Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 289 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
3031     

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5217620
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32257
Bloog istnieje od: 2869 dni

Horoskop

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Burzowe dylematy

wtorek, 31 lipca 2012 5:57

 

Aura  ostatnio nas nie rozpieszcza. Jak nie upały, to znów deszcze, gradobicia,  trąby powietrzne i burze. Tych ostatnich w ciągu jednego tylko dnia potrafi przejść nad miastem kilka. Wspominałam już kiedyś na blogu, że bardzo boję się burzy. Ten strach przed burzą towarzyszy mi przez całe życie...


Jak byłam dzieckiem, moi rodzice pojechali na wczasy do ośrodka nad jeziorem. Nie było tam stołówki, mama sama przygotowywała posiłki na kuchence palnikowej. Codziennie chodziłam z mamą około 3 km do gospodarza po świeże mleko i jajka. Jednego razu w szczerym polu złapała nas ulewa. Zdążyłyśmy dobiec do jedynego drzewa, które rosło na skraju pola, kiedy rozpętała się burza. Pamiętam, że okropnie się bałam błyskawic i grzmotów. W pewnej chwili deszcz jakby zelżał i ruszyłyśmy w dalszą drogę. Uszłyśmy już spory kawałek, kiedy usłyszałyśmy grzmot tak silny, że zadrżała ziemi. To piorun uderzył w to drzewo, pod którym stałyśmy…


Czytając o tragedii w Pieninach, w której zgięło od pioruna małżeństwo, ich córka oraz jej chłopak, miałam przed oczami ten piorun z dzieciństwa. Zastanawiałam się też czy można było uniknąć tej tragedii, czy w ogóle można było coś zrobić, żeby przeżyć. Słuchałam w TV wypowiedzi specjalistów, którzy mówili o tym, że w takich przypadkach nie można trzymać się razem, że należy się rozpierzchnąć odrzucając od siebie jak najdalej wszystkie metalowe i elektryczne  przedmioty oraz przedmioty, które zawierają baterie. Mówili również, żeby na otwartym terenie nie chować się przed burzą do samochodu. Słuchałam tych wszystkich wypowiedzi z ciekawością, wszak nie wiadomo co jeszcze w życiu człowieka może spotkać. Warto wiedzieć jak się zachować kiedy burza zastanie mnie gdzieś na dworze.


Wczoraj zupełnie przypadkiem trafiłam na artykuł w serwisie PAP, w którym fizycy mówili o tym jak zminimalizować niebezpieczeństwo podczas burzy, jednak mówili zupełnie coś innego niźli specjaliści zaproszeni do studia telewizyjnego. Choćby w kwestii samochodu. Według fizyków schronienie się podczas burzy do samochodu jest dla człowieka bezpieczne. Pojazd działa jak klatka Faradaya w fizyce - metalowa puszka, w której impuls nie przechodzi do środka, tylko spływa po powierzchni - do ziemi. Kolejna sprawa to korzystanie z telefonów komórkowych (bateria!). Jeden z fizyków podkreśla, że korzystając podczas burzy z telefonu komórkowego nie narażamy się na żadne niebezpieczeństwo.


Dalej były już same oczywiste oczywistości, a więc, że nie chowamy się przed burzą pod drzewem, że na otwartej przestrzeni musimy się skulić - prawie do pozycji żółwia, być jak najbliżej gruntu, a jeśli burza zastanie nas w domu należy pamiętać o wyciągnięciu wszystkich przewodów z kontaktów.


