Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 285 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« sierpień »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
262728293031 

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5156249
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32249
Bloog istnieje od: 2781 dni

Horoskop

Wodnik

Dzisiaj możesz liczyć na przychylność gwiazd. Zapowiada się, że twój trudny czas kończy się i wszystko zaczniesz od początku.

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Już nie będę krzyczeć na widok rodzimego pająka:)

czwartek, 29 sierpnia 2013 20:37

Pająki 023.jpg

 

Już nie będę krzyczeć na widok rodzimego pająka choćby był włochaty i wielgaśny. Przekonałam się bowiem, że słowo „wielgaśny” to pojęcie względne. Wielgaśne pająki to ja dopiero sobie zobaczyłam. I nie tylko pająki.

 

Poszłam obejrzeć do Galerii Askana dość mocno reklamowaną wystawę pająków. Informacja o tym wydarzeniu przewijała się nawet w ogólnopolskich mediach. Przełamałam swój wstręt i strach przed pająkami -  przecież jeśli są w gablotach nic mi nie zrobią – pomyślałam. I tej myśli trzymałam się podczas oglądania kolejnych gablot. OK, przyznam się… Podchodząc do kolejnych gablot, najpierw sprawdzałam ich stan techniczny:) No wiecie, czy nie ma przypadkiem za dużych szczelin, czy wszystko przykryte jest jak należy, a dopiero potem przyglądałam się ich lokatorom. A było co oglądać! Na wystawie zgromadzono między innymi tarantule, skorpiony i karaczany - 80 pajęczaków i 40 owadów egzotycznych.

 

Ciekawa, naprawdę bardzo ciekawa wystawa. Nie dziwię się więc, zdobyła w 2012 roku nagrodę Grand Prix za najciekawszą wystawę podczas targów „Zoo Botanica”.

 

Wszystkie gabloty były dosłownie oblegane przez dorosłych i dzieci. Dzieciaczki reagowały różnie, najczęściej piszczały, robiły okrągłe oczęta, były mocno podekscytowane. A rodzice cierpliwe tłumaczyli, opowiadali, wyjaśniali… ale jakby się tak dobrze przyjrzeć, niektórzy z dorosłych miny mieli nietęgie:) Zastanawiam się czy tym wyjaśnianiem i tłumaczeniem sami siebie nie chcieli uspokoić:)

 

Zanim weszłam obejrzeć wystawę przeczytałam regulamin. Mina mi zrzedła kiedy okazało się, że nie można robić zdjęć. Ale uparta jestem. Po krótkich negocjacjach z jednym z organizatorów, otrzymałam zgodę na robienie zdjęć. Pod warunkiem, że nie wykorzystam ich co celów komercyjnych. No nie wiem czy ktokolwiek, kto robił tam zdjęcia mógłby je do takich celów wykorzystać. Głównie ze względu na jakość. Niby pisało, że gablot nie można dotykać, pukać w nie i szarpać, ale widziałam, że regulamin swoje, a życie swoje.  Po kilku dniach funkcjonowania wystawy, każda gablota mogłaby służyć jako materiał badawczy dla kogoś, kto piszę rozprawę naukową o liniach papilarnych:) Jednym słowem gabloty były zapaćkane od zewnątrz i od wewnątrz zresztą też.  A do tego światło odbijające się od jarzeniówek uniemożliwiało wykonanie poprawnego zdjęcia.

 

Proszę więc wybaczyć jakość zdjęć, lepszych moim aparatem nie byłam w stanie zrobić…

 

Pająki 028.jpg

 

 

Pająki 029.jpg

 

Pająki 049.jpg

 

Pająki 098.jpg

 

Pająki 121.jpg

 

Pająki 124.jpg

 

Pająki 067.jpg

 

 Pająki 016.jpg

 

Pająki 008.jpg

 

Pająki 076.jpg

 

Pająki 071.jpg

 

Pająki 130.jpg

 

Pająki 109.jpg

 

Pająki 004.jpg

 

Pająki 143.jpg

 

A w tej gablocie jeden pająk utkał w ciągu dwóch dni pajęczynę, która wygląda jak mgła, albo puch:)

 

Pająki 041.jpg

 

Czytelnikom życzę wspaniałego weekendu:) A ja wybywam w moją ukochaną „dzicz dziką”. Jestem ciekawa czy w lasach, na polach i na jeziorze widać już ślady jesieni:)



komentarze (22) | dodaj komentarz

Torebka zwana... pożądaniem:)

