Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 289 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5217587
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32257
Bloog istnieje od: 2869 dni

Horoskop

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Żegnaj blogownio kochana, nadeszła chwila rozstania...:)

piątek, 28 czerwca 2013 23:39

Żegnaj blogownio kochana,

nadeszła chwila rozstania,

serce tak dziwnie uderza,

mgła jakaś oczy zasłania...:)

 

Tak, tak… rozstaję się z blogowiskiem, ale nie na zawsze:) Od ponad trzech lat piszę tego swojego bloga i właściwie nie miałam porządnego urlopu od blogowania. Nawet jeśli wyjeżdżałam, powiedzmy na tydzień, lub dwa, to zawsze starałam się coś wrzucić na to swoje poletko, ale teraz basta! Robię sobie porządny urlop, bo i okoliczność nie byle jaka….

 

Dwa lata temu pisałam o tym, że mój synalek w samą Wigilię oświadczył się. Konsekwencją oświadczyn jest ślub. I właśnie między innymi na ślub syna jadę, ale po kolei.

 

O ślubie poinformowali mnie Młodzi podczas świąt Bożego Narodzenia. Wiedziałam, że ślubować będą 13 lipca, o godzinie 13, na… Cyprze:) Podobnie jak Wy zrobiłam okrągłe ze zdziwienia oczęta – a czemu to na Cyprze, a nie na przykład w Anglii, gdzie syn mieszka i wykłada na uczelni w Southampton ( z tego portu wypływał w swój tragiczny rejs Titanic)? No cóż, młodzi taką podjęli decyzję i nic nikomu do tego:) A swoją drogą, wbrew moim wyobrażeniom o horrendalnych kosztach takiego ślubu, okazuje się, że wcale nie jest tak źle… Koszt takiego ślubu plus tygodniowy pobyt ze wszelkimi atrakcjami dla nowożeńców, porównywalny jest do kosztów wesela w Polsce dla około 70 weselników. Młodzi uznali, że ten wyjątkowy dzień jest tylko i wyłącznie Ich dniem i zdecydowali się na swój wymarzony ślub właśnie na Cyprze, a dokładnie w resorcie Nissi Beach.

 

Wszystko już miałam poukładane, kiedy jeden mail zburzył do cna mój misterny plan:) Młodzi wymyślili sobie akcję pod tytułem „Wizytacja mam”. To fakt, nigdy nie byłam u syna w Anglii, on się uczył, robił doktorat, pisał książkę, wiecznie był zajęty, a ja nie chciałam się narzucać. Ale teraz nastąpiła ta wiekopomna chwila, mama mojej synowej i ja zawitamy na początku lipca do Anglii, obejrzymy gniazdko jakie uwili sobie Młodzi i dodatkowo czekają nas ponoć jakieś atrakcje. Jakie? Nie wiem, dowiem się na miejscu:)

 

Jestem strasznie tym wszystkim podekscytowana:) Po pierwsze ślub mojego kochanego synalka:) Po drugie, nigdy nie byłam w Anglii, a tym bardziej na Cyprze. Po trzeci, nigdy nie leciałam samolotem, więc wszelkie porady i wskazówki Czytelników przyjmę z wielką wdzięcznością. Przyznaję się bez bicia – boję się latania, bardzo się boję…

 

Niedawno pisałam jak to moją mamę uczyłam trudnej sztuki pakowania się. Łatwo kogoś pouczać… No mam problem, wyjazd w dwie różne strefy klimatyczne wymaga zapatrzenia w różne ciuchy (w tym kreacja weselna), tym bardziej, że po pobycie w Anglii nie wracam już do domu. Moja trasa wyglądać będzie tak: Gorzów – Wrocław – Anglia – Wrocław – Warszawa (tam dołączą goście weselni) – Cypr – Warszawa. A z Warszawy do Gorzowa ( w drugiej połowie lipca). Nie chciałbym zapłacić frycowego w postaci nadbagażu., więc tutaj wskazówki i porady Czytelników też jak najbardziej na miejscu:)

 

Na samą myśl, że na „tak długo” będę oderwana od blogowiska dziwnie mi jakoś… Chyba nie zdawałam sobie tak do końca sprawy z tego, że blogowanie jest dużą częścią mojego życia…

 

Pozdrawiam serdecznie wszystkich Czytelników i (mam nadzieję) do poczytanie w drugiej połowie lipca:)

 

Zdjęcia z resortu na Cyprze. Tu Młodzi będą ślubować:)

 

Oferta - Ślub na Cyprze_.jpg

 

A tu odbędzie się przyjęcie weselne:)

 

Oferta - Ślub na Cyprz.jpg

 

Widok na resort:)

 

Oferta - Ślub na Cyprze_Agia Napa 2012.jpg

 

 



komentarze (57) | dodaj komentarz

Każdy jakieś hobby ma:)

wtorek, 25 czerwca 2013 7:23

Pasja, konik, hobby - jakby to nie nazwać, to od razu wiadomo, że człowiek dotknięty tą przypadłością znacznie odbiega od statystycznego obywatela. Ludzie pozytywnie zakręceni są jak kolorowe kwiaty na bezkresnym nudnym stepie. Każdy jest inny, jedyny w swoim rodzaju.

