Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 272 289 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
2728293031  

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5217524
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32257
Bloog istnieje od: 2869 dni

Horoskop

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Wakacje marzeń?

piątek, 31 sierpnia 2012 9:09

W cz asach kiedy uczęszczałam do szkoły, rodzice prawie w każde wakacje wysyłali mnie na kolonie, albo obozy. Nie zawsze mi się to podobało, bo zdarzało się, że jechałam powiedzmy 3 lata pod rząd do małej miejscowości, w której nie było boiska do gier sportowych, o innych atrakcjach nie wspomnę. Ale rodzice kazali i nie było dyskusji… Mimo różnych niedogodności, za każdym razem z rozrzewnieniem wspominałam swoje kolonie. Oczywiście najfajniejsze były zielone noce, na które szykowało się po kilka tubek pasty do zębów, miło też wspominam tzw. artystyczną część kolonii, podczas której przygotowywało się jakieś skecze, piosenki, czy wierszyki. Niektóre swoje popisy recytatorskie pamiętam do dziś:)

 

A dzisiaj? No cóż, dzisiaj różnie to wygląda. Kiedyś zakłady pracy finansowały takie wyjazdy, a dzisiaj rodzice muszą zapłacić za wyjazd swojego dziecka sami. A Kolonie kosztują, i to nie mało, więc nie każdego rodzica stać na taki luksus.

A tych, których stać wolą posłać dzieci na atrakcyjną wycieczkę zagraniczną, albo na przykład na … obóz dla przyszłych gwiazd show biznesu (?!)

 

Tak, tak… czytam w Dużym Formacie, że na obozy dla przyszłych celebrytek jeżdżą już siedmiolatki. Wiele matek uważa, że nie ma co czekać, aż córka nabierze ochoty na karierę, i same starają się pomóc szczęściu.

 

Agencja  BeautyCamp reklamuje swoje usługi ulotką o treści:

"Dzięki BeautyCamp możesz poczuć się jak prawdziwa GWIAZDA - poznając świat celebrytów, mody i sławy. Zajęcia prowadzone są przez specjalistów pracujących dla znanych agencji modelek czy telewizji i prasy, a także dla światowych konkursów piękności. Na BeautyCamp zajęcia prowadzą: choreograf, fotograf, stylista, wizażysta, stylista włosów, projektant mody i wielu innych fachowców. Jeśli marzysz o tym, by zostać osobą medialną (modelką, prezenterką, piosenkarką, aktorką), to BeautyCamp będzie idealnym rozwiązaniem na wakacje marzeń". (...)

 

No i mamy posyłają te swoje pociechy na wakacje marzeń. Tyle, że chyba bardziej „swoich marzeń” niźli marzeń dziecka. Dzieciaki nie grają na tych obozach w piłkę, nie ma zielonych nocy, ani innych rozrywek dostosowanych do wieku dziecka. Za to uczą się chodzenia na szpilkach, mają konsultacje stylisty, sesje zdjęciowe, czy też porady kosmetyczki i fryzjera.

 

Chyba każda z nas w dzieciństwie pod nieobecność mamy przymierzała jej szpilki i paradowała w nich po mieszkaniu. Ale to były przebieranki, a przed powrotem mamy do domu prędko chowało się dowody swojego „przestępstwa”:) Po prostu tak już jest, że dziewczynki lubią czuć się dorośle i kobieco, ale obozy, na których dzieci zmieniają się w lolitki, nie są dobrym pomysłem. Tylko jak to wytłumaczyć tym wszystkim mamom, które przyszłość swojego dziecka widzą na wybiegu, w blasku fleszy obiektywów?