środa, 28 sierpnia 2013 20:07

042.jpgCzas biegnie nieubłaganie (ależ jestem odkrywcza:))) kończy się pomału lato i najwyższy czas by zrobić przegląd jesiennej garderoby. Nie, nie zrobiłam jeszcze, bo i niewiele też mam do przeglądania. Poza tym w głowie mam zapisane czego mi brakuje:) Przede wszystkim porządnej torebki. Nie mam jakiś szczególnych kobiecych fobii związanych z codziennym „rynsztunkiem”, ale torebki to coś, co lubię najbardziej. Nie to żebym miała ich za wiele, ale od jakiegoś czasu nie mogę trafić na moją wymarzoną, czyli bardzo funkcjonalną, w miarę dużą, z wieloma zakamarkami, które można odpowiednio zagospodarować, a do tego oczywiście najważniejsze – torebka ma być niedroga. Marzycielka, prawda? :)

 

No cóż marzenia czasami się spełniają (i oby jak najczęściej, czego Wam i sobie życzę). Ale po kolei. Wczoraj miałam cudny dzień. Zostałam niespodziewanie obdarowana przez koleżankę z pracy kilkoma fajnymi ciuchami. Między innymi dostałam cudną skórzaną kurteczkę w kolorze ciemnej czekolady. No jakby na mnie uszyta! Opękam w niej jesień, wiosnę i pewnie kolejną jesień i wiosnę, bo egzemplarz nówka sztuka. Wracałam z pracy podekscytowana. Po drodze pomyślałam sobie, że na jesień mam właściwie już wszystko co potrzeba, tylko ta torebka…

 

Przypomniałam sobie, że w jednym z zaprzyjaźnionych sklepików z peweksowską odzieżą pan mówił, że we wtorki dostają nowy towar i trafiają się też fajne skórzane torebki. Zajszłam.  Torebki leżały w dużej drewnianej skrzyni. Zaczęłam je przeglądać. Jedna spełniała moje oczekiwania, już miałam zapytać o cenę, kiedy zobaczyłam, że rączki ma mocno zniszczone. Na samym dnie leżała sobie ona, czyli „moja” torebka. Była w miarę duża, ze skóry, z kilkoma przegródkami i schowkami zapinanymi na zamki. Rączki miała w porządku. W ogóle wyglądała jak nieużywana. Ciekawe jaką cenę  pan mi „zaśpiewa” – pomyślałam.  Odczekałam chwilę coby zagasić błysk radości w moich oczętach, a potem jakby od niechcenia zapytałam:

 

- A to coś ile kosztuje? (torebki nie były wycenione).

-Hmm dziesięć złotych nie będzie za dużo?

- No nie, w sam raz. Proszę mi torebkę odłożyć, a ja jeszcze się rozejrzę.

Ale gdzie mi tam było do rozglądania się. Bałam się czy pan się przypadkiem nie rozmyśli co do ceny, tym bardziej, że zaczął oglądać torebkę z każdej strony, sprawdzać zamki, podszewki… Po chwili usłyszałam głos pana:

- To ile ja powiedziałem za tą torebkę?

- Powiedział pan dziesięć złotych.

- Acha… dobrego wyboru pani dokonała, bo torebka jest skórzana i zupełnie nowa.

- Byle czego bym nie kupowała…

 

Widziałam, że panu było „nie po nosie”, więc prędko zapłaciłam za torebkę i wyszłam ze sklepu. W domu ją dokładnie wyczyściłam i odkaziłam. A jak już przy odkażaniu jesteśmy to jeszcze kilka słów o testach opublikowanych w Daily Mail. Otóż owe testy wykazały, że w damskiej torebce mieszka więcej bakterii, niż w toalecie! Co piąta torebka jest rajem dla bakterii, które stanowią zagrożenie dla zdrowia. Do najbrudniejszych rzeczy, które nosimy w torebkach, należy krem do rąk, tuż za nim są szminka i tusz do rzęs. Badanie wykazało, że największe zagrożenie stanowią skórzane torebki, są one dosłownie zasiedlone przez bakterie. Porowata struktura skóry sprzyja ich rozwojowi.

