Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 289 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
    010203
04050607080910
11121314151617
18192021222324
252627282930 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5217511
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32257
Bloog istnieje od: 2869 dni

Horoskop

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Róża

sobota, 30 czerwca 2012 8:05

***

Pąsowa róża

pozbawiona już kolców

pamięć rozkoszy

 

 

***

Na płatkach róży

ostatni zachód słońca

kładzie się do snu

 

 

***

Pąk spopielały

z pierwszym podmuchem wiatru

rozsypał się w proch

 

Źródło: Zdjęcia własne; haiku również:-D



komentarze (26) | dodaj komentarz

Zębuszka:)

piątek, 29 czerwca 2012 5:56

 

  Natalka, sześcioletnia córeczka mojej znajomej jest na etapie „gubienia” zębów mlecznych. Zgodnie ze zwyczajem przyszła do niej wróżka zębuszka i na osłodę utraty pierwszego zęba, zostawiła pod poduszką banknot dziesięciozłotowy. Rano Natalka wyciągnęła ten banknot, ale minę miała lekko zawiedzioną:

- Mamo, a dlaczego wróżka przyniosła pieniążek w takim kolorze?

- A w jakim miała przynieść?

- W niebieskim!:-D

 

Po chwili, ubierając się do przedszkola zagaduje mamę:

- Mamo, powiedz mi dlaczego wróżka zębuszka przyniosła pieniążek, a nie przyniosła zabawki?

- Nie wiem córcia, po prostu tak już jest. A jaką miałaby przynieść tobie zabawkę?

- Ten domek dla lalek, który widziałyśmy w sklepie na deptaku.

- Natalka! Czy ty wiesz ile taki domek kosztuje? Zębuszka musiałby za niego zapłacić ze dwadzieścia takich papierków jakie dzisiaj zostawiła pod poduszką.

- Acha…

Po chwili:

- Mamo, a ile ja mam właściwie tych zębów, będzie ze dwadzieścia?:-D



komentarze (23) | dodaj komentarz

Po prostu samo życie

środa, 27 czerwca 2012 22:30

 

Książka „Trwałość i uroda życia” to praca zbiorowa pod redakcją Marzeny Słodownik. Dostałam ją na jednej z imprez kulturalnych i odłożyłam na półkę nie zaglądając nawet do niej. Czekała sobie spokojnie aż znajdę chwilę czasu na czytanie. Wczoraj wieczorem „zabrałam” ją do łóżka, do poczytania przed snem. Pierwsze na co zwróciłam uwagę, to czarno – białe fotografie jakby żywcem wyjęte z albumów rodzinnych każdego z nas. Okazało się, że te fotografie są uzupełnieniem wspomnień z czasów II wojny światowej oraz z pierwszych lat powojennych. Marzena Słobodnik pisze, że scenariusze wszystkich historii spisanych na kartach tej książki napisało życie. To subiektywne relacje ukazujące życie takim jakim jest naprawdę, jakim było. Bez koloryzowania, zbędnych fantazji i wyszukanych słów. Po prostu samo życie.


Wraz z każdą kolejną przerzucaną kartką stawałam się niemym świadkiem historii smutnych, tragicznych, ale też zabawnych i całkiem zwyczajnych. Historii, które mogły być, a może nawet były udziałem naszych rodziców, dziadków i pradziadków. Byłam w połowie czytania książki, kiedy oczy zaczęły mi się same zamykać, już miałam ją odłożyć, tym bardziej, że tytuł kolejnego rozdziału nie brzmiał zachęcająco - „Jak handlowałam krowami”- kiedy mój wzrok padła na małą mapkę, na której ktoś narysował  pogrubioną linią odcinek z punku A do punktu B. Musiałam wiedzieć co oznacza ta linia… Czytałam dalej.


Wspomnienie spisane przez Barbarę Wierzbińską.


„Jako dwunastolatka zaczęłam handlować krowami. Poszłam sama aż za Lwów. Szłam przez Drochobycz, Stryj, Żydaczów. Sąsiedzi krzyczeli na moich rodziców, że wysłali mnie samą w tak daleką drogę. Kupiłam bardzo marną, chudą i brudną jałówkę i od razu wracałam z nią do domu. Po wojnie na tej trasie była rzeka, a na niej dość prowizoryczny most. Sama mogłabym przejść kładką, jednak z krową nie było to możliwe. Nieomal utopiłam się w tej rzece przechodząc ją w bród. Stojący na brzegach ludzie krzycząc pomagali mi się przeprawić przez głęboką wodę. Powoli udało mi się pokonać tę przeszkodę… Wyprawa zajęła mi dwa tygodnie (!) Odpoczywałam, gdy zwierzę się pasło.