 

Autorka artykułu, Milena Rachid Chehab pisze, że nie wszystkie te dziewczynki marzą o tym by zostać modelką, jedna chce zostać architektem, inna muzykiem…



komentarze (20) | dodaj komentarz

Byśmy nie byli obojętni

środa, 29 sierpnia 2012 12:11

Wczor aj trochę popadał deszcz. Miałam w planie kilka fotograficznych podeszczowych ujęć, z niecierpliwością więc czekałam aż przestanie padać. Kilka kroków od domu trafiłam na taką „scenkę.” Dwóch chłopców w wieku około 14 lat wytrząsało się nad trzecim, z wyglądu młodszym o kilka lat chłopcem. Słownictwo mieli specyficzne, niemniej spróbuję przetłumaczyć to na język powszechnie używany. Chodziło o to, że ten młodszy chłopiec miał ukraść ze swojego domu butelkę wina. Nie ukradł. Tłumaczył, że wina nie ma, bo ojciec z kolegą rano wypili. W tym czasie jak chłopak wyjaśniał, jeden ze starszych kopał go w tyłek, a drugi szarpał za podkoszulkę. Mówili też, żeby nie pokazywał się na ulicy, bo… i tu wytoczyli cały arsenał ewidentnego zastraszania. Orzesz…

 

Nie będę wdawać się w szczegóły, napiszę tylko, że rozgoniłam towarzystwo. Chciałam porozmawiać z tym młodszym chłopcem, ale był mocno wystraszony i nie mogłam wyciągnąć z niego ani słowa. Zresztą prędko przeszedł na drugą stronę ulicy i tyle go widziałam… Niemniej zapamiętałam go sobie, to chłopiec z mojej dzielnicy, jeśli spotkam go ponownie, spróbuję z nim porozmawiać. Do jego rodziców nie mam po co iść, bo trudno zastać ich trzeźwych.

 

To nie pierwszy przypadek kiedy byłam świadkiem stosowania przemocy fizycznej wobec młodszego od oprawców dzieciaka. I niejeden raz widziałam jak dorośli na widok takiej sytuacji przechodzili prędko na drugą stronę ulicy. Byle jak najdalej od problemu… przecież to nie nad ich dzieckiem ktoś się znęca. A może gdyby ktokolwiek zareagował, porozmawiał z ofiarą, nie dochodziłoby potem do tak drastycznych sytuacji, o których czytamy co i rusz w codziennej prasie.

 

Pod koniec marca tego roku w moim mieście, przy okazji kradzieży w sklepie dokonanej przez 12 – latka, wyszło na jaw, że chłopiec był bity i zastraszany przez swoich niewiele starszych kolegów. Miał kraść ze sklepów to, co mu wskazali. Podczas jednej z takich akcji wpadł w ręce policji, co okazało się dla niego wybawieniem.


I kolejne sytuacje. Dwóch nieletnich chłopców w wieku 14 i 11 lat od niemal roku „terroryzowali” młodszych uczniów jednej ze szkól powiatu ostrowskiego. Łącznie udowodniono im 13 przypadków pobić i wymuszeń. Albo - dwójka młodych napastników zastraszała 13-latka, notorycznie wymuszali od niego pieniądze. Wystarczy wpisać w necie hasło „zastraszanie”, albo „wymuszanie”, a rozwija się lista setek, jak nie tysiąca stron. Czyli problem jest i to nie mały.


Lada chwila skończą się wakacje, dzieciaki wrócą do szkół i znów będziemy czytać o kolejnych przypadkach przemocy. Czy można jakoś ochronić te młodsze i słabsze dzieci przed przemocą starszych dzieci? Dopóki my, dorośli (czyli rodzice, nauczyciele, czy przypadkowi świadkowie) będziemy przymykać oczy na takie sytuacje, której wczoraj byłam świadkiem – nie ochronimy.