No i bądź tu człowieku mądry… Oczywiście nie marzę o spotkaniu „oko w oko” z piorunem, niemniej chciałabym wiedzieć jak zminimalizować niebezpieczeństwo, a wypowiedzi tych wszystkich specjalistów i naukowców, wcale tego nie ułatwiają…



komentarze (26) | dodaj komentarz

Cel - wygrać, być najlepszym!

niedziela, 29 lipca 2012 16:47

Psych olog sportu mówi dla portalu Nauka w Polsce, że umiejętność radzenia sobie ze stresem, porażką, zwycięstwem, wyznaczanie sobie celów i ich modyfikacja - to cenne umiejętności, które mogą pomóc sportowcom w zwycięstwie. (…) Często zdarza się, że mamy ten sam sprzęt, ten sam trening, te same metody, a jednak jeden zawodnik potrafi zostać mistrzem świata, a drugi nie jest tego w stanie zrobić. Stąd to wsparcie mentalne może stać się ułamkiem przewagi. Pomaga zawodnikom zintegrować to, co wytrenowało ich ciało z tym, co potrafi ich głowa, ich umysł.


Ciekawa teoria, ale przecież nie od dziś wiadomo, że stawianie sobie celów jest pierwszym krokiem do sukcesu. Kolejnym, jest skuteczna realizacja tych celów. W tzw. dobrych latach królowej sportu – lekkoatletyce, nasi zawodnicy przywozili z różnych zawodów i olimpiad po kilka, czy kilkanaście medali, ustanawiali rekordy Polski, Europy, świata… a przecież wtedy zawodnicy nie mieli do dyspozycji tego całego sztabu „specjalistów.” Trenowali, bo mieli jeden cel – wygrać, być najlepszym!


Czytając naukowe wywody psychologa sportu przypomniałam sobie historię majora Nesmetha, który nie otrzymał od nikogo żadnego wsparcia mentalnego. On wyznaczył sobie cele i realizował je mimo przeciwności losu, a tym samym był sam dla siebie takim mentalnym wsparciem.


Przez wiele lat major spędzał weekendy na polu golfowym, grał znakomicie. Potem przez siedem lat nie grał wcale. Gdy po siedmiu latach ponownie wziął kije do ręki, uzyskał rewelacyjny wynik. Skąd ta siedmioletnia przerwa? Major był jeńcem wojennym w Wietnamie. Przez pięć i pół roku znajdował się w kompletnej izolacji. Nikogo nie widział, z nikim nie rozmawiał i nie mógł normalnie spełniać codziennych fizycznych czynności. Na początku był załamany, ale potem zdał sobie sprawę, że musi podjąć jakieś zdecydowane kroki, jeśli ma utrzymać się przy życiu i zachować zdrowie psychiczne. Wybrał swoje ulubione pole golfowe i zaczął „grać” w celi. Codziennie odgrywał w swoim umyśle wszystkie 18 torów. Każdy tor opracował w najdrobniejszym szczególe. Wszystkie „czynności” trwały tyle samo, co podczas normalnej gry w klubie.


Przez te wszystkie lata niewoli major ani razu nie chybił. Ani razu nie pozwolił piłce minąć dołka. Perfekcja. Doskonałość. Grając mentalnie w golfa w celi więziennej po cztery godziny dziennie, zdołał zachować zdrowie psychiczne, a po uwolnieniu, już na prawdziwym polu golfowym osiągać mistrzowskie wyniki.

 

Jestem przekonana, że przyczyn coraz słabszych wyników naszych sportowców trzeba szukać gdzie indziej, niekoniecznie w braku wsparcia mentalnego z zewnątrz… Sportowiec, który stawia sobie za cel zwycięstwo, widzi stan docelowy (zwycięstwo) w swoim umyśle na długo przed jego osiągnięciem…



komentarze (16) | dodaj komentarz

Gołe torsy atakują

piątek, 27 lipca 2012 16:42

Czekała m na ocieplenie i doczekałam się, ale czy musiało od razu „dowalić”  tropikiem? Nie dość, że temperatura ponad 30 stopni, to do tego duchota, że nie ma czym oddychać.