Kiedy dotarłam w końcu do domu, wszyscy bardzo się cieszyli. Razem z tatą wypuściliśmy krowę na pastwisko. Po trzech miesiącach wyglądała zupełnie inaczej. Była czysta, wyczesana, zdrowa i „nabrała trochę ciała”. Ojciec poszedł wtedy do miasta i otrzymał za nią trzykrotnie więcej, niż wyniósł jej pierwotny koszt. Bardzo mnie to zachęciło. Trzy razy jeszcze poszłam w tak daleką drogę. Przyprowadzałam słabe zwierzę, a tata sprzedawał je z zyskiem po kilku miesiącach (…)”

 

Mapka, która mnie tak zaintrygowała, to poglądowy obraz trasy, którą pokonywała dwunastoletnia dziewczynka, bagatela… 250 kilometrów!?

 


 

Przyznaję szczerze, że nie wiedziałam jak zakończyć ten wpis. Niby słów wiele, a żadne wystarczające… Zakończę więc słowami Pani Barbary z innego fragmentu wspomnień:

„Nie mogę powiedzieć, że miałam szczęśliwe dzieciństwo. Moje całe młode lata musiałam ciężko pracować. Jako nastolatka marzyłam o chwili, gdy będę mogła ukroić sobie „pajdę” chleba i się nią najeść do syta…”



komentarze (16) | dodaj komentarz

Armagedon

wtorek, 26 czerwca 2012 17:47

 

Szukała m w necie fragmentu pewnego proroctwa, który miałam zamiar wykorzystać w jednym z artykułów, nad którym obecnie pracuję i ze zdumieniem odkryłam, że większość przepowiedni i proroctw dotyczących końca świata „mówi” o roku 2012, a dokładnie o 21 grudnia bieżącego roku. Mało tego, trafiałam wciąż i wciąż na kolejne strony internetowe poświęcone tylko i wyłącznie temu wydarzeniu. Gdybym nie była tak bardzo sceptyczna, mogłabym popaść w jakieś czarnowidztwo, albo ciężką odmianę depresji.


Przypomniałam sobie, że ostatnie tak wielkie poruszenie było w 2000 roku. Wtedy też powstało wiele publikacji, które co bardziej ufnego człowieka mogłyby przyprawić o zawał serca. Zresztą kto wie, czy nie przyprawiły… Ale nie tylko 2000 rok miał by rokiem Armagedonu, również kolejne były wręcz naszpikowane przepowiedniami o katastrofach i unicestwieniu rodzaju ludzkiego. I tak w 2011 roku świat miał się skończyć 21 maja, a potem 21 października; w 2010 – 15 sierpnia; w 2009 w styczniu i kwietniu; w 2008 – w październiku, listopadzie, a potem w grudniu i tak dalej i tak dalej…


Te katastroficzne brednie można byłoby puszczać mimo uszu, gdyby nie były przyczyną dramatu wielu ludzi, na wciąż jeszcze istniejącej planecie. Nie wiem czy pamiętacie jak po przelocie komety Hale – Bopp’a w 1995 r., która miała zwiastować koniec świata, 39 członków jednej z kalifornijskich sekt popełniło zbiorowe samobójstwo, o pojedynczych przypadkach samobójstw, których podłożem było przeświadczenie o zbliżającym się końcu świata, nie wspomnę.


Powróćmy jednak do roku bieżącego. Według  „znawców” tematu, którzy interpretują proroctwa Sybilli i Nostradamusa, czy wizje ociemniałej bułgarskiej wizjonerki Baby Vangi, ten rok będzie ostatnim rokiem istnienia świata. Do tego swoje pięć groszy dorzucają przeróżnej maści  jasnowidze, a nawet niektórzy  naukowcy z powagą i dostojeństwem rozbierają na czynniki pierwsze kalendarz Majów, który to kalendarz ma być koronnym  dowodem na zakończenie świata  w dniu 21 grudnia bieżącego roku. Do końca tego roku pozostało jeszcze kilka miesięcy, więc czeka nas zapewne prawdziwy wysyp przeróżnych przepowiedni i proroctw…