Wiem, ze temat przemocy wśród dzieci i młodzieży, to temat rzeka. Dlatego nie aspiruję do uzdrawiania całego świata, bo to działanie z motyką na słońce. Marzy mi się jedynie, byśmy nie byli obojętni….




komentarze (21) | dodaj komentarz

…a więc zachwycajmy się:)

wtorek, 28 sierpnia 2012 9:12

 

Kiedy zaczynam czytanie jakiegoś artykułu od słów: Grupa amerykańskich uczonych, albo - naukowcy z uniwersytetu (tu dowolne miasto w Ameryce) odkryli… itd. natychmiast przestaję czytać, a jeśli kontynuuję, to przyjmuję te odkrycia z dużą dozą rezerwy. Tym razem podkusiło mnie i przeczytałam do końca, a do tego z nieskrywaną radością napiszę, że to co odkryli amerykańscy naukowcy ja odkryłam dużo, dużo wcześniej:)


Rzecz dotyczy zachwytu. Według naukowców, stan nazywany zachwytem w dłuższej perspektywie poprawia zadowolenie z życia. Neuropsycholog Paul Pearsall opisuje zachwyt jako stan świadomości, kiedy jakaś część w środku nas mówi: „Wow”, a potem czujemy miło rozlewające się w nas uczucie spokoju, następnie pojawia się błogość i poczucie bezpieczeństwa. Podczas badań okazało się, że ludzie, którzy doświadczają takich stanów, mają większe możliwości społeczne, ponieważ odznaczają się wyższym poziomem empatii. Potrafią również dostrzegać szczegóły, niuanse, charakteryzują się wyostrzoną percepcją, a ich umysły są bardziej elastyczne, są bardziej otwarci na zmiany.  Poza tym mają więcej czasu i są mniej niecierpliwi.


I tu wyjątkowo zgodzę się z neuropsychologiem. Dodam jeszcze do tych "odkryć", że od ludzie którzy zauważają piękno, delektują się nim, zachwycają się ( nie chodzi o egzaltację), emanuje jakieś piękno i  subtelność.


A więc zachwycajmy się… Wbrew pozorom wokół nas jest naprawdę wiele rzeczy i zjawisk godnych naszego zachwytu. Trzeba się tylko na chwilę zatrzymać i stanąć obok tego tłumu, który goni wciąż do przodu  nie wiadomo za czym. A jeśli już staniemy, wyciszymy się, zaczną nas zachwycać takie zupełnie wydawałoby się zwyczajne rzeczy, choćby chmury przybierające co i rusz przedziwne kształty, muzyka, obraz, las, a nawet błękitny chaber rosnący gdzieś przy drodze, czy maki zaczerwienione ze wstydu. Zachwytem może być wszystko i tylko od nas zależy czy damy się ponieść temu uczuciu…


Zachwyt chmurami

 

 

zwykłą (niezwykłą) polną drogą

 

 

zapachem lasu

 

 

przydrożnym chabrem

 

 

zawstydzonym i zapłakanym makiem

 

 

motylem...

 

 

...i czym tylko dusza zapragnie. Wystarczy tylko zamknąć oczy, przypomnieć sobie, a najlepiej  przywołać obrazy, które wprawiły nas w stan zachwytu:)



komentarze (21) | dodaj komentarz

Czy szafowanie ważnymi symbolami ma jakieś granice?

niedziela, 26 sierpnia 2012 9:15


Na pyt anie postawione w tytule chciałabym odpowiedzieć, że ma. Jeśli już nie granice ustalone prawem, to choćby granice dobrego smaku. Nic bardziej mylnego, ludzie siedzący w reklamowym biznesie posuną się do każdego fortelu, w myśl zasady, im bardziej szokująca reklama, tym bardziej skuteczna. Niby powinnam się już przyzwyczaić, a jednak…


Czytam, że w Estonii, na głównej stronie firmy prowadzącej kampanię reklamową gazu, pojawiło się zdjęcie bramy wjazdowej do obozu w Oświęcimiu z napisem "Arbeit macht frei." Podpis pod zdjęciem brzmiał "Ogrzewanie gazowe - uniwersalne, wygodne i efektywne.”  Fotografia została wkrótce usunięta i zamiast niej ukazał się komentarz z przeprosinami., który bagatelizuje całą sprawę. Jeden z dyrektorów uznał to jedynie za incydent, niewielką prowokację, oraz opowiedział anegdotę o Hitlerze i cenie za gaz.