No cóż, na pogodę nie mamy wpływu, więc każdy radzi sobie z upałem na własny sposób. Trudniej to radzenie wychodzi w mieście gdzie dosłownie gołym okiem widać rozedrgane od gorąca powietrze, a buty topią się w asfalcie. Jednak „trudniej” nie oznacza – prawie na golasa! Dla jasności, idzie mi o gołe, trzęsące się od nadmiaru tłuszczu, owłosione i kapiące potem – męskie torsy. Nie przeszkadza mi kiedy takie torsy wylegują się na zacienionych ławeczkach w centrum miasta, ale kiedy prawie ocierają się o mnie mam dość!


Za takim właśnie torsem stanęłam dzisiaj w kolejce do kasy w Tesco. Stanęłam bo nie miałam innego wyjścia. Natenczas czynna była tylko jedna kasa. Daruję czytelnikom opis zapachu, a raczej odoru wydobywającego się z spod gęstwiny włosów pod pachami i na klacie, w każdym razie widok oraz zapach powodował odruch wymiotny…


Ja rozumiem, że w upał nikt nie ubierze golfu, ale paradowanie z gołym torsem w obiektach użyteczności publicznej, w środkach komunikacji miejskiej, czy placówkach handlowych jest zwyczajnym buractwem i egoizmem.


Ustawa antynikotynowa zabrania palaczom wciągania dymku w miejscach publicznych, bo dym szkodzi i przeszkadza nie palącym. To ja się pytam, a gołe cuchnące torsy nie przeszkadzają?



komentarze (21) | dodaj komentarz

Żądło

środa, 25 lipca 2012 17:02

 

Pisałam    już, że w ubiegłym tygodniu gościłam synalka z narzeczoną. Pogoda pokrzyżowała trochę moje plany, niemniej codziennie wypuszczaliśmy się na długie spacery zakończone spożywaniem jakiś łakoci, albo sączeniem  piwka z soczkiem przy jednym ze stolików wystawionych przed lokalami. Z założenia powinno być miło i przyjemnie, a jednak nie było… Relaks zakłócały osy i pszczoły, które bez pytania dobierały się do słodkości. Mnóstwo tego było! Nie pomagało odganianie rękoma, były namolne i wciąż wracały. Trzeba było naprawdę bardzo uważać, żeby nie wypić piwka z bonusem w postaci jakiejś osy. Córka w ostatniej chwili, przed wypiciem soku zobaczyła, że w szklance miota się jakaś osa. Nie chcę nawet myśleć co by było gdyby wypiła sok z osą…


Może zabrzmi to głupio, bo przecież osy duże nie są, ale boję się panicznie użądleń, a po ubiegłorocznym bolesnym spotkaniu z szerszeniem, boję się jeszcze bardziej.

Pewnie wiele osób, podobnie jak ja boi się użądlenia, niemniej  trudno tego uniknąć, a jak już się przytrafi trzeba pamiętać, że zasadniczą sprawą jest wyciągnięcie żądła. Zawsze robiłam to palcami, a teraz okazuje się, że tak się robić nie powinno, bo podczas użądlenia do rany wydostaje się tylko część jadu, a gdy się chwyci za żądło palcami, wyciska się do rany całą zawartość zbiornika z jadem. Dlatego żądło należy ze skóry zdrapywać , zeskrobywać paznokciem, czy jakimś innym przedmiotem. Potem dopiero można przyłożyć korzeń pietruszki lub przeciętą cebulę oraz  wypić wapno.


Tak… tylko czy w razie użądlenia będę o tym pamiętać? W ubiegłym roku, po użądleniu przez szerszenia, zamiast wziąć się w garść i udzielić sobie pierwszej pomocy, zadzwoniłam na… pogotowie. Wprawdzie pani z pogotowia potraktowała sprawę użądlenia bardzo poważnie, niemniej było mi głupio, że z taką pierdołą dzwonię na pogotowie, tym bardziej, że znam zasady postępowania w przypadku użądlenia. Jak z powyższego widać,  choćby człowiek nie wiem jak był obkuty z zasad postępowania po użądleniu, jeśli już dojdzie do użądlenia, traci się kontakt z rozumem.