 

Moja nowozakupiona została oczyszczona ze wszelakich bakterii, a jutro wrzucę do niej aparat i pójdę na wystawę by podziwiać ponad 100 okazów ptaszników, skorpionów oraz innych pajęczaków z całego świata! O czym nie omieszkam napisać:)



komentarze (27) | dodaj komentarz

Przyjaciel troll

wtorek, 27 sierpnia 2013 18:13

images12.jpgChyba każdy kto pisze bloga, albo udziela się na jakieś stronie internetowej spotkał się z chamstwem komentujących. Pół biedy kiedy na zwykłym chamstwie się kończy, ale jeśli ktoś narusza nasze dobra osobiste, znęca się psychicznie, dyskredytuje, wykorzystuje zdjęcia, czy jakieś informacje żeby szkalować człowieka, to zaczyna robić się dramat.

 

Czytałam kilka newsów, że ktoś popełnił samobójstwo, bo nie wytrzymał internetowej nagonki. Osoby szkalowane, poniżane i dyskredytowane nie miały do tej pory możliwości obrony przed atakami, bo choćby nawet chciały namierzyć takiego delikwenta, administratorzy stron internetowych nie pomagali w tym, a wręcz umywali ręce. Wszak im większa zadyma, tym większa „czytalność”. Odsłony się liczą, nie człowiek.

 

Kiedy więc przeczytałam, że jest jakaś szansa, jakieś światełko w tunelu, że w tej materii może się coś zmienić, ucieszyłam się. Wprawdzie moje blogowanie uodporniło mnie trochę na chamskie, złośliwe komentarze, ale jednak nie do końca… wszak jestem tylko człowiekiem:)

 

Sprawa jest naprawdę zawiła i dotyczy sporu prawnego pomiędzy spółką Agora, a Promedica24. (w necie dużo tego).  Dla mnie najbardziej interesujące w tym sporze jest rozstrzygnięcie Naczelnego Sądu Administracyjnego, a właściwie mały fragment, który stanowi, że udostępnienia danych z forów internetowych mogą żądać osoby fizyczne i firmy, które wykażą, że jest to niezbędne dla ochrony dóbr osobistych i dobrego imienia.

 

Informujące o tym orzeczeniu media podkreślały, że to przełom w walce z obraźliwymi komentarzami w internecie i wpisującymi je użytkownikami. Jednak prędko okazało się, że media (nie pierwszy zresztą raz) zinterpretowały wyrok sądu  nie zapoznawszy się dokładnie z kontekstem. Ot czasy takie nastały, byle prędko, byle do przodu, byle był news na pierwszą stronę, i najlepiej z kilkoma wykrzyknikami.

 

No nie do końca jakiś wielki przełom, bo natychmiast zareagowali przedstawiciele dużych portali internetowych, którzy mówią wprost, że wyrok NSA nie spowoduje zmian w procedurach  udostępniania danych osobowych (precedensy prawne nie stanowią reguły prawnej).

 

Na koniec zabrał  głos Generalny Inspektor Danych Osobowych, który oświadczył, że owszem służy pomocą, ale tylko w przypadku, jeśli będziemy chcieli wytoczyć osobie, która naruszyła nasze dobra osobiste, proces cywilny. W takiej sytuacji, przed złożeniem pozwu sądowego, możemy zwrócić się z prośbą o udostępnienie danych osobowych internauty, który nas obraził, bezpośrednio do dostarczyciela usług internetowych. Jeśli ten odmówi, pomoże Generalny Inspektor Danych Osobowych. Czyli jeśli tylko chcielibyśmy wiedzieć (bez zakładania sprawy) kto się nad nami pastwi – nie dowiemy się.

 

Ależ mi ułatwienia! Była iskierka nadziei a okazało się, że właściwie nic się nie zmieniło, bo obowiązujący stan prawny takie właśnie procedury (czytaj - kłody pod nogi osobom szkalowanym) przewidywał. Czyli nadal nie otrzymamy danych osobowych chamskich trolli, chyba że… zadziała „przypadkowy” przypadek:)

 