 

Kiedyś wspominałam, że w gronie moich znajomych są i tacy, którzy z pasją tworzą drzewo genealogiczne, zbierają maleńkie filiżanki, pocztówki, znaczki, poszukują zabytkowych klamek i sporządzają ich dokumentację fotograficzną, albo kolekcjonują dobre słowa, które następnie przekazują innym:)

 

To tylko kilka przykładów spędzania wolnego czasu, relaksu, ale są przecież ludzie, którzy z pasją zajmują się robótkami ręcznymi, dopieszczają swoje ogrody, balkony, wspinają się bez zabezpieczeń na wysokie budowle, zbierają książki, monety, opakowania po czekoladzie, kolorowe sznurówki, kody kreskowe, stare maszyny do pisania, kasety magnetofonowe, naklejki z owoców, czy kapsle. I przy kapslach na chwilę się zatrzymam. Tak jak w dzieciństwie przechodzi się ospę, tak każdy chyba chłopiec przechodził przez okres zbierania kapsli. Pamiętam te wyścigi na kapsle na korytarzach szkolnych i na podwórkach. Tak… niby takie zwyczajne kapsle, to dopiero były skarby! Potem raczej z tego się wyrasta. Okazuje się, że nie zawsze.

 

W ramach Nocnego Szlaku Kulturalnego, podczas zwiedzania Galerii Bezbronnej poznałam pana Andrzeja Majsaka, miłośnika zbierania kapsli właśnie. Nie byłoby w tym niczego nadzwyczajnego, gdyby nie to, że pan Andrzej z owych kapsli „uszył” sobie zbroję. Naprawdę!

 

Jest to pierwsza na świecie zbroja wykonana z 1314 sztuk kapsli. Tworzenie owego dzieła zajęło panu Andrzejowi pół roku. Oczywiście montował ją jedynie w wolnym czasie. Precyzyjna robota… Każdy kapsel ma zamontowane od wewnątrz cztery zaczepy, dzięki którym można było wszystko tak pięknie połączyć:) To się nazywa bzik! Niniejszym dopisuję Pana Andrzeja do swojej prywatnej listy ludzi pozytywnie zakręconych:)))

 

NSzK 2013 010.jpg



komentarze (33) | dodaj komentarz

To co Ty właściwie jesz?

niedziela, 23 czerwca 2013 12:04

Za każdym razem kiedy dochodziły do mnie informacje o tym, co producenci wyprawiają z mięsem oraz wędlinami kierowanymi na rynek obiecywałam sobie, że pora zrezygnować z jedzenia mięsa. Bo niby dlaczego świadomie i z premedytacją mam wpychać w siebie chemię i inne świństwa? A potem jakoś tak rozchodziło się po kościach i znów kupowałam kotleta schabowego, karkówkę, czy kurczaka. Ale teraz miarka się przebrała… Wciąż jestem pod wrażeniem reportażu pokazanego w tvn24.

 

W toku trwającego ponad pół roku dziennikarskiego śledztwa, reporterka  ustaliła, że producenci trzody, bydła i drobiu karmią zwierzęta nielegalnymi farmaceutykami. Używają między innymi metronidazolu, leku o udowodnionym działaniu rakotwórczym, oraz doksycykliny, powodującej zmiany w układzie kostnym. Dziennikarka przez wiele miesięcy śledztwa odwiedziła 25 gospodarstw, proponując nielegalną sprzedaż antybiotyków. W tej grupie tylko jeden właściciel zachował się zgodnie z regulaminem, odsyłając ją do weterynarza, z którym współpracował. Pozostali nie pytali skąd to jest, czy to jest przebadane, certyfikowane. Interesowała ich jedynie cena.

 

Łatwo powiedzieć, że zrezygnuje się z jedzenia mięsa, ale jak to zrobić? Tym bardziej, że na pytanie - jakie słodycze lubię najbardziej - odpowiadałam: Ze słodyczy najbardziej wchodzi mi… schabowy:)

 

Kiedy więc dowiedziałam się, że w ramach Nocnego Szlaku Kulturalnego odbędą się wegetariańskie warsztaty kulinarne pod nazwą „To co Ty właściwie jesz?” – bez chwili zastanowienia, zapisałam się. Pomyślałam sobie: Popatrzę, posłucham ludzi, którzy mają coś do powiedzenia w tej materii, sama spróbuję przygotować jakąś potrawę, a potem podejmę decyzję. W końcu warsztaty kierowane były nie tylko do tych, którzy stosują już dietę bezmięsną, ale też do tych którzy chcieliby przejść na wegetarianizm, ale mają obawy i nie wiedzą jak to zrobić oraz tych, którzy nie zamierzają rezygnować z pokarmów pochodzenia zwierzęcego, ale są otwarci i chcieliby urozmaicić swoje menu.

