Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 286 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« lipiec »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5156293
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32249
Bloog istnieje od: 2781 dni

Horoskop

Wodnik

Dzisiaj możesz liczyć na przychylność gwiazd. Zapowiada się, że twój trudny czas kończy się i wszystko zaczniesz od początku.

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


On...

poniedziałek, 29 lipca 2013 21:38

SpotykaTakie 026.jpgm ich codziennie, zwłaszcza wczesnym rankiem kiedy wynurzają się z  sobie tylko znanych zakamarków, w których spędzili kolejną noc. Wiosną, jesienią i zimą można ich poznać po zaniedbanym ubraniu i specyficznym chodzie. Teraz po zapachu, a właściwie fetorze,  na który składa się mieszanka wybuchowa, czyli pot, brud, mocz, kał i wymiociny.

 

Pomału ich ubywa… W większości  kończą włożeni do czarnego worka, choć zdarza się również, że któryś z nich nie zasila już miejskich ławek. Natomiast widuję go jak w miarę zadbany spieszy do darmowej jadłodajni. Jest pośród nich również kilka kobiet. Trudno określić w jakim są wieku. Wszystkie do siebie podobne: wychudzone, trzęsące się dłonie, bezzębne, pomarszczona twarz… Te chyba nie mają szans na wyjście z nałogu, czy bezdomności. Kobiecie jakoś trudniej. Wczoraj dowiedziałam się, ze jedna z nich zmarła. Miała 32 lata (wyglądała co najmniej na 50). Zapiła się na śmierć, a właściwie odurzona alkoholem, albo jakimś wynalazkiem udusiła się swoimi wymiocinami. Jej 7 – letnim synkiem na razie zaopiekowała się jej siostra. Dlaczego o tym wszystkim piszę? Ano dlatego, że dla jednego z nich jest chyba jeszcze jakaś nadzieja… W każdym razie trzymam mocno kciuki:)

 

Tego spotykałam najczęściej. Kręcił się po mojej dzielnicy. Wiecznie brudny, zarośnięty, pijany, oszczany. Często przysypiał na skwerku. Nawet nie wiedziałam ile może mieć lat. Trudno było wyczytać wiek z jego rysów twarzy. Kiedyś wracając z zakupów dałam mu coś tam do jedzenia. Dlaczego dałam, choć nie prosił? Bo wyglądał jak trzęsąca się kupa. Nie był pijany… trzeźwiał. Po tygodniu, lub dwóch,  wracałam z pracy, a jakiś facet ukłonił mi się. Spojrzałam i choć nie miałam zielonego pojęcia skąd mnie zna odpowiedziałam na pozdrowienie. Wtedy powiedział: - Pani mnie nie pamięta, ale ja panią sobie zapamiętałem. I przypomniał mi o tym żarciu co mu dałam.  W życiu bym go nie poznała. Ogolony, schludnie ubrany, a przede wszystkim nie śmierdzący. Teraz w końcu mogłam mu się dokładnie przyjrzeć. Kiedyś jego wiek był dla mnie zagadką. Teraz wyglądał na 35 – 40 lat.

 

Do dzisiaj nie wiem dlaczego, ale chciałam się o nim dowiedzieć czegoś więcej. Co sprawiło, że stał się bezdomnym pijaczyną? Usiedliśmy na ławce, poczęstowałam go papierosem, a on krótkimi, urywanymi słowami opowiedział mi co nieco. Jego historia nie jest jakaś wyjątkowa, a już na pewno nie nadaje się na pierwsze strony tabloidów. Ot, facet stoczył się i tyle. Ożenił się, urodziło mu się dziecko, synek. Zamieszkali u jego matki. Ciężko u nas z pracą. Ktoś załatwił jego żonie pracę w Niemczech. Pracowała jako opiekunka starszej osoby. Poznała kogoś… została tam na stałe. Zabrała synka. Wkrótce zmarła jego matka. Chata wolna. Zaczęli więc schodzić się do mieszkania osiedlowi meliniarze.. Popłynął, stracił pracę, mieszkanie…

 

Jakieś dwa miesiące temu znalazłam w jednej z lokalnych gazet ciekawy artykuł o mężczyźnie, który opisywał swoje wychodzenie z bezdomności i alkoholizmu. Obecnie od 14 lat jest trzeźwym alkoholikiem. Wycięłam z gazety artykuł. Po pracy poszłam na skwerek, na którym przesiadywał, albo polegiwał mój znajomy. Dałam mu kartkę. Wziął. Po kilku dniach spotkałam go lekko wstawionego. Zapytał dlaczego akurat jemu dałam ten artykuł. Odpowiedziałam: - Bo widzę w Tobie potencjał. Nie wiem skąd, ale mam takie przeświadczenie, że dasz radę. Musisz tylko podjąć decyzję. 