Kilka dni temu zupełnie przypadkiem dowiedziałam się, kto wypisywał na moim blogu komentarze poniżej pasa. Kto mnie obrażał i szkalował… A było to tak. Czasami zaglądam na jeden z lokalnych portali internetowych, na którym można poczytać co słychać w mieście. Zdarzają się też ciekawe, uzupełniające artykuły komentarze. Przy każdym komentarzu upubliczniony jest numer IP komentującego. Między innymi był tam komentarz męża mojej bardzo dobrej znajomej. Swojego czasu określałam ich nawet słowem „przyjaciele”. Numer IP przy komentarzu sprawił, że włączyła mi się „czerwona lampka”. Kurna, gdzieś już widziałam… Sprawdziłam na swoim blogu listę zabanowanych IP. No jakże inaczej… stoi jak byk! To IP było kilka razy banowane ( niestety po każdym przelogowaniu agresor miał inną końcówkę IP natomiast początek tzw. trzon był niezmienny). Zaprzyjaźniony informatyk zmontował mi nawet jakiś program, który po zainstalowaniu na blogu uniemożliwiałby wszystkie próby dodania komentarza przez tego chamskiego trolla. I to pomimo zmieniających się końcówek numeru. Jednak nie zainstalowałam, odpuściłam, przestałam nawet dociekać kim jest ta osoba. A tu proszę, samo wyszło!

 

Czy coś z tą wiedzą zrobiłam? Absolutnie nic, ot tylko ogarnęło mnie szczere uczucie litości nad tym zakompleksionym pokurczem…

 

I jeszcze na koniec. Jeśli zdarzy się, że ktoś Wam dokucza na blogu aż do bólu, najpierw zastanówcie się kto ma w tym „interes”, a potem przyjrzyjcie się bliżej swoim bliskim znajomym, koleżankom/kolegom, a nawet domniemanym przyjaciołom. Smutne to jest strasznie, ale prawdziwe….



komentarze (17) | dodaj komentarz

Szczęśliwy ten dom, gdzie pająki są?

sobota, 24 sierpnia 2013 19:28

 

paj091b.jpg 

Niby sprzątam w mieszkaniu, niby odkurzam, a ostatnio zauważyłam, że pajęczyn w mieszkaniu jakby więcej jest.  Wprawdzie moja babcia często powtarzała – Szczęśliwy ten dom, gdzie pająki są, niemniej nie jest to komfortowa sytuacja. Tym bardziej, że od jakiegoś czasu pająki budzą we mnie strach i wstręt. Nie jest to chorobliwe jak u ludzi dotkniętych arachnofobią ale…

 

W ubiegłą sobotę wzięłam pod lupę wszystkie kąty i zakamarki w mieszkaniu. Pościągałam dokładnie każdą  pajęczynę, a kilka niewielkich pajączków zamiotłam zmiotką na szufelkę i wyrzuciłam przez okno. Dzisiaj, czyli raptem po tygodniu znów przejrzałam szczegółowo wszystkie zakamarki i co? Pajęczyny jak były, tak są nadal! I skąd to się bierze?

 

Oczywiście poszperałam zaraz w necie jak pozbyć się tych niemile widzianych „gości”. Znalazłam nazwy specyfików, którymi należy spryskać wszystkie miejsca, gdzie pająki budują swe sieci i się rozmnażają: w kątach, oknach, framugach itp. Ale też przy okazji znalazłam informacje, które wyjaśniają skąd nagle tyle pająków w mieszkaniu. Okazuje się, że późne lato i wczesna ciepła jesień to idealna pora na zakładanie pajęczych rodzin. Wyklute wczesną wiosną pająki stają się już dorosłymi osobnikami i szukają partnerów gdzie tylko się da, między innymi w mieszkaniach.

 

Wiem, że pająki zjadają szkodniki, że zjadają inne pająki, że ograniczają rozprzestrzenianie się chorób. Ale mimo tych pozytywnych stron pająków i tak polecę po weekendzie po stosowny specyfik. Mam tylko nadzieję, że będzie skuteczny i pajączki wyniosą się z mieszkania.

Aaa i jeszcze coś. Przeczytałam, że każdy człowiek zjada w czasie snu co najmniej 4 pająki . Nie, nie każdej nocy, ale przez całe życie brrr!