 

Dla uczestników warsztatów przygotowano pięć stanowisk, na których można było przygotować dania z menu zaproponowanego przez prowadzącą warsztaty Mariolę Streim. Postanowiłam spróbować swoich sił. Oczywiście nie sama, aż tak odważna to ja nie jestem. Do wspólnego gotowania zaprosiłam A, która na co dzień eksperymentuje z różnymi dietami. Na jej warsztaty z tańca cygańskiego oraz tańca brzucha przyjeżdżają między innymi Hinduski Greczynki, Ukrainki, Rosjanki, Turczynki, a ona rozmawia, podpatruje ich zwyczaje kulinarne, które potem „przenosi” do własnej kuchni.

 

Przyodziana w fartuszek i rękawiczki stanęłam zwarta i gotowa na przydzielonym nam stanowisku. Miałyśmy przygotować sałatkę z kuskusa oraz pożywny napój z owoców (2 jabłka, 2 gruszki, 2 pomarańcze, 6 łyżek jogurtu. Wszystko razem zmiksować, ewentualnie kapkę dosłodzić cukrem. Pychotka).

 

Te warsztaty to był strzał w dziesiątkę! Stanowiska przez całe popołudnie do późnych godzin wieczornych były dosłownie oblężone przez mieszkańców. Każdy mógł degustować przygotowane przez nas potrawy, a w zamian zasilić puszkę na schronisko dla bezdomnych zwierząt. Też degustowałam i trudno pośród wszystkich potraw wybrać tę najsmaczniejszą, bo wszystkie to niebo w gębie. Choć może nie… dla mnie absolutnym hitem było pesto z natki pietruszki z dodatkiem suszonych pomidorów. Wędliny które dotychczas jadłam do pięt nie dorastają pysznemu pesto. A co jeszcze?  Była zupa z soczewicy, placuszki z cukinii, kwiaty czarnego bzu smażone w cieście, szybka sałatka ziemniaczana, gofry z bananowego ciasta, chałwa domowej roboty, pasztety z cieciorki i cukinii, różne ciasteczka i napoje.

 

Jakie wrażenia z warsztatów? Napiszę tak. Jestem bardzo, ale to bardzo zadowolona. Nie myślałam, że w tak ekspresowym tempie można przygotować tak pyszne, urozmaicone, i co dla mnie ważne – niedrogie potrawy. Absolutnie wszystkie zamierzam „przenieść” do swojej kuchni:)

 

Jeśli ktoś też chciałby włączyć do swojej diety którąś z wymienionych potraw (i nie tylko z tych wymienionych), przepisy na nie znajdzie na blogu Marioli, która te warsztaty poprowadziła:

http://veggieola.blogspot.com/

 

Dodam jeszcze, że Mariola nie należy to gatunku wojujących wegetarianek z ustami pełnymi słów o ideologii, o wyższości wegetarianizmu nad innymi dietami. Ujęła mnie jednym postem, którego fragmenty pozwolę sobie zacytować:

Dlaczego jestem tylko częściową weganką, a nie całkowitą? Ponieważ dla mnie oznacza to pewien proces. Nie chodzi o jakąś dietę, którą należy wytrzymać i liczyć każdy dzień, ile dało się już radę, lecz stopniowe zastępowanie produktów pochodzenia zwierzęcego, produktami roślinnymi (…)

Możliwe, że nigdy nie uda mi się zostać całkowitą weganką, bo weganizm nie ogranicza się do jedzenia. To sposób traktowania zwierząt w ogóle (…)

Nie zamierzam jednak zamartwiać się, że nie dam rady uratować świata, lecz wprowadzę weganizm w moje życie w miarę moich możliwości, tak, aby czerpać z tego przyjemność (…)

Najgorzej jest zrobić coś na siłę, natychmiast. Szansa na porażkę i frustrację jest wtedy ogromna, a perspektywa sukcesu niewielka. O wiele ważniejsze jest to, aby przesunąć nieco swój styl życia i odżywiania w stronę weganizmu, a jak jest się mięsożercą, w stronę wegetarianizmu (…)

 

Mam nadzieję, że te warsztaty na stałe wpiszą się w program corocznego Nocnego Szlaku Kulturalnego. Warto było tam być, bo oprócz praktycznej wiedzy z zakresu zdrowego odżywiania, była też wspaniała zabawa. Szczególne podziękowania kieruję do Marty Danielak http://vege4u.blogspot.com/ oraz Ani Świerczyńskiej, które wzięły na swoje (wątłe) barki cały trud przygotowania warsztatów.