 

Nadal go widywałam. Najczęściej zapijaczonego i brudnego. Spotkałam go ponownie po urlopie. Ogolony, schludnie ubrany, trzeźwy…  Powiedział, że artykuł przeczytał i że on już próbował trzy razy. Nie wyszło. Teraz podjął czwartą próbę. Zamieszkał w noclegowni dla bezdomnych. Podejmuje się jakiś drobnych prac remontowych na terenie owej noclegowni. Chodzi na terapię dla AA…

 

Nie wiem jak zakończy się jego historia. Mówi się, że do trzech razy sztuka. Ale przecież równie dobrze może być do czterech, pięciu, sześciu itd. Ważne, że podejmuje się takie próby. To świadczy, że w człowieku coś tam jeszcze siedzi, tli się jakaś iskierka. I nawet jeśli teraz happy endu nie będzie, to i tak trzymam kciuki. I Was o to proszę…



komentarze (21) | dodaj komentarz

O upale i ptasim móżdżku:)

piątek, 26 lipca 2013 23:08

Zimą, kiedy mocno przymroziło obiecywałam sobie, że jak tylko przyjdzie lato, nie będę narzekać na upały. I do dzisiaj słowa dotrzymałam. Byłam przekonana, że po tych kilku upalnych dniach spędzonych na Cyprze żaden nasz rodzimy upał mnie nie powali, a jednak…

 

Od kilku dni temperatura u nas iście tropikalna, dosłownie nie ma czym oddychać.   A teraz czytam prognozę dla mojego miasta na najbliżej dni i okazuje się, że będzie coraz goręcej. Jutro ma być 33 stopnie, pojutrze 37, w poniedziałek 36, a potem spadek do 25 stopni.  Upał pomału mnie „zabija”. I nie tylko fizycznie, bo intelektualnie też. Zresztą nie tylko mnie „zabija”. Dzisiaj w pracy znajoma powiedziała, że przez ten upał nie jest w stanie logicznie myśleć i dodała: - Odnoszę wrażenie, że mój mózg od tego upału kurczy się i zamienia w ptasi móżdżek.

 

I tu wielka pomyłka! Nie ma co obrażać ptaków, bo okazuje się, że ich mózg wcale nie odbiega od mózgu ssaków, a więc i naszych, ludzkich mózgów. Naprawdę!

 

Stali bywalcy znają moją miłość do ptactwa wszelakiego. Interesuje mnie życie ptaków, dlatego szukam różnych informacji na ten temat. Ostatnio wpadł mi w ręce, a właściwie w oczy bardzo ciekawy artykuł, który obala mit „ptasiego móżdżku”.

 

Czasopismo "Frontiers in Computational Neuroscience" podaje, że mózgi ssaków i ptaków mają podobnie zorganizowane połączenia neuronalne, chociaż od setek milionów lat ewoluowały oddzielnie. Naukowcy wykazali, że regiony mózgu u ssaków i ptaków, które są odpowiedzialne za wyższe funkcje poznawcze, jak pamięć długotrwała lub rozwiązywanie problemów, są połączone z innymi częściami mózgu w analogiczny sposób. Szczególnym zainteresowaniem obdarzyli region mózgu związany z nawigacją i pamięcią długotrwałą. U przedstawicieli obu gromad zwierząt dostrzegli podobną, gęstą sieć połączeń z innymi obszarami mózgu. Także analiza kory przedczołowej odpowiedzialnej za podejmowanie decyzji u ssaków dostarczyła dowodów na zbliżone ukształtowanie tego regionu do obszaru pełniącego podobne funkcje u ptaków.

 

Już wcześniejsze badania zakładały, iż ptaki posiadają szeroki wachlarz umiejętności poznawczych - charakteryzują się złożonym rozumowaniem społecznym, przejawiają zdolności do rozwiązywania problemów, a niektóre z nich potrafią nawet posługiwać się narzędziami. Obecne badania tylko potwierdziły te założenia.

 

Nie obrażajmy więc naszych pierzastych braci mniejszych mówiąc o jakimś przedstawicielu ludzkości, że ma ptasi móżdżek. A swoją drogą ciekawa jestem co ćwierkają ptaki o ptaku nie do końca rozgarniętym. Że co? Że ma człowieczy móżdżek? Bardzo możliwe, bo wprawdzie głupota, tępota, czy ograniczenie umysłowe przytrafiają się przedstawicielom każdego gatunku żyjącemu na ziemi, jednak odnoszę nieodparte wrażenie, że najczęściej wśród ludzi...