Ps. Na zdjęciach pajęczyny polne, nie domowe:)

 

paj037b.jpg

 

 

 



komentarze (27) | dodaj komentarz

Daj mi dłoń, a powiem ci…

środa, 21 sierpnia 2013 18:04

Niedawno spotkałam koleżankę z ławy szkolnej. Ne widziałyśmy się ponad 30 lat (aż dziw, że mnie poznała). Zaraz po szkole wyjechała do innego miasta. Skończyła studia biologiczne, wyszła za mąż, pracuje w firmie związanej z biologią właśnie. No takie spotkanie po latach trzeba było uczcić co najmniej kawą i dobrym ciachem:) W pewnym momencie rozmowa potoczyła się na tematy naszych pasji pozazawodowych. Okazało się, że moja znajoma posiada (jak dla mnie) niecodzienną pasję. Od wielu lat zajmuje się chiromancją. Studiuje ludzkie dłonie i na podstawie ich linii, kształtu, a nawet temperatury jest w stanie „odczytać” ludzkie losy, charakter, czy temperament. Na moje: „czyli wróżysz z ręki” – obruszyła się. Wyjaśniła mi, że nie o wróżby tu chodzi, a raczej o dziedzinę nauki usankcjonowaną w 1913 roku na kongresie psychologii eksperymentalnej w Paryżu. Wtedy to bowiem zaczęto traktować  chirologię jako naukę opartą na doświadczeniu i wiedzy pochodzącej z czasów starożytności.

 

O chiromancji czytałam nie jeden raz, ale co innego czytać, a co innego wysłuchać kogoś, kto pasjonuje się tą dziedziną nauki.  Nie obyło się oczywiście bez „czytania” moich dłoni  - obydwu, bo lewa mówi o cechach wrodzonych, a prawa – nabytych. Podchodzę z dystansem do takich różnych, no przynajmniej do czasu kiedy na własnej skórze się nie przekonam. I przekonałam się… Śmiesznie musiałam wyglądać z rozdziawioną gębą,  a do tego czułam, że z każdym kolejnym zdaniem wypowiadanym przez znajomą, rozdziawia się coraz bardziej:)

 

Nie wierzyłam własnym uszom.  O wielu rzeczach nie mogła wiedzieć, właściwie oprócz mnie nikt chyba nie wiedział, a tu proszę… Do tego „odkrywała” przede mną pewne cechy charakteru, czy też usposobienia, o których nie opowiada się wszem i wobec:) To nie mógł być przypadek, czy zwykłe zgadywanki, za dużo faktów, za dużo prawdy.  Na koniec zapytałam ją co wyczytała z mojej linii życia, ile czasu mi jeszcze zostało na szwendanie się po tym łez padole:) Roześmiała się, a potem wyjaśniła, że nie ma takiej opcji by z linii na dłoniach odczytać długość życia. Owszem,  linia życia świadczy o energii życiowej, o intensywności naszego życia, ale nie o jego długości.

 

Rozstałyśmy się, a ja wciąż nie dowierzałam, że  tylko na podstawie dłoni można aż tyle dowiedzieć się o drugim człowieku. Dotychczas byłam przekonana, że jedyne co można na ich podstawie wywnioskować to wiek człowieka, oraz rodzaj pracy jaką wykonywał/wykonuje (ręce spracowane albo delikatne, nieskalane pracą fizyczną). Oczywiście po powrocie do domu zaraz poczytałam tu i tam o tej całej chiromancji. Znalazłam  też rysunki z oznaczeniem linii na dłoniach:

 

00002.jpg

 

Pokrótce: - Linia głowy wskazuje przede wszystkim na stan pamięci, linia serca i stopień jej rozgałęzienia mówi o wrażliwości emocjonalnej człowieka, o uczuciach, a linia zdrowia świadczy o funkcjonowaniu przewodu pokarmowego i wątroby. Myślę, że nie sensu wypisywać tych wszystkich linii, pasów, wzgórków i pagórków:) Dużo tego w necie, kto chce, to znajdzie. Tyle, że sama wiedza o liniach niczego nam nie da, potrzeba do tego wielu lat studiów nad ludzką dłonią, cierpliwości oraz intuicji:

 

„Każdy odczyt  składa się z elementów dobrych i złych. W przedmiocie tak szerokim i złożonym jak chiromancja jest zbyt wiele czynników. Nie można ich interpretować nie mając dostatecznej wiedzy w tym temacie. Trzeba przestudiować wiele rąk zanim można będzie zaufać swojej umiejętności rozpoznania szczegółów. Powinno się pamiętać o ułożeniu wszystkich szczegółów w kompletny, spójny obraz, zanim przedstawi się interpretację.”