Na pohybel osom i szerszeniom!



komentarze (30) | dodaj komentarz

Mój pierwszy...:)

poniedziałek, 23 lipca 2012 22:05

Przeczytałam, że  archeolodzy odnaleźli w średniowiecznym zamku Lemberg w Tyrolu liczące sobie 600 lat staniki i strasznie przejęli się tym znaleziskiem. Dotychczas znawcy mody uważali, że era staników nastała dopiero wtedy, gdy kobiety przestały nosić gorsety, czyli około 100 lat temu, a tu proszę…


Wielka mi afera… w jednym z muzeów w Danii widziałam o wiele starsze znalezisko wykonane z żelaza, jak nic przypominające dzisiejsze biustonosze. Tyle, że kiedyś pewnie te „talerze” bardziej służyły do ochrony piersi przed jakąś zabłąkaną strzałą, niźli do ozdoby. Ale któż to wie jak było naprawdę… może jakiś projektant mody na miarę dzisiejszego Jeana Paula  Gaultiera uznał, że tak właśnie ma wyglądać super seksowna bielizna. W końcu biustonosze nosimy nie tylko dla wygody, czy też ochrony.  Te wszystkie koronki, cekiny, kokardki, wstawki i inne ozdobniki mają swoją misję w postaci podkreślenia naszej seksualności, a tym samym podniesienia naszej atrakcyjności w oczach mężczyzny.


W tym miejscu wypadałoby napisać coś o historii biustonosza, ale co tu napisać, skoro wszystkie pewniaki dot. początku ery staników w świetle odkrycia archeologów, biorą w łeb.

Niemniej nie oglądając się na tzw. wielką historię związaną z tą częścią bielizny każda z nas ma własną historię swojego pierwszego biustonosza… No przynajmniej ja doskonale pamiętam dzień kiedy założyłam swój pierwszy stanik. A było to tak…


Chodziłam wtedy do ósmej klasy szkoły podstawowej. Wszystkie moje koleżanki nosiły już biustonosze, a ja niestety nie… Byłam bardzo szczupła i na nic zdawało się wpatrywanie w te dwie brodawki i powtarzanie: Rośnijcie, no rośnijcie:) Ku mojej wielkiej radości, w okolicach połowy roku szkolnego nastąpiło pewne poruszenie, brodawki nieco się powiększyły i zaczęło się kształtować coś na kształt piersi.  Pozostała jedynie kwestia przekonania mamy, że stanik jest mi niezbędny, że bez niego żyć się nie da i w ogóle:) Po długich namowach nastąpił ten dzień. Poszłyśmy kupić mój pierwszy biustonosz. Nie było to takie proste, w tamtych czasach w sklepach królowały tzw. „bardotki”, a do takiego fasonu trzeba było mieć coś więcej niźli ja wtedy miałam:)


Na koniec trafiliśmy. Nic rewelacyjnego. Biustonosz prosty, wręcz ascetyczny, bez żadnych ozdób. Uszyty był ze sztywnego, białego płótna.. Dodam jeszcze, że kupiłyśmy rozmiar najmniejszy jaki można było dostać, czyli zerówkę, a i tak w miseczkach pozostawało dużo pustego miejsca. Po powrocie do domu natychmiast go założyłam, a potem  otworzyłam szafę i zaczęłam ubierać kolejno swoje bluzki żeby zobaczyć w której bluzce mój mikry biust odziany w biustonosz najbardziej jest widoczny:)