 

Miejsce naszej pracy:)

 

NSzK 2013 01.jpg

 

Kwiaty czarnego bzu smażone w cieście

 

NSzK 2013 02.jpg

 

NSzK 2013 03.jpg

 

NSzK 2013 04.jpg

 

NSzK 2013 05.jpg

 

A tutaj mocuję się z mikserem. Dlaczego dziewczyny się śmieją? Ano dlatego, że wg mnie mikser był popsuty, a wg nich wystarczyło podłączyć go do kontaktu. Oczywiście miały rację:)))

 

NSzK 2013 07.jpg

 

NSzK 2013 08.jpg



komentarze (27) | dodaj komentarz

Żeby nie było, że tylko o ptakach, tym razem o celebrycie:)))

piątek, 21 czerwca 2013 17:16

Zaniepokojona dziwnymi objawami, które nasiliły się w ostatnich dniach poszłam dzisiaj do lekarza rodzinnego. Zarejestrowałam się i pozostała mi dobra godzina do czasu rozpoczęcia przyjęć. Cóż tu zrobić z takim bonusem w postaci wolnej godziny? Poszłam do pobliskiego parku z zamiarem zrobienia kilku aktualnych fotek lapidarium, które jest pozostałością po cmentarzu ewangelickim. W parku spotkałam przesympatycznego staruszka, który wyciągał z kieszeni spodni orzechy i rzucał je wiewiórkom. Ależ gratka dla miłośnika fotografii! Oczyma wyobraźni widziałam już ujęcia jak wiewiór przegryza swoimi ostrymi niczym piła tarczowa, zębami owe orzechy i wcina aż mu się kita trzęsie. Dość długą chwilę czekaliśmy aż raczył się pojawić przedstawiciel wiewiórkowatych. Najpierw nieufnie skakał to tu, to tam, potem zobaczył orzecha, stanął w słupki i pomalutku zaczął się przybliżać. Nawiązałam z nim kontakt wzrokowy, a potem przeprowadziłam rozmowę na płaszczyźnie mentalnej, które przebiegała mniej więcej tak:

 

- No dobra wiewiór, przestań już skakać bo niestrawności dostaniesz. Stań na chwilkę i posłuchaj. Mogę sprawić, że staniesz się sławny!

- Ojej, nareszcie ktoś, kto zna wiewiórczy język! Stoję, stoję, swojakom się nie odmawia. A co to znaczy – być sławny?

- Nie wiesz…? Będą cię ludzie oglądać, podziwiać twoją naprężoną kitę i mówić: Ależ cudeńko, śliczności, słodki rudzielec i w ogóle. Staniesz się mój drogi celebrytą. Wiem, wiem, nie znasz tego słowa. Już wyjaśniam. Celebrytyzm to przywileje. Codziennie będą cię dokarmiać orzeszkami i innymi smakołykami, a twoje domostwo zaprojektuje najlepszy na świecie projektant. Wyobrażasz sobie dajmy na to łazienkę z marmuru w kolorze orzechowym, z natryskiem o zmiennej regulacji i z masażem? Możesz również dać wytyczne co do obrazów, które miałyby zawisnąć na ścianach twojej dziupli, oraz co do mebli. Lubisz antyki? Mówisz, masz. A może bardziej współcześnie – nie ma problemu…

- Przestań już nawijać, tylko mów prędko co mam zrobić, żeby tym celebrytą zostać!

- Nic prostszego. Widzisz tego dobrotliwego staruszka? On rzuci ci zaraz smacznego orzeszka. Twoim zadaniem będzie wziąć go wdzięcznie w łapki i zapozować.

- Tylko tyle?

- Tak… tylko nie wierć się!

- Już się robi. Tylko błagam, prawy profil odpada. Ma być lewy, ewentualnie en face. Zapozowałem i co dalej?

- Teraz cierpliwie czekaj, wrócę do domu, wrzucę zdjęcia na bloga i będziemy czekać na zainteresowanie ze strony mediów. Jakby co, dam znać. Spotkamy się w poniedziałek przy tym drzewku, ok?

- Dobra, dobra, tylko nie wystaw mnie!

 

- No coś ty ja…? Nie wiem czy wiesz rudzielcu jakie szczęście cię spotkało. Masz do czynienia z rasową fotoreporterką!

 

- Chyba, że tak… Ale, ale… a jak nie będzie tego zainteresowania mediów, no wiesz, nie spodobam się, albo znajdą kogoś bardziej atrakcyjnego na przykład po botoksie, albo z wszczepionymi piłeczkami pingpongowymi pod policzkami?

 

- A skąd ty o tym wszystkim wiesz?

 

- Ej tam, ludzie w parkach na ławkach gazety zostawiają, to się wie. Polityki tam nie uwidzisz, ale za to Życie na gorąco, Show i takie inne…

 

- A mówiłeś, że nie wiesz co to znaczy być sławnym.

 

- Tak sobie bajerowałem ciebie, a po cichu liczyłem na sesję zdjęciową:)

 

- Nie przejmuj się wiewiór, może lepiej dla ciebie, że nie zostaniesz celebrytą. Wiesz, te kamery, flesze aparatów, ciągłe podglądanie, nie miałbyś chwili nawet na życie prywatne. A tak możesz sobie hasać gdzie chcesz i z kim chcesz. Nic nikomu do tego…

 

- W sumie masz rację… ale jakby jednak, to wiesz, dziesięć procent z mojej sławy dla ciebie. Zrobię cię moją menadżerką!

