podsłuchałam, inaczej się nie dało:)

 

Z „podsłuchania” dowiedziałam się, że dziewczyna jest absolwentką szkoły muzycznej, że uczy się jeszcze w liceum, i że graniem na ulicy ma zamiar zarobić parę groszy na wakacje. Cygan zaproponował jej granie w zespole cygańskim w Niemczech. Nie wiem jak rozmowa się potoczyła, bo musiałam już iść dalej…

 

Po drodze zastanawiałam się ilu w Polsce jest takich grających na ulicach ludzi wyjątkowo utalentowanych, których nigdy nie zobaczymy na scenie w światłach jupiterów. Ludzi, którzy naprawdę coś sobą reprezentują, ale z różnych względów nie mają siły przebicia. Szkoda, bo być może właśnie oni, zmieniliby oblicze naszego skostniałego rynku muzycznego. Rynku, na którym funkcjonuje wciąż to samo wąskie grono „gwiazd” często obdarzonych słabymi głosami.

 

Oglądając festiwale i koncerty z ich udziałem odnoszę wrażenie, że oglądam kolejne posiedzenie sejmu. Dlaczego? Ano dlatego, że tam podobnie jak na naszej scenie muzycznej, jest kilku wciąż tych samych „śpiewających:, których na dodatek bez tłumacza nie idzie zrozumieć…

 


 


 



komentarze (21) | dodaj komentarz

Dziwne farby do włosów

poniedziałek, 20 czerwca 2011 8:51

Kto by pomyślał, że niby tak prozaiczna czynność jak farbowanie włosów może przynieść tyle… no właśnie – tyle czego? No przede wszystkim nadziei, że wybrany kolor będzie prezentował się na włosach, co najmniej podobnie jak na opakowaniu farby. Czy za dużo wymagam moja droga farbo? Czy zawsze musisz być taka kąśliwa? Tak naprzeciw mnie i moim oczekiwaniom? A przecież nie żądam od ciebie zbyt wiele, chcę jedynie, żeby słowa napisane i kolory namalowane na opakowaniu stały się faktem. Tylko tyle!

 

Ale po kolei. Z uwagi na osobistą dziurę budżetową, już od dawna nie daję zarobić paniom fryzjerkom na farbowaniu moich włosów. Na rynku jest obecnie tyle farb, że wybierać i przebierać. Nie lubię kolorów agresywnych, więc wybieram farby o kolorze zbliżonym do mojego naturalnego, czyli coś w okolicach średniej szatynki. Podczas przedostatniego farbowania zaszalałam, to znaczy moja córa zaszalała i kupiła mi farbę o kolorze mlecznej czekolady. Na opakowaniu wyglądała przepięknie… no na moich włosach wyszła prawie czarna. Nie miałam córce tego za złe, no cóż chciała przecież dobrze… Pomyślałam, że po kilku myciach głowy, wypłowieje. I tak się stało tyle, że płowiała nierówno. Najbardziej na skroniach, gdzie najwięcej siwych. Trzeba było zafarbować.

 

Kupiłyśmy na promocji bardzo dobrą farbę o kolorze średniego brązu. Pięknie się prezentowała na opakowaniu. Jednak albo producent, albo na pakowalni pomylili się (chyba) i zamiast tego brązu włożyli ciemną czekoladę. Włosy wyszły ponownie ciemne, no może troszkę jaśniejsze niż poprzednio, ale jednak ciemne. Pełna nadziei z utęsknieniem czekałam do następnego farbowania i ta wiekomna chwila nastąpiła wczoraj. Farba znanej firmy, kolorek „złocisty brąz”, miodzio i marzenie…

 

I co? Po przepisowym trzymaniu na głowie zmyłam i oczom moim ukazał się taki oto widok: odrosty chwyciły ni to na czerwono, ni to na miedziowo, a reszta włosów pozostała w stanie nienaruszonym, to znaczy w stanie sprzed farbowania. Masakra. Nie mogę nawet zwalić winy na córkę (a fajnie by było:-D), bo farbuje mi włosy od kilku lat i zawsze spod jej ręki włosy wychodziły jak z salonu fryzjerskiego.

 

O co chodzi z tymi farbami? Czy naprawdę nie można już dostać takiej, po której końcowy efekt zgodny by był z tym, co widnieje na opakowaniu? A może to wynik jakiegoś lobby zakładów fryzjerskich na producentów? Jeśli tak, to zupełnie udane, bo i tak na koniec będę musiała dać zarobić pani fryzjerce…




komentarze (42) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 27 maja 2017