Nie dawał mi spokoju ten luz w miseczkach stanika, postanowiłam coś z tym zrobić… Poczekałam aż moi rodzice będą robić tzw. duże pranie w pralni. Znajdował się tam wielki, wmurowany w piec kocioł, w którym gotowało się pościel. Wrzuciłam do tego kotła swój stanik z nadzieją, że pod wpływem  wysokiej temperatury, zbiegnie się, czyli będzie w sam raz. A potem biustonosz zaplątał się gdzieś pomiędzy poszewkami i został potraktowany wyżymaczką ręczną z pralki Frania. No… sztywny już nie był, a na dodatek nie wstąpił się. Za to ja zesztywniałam kiedy usłyszałam, że nowego stanika nie będzie… no i do końca ósmej klasy nie było. Potem już nie było takich problemów z biustonoszem. Widocznie moje prośby („rośnijcie, no rośnijcie”:-]) poskutkowały, bo biust powiększał się dosłownie z dnia na dzień i kolejnym stanikiem była już przyozdobiona koronkami „bardotka”:-)

 

A to fotka z duńskiego muzeum. Czy te "talerze" nie wyglądają jak prototyp biustonosza?

 



komentarze (25) | dodaj komentarz

Znów nadaję:)

niedziela, 22 lipca 2012 13:22

 

Przeleciały te dni jak nie wiem co, choć może przeleciały to niewłaściwie określenie. Bardziej pasuje, że utopiły się w strugach padającego cięgiem deszczu, tudzież zostały zagłuszone odgłosami piorunów i grzmotów. Mówią, że burza to nic innego jak gniew Boży, pytam się więc za co ten Pan Bóg miałby się na mnie gniewać? Wiodę przecież życie bezgrzeszne, spokojne, można by nawet rzec, że nudne:-]

 

***

 

Moja mama fizycznie czuje się coraz lepiej, niemniej uważam, że ten stan jest niewskazany dla mamy. Zauważyłam pewną regułę: Im lepsze samopoczucie fizyczne, tym gorzej dla psychiki, wszak nie za bardzo jest wtedy na co narzekać. Wyleczenie zapalenia żył wytrąciło mamie z ręki oręż, jaką było narzekanie na zły stan zdrowia. Normalnie człowiek by się cieszył, że mu nic nie dolega, ale nie moja mama. Moja mama rozpoczęła nowy etap życia, polegający na wynajdowaniu sobie schorzeń, których nie posiada. Wygląda to mnie więcej tak:


- Patrz córka jakie mam spuchnięte kostki w nadgarstkach!

- Eee nie widzę, są takie jak zawsze.

- Nałóż moje okulary i przyjrzyj się dokładnie!

- Po co mam nakładać okulary, skoro gołym okiem widzę, że są normalne.

- Oj córka, zawsze coś z oczami miałaś. Może przez ten astygmatyzm nie widzisz wszystkiego dokładnie?

- Może… ale za to widzę, że nóżki masz piękne jak sarenka. Opuchlizna zeszła i nie bolą, prawda?

- Czy nie bolą…? Wczoraj w nocy nie mogłam spać, tak mnie bolały…

Minęło jakieś pół godziny. Pytam mamę, czy słyszała wczorajszej nocy odgłosy burzy.

- Nic dziecko nie słyszałam, spałam jak suseł!

- Mówiłaś, że nogi Cię bolały…

- Oj czepiasz się córka słówek. Bolały, ale spałam:-)

 

Ps. W jednym z komentarzy (usunęłam)  pod poprzednim wpisem ktoś używając bardzo niewybrednych słów wykpił to moje powiadomienie o przerwie w blogowaniu. Spieszę więc wyjaśnić.  W sytuacji kiedy blog aktualizowany jest nieomal codziennie, informowanie o przerwie w blogowaniu wydaje mi się to naturalne, w dobrym tonie i jest oznaką szacunku wobec Czytelników. A ja swoich Czytelników szanuję, i to bardzo…

 

Drugie Ps. Muszę się przyznać, że brakowało mi trochę tego życia w blogowym świecie:)



komentarze (24) | dodaj komentarz

Bez tytułu...

czwartek, 12 lipca 2012 21:22

Po pierwsze.