 

- Nie przeginaj! Tylko dziesięć procent??? To ja tu czas marnuję, staram się uchwycić twoją najlepszą stronę, a ty mi z dziesięcioma procentami wyjeżdżasz. Fifty – fifty, inaczej zdjęć nie publikuję!

 

- I co się tak wściekasz? Niech będzie… a zresztą nie ma co dzielić skóry na wiewiórze. Do poniedziałku masz czas by mnie rozsławić, a ja tymczasem zmykam, na 14 mam umówioną wizytę u manikiurzystki - pazurki muszę skrócić, a potem lecę zamówić kolejkę na plastykę cycków. Zobaczysz... wtedy nawet taka Siwiec mi nie podskoczy!

 

 

w1.jpg

 

w2.jpg

 

w3.jpg

 

w4.jpg

 

w5.jpg

 

111.jpg

 

159.jpg



komentarze (16) | dodaj komentarz

Selekcja naturalna

czwartek, 20 czerwca 2013 17:05

Z naturą się nie "dyskutuje" -  to konkluzja po moich działaniach związanych z pisklakami pustułek, które zostały półsierotami. Pisklaków są sztuki cztery i martwiłam się, że jedna dorosła pustułka ich nie wykarmi. Stąd ten cały dym. Wprawdzie pisałam już w komentarzach  pod poprzednim postem o próbach zainteresowania losem pustułek ludzi, którzy zawodowo zajmują się ochroną zwierząt, niemniej pokrótce przypomnę.

 

Sama próbowałabym dokarmiać ptaki, ale nie ma takiej opcji ze względu na lokalizację. Gniazdo mieści się w starym szybie wentylacyjnym na "gołej" ścianie i nijak nie można się do niego zbliżyć, chyba, że na jakiejś wysuwanej drabinie strażackiej:) Dlatego też, pierwszą sprawą było ustalenie, czy gdzieś w pobliżu nie ma tzw. azylu dla ptaków (dzięki And). No nie ma. Najbliższy znajduje się około 100 km od mojego miasta. Zadzwoniłam. Owszem, zajmują się ptakami, ale trzeba przywieźć je na własny koszt. Poza tym skoro ptaki są w gnieździe nie powinno się ich ruszać - usłyszałam.

 

Potem włączyłam "gorącą linię" z panią z Towarzystwa Ochrony Zwierząt. Kilka rozmów telefonicznych, a na koniec - niestety nie może pomóc...

 

Może Ochrona Środowiska coś doradzi - pomyślałam. Zadzwoniłam. I tu miłe zaskoczenie, bo choć tzw. ochrona gatunkowa nie należy do kompetencji tego wydziału, spotkałam się z empatią zrozumieniem, oraz  obietnicą rozeznania tematu:)

Dzisiaj sprawa się wyjaśniła. Pani z Ochrony Środowiska skontaktowała się z organem właściwym, czyli   Regionalną Dyrekcją Ochrony Środowiska. Pracownik tego Oddziału powiedział, że sprawę należy pozostawić w rękach natury. Że człowiek nie powinien w nią ingerować. Usłyszałam również, że wcale nie jest powiedziane, że jedna pustułka nie jest w stanie wykarmić swoich piskląt, bo i takie przypadki się zdarzały.  W najgorszym przypadku nie przeżyją pisklęta najsłabsze, ale cóż, ponoć taka kolej rzeczy...

 

Nadal obserwuję pisklaki. Póki co nic złego się nie dzieje. Rosną jak na drożdżach. Ten największy (pewnie wykluty najwcześniej) próbuje już prostować skrzydełka. Dorosła pustułka uwija się jak w ukropie. Kilka razy w ciągu dnia karmi małe "smakołykami". Potem chwilę odpoczywa na przyległym dachu i znów leci na polowanie...

 

I jeszcze coś. Wiem, że z naturą się "nie dyskutuje". Świat ten rządzi się swoimi prawami. Tylko, że te prawa czasami trudno przez człowieka zaakceptować. Z jednej strony doświadczenia z podglądania przyrody wpływają na nasze postawy. Nabieramy szacunku, zrozumienia i podziwu. Z drugiej strony, czy brak ingerencji człowieka nie jest przypadkiem obojętnością? Przecież naturze trzeba niekiedy pomagać - wbrew pozorom nie jest doskonała...

 

Ten większy chojrak próbuje już prostować skrzydełka:)

 

d013.jpg

 

Pora karmienia

 

d029.jpg

 

A tu zaznaczyłam czerwoną strzałką lokalizację gniazda. Dodam jeszcze, że budynek jest niezamieszkały.

 

d005.jpg

 



komentarze (9) | dodaj komentarz

Samotne macierzyństwo?

poniedziałek, 17 czerwca 2013 20:12

Kilka dni temu pisałam o niedawno wyklutych pisklętach pustułek. Z brzegu gniazda było widać za każdym razem dwa pisklaki. Dzisiaj po pracy robiłam zdjęcia i na moje oko widać, że w tym roku są cztery, czyli o jedno więcej niźli w roku ubiegłym.