Zastanawiam się tylko dlaczego ci wszyscy wizjonerzy tak się uparli by przewidywać koniec świata dla całego rodzaju ludzkiego. A przecież prawie każdy z nas przeżywa swój prywatny koniec świata nieomal każdego dnia. Dla jednych będzie to utrata dobrze płatnej pracy, a co za tym idzie niemożność spłaty zaciągniętych kredytów. Dla innych utrata kogoś bliskiego, choroba w rodzinie, kalectwo, bezdomność, czy zdrada. Każdy człowiek odbiera takie nieszczęście jak koniec świata, jak osobistą klęskę, katastrofę, po której nie będzie już żadnego jutra. A potem następuje to jutro, po nim kolejne i kolejne…


Skończy się rok 2012, potem nadejdzie 2013, a wraz z nim kolejne proroctwa i przepowiednie, i tak w kółko, do końca świata, i kolejny rok dłużej:-)



komentarze (27) | dodaj komentarz

Magiczny świat 3D :)

niedziela, 24 czerwca 2012 12:55

 

"Przeżyj niezapomnianą lekcję geografii i zostań nieustraszonym podróżnikiem!"


Przeczytałam to zdanie na plakacie reklamującym wystawę „Świat w 3D” i postanowiłam zrobić jedno i drugie, czyli przeżyć lekcję geografii oraz zostać nieustraszonym podróżnikiem:) Zastanawiało mnie tylko jaki będzie odbiór zdjęć w miejscu wydawałoby się nieprzystosowanym do wystawiania fotografii, czyli w centrum handlowym. Zapewniam, że odbiór jest wspaniały, bo takie fotografie mogłabym oglądać wszędzie: w galeriach, muzeach, centrach handlowych, czy zwyczajnie na ulicach. W odbiorze tych fotografii nie o miejsce wystawienia chodzi, a raczej o możliwość przeniesienia się na chwilkę do zabytkowych wnętrz kościołów, świątyń, do wodnych sklepów, w których można kupić świeżą rybę, czy na gwarny i kolorowy bazar. To wszystko jest możliwe i osiągalne dzięki okularkom do oglądania fotografii trójwymiarowej. Nagle okazuje się, że jesteśmy w centrum wydarzenia przedstawionego na zdjęciu, wyciągamy dłoń bo chcemy  wziąć szczyptę przyprawy by sprawdzić jak pachnie, a tu zonk… magia, czary, ułuda – dotykamy planszy anaglifowej.

 

Autorem zdjęć prezentowanych na wystawie „Świat w 3D” jest Wojciech Franus, fotograf National Geographic. To pierwsza trójwymiarowa wystawa przygotowana przez redakcję National Geographic Polska i jednocześnie największe tego typu wydarzenie w Polsce. Do Gorzowa „przyjechało” 28 fotografii o wymiarach 130 na 100 cm. Zdjęcia przedstawiają najdalsze zakątki świata położone na czterech kontynentach: Afryce, Azji, Europie i Ameryce Środkowej.

 

Czytam, że fotografie będą wystawiane w 9 polskich miastach. Jeśli ta wystawa trafi do Waszego miasta, nie zastanawiajcie się zbyt długo i odwiedźcie ją koniecznie:-)


Na koniec jeszcze fragment z opisu reklamującego wystawę. Lepiej bym tego nie ujęła:


„Fotografia nie jest wymyślaniem świata, ale jego odkrywaniem i rejestrowaniem. A za sprawą najnowszej technologii, zyskujemy dodatkowy, trzeci wymiar. Dzięki niemu utrwalone w kadrze obrazy stają się bardziej realne niż kiedykolwiek wcześniej. Ludzie niejako zamrożeni w swoich pozach, zwierzęta które są tak wyraźne, że aż chce się je dotknąć, kolumny między którymi niemal da się spacerować. Wystarczy założyć okulary żeby przenieść się do niesamowitego świata w 3D.”