 

źródło: pap Nauka w Polsce, zdjęcie własne:)

 

 

zaloty3.jpg

 

 



komentarze (18) | dodaj komentarz

Mistrz Kapuściński

wtorek, 23 lipca 2013 20:41

CLapidarium-VI.jpgzytam, delektuję się każdym słowem, a potem wracam do początku i znów czytam, analizuję…

Już dawno żadna książka nie sprawiła mi tyle radości, nie wywołała tylu refleksji, nie wprawiała mnie w zadumę i niezmienne zadziwienie.

 

Trafiłam we Wrocławiu na księgarnię, która oferowała książki dosłownie za psi grosz. Gdyby nie brak czasu przesiedziałabym w niej pewnie cały dzień. Kilka książek zakupiłam, między innymi „Lapidarium VI” Ryszarda Kapuścińskiego. Chciałabym móc napisać, że książka jest o tym i o tamtym, a głównymi bohaterami są na przykład Jaś i Marysia. Ale tak się nie da. Lapidaria Kapuścińskiego to gatunek z pogranicza reportażu, eseju, pamiętnika intymnego; polega on na budowaniu refleksji o świecie i człowieku.

 

Sam autor o swojej książce pisze tak:

"Lapidaria" stanowią taki odrębny nurt, nie powiązany innymi moimi książkami. Jest to rodzaj zapisu stanu, zapisu wrażeń i refleksji. Czasami to jest jakiś cytat, czasami fragment rozmowy, czyichś wypowiedzi. To jest luźny zbiór w formie bardzo różnych rzeczy, bo takie, jak powiadam, jest nasze myślenie - bardzo różnorodne, bardzo nieskładne, często bardzo niepowiązane. I to jest technika i forma "Lapidarium".

 

Tej książki nie można streścić, zrecenzować, tę książkę trzeba koniecznie przeczytać. A najlepiej mieć ją w pobliżu, na wyciągnięcie ręki i sięgać po nią kiedy przychodzi zwątpienie w świat, w którym przyszło nam żyć… Dobrze wiedzieć, że nie jesteśmy w tym zwątpieniu sami.

 

Gorąco polecam!

 

Dla zachęty kilka cytatów:

 

Słowa już nie uskrzydlają

Najwięcej napracowałem się nad opisem cienia, które rzuca drzewo, nad opisem milczenia rzeki, która płynie przez Saharę. Ale na te obrazy krytycy nie zwracają uwagi. Ich interesuje polityka, socjologia, gospodarka.

 

Dzisiaj słowa to biblijne „cymbały pustobrzmiące” – nie pociągają żadnych konsekwencji, do niczego nie zobowiązują. Słowa już nie uskrzydlają, ale także nie ranią i nie niszczą, są bezwolne, obojętne, nic nie ważą, nic nie znaczą.

 

Chociażby taki przykład: papież występuje przeciw wojnie z Irakiem. Ale rząd – klęcząc przed papieżem, jednocześnie i otwarcie popiera tę wojnę. Ten oportunizm jednak nie wywiera na nikim wrażenia, nie budzi niesmaku czy sprzeciwu.

Zastanawiam się też, czy ta dewaluacja słowa nie jest aby źródłem kryzysu literatury, wszak słowo jest jej budulcem, a mając taki lichy materiał, pisarz nie może dać dzieł mocnych i ważnych.

 

***

 

Karty starożytnych eposów zaludniają bogowie, herosi, nadludzie, giganci, Gilgamesze. Tymczasem człowiek kultury masowej, klient Mcdonaldów, może sam sobie stać się bohaterem opowieści. Oto różnica między literaturą wysoką a popularną.

 

***

 

Gdzieś tak w końcu lutego, przechodząc ulicą, zobaczyłem, jak w czyimś ogródku spod śniegu wystaje gałązka zielonego bukszpanu. Ta zieleń była świeża, już tegoroczna, zapowiadająca wiosnę. Idzie wiosna! – pomyślałem, ale zamiast ucieszyć się tą myślą, poszedłem dalej z uczuciem smutku i pewnego zawodu. Już wiosna – powtórzyłem sobie zmartwiony, jakby ten fakt czegoś mnie pozbawił. Ale czego?