 

Podobnie szokującą reklamą posłużył się na początku bieżącego roku pewien klub fitness w Dubaju. Przedstawiała ona zdjęcie torów prowadzących do obozu koncentracyjnego w Auschwitz i napis: „Pocałuj swoje kalorie na pożegnanie.” Po fali oburzenia w internecie, właściciel reklamę wycofał i przeprosił za publikacje. Na swoje usprawiedliwienie powiedział, że użył zdjęcia, by przekonać klientów, że ćwiczenia w jego klubie fitness są "obozem koncentracyjnym dla kalorii". Nie chciał jednak nikogo urazić, a kontrowersyjna reklama została usunięta, gdy tylko zaczęły pojawiać się głosy oburzenia. Niemniej przyznał, że to całe zamieszanie wokół reklamy przysporzyło mu dużo nowych, potencjalnych klientów odwiedzających jego stronę internetową, czyli z biznesowego punktu widzenia, reklama była opłacalne. Nawet jeśli żyła swoim życiem przez chwilę.

 

Nie wiem jak to wygląda od strony prawnej, ale jeśli nawet prawo dopuszcza takie instrumentalne wykorzystywanie symbolu męczeńskiej śmierci tylu ludzi, to pozostaje jeszcze coś takiego jak wyczucie, dobry smak, czy szacunek dla dziedzictwa i historii…



komentarze (33) | dodaj komentarz

Kolekcjoner znanych nazwisk:)

sobota, 25 sierpnia 2012 11:35

 

Czasami człowiek musi, bo inaczej się udusi…

Kilka dni temu pod notką na jednym z zaprzyjaźnionych blogów ktoś zostawił komentarz, w którym informuje, że przeniósł link do tego bloga do grupy ludzi znanych.

Może przeszłabym nad tym do porządku dziennego, gdyby nie fakt,  że komentarz zostawiono pod wpisem, w którym autor dzieli się swoim smutkiem i bólem. Komentujący w swoim zadufaniu sądził zapewne, że fakt tego wirtualnego „awansu” będzie pocieszeniem dla cierpiącego… Tak myślę, więc  wolę nazwać to zadufaniem niźli bezdenną głupotą.


Niemniej zaintrygował mnie fakt tak wyraźnego pogrupowania "znajomości" wirtualnych na tych znanych i pozostałych. Pozostałych, czyli jakich? Gorszych? Nic nie znaczących? No bo chyba nie ma ludzi bez nazwiska, przecież każdy jakieś posiada… Kiedyś miałam znajomego, który wciąż podkreślał – kogo to on nie zna, kto to u niego nie bywał. Tu sprawa była jasna, niewiele sobą reprezentował, więc tym sposobem chciał dodać sobie splendoru.


Jedną z moich ulubionych lektur jest książka Canettiego pt. "Głosy Marrakeszu.”  W rozdziale Nauszny świadek – charaktery, autor pogrupował w sobie tylko właściwy sposób, ludzkie charaktery. Znalazł się tam między innymi Pokorniś, Przedkładacz, Samoobdarywaczka, Donosiciel, Ogrzewany łzami, Pożeracz piękna, Oblizywacz nazwisk, czy Kontroler cudzej sławy. Ja dopisałabym w tym rozdziale jeszcze jeden „charakter” – Kolekcjoner znanych nazwisk, czyli coś pośredniego pomiędzy Oblizywaczem nazwisk, a Kontrolerem cudzej sławy…


Ps. Dodam jeszcze, że to nic osobistego, mnie tam na szczęście nie ma, ani w znanych, ani pozostałych:)



komentarze (21) | dodaj komentarz

Kuchenne reminiscencje

czwartek, 23 sierpnia 2012 16:29

 

Dzisiejsze kuchnie coraz bardziej przypominają sterylne laboratoria. Dużo w nich gładkich, lśniących blatów, wiszących i stojących szafek, do których pochowane są sprzęty gospodarstwa domowego, zlewozmywaki wykonane z wysokiej jakości stali, czy kuchenki do gotowana i pieczenia wyposażone w najnowsze zdobycze techniki. Tak… pięknie, czysto, ale też bezosobowo…