 

Oj ciężko będzie je wykarmić… tym bardziej, że od kilku dni widzę tylko jednego dorosłego osobnika. Najpierw byłam przekonana, że jedna dorosła pustułka kręci się w pobliżu gniazda, a druga lata na polowanie. Ale kiedy zobaczyłam, że młode zostawały w gnieździe same pomyślałam, że coś jest na rzeczy. W ubiegłym roku było nie do pomyślenia, żeby młode zostawały bez opieki. Nawet wtedy, kiedy rosły jak na drożdżach, a więc potrzebowały coraz to więcej jedzenia, dorosłe pustułki na zmianę kilka razy w ciągu dnia dokarmiały swoje małe..Ale nawet wtedy młode nie zostawały na moment same. Dopiero kiedy sporo podrosły i przygotowywały się do pierwszych prób samodzielnego latania, parka dorosłych pustułek nocowała w pobliżu swojego gniazda na dachu przylegającego budynku. Jednak cały czas miała pieczę nad swoim gniazdem.

 

Być może wkrótce pojawi się zguba, ale jeśli nie, to ciężkie chwile czekają tą, która została z małymi. Jedna pustułka nie wykarmi swoich pociech. Pozbawione stałej opieki, niedożywione młode mogą próbować lotów, a upadek z wysokości około 10 metrów na pewno skończy się dla nich śmiercią…

 

Poczekam jeszcze ze dwa dni, poobserwuję, jeśli nadal będę widziała tylko jedną dorosłą pustułkę zgłoszę ten fakt Towarzystwu Ochrony Zwierząt. W końcu jest to ptak pod ścisłą ochroną, a w tej sytuacji wymaga szczególnej opieki człowieka…

 

Dzisiejsze fotki. Na ostatnim zdjęciu widać cztery pisklaki. Ten czwarty jest schowany za największym pisklakiem. Na zdjęciu widać tylko jedno oko.

 

001.jpg

 

002.jpg

 

003.jpg

 

004.jpg



komentarze (25) | dodaj komentarz

Moto Racing Show (fotorelacja)

sobota, 15 czerwca 2013 19:41

Zapach spalin, ryk i mruczenie silników, pisk opon, zapach spalonej gumy… nie, to nie jest obrazek z autostrady, kiedy to po weekendzie wszyscy wracają do domu.

 

Moto Racing Show, bo tak nazywa się impreza, która już po raz trzeci odbyła się w Gorzowie, jest przedsmakiem dzisiejszego turnieju z cyklu Grand Prix na żużlu.

 

Działo się, oj działo na bulwarze nad Wartą. Zresztą na Warcie też:) Było sporo atrakcji. Co ja tam piszę „sporo”, całe piątkowe popołudnie to jedna wielka atrakcja dla miłośników motoryzacji, ale nie tylko. Wystawa starych (prawie zabytkowych) oraz nowych samochodów, pojazdów wojskowych, motocykli, pokaz driftu, stunterów, sztuczek na motocyklach. A na Warcie skutery, motorówki oraz najmocniejsza na świecie seryjnie produkowana łódź motorowa. Oczopląsu można było dostać… A do tego gwiazda wieczoru, Krzysztof Hołowczyc, który na swoim subaru dał pokaz nie byle jakich umiejętności:)

 

Nastrzelałam fotek, że hej! Ponad połowę musiałam niestety wyrzucić. Trudno o dobre zdjęcie, kiedy nie można dojść do siatki odgradzającej miejsca akcji. A do tego te tysiące przepychających się i szturchających gorzowian. Ostatecznie do owej siatki przepełzałam między nogami widzów. Na kucaka aparat wystawiłam za siatkę i pstrykałam tak trochę na ślepo. Długo w tej pozycji nie wytrzymałam. Musiałam się wycofać i przyjąć normalną, czyli ludzką pozycję:) Czego to człowiek nie zrobi dla dobrego kadru… No dobra nie będę pisać o ciągłym pouczaniu mnie przez ochronę - że tu, czy tam nie wolno, albo o tym, że musieli wyciągać ze wsporników cały stelaż ze siatką, żeby dama (czyli ja) mogła wyjść z terenu, na który wlazła bez pozwolenia, a który stanowił tzw. strefę specjalną:)

 

Moto Racing Show 243.jpg

 

Najmocniejsza, seryjnie produkowana łódź motorowa

 

Moto Racing Show.jpg

 

Kto powiedział, że nie można spacerować po rzece?

Moto Racing Show 1.jpg

 

Kierowca?