Otóż straciłem to cudowne uczucie, które przepełnia nas, kiedy oczekujemy na coś pięknego i wzniosłego. Występuje ono, kiedy jesteśmy w okresie wyczekiwania, ale kiedy ono się skończy – uczucie owo zniknie, zostawiając po sobie przykrą pustkę. Tak było i tym razem. Pomyślałem – wiosna! I to stwierdzenie było jednocześnie radosne, że po uciążliwej zimie nadciąga ciepła pora roku, i zarazem smutne, bo skończyła się wypełniona nadzieją i pragnieniem pora wyczekiwania.

 

***

 

Czytam Schopenhauera. Radzi prowadzić dziennik. To sposób, aby zastanowić się nad każdym przebytym dniem – co się robiło, jakie przychodziły myśli.

(Wydaje mi się, że ważne w pisaniu dziennika jest wybrać i utrwalić jakiś szczegół – bodaj jeden, bo inaczej dzień upłynie „bez zaczepienia”. Chodzi o tworzenie „zaczepów czasu”, aby dzień nie prześlizgiwał się po jego powierzchni bez śladu).



komentarze (19) | dodaj komentarz

Wizyta w londyńskim Muzeum Figur Woskowych

niedziela, 21 lipca 2013 13:58

Kolejnym miejscem, do którego udałam się podczas urlopu było miasteczko Southampton w Anglii. Tam mieszka i pracuje mój syn. Młodzi zorganizowali nam jednodniowy wypad do Londynu. Byłam podekscytowana. Do Londynu dojechaliśmy klimatyzowaną, bardzo wygodną koleją. Tuż po wyjściu ze stacji zostaliśmy dosłownie zalani tłumem turystów. Ciężko było się poruszać. Potem gdzieś ten tłum „rozpełz” i można było delektować się napotkanymi widokami. A było czym… masę zabytków, pomników, czerwone budki telefoniczne i czerwone autobusy – znak rozpoznawczy Londynu. Czuję duży niedosyt, czasu na podziwianie było niewiele, bo głównym punktem naszej wycieczki było Muzeum Figur Woskowych, a potem pojechaliśmy pod Pałac Buckingham. Niemniej jak tylko uporam się ze zdjęciami „wrzucę” kilka fotek ulicznych z Londynu.

 

Dzisiaj moje wrażenia z Muzeum Madame Tussauds.

Budynek Muzeum dosłownie oblężony był przez turystów, wewnątrz również tłoczno i głośno. Niektóre figury przeżywały permanentne oblężenie i trudno było zrobić zdjęcia bez osób towarzyszących. Tak, tak, każdy robił sobie zdjęcia przy swoich idolach, albo ludziach z jakiegoś powodu sławnych. Każdą figurę można było obejrzeć z bliska, a nawet dotknąć. Nie było żadnych ograniczników w postaci gablot, czy sznurków oddzielających figury od zwiedzających. Większość figur do złudzenia przypomina swoje pierwowzory, ale znalazłam też kilka, które bardziej przypominają karykatury niż wierny odlew. Budynek podzielony jest na tematyczne sale: Salę filmu, muzyki, sportu, polityki, sław, strachu, tortur, piratów z Karaibów, czy salę wielkiego pożaru Londynu z 1666 roku.

 

W jednej z sal umieszczono tablice i rekwizyty pokazujące w jaki sposób powstają te figury woskowe. Nie zdawałam sobie sprawy, że wykonanie jednej figury jest tak pracochłonne i czasochłonne:)

Procedura tworzenia sztucznego sobowtóra zaczyna się od zdjęcia wymiarów z modela lub wnikliwej analizy jej zdjęć. Mierzy się nie tylko długość rąk czy nóg, ale także odstępy źrenic, wielkość porów i głębokość każdej zmarszczki mimicznej. Potrzebnych jest aż 300 wymiarów! Następnie szykuje się model figury w glinie – osobno głowę, osobno ciało, z którego w późniejszym etapie produkcji tworzy się formę dla wosku pszczelego wymieszanego z woskiem z ropy naftowej. Po wyjęciu figury z formy nadaje się jej ostateczny kształt. Proces formowania fryzury trwa aż 5 tygodni, gdyż każdy włos wszczepia się w skórę głowy osobno. W oczodołach umieszcza się szklane oczy i wykonane z porcelany zęby. Malowanie figury przebiega warstwowo, tak aby ukazać ewentualne blizny czy drobne naczynka krwionośne. Na koniec kukłę ubiera się w strój, w którym pierwowzór kiedyś wystąpił lub w jego wierną kopię.