Pisałam niedawno, że byłam z mamą w szpitalu, bo bardzo spuchły jej nogi. Teraz okazuje się, że ma zapalenie żył. Lekarz przepisał 20 zastrzyków, ma dużo leżeć i odpoczywać. Byłam dzisiaj po pracy u mamy żeby wspólnie ustalić co i jak. Skoro nie powinna chodzić, trzeba mamie robić zakupy, zanieść obiad i takie tam…


Po drugie.

Jutro przyjeżdża na tydzień synalek z narzeczoną. Chcę się nimi nacieszyć, bo następna wizyta nie zapowiada się prędko. Syn dostał korzystny kontrakt na uczelni w Anglii, co wiąże się, przynajmniej na początku, z nawałem pracy.


Po trzecie.

Ostatnio jestem zaganiana, ciągle zmęczona, dokucza mi kręgosłup  i w ogóle jakaś taka... Potrzebuję też trochę czasu na przemyślenie pewnych spraw, w tym spraw „okołoblogowych”.


Reasumując:

 




komentarze (42) | dodaj komentarz

Za mało dowodów?

środa, 11 lipca 2012 23:24

 

Na początku maja tego roku pisałam o nieudolności policji: (http://rodorek.bloog.pl/id,331077352,title,Slamazarna-Policja,index.html)


Przypomnę, że sprawa dotyczyła poszukiwania przez policję sprawcy brutalnego gwałtu popełnionego w moim mieście (Gorzowie) w styczniu br. na szesnastoletniej dziewczynie. Sprawca wciągnął dziewczynę do rowu, przystawił jej nóż do szyi grożąc, że ją zabije, a następnie brutalnie zgwałcił. Potem nożem pociął powieki oraz uszkodził gałki oczne… Jakimś cudem udało jej się doczołgać do domu. Na szczęście lekarze w szpitalu uratowali jej wzrok.


Od samego początku śledzę uważnie wszelkie publikacje na ten temat z nadzieją, że znajdę jakiegoś newsa mówiącego o postępach policji, a może nawet o sukcesie w postaci ujęcia sprawcy, tym bardziej że policja dysponuje nagraniem z monitoringu na którym widać bandytę. Wprawdzie ma nałożony kaptur, ale inne cechy charakterystyczne, jak na przykład sposób poruszania się widać bardzo dokładnie. Przeczytałam również, że zabezpieczono na miejscu przestępstwa ślady DNA. Nagranie z monitoringu zostało opublikowane we wszystkich mediach, wydawało się więc że złapanie sprawcy to kwestia kilku, może kilkunastu dni. Odnośnie tego opublikowania w ogólnopolskich mediach. Wciąż nie mogę zrozumieć dlaczego policja zdecydowała się na udostępnienie nagrania dopiero kilka miesięcy po dokonaniu przestępstwa. Nigdzie nie znalazłam sensownego wyjaśnienia tej opieszałości. Niemniej ciągle miałam nadzieję, że lada chwila przestępca znajdzie się w miejscu przeznaczonym dla takich zwyrodnialców, czyli w więzieniu.


Minęło 7 miesięcy i nie doczekałam się. Za to gorzowska prokuratura zafundowała kolejnego newsa dotyczącego gwałciciela. Czytam, że sprawa utknęła w martwym punkcie, przez co Prokuratura Okręgowa zmuszona była… umorzyć śledztwo!? Podobno na policję dochodziły sygnały, które „pomogły ustalić pewne dowody”, nie pozwoliło to jednak na ujęcie samego sprawcy. Ile jeszcze dowodów należy podać policji na tacy, żeby ruszyła swoje tyłki i wzięła się rzetelnie za poszukiwania sprawcy? Nieudolność naszej policji jest porażająca, ale jest to również sygnał dla wszelkiej maści zboczeńców i bandytów, że popełnione przez nich przestępstwa pozostaną bezkarne.