komentarze (91) | dodaj komentarz

Obłęd

sobota, 17 sierpnia 2013 20:34

Kilka dniTeatr 102.jpg temu pisałam o sąsiedzie, który ma (zdiagnozowane) problemy psychiczne i przez to utrudnia mi życie. Byłam przekonana, że skoro zabrali go do szpitala psychiatrycznego, to potrzymają go tam trochę, podleczą, wyciszą, a jak już wyjdzie ze szpitala, to jakiś czas będzie spokój. Nie będzie żadnych wizji i omamów. Niestety sąsiad już ze szpitala wrócił. Trzymali go tam niecały tydzień. O leczeniu jako takim nie mogło być w tej sytuacji mowy. Po prostu dostał tzw.  kroplówki odtruwające od alkoholu i to wszystko. Jak zobaczyłam, że już jest w domu skóra mi ścierpła. Gwoli sprawiedliwości dodam, że na razie jest spokój. Wprawdzie popijając na podwórku piwko z jakimś mężczyzną coś tam opowiadał i wskazywał okna mojego mieszkania, ale być może opowiadał na przykład, że ma fajnych sąsiadów:)

 

Moje perypetie z sąsiadem niejako sprowokowały mnie do przyjrzenia się bliżej kwestiom prawnych dot. leczenia osób chorych psychicznie. Lektura przepisów oraz ich interpretacja powaliła mnie na łopatki! Czy wiecie, że badanie, przyjęcie do szpitala psychiatrycznego i leczenie, wymaga zgody pacjenta wyrażonej na piśmie? I nieważne czy osoba jest w danym momencie poczytalna, czy też nie, jeśli nie wyrazi zgody nie ma mowy o żadnym leczeniu. Takie prawo zapewnia im miedzy innymi Europejski Trybunał Praw Człowieka (wyrok z dnia 27.03.2008 r. 44009/05.), który mówi, że choroba psychiczna nie oznacza automatycznie, ze chory jest osobą, która nie potrafi stanowić o sobie i decydować we własnych sprawach.

 

Nie jestem znawcą w tej materii, ale nie rozumiem dlaczego wszystkich wrzuca się „do jednego worka”? Wiele chorób, czy zaburzeń psychicznych (między innymi depresja, czy zmiany psychiczne związane z okresem przekwitania u kobiet) nie wyklucza człowieka ze stanowienia o sobie. Ale nie tylko te przypadki. Znam na przykład młodą kobietę, która wpadła w szał kiedy złamała sobie paznokieć. Inna dostała ataku histerii bo jej partner nie miał akurat ochoty na poranny ostry seks. Jeszcze inna skłóciła całą rodzinę swojego męża , bo uroiła sobie że kontakty z rodziną spowodują utratę kontroli nad  mężem, i tak dalej. Przykładów można mnożyć, ale po co? Każdy zapewne ma w swoim otoczeniu, czy rodzinie osoby, o których mówi się potocznie, że są zaburzone, albo że im odbiło. Tak… tego rodzaju sytuacje zdecydowanie nie wykluczają ze stanowienia o sobie. Niemniej warto byłoby się leczyć nie tylko ze względu na swój własny stan zdrowia, ale też najbliższych…

 

Ale w sytuacjach kiedy choroba psychiczna skutkuje popełnianiem wszelkiego rodzaju przestępstw kryminalnych, czy nawet zaburza zwykłe zasady współżycia społecznego to wyrok trybunału można o d* otrzaskać. Niestety on obowiązuje i stanowi prawo! I między innymi dlatego mój sąsiad może bezkarnie wyczyniać na co mu tylko przyjdzie ochota. On ma swoje prawa, my niestety nie… Może więc ten cholerny trybunał ustanowi takie prawo, które pozwoli mi się obronić przed chorymi wizjami sąsiada, ale nie tylko tego akurat sąsiada, bo przecież ludzi z dużymi problemami psychicznymi jest coraz więcej.