 

MFW1.jpg

 

MFW2.jpg

 

MFW3.jpg

 

MFW4.jpg

 

MFW7.jpg

 

MFW8.jpg

 

MFW9.jpg

 

MFW10.jpg

 

MFW11.jpg

 

MFW12.jpg

 

MFW13.jpg

 

MFW14.jpg

 

MFW15.jpg

 

MFW5.jpg

 

MFW6.jpg

 

Zdjęcia z sali tortur

 

ST1.jpg

 

ST2.jpg

 

ST3.jpg

 

 

Nawet te kilka godzin, które spędziliśmy w Muzeum nie wystarczyło by dokładnie obejrzeć wszystkie atrakcje Muzeum. Bardzo podobała mi się podróż przez historię Wielkiej Brytanii. Trzeba było wsiąść do atrapy londyńskiej taksówki, która kierowała się do lochów. A tam podczas jazdy oglądaliśmy inscenizacje najważniejszych wydarzeń historycznych. Niesamowite wrażenia…

 

Anglia 362.jpg

 

Anglia 364.jpg

 

Anglia 367.jpg

 

Anglia 382.jpg

 

Anglia 384.jpg

 

Na koniec trafiliśmy do kinowej sali, by obejrzeć krótki film w 4D opowiadający o tym jak różni herosi (postacie z bajek i filmów np. Supermen) staczają bitwę o Londyn. I tu niespodzianka, bo nie tylko oglądaliśmy, ale wręcz odczuwaliśmy na własnej skórze to, co działo się na ekranie. Czułam więc na sobie krople deszczu, powiew wiatru, jakieś robale pełzające po moich nogach i uchylałam się przed lecącymi w moją stronę pojazdami. Zewsząd było słychać na widowni piski, krzyki i śmiechy. Wiem, wiem, taka zabawa to tylko dla dzieciaków, ale fajnie choć przez chwilę poczuć się dzieckiem, prawda?

 

I jeszcze kilka słów o Madame Tussaud (właśc. Marie Grosholtz), od której wzięła się nazwa Muzeum (info z internetu).

 

Anglia 351.jpg

 

 Żyła na przełomie XVIII i XIX wieku i wykonywała we Francji, skąd pochodziła, niezbyt przyjemną pracę. Była zatrudniona do robienia odlewów głów polityków straconych na gilotynie. Jedne źródła podają, że sztuki rzeźbienia w wosku nauczył jej fizyk Philippe Curtius, u którego jej matka była gospodynią. Inne, że od swojego ojca – lekarza, który wyspecjalizował się w robieniu odlewów z wosku. W 1802 r. rzeźbiarka wyruszyła ze swoją kolekcją figur woskowych w podróż po Wielkiej Brytanii i Irlandii. Ostatecznie, w 1835 r., Marie Tussaud osiedliła się w Londynie, a przy Baker Street otwarła swoją pierwszą wystawę/muzeum.

W latach 80-tych XIX w. siedziba muzeum została przeniesiona na Marylebone Road, gdzie pozostała do dziś. Do połowy lat 20-tych XIX w. zgromadzono w muzeum blisko 400 figur woskowych, jednak znaczna ich część spaliła sie podczas pożaru w 1925 r., a reszty zniszczeń dopełniły bombardowania niemieckie z czasów II wojny światowej.



komentarze (23) | dodaj komentarz

BRAVE. Festiwal rytmów pozytywnej energii:)

piątek, 19 lipca 2013 13:56

Podczas urlopu, trafiłam we Wrocławiu na Festiwal Brave Przeciw Wypędzeniom z Kultury. To już dziewiąta edycja festiwalu, jej hasłem był „Zaginiony Rytm”. Organizatorzy postanowili przedstawić tradycje muzyczne z całego świata będące pomostem między światem rzeczywistym człowieka a światem duchowym.

 

Wprawdzie byłam we Wrocławiu tylko przez krótką chwilę, ale udało mi się „załapać” na Starym Rynku na tzw. "otwarty pokaz” niesamowitych artystów: Grupy królewskich bębniarzy z Burundi , niewielkiego kraju leżącego w Afryce Środkowo-Wschodniej, oraz egzotycznych tancerek z marokańskiej grupy Addal.