Moto Racing Show 2.jpg

 

Subaru Hołowczyca

Moto Racing Show 3.jpg

 

Parada

Moto Racing Show 4.jpg

 

Moto Racing Show 5.jpg

 

Moto Racing Show 6.jpg

 

Każdy szukał najlepszego miejsca do patrzenia:)

Moto Racing Show 7.jpg

 

Tam gdzie samochody i motory, tam piękne dziewczyny:)

Moto Racing Show 8.jpg

 

Moto Racing Show 9.jpg

 

A to już popisy na moście staromiejskim

Moto Racing Show 12.jpg

 

Ten w czerwonym jechał i jednocześnie żonglował piłeczkami:)

Moto Racing Show 11.jpg

 

Popisy Hołowczyca

Moto Racing Show 13.jpg

 

Moto Racing Show 14.jpg

 

A tu specjalnie dla Kolorowej. Popatrz sobie Kochana i poprzestawiaj coś tam w silnikach:)))

Moto Racing Show 15.jpg

 

Moto Racing Show 16.jpg



komentarze (16) | dodaj komentarz

Kawa czy herbata w Gorzowie:)

czwartek, 13 czerwca 2013 17:55

Ciekawe czy ktoś z czytelników oglądał dzisiaj w telewizji poranny program „Kawa czy herbata” prowadzony przez Agatę Konarską. Jeśli tak, to pewnie już wie, że program nadawany był z mojego miasta:)

 

Między godziną 6, a 8 można było zobaczyć na nadwarciańskim bulwarze wozy transmisyjne, pełno kabli i ludzi z dużymi kamerami na ramieniu. Oj ciężko było wstać skoro świt, ale jako lokalna patriotka nie mogłam przegapić tego wydarzenia:)))

 

Dlaczego akurat nadawali z Gorzowa? Ano dlatego, że Gorzów zakwalifikował się do ścisłego finału II Edycji Konkursu „Designowe miasta”. Tematyką główną programów są środki unijne, projekty z nich realizowane i to, jak zmieniły one życie mieszkańców. W tym miejscu dodam, że to gorzowski bulwar właśnie, został ogłoszony jednym z cudów funduszy europejskich:) Piękny jest. Muszę koniecznie wybrać się któregoś dnia i porobić aktualne zdjęcia. Pokażę Wam, że w określeniu „piękny” nie ma ani krzty przesady.

 

Ale nie tylko bulwarem chwalił się dzisiaj Gorzów przed całą Polską:) Było też o naszym zabytkowym statku „Kuna”, o dopiero co otwartym polu golfowym, czy o Grand Prix na żużlu. A ponieważ nasze miasto w tym roku stoi pod znakiem wielokulturowości, było też o Spotkaniach Zespołów Cygańskich Romane Dyvesa, a uczniowie z Gastronomika podczas programu przygotowywali potrawy innych narodów.

 

Tym razem robiłam zdjęcia bardzo uważnie, coby nie złapała mnie żadna z kamer. Program leciał na żywo, więc trudno byłoby zastosować metodę „tą panią się wytnie” :)

 

Długo na tym bulwarze się nie poszwendałam, bo trzeba było iść do pracy. Już wracałam kiedy podeszła do mnie pani z telewizji i zaprosiła na kawę do jednej z licznie ustawionych na bulwarze kawiarenek. Niestety musiałam odmówić, praca wzywała:)

 

 

Kawa czy 002.jpg

 

Kawa czy 005.jpg

 

Kawa czy 008.jpg

 

Kawa czy 011.jpg

 

Kawa czy 016.jpg

 



komentarze (22) | dodaj komentarz

Już są!

wtorek, 11 czerwca 2013 20:09

O mojej miłości do ptactwa wszelakiego nie muszę nikogo przekonywać:) Niejeden raz pisałam tutaj o ptakach i wrzucałam zdjęcia ptaków. Przez moment nawet tak trochę monotematycznie zrobiło się na blogu, bo ciurkiem opisywałam zwyczaje szpaków, mew, gołębi, kosów, czy wróbli.

 

Po takim wstępie wiadomo, że znów będzie o ptakach. „Starzy” czytelnicy pewnie pamiętają jak w ubiegłym roku biegałam pod gniazdo pustułek i na bieżąco pisałam co dziej się w ptasim gnieździe. Nawet udało mi się uchwycić pierwsze samodzielne loty młodych:) Część efektów tych polowań fotograficznych zostawiłam na pamiątkę w utworzonej galerii pt. Pustułki.

 

Tej zimy zauważyłam, że w tym samym gnieździe zimują dwie pustułki. I teraz nie wiem, czy to te same dorosłe osobniki, które mieszkały tam w ubiegłym roku, czy też nowi lokatorzy. Jakiś czas temu widziałam jak owa parka „kochała się”. Zresztą trudno było nie zauważyć, bo narobiły wrzasku na całą okolicę:) Potem jedna z pustułek nie ruszała się z gniazda, a druga latała na polowania i zdobyczą sprawiedliwie się dzieliła. Znaczy  się jajka wysiaduje – pomyślałam. I nie myliłam się. Od kilku dni w gnieździe zrobiło się ciaśniej. Wykluły się! Póki co widać dwa pisklaki, ale kto wie czy nie ma ich więcej. W ubiegłym roku na początku też widać było dwa, a potem jak ciut podrosły z gniazda wychylały się trzy małe ptasie łebki:)

 