 

 

 

 




komentarze (27) | dodaj komentarz

Weekend w średniej wielkości mieście

sobota, 23 czerwca 2012 12:59

Po całym tygodniu pracy nie mogę doczekać się weekendu, a potem, w każdą niedzielę wieczorem powtarzam sobie – szkoda, że poniedziałek nie jest weekendowy. Przydałoby się odpocząć, uporządkować troszkę mieszkanie i w ogóle mógłby być takim dniem gospodarczym. To tyle tytułem wstępu i pod rozwagę rządzącym:-]


Właściwie mogłabym siedzieć w domu i podobnie jak inni na różnych forach internetowych, narzekać, że w moim średnie wielkości mieście nic się nie dzieje, że nie ma gdzie wyjść, że organizowane imprezy są na mniej niż średnim poziomie i takie tam… Mogłabym, ale tego nie robę, bo to nieprawda. Jeśli tylko komuś chce się wyjść z domu, to problem owszem będzie, ale z wyborem, bo ogólnie wiadomo, że nie można być w kilku miejscach jednocześnie, nad czym zresztą zawsze ubolewam.


Przykładowo weźmy pod lupę wczorajszy dzień. Zaczęło się dziać już od godziny 16. Po raz czwarty zawitał do Gorzowa Moto Racing Show, którego gwiazdą był Krzysztof Hołowczyc. Podobno (piszę podobno, bo nie doczekałam pokazów) Hołowczyc robił różnego rodzaju ewolucje w swojej subaru. Od wczesnego popołudnia można było podziwiać rajdowe samochody i motocykle, zajrzeć do bolidu F1, a także z łezką rozrzewnienia w oku przyglądać się małym fiatom, czy moskwiczom. Fajnie wyglądały również szalejące na rzece Warcie skutery wodne.

 

 

 

 

 


 

W tak zwanym międzyczasie odbywały się  pokazy grupy tancerzy z Centrum Fitness, którzy tańczyli bardzo energetyczną zumbę.

 

 

 


Moto Racing Show zakończy koncert Aleksandry Szwed, aktorki znanej z serialu „Rodzina Zastępcza". Nie byłam, nie słyszałam, bo w tym czasie bawiłam się w naszym teatrze. Wczoraj odbyło się uroczyste zakończenie sezonu teatralnego i ktoś, kto wie jaką miłością pałam do sztuki scenicznej zaprosił mnie na owo zakończenie. Aktorzy dali ostatni w tym sezonie spektakl, a właściwie recital złożony z piosenek „grających” we wszystkich sztukach tego sezonu. Mnie oczywiście najbardziej podobały się piosenki ze spektaklu „Trzy razy Piaf”. Muszę podzielić się sympatyczną wiadomością. Praca dyrektora naszego teatru, Jana Tomaszewicza została doceniona przez ministra kultury Bogdana Zdrojewskiego, który (za pośrednictwem jednej z posłanek) wyróżnił dyrektora odznaczeniem „Zasłużonym dla kultury polskiej.” Były kwiaty, krótkie mowy okolicznościowe, a potem widzowie zostali zaproszeni na drugą część imprezy, niekoniecznie oficjalną. Był grill, winko, piwko i wieczorne rozmowy polaków. Do domu zlądowałam dobrze po północy…

 

 


 

 A dzisiaj od rana do mojego mieszkania zagląda… Wojciech Cejrowski Ktoś ustawił samochód z makietą – reklamą tuż przed moim domem(o_o)

 


 

No i jak tu ominąć taką wystawę:)  Zaraz biorę aparat i idę sobie obejrzeć  te zdjęcia. A potem do wyboru, do koloru. Między innymi można będzie oglądać popisy taneczne dzieci i młodzieży w ramach XIX Międzynarodowego Festiwalu Tańca, albo zajrzeć do kilku klubów, by zobaczyć kilka wernisaży. Wieczorem natomiast wybieram się na noc kulturalną „Ej, sobótka, sobótka!" Będą recitale, koncerty, a o północy puszczanie wianków po rzece Warcie.


Jutro natomiast może wybiorę się w rejs statkiem edukacyjno – muzealnym Kuna, albo… albo sama jeszcze nie wiem, w każdym razie jest z czego wybierać. No to na razie:-D



komentarze (12) | dodaj komentarz

Rudy ma w sobie coś...:)

czwartek, 21 czerwca 2012 20:15

(…)

        I rzecze ta ryża ruda:
        "Kocham cię szatanie,
miłują cię me usta za twe całowanie,
        za szaleństw cuda.
            Tyś mąż!
        Kto cię zaznał, ten twój!
        Ramieniem mnie zwiąż
        i zawsze przy mnie stój!
Wszystko jest kłamstwem w świecie, prócz twego uścisku,
on jest trójkątem w gwieździe Salomona,
ku niemu lecę jak błyskawica
w drzew nocnym szumie, w nietoperzy pisku,
    ja, czarownica szalona!"