 

Pierwsi wystąpili bębniarze z Burundi i choć przecież szwendam się po różnych koncertach i imprezach takiego widowiska dotąd nie widziałam. Z rozdziawioną gębą gapiłam się na to, co dzieje się na scenie. A działo się, oj działo… To nie był koncert do jakich jesteśmy przyzwyczajeni, to był przede wszystkim spektakl niesamowicie pozytywnej energii. Artyści z nadludzką siłą walili w bębny wykonując równocześnie akrobatyczne skoki. Patrząc na nich, trudno było uwierzyć, że istnieje coś takiego jak grawitacja ziemska:)

 

Kilka słów o tej grupie z programu Festiwalu:

 

„Tytułowy rytm publiczność festiwalu odkryje w nieznanych gatunkach muzycznych oraz technikach wokalnych. W tym roku Brave będzie bliżej Afryki – spotkamy m.in. 12-osobową grupę Królewskich Bębniarzy z Burundi grających z niezwykłą precyzją, siłą i zręcznością na tradycyjnych bębnach karyenda. Muzycy wybijają aż 41 różnych rodzajów rytmów, za którymi kryje się społeczny koncept tj. szacunek, pokój czy uznanie. Brzmieniowo dźwięki płynące z bębnów często porównywane są do odgłosu spadającego z wysokości pioruna(…)

 

Anglia 523a.jpg

 

Anglia 525a.jpg

 

Anglia 533a.jpg

 

Anglia 541a.jpg

 

Anglia 561a.jpg

 

Anglia 554a.jpg

 

 

Nie dane mi było ochłonąć i przetrawić  tego co zobaczyłam i usłyszałam, bo zaraz po bębniarzach zawładnęły sceną egzotyczne tancerki z marokańskiej grupy Addal. Właściwie nie tylko sceną, bo wciągnęły w swój tajemniczy taniec również publiczność zgromadzoną pod sceną.

Podczas tańca kobiety intonowały ahouach, poetyckie pieśni o miłości i codziennym życiu przy akompaniamencie bendirs – tradycyjnych instrumentów perkusyjnych o rezonującym brzmieniu.

Byłam zauroczona występem tych egzotycznych tancerek… Był w nich jakiś wyjątkowy spokój, charyzma, dostojeństwo, a zarazem radość i szczęście. I choć przecież nie rozumiałam ani słowa z tego, o czym nuciły, „wiedziałam” że śpiewają o pozytywnej stronie życia:)

 

Fragment z programu Festiwalu:

 

„Artystki mieszkają w okolicach Tafraoute w dolinie Ameln i należą do ludu berberyjskiego. Wykonują typowo kobiecą formę taneczną i wokalną, która należy do bardzo starej tradycji tamtego regionu zwanej ahouach, w wielu aspektach związanej z tematem płodności, żyzności. Ponieważ te piękne tradycyjne, transowe spektakle muzyczno-taneczne rzadko są wykonywane poza wioskami wokół Tafraoute, to ich występ może być niepowtarzalną przygodą dla polskich widzów (…)”

 

Anglia 603a.jpg

 

Anglia 604a.jpg

 

Anglia 619a.jpg

 

Anglia 622a.jpg

 

Anglia 608 - Kopia.jpg

 

 

Dodam jeszcze, że podczas sześciu festiwalowych dni na wrocławskich scenach wystąpiło ponad 180 artystów z dwudziestu krajów. Wszystkie imprezy były biletowane, a cały dochód z biletów przekazywany jest szwajcarskiej fundacji ROKPA International, niosącej pomoc osieroconym i bezdomnym dzieciom w Tybecie, Nepalu i Zimbabwe.



komentarze (16) | dodaj komentarz

Niemiła przygoda z PKP, czyli o tym jak wyrzucono mnie z pociągu

środa, 17 lipca 2013 22:25

Jak tak sobWolsztyn2012_037_DE_medium.jpgie policzyłam, to jedną trzecią urlopu spędziłam w podróży. Wprawdzie daleko mi do ekscentrycznej Holly Golightly ze Śniadania u Tiffany'ego, która legitymowała się wizytówką: Holly Golightly - wciąż w podróży (przyjmując, że miała na myśli podróż polegającą na fizycznym przemieszczaniu się z miejsca na miejsce). Ale… rodorkowe podróże po zakamarkach napotkanych tzw. czarnych dusz jak najbardziej uprawniają mnie do zafundowania sobie takiej wizytówki:) Rodorkowa – wciąż w podróży, ależ to brzmi!