Dzisiaj po pracy pobiegłam pod gniazdo z aparatem z nadzieją na kilka fotek. Trafiłam akurat na karmienie. Z daleka wyglądało, że zdobyczą była mysz. Dorosła pustułka dziobem i pazurami rozdrabniała mięsko i karmiła małe. Potem wychyliła się na chwilę z gniazda i odfrunęła. Pewnie poleciała po kolejne jedzonko dla maleństw. Tak… teraz dla dorosłych pustułek zaczął się gorący okres. Trzeba wykarmić dopiero co wyklute maleństwa:)

 

*Pustułka jest jednym z najpospolitszych w naszym kraju ptaków drapieżnych. Bytuje na obrzeżach lasów, w zadrzewieniach śródpolnych oraz w miastach, gniazdując w ruinach i wieżach. Polowanie wskazane jedynie aparatem fotograficznym ponieważ pustułka objęta jest ochroną gatunkową. Żywi się przeważnie nornikami, myszami i różnymi większymi owadami, w mniejszym stopniu ptakami gnieżdżącymi się na ziemi.

 

Kilka fotek. Zdjęcia robiłam na pełnym zoomie bez statywu. Obraz pływał sobie i pływał, a zanim się ustabilizował umknęły ciekawe ujęcia. Następnym razem lepiej się przygotuję:)

 

P_ki  06_2013 071.jpg

 

P_ki  06_2013 057.jpg

 

P_ki  06_2013 074.jpg

 

P_ki  06_2013 076.jpg

 

P_ki  06_2013 097.jpg

 

P_ki  06_2013 100.jpg

 

 

 



komentarze (22) | dodaj komentarz

Maszynka do zarabiania pieniędzy

poniedziałek, 10 czerwca 2013 20:20

W połowie maja ubiegłego roku, po wizycie w Świebodzinie pod gigantycznym pomnikiem Chrystusa, napisałam post o tym, że pomnik w niewielkim stopniu spełnia pokładane w nim nadzieje mieszkańców, władz miasta, oraz kościoła. I zapewniam, że dla wymienionych (również kościoła) tą nadzieją nie była większa liczba nawróconych grzeszników, czy też wiara, że ludzie patrząc na pomnik doznają nawrócenia, a w najlepszym razie olśnienia. Wtedy mówiło się wprost, że pomnik miał przyciągnąć turystów i ożywić gospodarczo i turystycznie miasteczko.

 

W ubiegłym roku marnie to wyglądało… Nie widziałam tam tłumu turystów, ot grupki raptem 2 – 3 osobowe fotografujące się na tle pomnika. W pobliżu funkcjonował tylko jeden kiosk pełniący rolę sklepiku oraz punktu małej gastronomii. Ustawiono również przenośne toalety. Stojąc pod pomnikiem zastanawiałam się czym właściwie teraz jest ten pomnik, jaką pełni funkcję… bo przecież nie był ani atrakcją turystyczną, ani miejscem skupienia i modlitwy. Nie jest również dziełem sztuki. Po co więc go zbudowano? Odpowiedź na moje pytania oraz wszelkie inne wątpliwości rozwiał burmistrz Świebodzina, który pod koniec maja br. dla jednej z regionalnych gazet powiedział:

 

„Figura w krótkim czasie może stać się maszynką do zarabiania pieniędzy (…)”.

 

Obecnie kończy się budowa Domu Pielgrzyma, ponadto władze miasta zamówiły budowę dużego parkingu. A wszystko w celu przyciągnięcia jak największej ilości religijnych wycieczek Oponenci zarzucają władzom niepotrzebne wspieranie kościoła z publicznych pieniędzy, ale władza posiada własną wiarę i bynajmniej nie w Najwyższego:

 

„(…) Każda inwestycja w markę, jaką jest pomnik, zwróci się z nawiązką”.

 

I tyle… Krótko i na temat. I po co było dorabiać jakąś ideologię, metafizykę, jak choćby ksiądz Sylwester Zawadzki, który twierdził, że pomysł postawienia pomnika to efekt objawienia, podczas którego Chrystus „przyszedł” do niego i powiedział żeby to zrobił. A tak na marginesie - widać, że dokładniejszych instrukcji co do wykonawstwa w objawieniu nie było, bo znawcy tematu twierdzą, że za 20 lat siatkobeton z jakiego wykonano pomnik przestanie być biały i zżółknie, a z czasem statua się rozsypie…

 

W pewnym stopniu nawet rozumiem tych wszystkich, którzy mają oczekiwania „pieniężne” związane z figurą. Świebodzin to niewielkie i niebogate miasteczko, a przyjezdni muszą coś zjeść, gdzieś się przespać, a co za tym idzie zawsze trochę grosza w Świebodzinie zostawią. Tylko po co była ta cała kościelna hucpa wokół pomnika Chrystusa, te uroczystości wyświęcenia, uroczyste i mniej uroczyste nabożeństwa, wspólne modlitwy, czy mówienie o symbolu chrześcijaństwa jakim miał być ten pomnik. A przecież nie o żadną świętość tu idzie, a jedynie o dobry produkt turystyczny, markę miasta oraz maszynkę do zarabiania pieniędzy…

 

 

pomnik Chrystusa.jpg



komentarze (31) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 20 listopada 2017