(…)

Fragment wiersza „Historia o czarownicach” M. Pawlikowskiej - Jasnorzewskiej

 

 Chodziło to za mną od jakiegoś czasu. I choć zupełnie niedawno nie przeszkadzało mi to, nadszedł moment, że dość już miałam bycia nijaką, szarą myszką, nie wyróżniającą się z tłumu. Potrzebowałam szaleństwa. Kobiety to mają dopiero dobrze, w razie potrzeby bycia szaloną zawsze mogą sprawić, że tak się stanie. Nie to co faceci. No bo co taki facet może zrobić? Zmienić wodę po goleniu? Wydepilować się? Ewentualnie ubrać zupełnie nie pasujące do garderoby skarpetki.


 Co innego kobieta. Przykładowa kobieta kupuje sobie farbę do włosów w kolorze powiedzmy „mango,”  inna zaprzyjaźniona kobieta zabiera ją do swojej przyjaciółki, a ta przyjaciółka przyjaciółki kładzie to „mango” na te szaro bure włosy. Na dodatek ta przykładowa kobieta nie trzęsie się nad swoją czupryną, nie obawia się, że nie będzie pasować, że może wyjść byle jak… Kobieta czeka cierpliwie z farbą na głowie nie zerkając nawet do lusterka. Zresztą lusterka zostały pochowane, bo ta kobieta miała zobaczyć dopiero efekt końcowy. No i zobaczyła…

 


Nie będę tu pisać o przewadze koloru rudego nad innymi kolorami, ale jedno zdanie, no może dwa muszę napisać. Rudy ma w sobie coś… Wyzwala jakąś nieokreśloną energię, dodaje pewności siebie oraz wyrazistości, no i najważniejsze – człowiek (czyli ja) czuje się po trosze jak ta czarownica szalona z wiersza Jasnorzewskiej :)



komentarze (29) | dodaj komentarz

Latają!

poniedziałek, 18 czerwca 2012 15:56

Saga rodziny pustułek – część ostatnia.

Przez kilka ostatnich dni w rodzinie pustułek atmosfera była bardzo napięta. Rodzice zmęczeni  ciągłym polowaniem i dokarmianiem młodych postanowili zmusić je do latania. Młode natomiast najwyraźniej nie miały na to ochoty. Ojciec pustułek postanowił wziąć sprawy w swoje ręce, a raczej szpony i zaczął swoje małe wychowywać. Kilka razy w ciągu dnia przylatywał i siadał na dachu w pobliżu gniazda – oczywiście bez pokarmu. Pisklaki patrzyły na niego wyczekującym wzrokiem i piszczały po swojemu. Ojciec był niewzruszony.

 

 

 

 

Potem, po naradzie ze swoją żoną poleciał coś tam upolować. Wrócił do gniazda i nakarmił małe.

 

 

Nakarmione pisklęta nadal nie miały zamiaru latać i patrzyły na ojca z nadzieją na kolejny tłusty kąsek. Wtedy wkroczyła matka pisklaków. Nie ma to tamto, jesteście najedzone, czas rozpocząć naukę latania – powiedziała.

 

 

Nie było wyjścia. Rozpoczęło się prostowanie skrzydełek.

 

 

…ale jak to zrobić, żeby stać na nóżkach z rozpiętymi skrzydełkami. Oj ciężko…

 

 

No już trochę lepiej…

 

 

Prawie całkiem dobrze…

 

 

Mamo, tato jestem gotowa do lotu! Frrrrrrr 

 

 

Jeszcze nieporadnie, ale latają! Wprawdzie pokonują krótkie odcinki drogi i często odpoczywają, ale idzie im coraz lepiej. Na zrobionym kolażu widać je w różnych miejscach.

 

 

A ten osobnik najpierw wpadł za kraty w oknie, a potem jakoś się wygramolił i dumnie rozglądał się wokoło. Był ode mnie jakieś 5 kroków.

 

 

 

Na koniec  jeszcze adres zamieszkania  pustułek, strzałka wskazuje gniazdo.