Pewnie każdy z nas pamięta kuchnie z dzieciństwa. Były zupełnie inne, często zagracone, pełno w nich było bibelotów, miseczek, wiaderek, półek, półeczek, makatek, tajemniczych przedmiotów itp. Kiedyś było to serce domu, tam koncentrowało się życie całej rodziny, tam pieczono chleby, wytwarzano masło, a nawet robiono pranie… Z czasem znaczenie kuchni ewoluowało, niemniej wciąż jest centralnym miejscem każdego domu.

 

Wiele razy wspominałam, że mieszkam na Ziemiach Zachodnich, przez wiele lat zwanych Ziemiami Odzyskanymi. Przed wojną mieszkała tu ludność niemiecka, a tuż po wojnie ziemie te były zasiedlane przez ludność napływową, głównie ze Wschodu. Każdy kto interesuje się historią wie w jakich okolicznościach Niemcy opuszczali swoje domostwa… Zabierali ze sobą tylko rzeczy, które mogli udźwignąć, pozostawiając mieszkania w pełni wyposażone w sprzęt gospodarstwa domowego. Stąd kiedy sięgam pamięcią do dzieciństwa pamiętam wiele kuchennych przedmiotów na których widniały napisy w języku niemieckim, a nawet kuchenne makatki z wyhaftowanymi ściegiem krzyżykowym napisami w języku niemieckim.  Z biegiem lat pamięć o tamtej kuchni przyblakła, zastąpiły ją inne wspomnienia…


Dlatego ucieszyłam się, że w moim mieście zorganizowano wystawę pt. "Światy kuchenne. Polsko-niemieckie historie wokół kuchni."Celowo  nie byłam na otwarciu wystawy, odczekałam kilka dni żeby w ciszy i spokoju obejrzeć wystawę, przywrócić dziecięce wspomnienia, poczuć dawne zapachy, po prostu wrócić na moment w świat dzieciństwa. W pewnym stopniu udało się… Zobaczyłam między innymi identyczny zlew nad którym moczyłam kromki chleba, a potem sypałam na nie cukier, klamerki, które podawałam mamie kiedy wieszała na podwórku pościel, blaszaną mydelniczkę, która wisiała w naszej kuchni tuż obok zlewu, starą, ciężką deskę do prasowania, która stała u nas za piecem i wiele innych, może nie identycznych, ale podobnych przedmiotów które znajdowały się kuchni z mojego dzieciństwa.


Jeden z organizatorów wystawy powiedział:

„Jesteśmy świadomi, że to, co jeszcze może pamiętać rocznik 70., to dla urodzonych w 1990 r., już dziś dorosłych ludzi, to czysta fantastyka. Ale też liczymy na to, że otworzą się pewne klapki. Ludzie zaczną grzebać w pamięci, wspominać swoje kuchnie. (…)”


Myślę, że cel tej wystawy został osiągnięty. Przynajmniej jeśli o mnie chodzi. Powróciły wspomnienia, jakaś nostalgia, a zamglone obrazy z przeszłości stały się bardziej wyraziste.


Kilka zdjęć z wystawy

 

 

 

 

 

 

 

 




komentarze (43) | dodaj komentarz

Pomyłka… i zupa

środa, 22 sierpnia 2012 22:05

W poniedziałek zadzwoniła do mnie pani z pracowni mammograficznej i zaprosiła na badanie piersi. Byłam bardzo mile zaskoczona. Pomyślałam nawet, że skrobnę coś o mammografii na blogu, przypomnę dziewczynom o badaniach i pochwalę naszą służbę zdrowia, tym bardziej że powodów do chwalenia nie ma zbyt wiele.