 

Tyle tytułem wstępu, a teraz przejdźmy do faktów. Mój pierwszy urlopowy wyjazd, to pokonanie koleją trasy z Gorzowa do Wrocławia z dwoma przesiadkami: w Krzyżu i Poznaniu. Bilety zakupiłam na kilka dni przed planowaną podróżą. Kupując dopytałam o szczegóły, a potem zapisałam je w notesiku. Może śmiesznie to zabrzmiało, ale koleją nie jechałam jakieś 20 lat, a może i więcej. Wiem, że powstały spółki, różni przewoźnicy i w ogóle nasłuchałam się i naczytałam o wszechobecnym bałaganie kolejowym. „Zaopatrzone” w informacje uzyskane w kasie biletowej byłam przekonana, że moja podróż minie spokojnie. I na odcinku Gorzów – Krzyż minęła jak najbardziej spokojnie. W Krzyżu miałam czekać  30 minut na pociąg do Poznania,. Czekałam więc. Pani co i rusz ogłaszała przez megafon przyjazd, lub odjazd kolejnego pociągu. Niewiele można było z tych zapowiedzi zrozumieć, niemniej uważny pasażer pośród charczenia megafonu, niewypowiadaniu końcówek wyrazów, czy też tzw. zbitek słownych wyłowił czasami nazwę miasta, godzinę lub numer peronu, na którym zatrzyma się „jego” pociąg.

 

Zbliżała się godzina 13 więc wyjątkowo mocno nastroiłam swój słuch, wszak mój pociąg miał odjechać do Poznania o godz. 13,06. I faktycznie tuż przed planowaną godziną wyłowiłam z megafonowej zapowiedzi, że pociąg do Poznania za chwilę wjedzie na peron. Podjechał. Szczęśliwa, że wszystko odbyło się bez żadnych opóźnień zajęłam miejsce w przedziale. W Poznaniu miałam tylko 18 minut na odszukanie peronu, z którego odjedzie pociąg do Wrocławia więc sprawa punktualności wyjazdu z Krzyża była dla mnie bardzo ważna.

 

Po jakiś 30 minutach wszedł do przedziału konduktor i poprosił o bilety. Podałam swój bilet. Pan konduktor rzucił okiem na okazany bilet i oznajmił:

- Ten bilet nie upoważnia pani do podróżowania tym pociągiem! Proszę wykupić nowy bilet.

Spojrzałam na faceta żeby sprawdzić, czy aby przypadkiem nie jest „wczorajszy”. No nie wyglądał…

Okazało się, że faktycznie wsiadłam do innego pociągu. To znaczy kierunek jazdy (Poznań) się zgadzał, natomiast przewoźnik już nie. Pan wytłumaczył mi, że ten pociąg jest spóźniony i dlatego przyjechał do Krzyża w okolicach czasu, w którym miał odjechać „mój pociąg”. Dodał jeszcze, że albo wykupię nowy bilet, albo zapłacę karę za jazdę bez ważnego biletu. No pięknie! To już nie wystarczy wykupić biletu do celu podróży, trzeba jeszcze sprawdzić nazwę przewoźnika i nr pociągu. Skąd było mi o tym wszystkim widzieć? Zdenerwowana na maxa zapytałam pana czy oprócz zakupu nowego biletu oraz zapłacenia kary jest jeszcze jakaś inna alternatywa. Owszem była… w ramach wyjątku (tak właśnie pan powiedział - wyjątku) mam opuścić pociąg na najbliższej stacji, jeśli tego nie uczynię to pan „pomoże” mi wysiąść. Cóż miałam zrobić. Wyszłam z przedziału i karnie stanęłam przy drzwiach czekając na najbliższą stację. Pan chyba nie do końca mi uwierzył w to moje wysiadanie, bo stanął w połowie wagonu i bacznie mnie obserwował. Minę musiałam mieć nietęgą, bo podszedł i zaczął mnie „pocieszać”:

 

- Niech się pani nie martwi, pociąg, którym miała pani dojechać do Poznania jedzie za nami na tym samym torze i nie ma możliwości żeby nas wyminął (tutaj był rechot). Zdąży pani. I tak dobrze się dla pani skończyło. Jakby pani trafiła na innego konduktora oprócz przymusowej wysiadki,  zapłaciła by pani mandacik jak nic!

 

Nie odezwałam się ani słowa. Na najbliższej stacji otworzyłam z impetem drzwi i wysiadłam…

Stoję, stoję, stoję, a mojego pociągu nie widać i nie słychać. Po jakimś czasie pani z całkiem niezłą dykcją oznajmiła przez megafon, że „mój” pociąg opóźniony jest o 20 minut! No pięknie… a ja przecież miałam tylko 18 minut na przesiadkę do Wrocławia, czyli po ptakach, jestem spóźniona! Cała w nerwach dojechałam na koniec do Poznania i pędem na peron, z którego odjeżdżał pociąg do Wrocławia. Miałam jakąś cichą nadzieję, że jednak będzie stał, że będzie na mnie czekał:) No i czekał…