 

 



komentarze (28) | dodaj komentarz

Proszę wysokiego sądu...

sobota, 16 czerwca 2012 13:52

 

Wysoki sądzie, przysięgam, że lubię dzieci, ptaki, koty i psy. Lubię też posłuchać piosenek i gry na różnych instrumentach, ale na litość Boską nie wszystko na raz i nie w sobotni wczesny poranek! Tak jest wysoki sądzie, jak sobie sąd życzy, będzie wszystko po kolei. Jak już wspominałam należę do tej nielicznej grupy ludzi pracujących, którzy od poniedziałku do piątku zrywają się skoro świt i nie mogą się doczekać weekendu żeby te wszystkie zaległości senne odespać. W moim wieku wysoki sądzie, sen jest istotnym elementem życia. Jak wiadomo, podczas snu organizm  się regeneruje, a długość snu wydatnie wpływa na ilość oraz głębokość zmarszczek.  Zależność jest prosta. Im dłuższy sen, tym mnie pomarszczona rano wstaję. Teoria sprawdzona i w moim przypadku nie do podważenia.

 

Rozumiem, wysoki sądzie, już przechodzę do meritum sprawy. Tego feralnego poranka wysoki sądzie wszystko sprzysięgło się naprzeciw mnie. Pierwszym elementem, który zaburzył mój błogi sen było ptaszysko, które pewnie straciło orientację i zdrowo przywaliło w szybę od pokoju-sypialni. Wprawdzie zostałam wybita z głębokiego snu, ale nie było we mnie jeszcze tego nerwa, przez który znalazłam się gościnnych  progach wysokiego sądu. Przewróciłam się na drugi bok, z zamiarem kontynuowania swojego snu, a wtedy sąsiad z dołu wypuścił na podwórko swoje dwa psy na poranne sikanie. Okazało się, że na podwórku był wypasiony kot, który nie zamierzał opuścić swojego terytorium. Głównym elementem walki pomiędzy odwiecznymi wrogami, była walka na głosy, czyli kto kogo prze – szczeka i prze – miauczy.

 

Walka trwała w najlepsze, kiedy zdarzyło się coś, przy czym odgłosy tej walki to mały pikuś. Mury proszę wysokiego sądu się zatrzęsły, ale nie było to trzęsienie ziemi. Choć pewnie przy autentycznym trzęsieniu takiego huku by nie było. No… nie wiem wysoki sądzie, nie przeżyłam, ale tak mnie się zdaje. Tak jest wysoki sądzie, będę już trzymać się faktów. W przedszkolu naprzeciwko mojego domu szykowała się impreza i ktoś robił próby nagłośnienia. Lubię posłuchać sobie piosenek różnych takich, a już jak śpiewają dzieci, to jakoś miękko mi się na serduchu robi, ale słuchanie na maksymalnych decybelach „Jestem sobie przedszkolaczek” umarłego z grobu by obudziło i zniechęciło do całego rodu dziecięcego. Jeszcze kilka kawałków wysłuchałam zanim akustyka się unormowała.

 

Położyłam się ponownie do łóżeczka, z którego wyrwał mnie i postawił na równe nogi dźwięk trąb jerychońskich i pieśń waleczna Pooolska biaaało czeeerwoni!!! To było kilku „wczorajszych” kibiców, którzy  z samego rana cieszyli się na naszą wieczorną wygraną w meczu z Czechami. A kto powiedział wysoki sądzie, że nie jestem patriotką? Przecież ja też się cieszyłam proszę wysokiego sądu i to bardzo, ale cieszyłam się po cichu… Dobrze, że nie próbowałam ponownie wrócić do łóżeczka, bo za chwilę zadzwonił telefon stacjonarny. W słuchawce  usłyszałam miły głos. I ten miły głos z radością uświadamiał mi jaką to ja jestem szczęściarą, skoro zostałam wylosowana, a następnie zaproszona na spotkanie dotyczące mojego zdrowia, podczas którego będę sobie mogła zmierzyć poziom tkanki tłuszczowej. I w tym momencie nastąpiło to, co kotłowało się we mnie od chwili utraty orientacji przez ptaka, czyli atak agresji. Wprawdzie agresji słownej, ale jednak atak… Nawrzeszczałam jak nie wiem co… Proszę? Przyznaję, słowa rynsztokowego również użyłam, ale kto by nie użył. Niewyspana byłam, stąd takie zachowanie….