Rzecznik policja zarzeka się, że jeśli tylko znajdą się nowe dowody, sprawa zostanie wznowiona. Obawiam się tylko, żeby przypadkiem tymi nowymi „dowodami”  nie były następne przestępstwa popełnione przez bestię na kolejnych młodych dziewczynach. Wtedy, w styczniu okaleczył oczy dziewczyny żeby go nie rozpoznała, teraz może posunąć się dalej…



komentarze (38) | dodaj komentarz

Brudne książki

wtorek, 10 lipca 2012 19:59

 

Dawn o nie robiłam porządków na półkach z książkami. Stały sobie bidulki zakurzone i czekały na przypływ mojej energii. Kilka dni temu wzięłam się za porządkowanie, ale nie tak sama z siebie:) Zmuszona byłam niejako, bo w ostatnim czasie przybyło kilka nowych książek i trzeba je było z sensem poukładać.  Ściągnęłam więc wszystkie książki, umyłam półki, a potem każdą odkurzoną książkę ustawiałam według sobie tylko znanego klucza. Zamyśliłam się nad „stanem technicznym” kilku książek. Wstyd się przyznać, ale są brudne i mocno zniszczone, same się nie pobrudziły… Trochę je oporządziłam i ustawiłam ponownie na półce i to z samego brzegu, żeby łatwiej było po nie sięgać. Te brudne książki mieszkają już ze mną długi czas i nie zanosi się na eksmisję:)


Mam bardzo brzydki zwyczaj czytania podczas spożywania posiłków. Teraz  z braku czasu robię to nieco rzadziej, ale przez wiele lat wraz z obiadem, czy kolacją na stół wędrowała książka (ładny przykład dla dzieci). I nie to, że jakieś jeszcze nie przeczytane książki, za każdym razem wędrowały te same, które prawie znałam na pamięć, a jednak czytałam wciąż od początku. Czasami wylało się troszkę zupy, albo rozlał kompot i stąd te zabrudzenia na okładkach i kartkach. Do dziś nie wiem jakim kluczem kierowałam się przy wyborze tych stałych pozycji, przecież książek w moim domu od kiedy poszłam na „na swoje” zawsze było dużo, nawet bardzo dużo. Jakie to książki? Hmm, przede wszystkim oczywiście Ania Shirley i nieważne że miałam 20, a potem 30, 40 i  50 lat. Zawsze czytałam z wypiekami na twarzy. Potem jeszcze z tzw. młodzieżowych wciąż wracałam do Tajemniczego ogrodu, Winnetou, Pana Samochodzika i Szatana z siódmej klasy. Z tzw. dorosłych książek najbardziej zabrudzony jest „Wybór opowiadań” Czechowa z 1969 r., „Zbrodnia i kara”, Dostojewskiego, 1978 r., „Pod wulkanem” Malcolma Lowry z 1947 r., „Dzień szakala” Fredericka Forsytha (data wydania została zalana jakimś płynem) oraz „Głosy Marrakeszu” Eliasa Canettiego z 1977 r.


Co najmniej dziwny dobór lektury, ciekawe co na to psycholog:-/  Acha i żeby było jasne, to nie jedyne książki jakie przeczytałam w swoim życiu, niemniej te czytałam najczęściej. No dobra, odważyłam się na striptiz emocjonalny, ciekawe czy ktoś jeszcze się odważy. I nie przyjmuję do wiadomości, że kogoś ulubioną lekturą do poczytania przy jedzeniu jest „Wielka encyklopedia powszechna”, albo inne takie filozofie, czy rozprawy naukowe. Przecież nie chodzi o to, by wpędzić mnie w kompleksy, prawda?;-)



komentarze (26) | dodaj komentarz

Inna kultura?

poniedziałek, 09 lipca 2012 19:07

 

Miniony  weekend s pędziłam w atmosferze kultury cygańskiej, a także pośród Cyganów. W ramach tegorocznego Romane Dyvesa  w piątek „pomieszkiwałam” przez chwilę w taborze cygański. W sobotę wieczorem wysłuchałam cygańskiej muzyki klubowej, a w niedzielę byłam na koncercie festiwalowym w naszym Amfiteatrze. O festiwalu napiszę w następnej notce, dzisiaj natomiast chcę napisać kilka słów o… cygańskich dzieciach.