 

Z tegorocznej publikacji Instytutu Psychiatrii i Neurologii na temat kondycji psychicznej mieszkańców Polski w wieku od 18 do 64 lat wynika, że prawie 8 milionów (!?) ludzi boryka się z mniejszymi lub większymi zaburzeniami psychicznymi. Sytuacja jest katastrofalna. Z jednej strony przybywa chorych, a z drugiej od wielu lat obserwowany jest deficyt kadr i środków w psychiatrycznej opiece zdrowotnej. I choć wszelkie dane na ten temat są alarmujące nikt z tym nic nie robi, a nasze społeczeństwo pomału popada w obłęd…



komentarze (40) | dodaj komentarz

Nońcia, cygańska Sendlerowa

czwartek, 15 sierpnia 2013 11:34

Jakże często okazuje się, że gdzieś za ścianą, na tej samej ulicy, czy dzielnicy mieszka ktoś kogo bez żadnych wątpliwości można nazwać bohaterem. Cyganka Alfreda Markowska (zwana przez rodaków Nońcią), mieszkająca dwie ulice dalej, taką właśnie bohaterką jest. I dlatego postanowiłam napisać o niej kilka słów. Ubolewam jedynie, że nie mogłam spotkać się z nią osobiście. Z tego co powiedzieli mi Cyganie na tzw. gorzowskim „Kwadracie” nie przyjmuje już gości. Jest wiekowa, schorowana i pamięć już nie ta…. Nie ma co się dziwić skoro w maju skończyła 87 lat. Nońcia jest pierwszą Cyganką, która została odznaczona Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. W czasie wojny ocaliła od śmierci kilkadziesiąt dzieci pochodzenia romskiego i żydowskiego. Skojarzenie nasuwa się samo - Markowska to taka cygańska Sendlerowa… Tyle, że Sendlerowa, która uratowała w czasie wojny dwa i pół tysiąca żydowskich dzieci, prowadziła dla każdego z nich notatki, żeby po wojnie mogło znaleźć swoich rodziców lub krewnych, a Markowska jak większość ówczesnych Romów, była niepiśmienna. Po wojnie o swoich przeżyciach prawie nie mówiła. Po prostu nie czuła, że zrobiła coś wyjątkowego.

 

Alfreda Markowska urodziła się w 1926 roku, w wędrownym taborze cygańskim, w okolicach Stanisławowa. Kiedy wybuchła wojna jej tabor uciekając przed czerwonoarmistami, przemieszczał się na tereny okupowanej przez Niemcy hitlerowskie Polski. Ale nawet nocując w lesie z dala od zamieszkałych miasteczek i wiosek  musieli być bardzo ostrożni. Przecież Cyganie, podobnie jak Żydzi, mieli przestać istnieć. Po lasach krążyły oddziały żołnierzy, które - jeśli znalazły tabor - mordowały wszystkich jego członków.

 

Jest rok 1941. Tabor Alfredy ostatni swój postój znajduje w lesie niedaleko Białej Podlaskiej. Nońcia, wówczas15-letnia dziewczyna bierze talię kart i idzie na obchód najbliższych wiosek, by powróżyć i zorganizować coś do jedzenia. Kiedy wraca wieczorem do schowanego w lesie taboru, drogę zabiega jej kobieta, która krzyczy: „Nie możesz tam iść, zabiją cię!”. Tę noc Alfreda spędza schowana w stodole. Słyszy strzały...


Do miejsca, gdzie zostawiła tabor, dociera następnego dnia. Po kolorowych wozach zostały zgliszcza. Ziemia jest czerwona od krwi. Jej rodzina - rodzice, rodzeństwo i dalsi krewni, w sumie 80 osób - została zamordowana przez nazistów!

 

Po tych tragicznych przeżyciach Alfreda próbowała ułożyć sobie życie na nowo. W wieku 16 lat wyszła za mąż i osiedliła się w Rozwadowie (dziś dzielnica Stalowej Woli). Jednak wkrótce wraz z małżonkiem trafiła do getta w Lublinie, skąd zostali wywiezieni do getta w Łodzi, a potem w Bełżcu. Obojgu cudem udało się stamtąd uciec. Powrócili do Rozwadowa. Tam „zatrudnili się” na kolei. Tamtejsi Cyganie dogadali się z Niemcami, dali im łapówę i dostali papiery, że są pracownikami kolei. Wtedy takie papiery ratowały życie.

 

Alfreda Markowska jeździła po wsiach wróżyć z kart, a kiedy tylko dowiadywała się o pogromie Niemców w jakieś wsi, czy miasteczku, jechała szukać, czy nie ocalały z niego jakieś dzieci. I nieważne było dla niej, czy to dzieci romskie, czy żydowskie. Wszystkie ratowała z jednakowym poświęceniem. Wyrabiała im fałszywe dokumenty, chowała „pod spódnicą”, w pierzynach, specjalnych kryjówkach. Kiedy była taka możliwość oddawała je rodzicom. W ten sposób przeżyło ponad pięćdziesięcioro dzieci.