 

Na szczęście dotarłam do Wrocławia o zaplanowanym czasie, ale… Nie potrafię zrozumieć dlaczego  dwaj kluczowi przewoźnicy tj. PKP Intercity oraz Przewozy Regionalne nie honorują wzajemnie swoich biletów. Wsiadłam nie do tego pociągu? Ok, ale przecież miałam wykupiony bilet na tę trasę i co stało na przeszkodzie, by uznać mój bilet za ważny (tym bardziej, że był o kilka złotych droższy niźli ten który miałam wykupić)? Czy spółki nie mogłyby w jakiś tam sposób rozliczać się między sobą? Dlaczego pasażer ma ponosić winę za opóźnienia pociągów, nieprawidłowe zapowiedzi, albo zupełny brak informacji na stacjach? O komforcie jazdy, czy też czystości pociągów nie wspomnę. Siedzenia dosłownie się kleją, do toalety strach wejść, za to karaluchy mają się dobrze… Na co więc „idą” niemałe zresztą pieniądze z biletów? Głupie zadaję pytania, prawda?  Na początku tego roku czytałam gdzieś , że kadra kierownicza Grupy PKP S.A. liczy sobie: 21 dyrektorów departamentów, 25 zastępców, siedmiu dyrektorów zarządzających, 66 naczelników i 17 kierowników zespołów. No i oczywiście prezes, który zarabia aż 59 tys. zł miesięcznie!



komentarze (19) | dodaj komentarz

Wróciłam:)

wtorek, 16 lipca 2013 8:50

Cypr 020.jpg

 

Być może zapomnieliście już  o rodorkowej… więc przypominam się:) Już wróciłam, przeżyłam cztery loty samolotem (ciężko było, oj ciężko), a teraz leczę skutki podstępnego tropikalnego słońca. Któż by się spodziewał, że krótkie spotkanie ze słońcem zakończy się  poparzeniem tu i tam. Jestem zaopatrzona w specyfiki z apteki, oraz dobre rady rdzennego Cypryjczyka w kwestii leczenia oparzeń. Będzie dobrze, musi być:) Generalnie tropikalny klimat jest nie dla mnie. Wciąż byłam jakaś skołowaciała, miałam wrażenie, że upał, duchota i duża wilgotność powietrza zamieniają mnie w suszoną figę:)

 

A poza tym…?

Dzisiaj krótko. Powiększyła mi się rodzina o synową:) Zobaczyłam kawałek świata, zweryfikowałam swoje poglądy na pewne sprawy (już nie będę mówić, że mogłabym żyć w każdym zakątku świata, byle mieć internet i aparat). W każdym razie jak wróciłam do Polski i zobaczyłam strzeliste wieże wiejskich kościółków, koniki pasące się na pastwiskach, czerwone maki na polach i łąkach – łza się w oku zakręciła i krtań jakoś dziwnie się ścisnęła. Owszem palmy są cudne, ale daleko im do naszych brzóz, sosen, czy wierzb rosochatych…

 

Teraz daję sobie kilka dni na poukładanie wrażeń, opisanie ich i udokumentowanie odpowiednimi fotkami. Zatem do poczytania wkrótce:)

 

Kilka fotek zapowiadających o czym będę truła w kolejnych odsłonach blogowania (oczywiście z umiarem):)

 

Strach przed lataniem samolotem rekompensowały mi widoki . Szkoda, że nie można było otworzyć samolotowego okienka:) Miałam nawet okazję zobaczyć wschód słońca z innej perspektywy.

 

Anglia 034.jpg

 

Cypr 675.jpg

 

Widok z „mojego” pokoju na Cyprze.

 

Cypr 013.jpg

 

 

W Muzeum Figur Woskowych Madame Tussauds spotkałam kilku znajomków:)

 

Anglia 311.jpg

 

Anglia 310.jpg

 

Anglia 264.jpg

 

A teraz coś dla Kolorowej:) Fotka z V Międzynarodowego Zlotu Samochodów Rolls Royce i Bentley we Wrocławiu.

 

 

Anglia 649.jpg

 

A na koniec, pozdrowienia od blogerki - Barbary Kwarc. Spotkałam ją dwa razy we Wrocławiu, zamieniłyśmy kilka, a właściwie kilkanaście zdań. Zapytałam, czy mogę zrobić jej zdjęcie. Odpowiedziała: Wal śmiało!  Toteż „waliłam” :)

 

Anglia 625.jpg



komentarze (29) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 24 sierpnia 2017