Jeśli idzie o Cyganów nikt nie może mi zarzucić, że jestem uprzedzona, że nie potrafię uszanować ich odmienności, że nie rozumiem. A wręcz przeciwnie. Przyjaźnię się z Cyganką, uwielbiam kulturę cygańską, oraz zgodnie współistnieję z Cyganami z mojej dzielnicy od wielu lat. Dodam jeszcze, że moją pierwszą przyjaciółką (taką od serca) też była Cyganka. Jej rodzice zginęli w wypadku, a ją oraz jej rodzeństwo wychowywała ciotka z wujkiem. I ta ciotka właśnie zapraszała mnie czasami na obiady, albo na inne uroczystości rodzinne. Od dziecka więc byłam zaznajomiona z życiem, zwyczajami i kulturą cygańską. Wtedy to po raz pierwszy zauważyłam,  że wychowanie w rodzinach cygańskich różni się bardzo od modelu polskiego. Cygańskim dzieciom na więcej się pozwala, zwłaszcza chłopcy żyją w przeświadczeniu, że są lepsi od dziewczynek.


No cóż inna kultura… I nie miałabym nic naprzeciw gdyby efekty tego wychowania nie kłóciły się z normami współżycia społecznego. Podczas niedzielnego festiwalu w Amfiteatrze napatrzyłam się na te cygańskie dzieci, a nawet poczuła że tak powiem, na własnej skórze. Jeszcze tak rozwydrzonych bachorów nie widziałam jak żyję. Wrzaski, bieganie wte i wewte, rzucanie o ziemię opróżnionych butelek po napojach, włażenie przez barierki okalające scenę, torowanie sobie łokciami drogi do miejsca przy scenie (oberwałam takim dziecięcym łokciem w udo), deptanie po nogach itp. O czymś takim jak kosz na śmieci nie miały te dzieci pojęcia, bo każde opakowanie po gumie do żucia, ciastkach, czy cukierkach lądowało natychmiast na ziemi. Kilkoro dzieciaków rozsiadło się na brzegu sceny i nawet ochroniarze nie mogli ich stamtąd ściągnąć. A co na to ich rodzice? Ano nic. Absolutnie nic, jakby to było jak najbardziej normalne zachowanie. Chociaż może nie do końca – nic, bo owszem reagowali… Starsza pani zwróciła jednemu z dzieci uwagę, że skórkę od banana należy wrzucić do kosza, nawet pokazała palcem gdzie jest kosz. Dzieciak podbiegł do matki i płaczliwym głosem coś tam powiedział po cygańsku, pokazując paluchem na panią. Wtedy ta matka wyciągnęła z reklamówki kolejnego banana, obrała go, a skórkę ostentacyjnie rzuciła na ziemię…

 

Wiele razy bywałam na plenerowych imprezach kulturalnych, na których były też małe dzieci i nigdy czegoś podobnego nie widziałam. Owszem zdarza się, że dziecko jest niegrzeczne, ale w większości przypadków rodzice natychmiast przywołują je do porządku, albo odchodzą z dzieckiem gdzieś na bok, tak by nie przeszkadzało innym uczestnikom imprezy.


Podczas niedzielnego koncertu Wojewoda lubuski podkreślał jak ważna jest obecność kultury romskiej dla rozwoju kultury polskiej. Wobec tego co zobaczyłam w niedzielę, śmiem wątpić…



komentarze (20) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 20 listopada 2017