Badanie miałam wyznaczone na dzisiaj w godzinach przedpołudniowych. Poszłam. Pani poprosiła dowód osobisty, poklikała myszką patrząc w monitor i powiedziała:

- Przykro mi bardzo, ale system pokazuje, że termin badania wyznaczony jest na styczeń 2013 roku…

 Na moje, że zostałam telefonicznie zaproszona na badanie pani powiedziała, że mają uszkodzony system i stąd pewnie wzięła się pomyłka. Nie dałam za wygraną:

- Dziwne, że ten sam popsuty system w poniedziałek uznał, że powinnam mieć to badanie, a w środę, że nie powinnam.

Pani zamilkła, a jej twarz przybrała wyraz intensywnego myślenia. Po chwili raczyła przeprosić za to, że musiałam się niepotrzebnie pofatygować do przychodni, a winą obarczyła „koleżankę” która od niedawna pracuje w poradni. Skąd inąd wiem, że żadnej „koleżanki” tam nie ma. W gabinecie pracują dwie osoby, owa pani i mężczyzna…

 

Z innej beczki, czyli o jedzeniu:)

Jeśli zastanawiacie się czasami co zrobić na obiad, proponuję zupę – krem brokułowy. Lubię zupy, a zupy kremowe w szczególności:) Zupa brokułowi jest zdrowa i pożywna, no i najważniejsze – nie ma w niej żadnej chemii. Czasami podaję ją z groszkiem ptysiowym, a czasami z makaronem.


Składniki: około 1,5 litra bulionu, 1 duży brokuł, 3 – 4 ząbki czosnku, 100 gram serka topionego, śmietana, świeży koperek, sól, pieprz.


Brokuł umyć i podzielić na różyczki. Dodać przeciśnięty czosnek. Gotować do miękkości na bulionie. Dodać serek topiony i śmietanę. Zmiksować dokładnie blenderem na jednolity krem. Doprawić. Posypać koperkiem.
Jeśli zupa nie jest zbyt gęsta można podczas gotowania dodać 1-2 ziemniaki.

Smacznego :)


Dzisiaj podałam wersję z groszkiem ptysiowym

 




komentarze (7) | dodaj komentarz

Oszukują nas, a my nic nie możemy zrobić

wtorek, 21 sierpnia 2012 23:24

 

Niedaw no czytałam artykuł, który sprawił, że całkiem poważnie rozważałam wykluczenie z mojej diety jedzenie jakiegokolwiek mięsa. Artykuł mówi o tym, że zwierzęta hodowlane faszeruje się na potęgę antybiotykami. A potem te leki wraz z mięsem trafiają na nasze stoły.


Podobno nie ma nic złego w stosowaniu antybiotyków u naprawdę chorych zwierząt. Te jednak stanowią mniejszość. Hodowcy coraz częściej aplikują leki całym stadom, twierdząc że tym sposobem chronią zdrowe zwierzęta przed chorobą, na którą zapadł jeden z  osobników. Jak pisze dziennikarz, tajemnicą poliszynela jest jednak, że antybiotyki nie tylko zapobiegają infekcjom, ale także zwiększają masę mięśniową. A to przekłada się na czysty zysk dla producentów…


Sprawa nafaszerowanego antybiotykami mięsa to kropla w morzu przekrętów stosowanych przez producentów żywności. Inspektorzy Jakości Handlowej Artykułów Rolno-Spożywczych przeprowadzili kontrolę w sklepach sprzedających żywność. Wyniki kontroli są zadziwiające. Wprawdzie każdy wie, że producenci oszukują, ale żeby aż tak? Dotychczas byłam przekonana, że uważne czytanie etykiet na opakowaniach uchroni mnie przed kupowaniem produktów „oszukanych,” czy  nafaszerowanych chemią. Okazuje się, że byłam w błędzie. Kontrolerzy „wyłapali” między innymi galaretkę mocno owocową nie zawierającą owoców, pasztet drobiowy z pomidorami (lubię)… bez mięsa drobiowego, sok z aronii, który powstał z 63 proc. soku z jabłek i 5 proc. koncentratu jabłkowego (!) Ser kanapkowy wędzony, który nigdy w wędzarni nie był, a smak zyskał tylko dzięki chemicznym dodatkom. Ser pełnotłusty śmietanowy naturalny, który z naturalnością niewiele ma wspólnego skoro zawiera substancję konserwującą i barwnik. Naturalny filet śledziowy zawierał konserwanty, stabilizator, sztuczne aromaty oraz alergen: dwutlenek siarki. I tak dalej, i tak dalej, długo by wymieniać…