 

Moja adrenalina sięgnęła zenitu, a przy takim „zenicie” nie było mowy o dalszym spaniu. Ubrałam się po domowemu, weszłam do kuchni z zamiarem przygotowania ciasta na naleśniki. A co w tym dziwnego, proszę sądu? Na obiad naleśniki z pieczarkami zaplanowałam. Widać gołym okiem, że wysoki sąd kobietą nie jest, bo każda kobieta wie, że ciasto „odstane” lepiej się smaży. Oporne jakieś było, bo grudki żadną miarą nie chciały się rozbić pod wpływem trzepaczki. Włączyłam mikser. Nawet ładnie szło… ale się spaliło. A czy ja mówię o naleśnikach? Mikser się sfajczył proszę sądu. Starowinka już był, widać postanowił swój żywot zakończyć.  

 

Korki siadły, a po chwili ktoś za tarabanił do drzwi. W drzwiach stał sąsiad od psów. Prądu nie ma sąsiadko, a słyszałem, że coś sąsiadka wierciła i pewnie zwarcie  zrobiła! – rzekł. No… tego już było jak dla mnie za dużo i pojechałammmmm… Dostało się sąsiadowi za te wszystkie wczesno poranne  szczekania, awantury o północy po pijaku, zloty meliniarzy na przydomowej ławeczce, a na koniec powiedziałam żeby swoje psy podłączył do akumulatora, to ich szczekanie naładuje go w tri miga! Sąsiad zaniemówił, a jak odzyskał głos powiedział, że pójdzie z tym do sądu i oskarży mnie o pogwałcenie dobrosąsiedzkich stosunków. Jakby kiedykolwiek były dobre…

 

Niemniej na wszelki wypadek przygotowałam sobie mowę obrończą z nadzieją, że sąd uwzględni wszystkie okoliczności łagodzące. W razie czego, dodam jeszcze, że parno było, jakby na burzę miało się zbierać, a ja zawsze na burzę nerwowa się jakaś robię…

 

 



komentarze (20) | dodaj komentarz

Ale plama

piątek, 15 czerwca 2012 17:42

Bardzo rzadko, a właściwie w ogóle nie przeglądam katalogów z modą. Co nie znaczy, że zawsze tak było. W latach, kiedy w sklepach odzieżowych królowały powiedzmy dwa, albo trzy fasony bluzek, czy sukienek, które różniły się jedynie rozmiarami, często „kombinowałam” katalogi, wyszukiwałam jakiś oryginalny model, kupowałam materiał, a zaprzyjaźniona z naszą rodziną krawcowa szyła to wypatrzone cudeńko. W tamtych czasach dobra krawcowa to był skarb prawdziwy. Nie wiem  jak to wygląda dzisiaj, ale z tego co widzę, w sklepach i salonach odzieżowych wisi naprawdę dużo modeli, spośród których można wybrać dla siebie coś niepowtarzalnego i oryginalnego (chyba).


Niby od przybytku głowa nie boli, ale to „nie bolenie” dotyczy klientów, natomiast domy mody, czy też producenci mają problem, żeby swój towar dobrze sprzedać. Nie od dziś wiadomo, że dobra reklama to pół, a może nawet więcej niż pół – sukcesu. Prześcigają się więc w wymyślaniu coraz to oryginalniejszych, a wręcz szokujących kampaniach reklamowych. Potrafię to zrozumieć pod warunkiem, że zachowana jest choć odrobina dobrego smaku. Jednak to co zobaczyłam w nowej kampanii reklamowej Harvey Nichols nie dość, że wprawiło mnie w osłupienie, to jeszcze zwyczajnie zniesmaczyło, a wręcz obrzydziło.


Na zdjęciach z ulotek reklamujących letnie wyprzedaże widać modeli z plamami… moczu na spodniach. Hasło reklamowe brzmi: Spróbuj powstrzymać podniecenie. Zdaniem marketingowców reklama jest "lekka i zabawna." Jeśli ta reklama jest lekka i zabawna, to ja jestem urodzonym ponurakiem, którego zupełnie nie bawi „lekkość” IQ marketingowców. Chyba, że nie zrozumiałam przesłania i zamiast ubrań reklamuje się tymi zdjęciami tabletki na nie trzymanie moczu…(o_o)

 




komentarze (15) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 20 listopada 2017