 

I jeszcze coś z „własnego podwórka.” Ostatnio chciałam ugotować „na prędko” zupę jarzynową. Jeśli prędko – to z mrożonek. Szukałam takich w których było dużo lubianej przez domowników brukselki. Kupiłam mieszankę jednego z czołowych producentów mrożonek, pod nazwą zupa wiosenna. bo tylko w niej było 15 proc. brukselki. Podczas wrzucania mrożonki na wrzątek okazało się, że brukselka a i owszem była, ale w ilości sztuk jeden na całe opakowanie!

 

Na nic więc zdaje się czytanie etykiet zamieszczonych na opakowaniach, bo etykiety kłamią, wprowadzają nas w błąd. Skąd niby mamy wiedzieć, że kupowany przez nas towar odbiega od tego co widnieje na metce, albo opakowaniu? Na "oko" przecież nie widać, więc niczego nie świadomy konsument kupuje taki oszukany towar nabijając kabzę producentom. I żadne kontrole nie uchronią nas przed nieuczciwymi producentami, bo należałoby kontrolować każdy towar wyłożony do sprzedaży, a to jest fizyczną niemożliwością. Parafrazując słynne już pytanie „jak żyć?” zapytam – co jeść, żeby mieć pewność, że jem zdrowo?



komentarze (23) | dodaj komentarz

Jak motyle...

poniedziałek, 20 sierpnia 2012 16:11

 

W sobotę, w Gorzowie odbył się IV Ogólnopolski Festiwal Romsko - Polskich Dziecięcych Zespołów Taneczno - Wokalnych pod nazwą „Muzyka łagodzi obyczaje.” Jako mieszkanka Gorzowa, pochwalę się, że to jedyny tego rodzaju festiwal w Polsce. W sobotę zjechało do mojego miasta wiele zespołów i solistów stypendystów z całego kraju.

 

Cóż tu więcej pisać – było pięknie, kolorowo i radośnie. Dziewczynki tańczące w wielokolorowych strojach wyglądały jak barwne motyle. Mam sentyment do muzyki cygańskiej, zachwycają mnie również cygańskie kiecki wirujące w takt tęsknych to znów skocznych melodii:) Dodam jeszcze, że w roli gwiazdy wieczoru wystąpił zespół Perła i Bracia, a patronat honorowy nad imprezą objął minister Michał Boni.

Kilka fotek „motyli”:)

 

 

 

 

 

 

 

 




komentarze (17) | dodaj komentarz

Miłość można wyznawać na różne sposoby:)))

niedziela, 19 sierpnia 2012 23:31

 

W sobotni późny wieczór wracałam z Ogólnopolskiego Festiwalu Romsko - Polskich Dziecięcych Zespołów Taneczno - Wokalnych pod nazwą Muzyka łagodzi obyczaje. W samym centrum miasta, na przejściu dla pieszych, zobaczyłam młodego człowieka w dziwnej pozycji. Położył się na szynach tramwajowych i robił tam… pompki! A do tego krzyczał: Kocham Cię!!! Wyjdziesz za mnie???


Na chodniku stała adresatka tego wyznania i zapytania:) Jak myślicie, co odpowiedziała? Oczywiście powiedziała TAK, tym bardziej, że zmieniły się światła na czerwone , a do pobliskiego przystanku zbliżał się tramwaj. Ot, fantazja… A nawet jeśli głupota, cel został osiągnięty!

 


Ps. Jakość zdjęć byle jaka, ale to był dosłownie moment, więc nie było czasu na ustawienie aparatu.

 

 




komentarze (15) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


poniedziałek, 20 listopada 2017