 

Jeden z nich,niedawno zmarły  ponad 70-letni rzeźbiarz Karol Parno Gierliński mówił że Nońcia urodziła go po raz drugi.

„Pociąg do Auschwitz. W nim - Cyganie, wśród nich - mały chłopiec z matką. Pociąg staje po drodze. Robotnicy wyrzucają trupy. W tym czasie Niemcy pozwalają podać transportowanym trochę wody. Chłopiec z rąk matki potajemnie wędruje w ręce młodej dziewczyny opatulonej chustą. Trwa to dosłownie kilka sekund. Dziewczyna chowa się z nim pod pociągiem i okrężną drogą niesie malca do obozu cygańskiego, który ulokował się w barakach tuż przy stacji w Rozwadowie.”

 

Zaraz po wojnie Nońcia i jej mąż  ruszyli taborem na Ziemie Odzyskane, by ostatecznie osiąść w Gorzowie Wlkp.

 

Siedemnastego  października 2006 roku odbyła się rzecz bez precedensu, bowiem Nońcia, jako pierwsza w historii Cyganka została odznaczona Krzyżem Komandorskim z Gwiazdą Orderu Odrodzenia Polski. Uroczystość odbyła się  w Pałacu Prezydenckim w Warszawie.

Śp. Prezydent Lech Kaczyński osobiście dziękował Pani Alfredzie wyrażając podziw dla niezwykłego bohaterstwa romskiej kobiety, słowami :

(...)Jeżeli dziś istnieje naród żydowski, w tym wielu Żydów pochodzących z naszego kraju, a także pewna ilość Polaków żydowskiego pochodzenia, którzy dziś w Polsce mieszkają; jeżeli istnieje naród romski i znaczna jego część,(…) zamieszkuje w Polsce, to dlatego, że byli tacy ludzie, jak Pani. I takim ludziom jak Pani właśnie należy się szacunek, podziw. I dla takich ludzi wymyślona została instytucja orderów, szczególnie jednego z najwyższych odznaczeń naszego kraju, jakim jest Krzyż Komandorski z Gwiazdą. Wtedy za ratowanie życia nie groziło więzienie, nie groziło zesłanie. Za to groziła śmierć i to często śmierć męczeńska. Dziękuję bardzo.”

 

I ja dziękuję… I cieszę się bardzo, że w moim mieście, po sąsiedzku mieszka tak niezwykła kobieta.

 

Źródła: WO, zasłyszane od gorzowskich Cyganów, zdjęcie z zasobów Internetu

 

markowska-alfreda_960.jpg



komentarze (27) | dodaj komentarz

Leki z darmowej apteki. Moc liści jabłoni

wtorek, 13 sierpnia 2013 17:15

Wprawdzie lato w pełni, ale warto już pomyśleć o jesiennej chlapie, chłodnych porankach i wieczorach. Każdego roku (no prawie każdego) w tym okresie większość z nas dopadają jakieś paskudne przeziębienia, infekcje, grypy i grypopochodne. Jak już nam nieźle dokuczy, biegniemy do lekarza po receptę na leki, które mają złagodzić nasze choróbsko. Zostawiamy w aptece całkiem spory grosz bez najmniejszej gwarancji, że zakupione leki pomogą. A przecież teraz jest świetna pora by samemu przygotować sobie specyfiki na jesienne niedomagania i to zupełnie za darmo. Naprawdę:)

 

Dlaczego wybrałam taki właśnie temat? Ano dlatego, że tylko do końca sierpnia można zbierać liście jabłoni, które będą jak znalazł na wszelkiego rodzaju przeziębienia, ale nie tylko. Nie wiem czy wiecie, że liście jabłoni to skuteczny domowy antybiotyk. Zresztą działa podobnie jak kwiaty lipy. Pomaga wypocić chorobę i obniżyć gorączkę. Co takiego zaczarowanego mają w sobie liście jabłoni, że dawno, dawno temu człowiek zaczął traktować je jak lekarstwo?

 

Przede wszystkim (i tu trochę egzotycznych, zupełnie dla mnie niezrozumiałych określeń) są doskonałym surowcem fenolokwasowym i flawonoidowym. Zawierają rutynę, kwercytrynę, florydzynę, floretynę, naryngeninę; kwas galusowy, katechowy, chlorogenowy, kawowy; leukoantocyjanidyny; garbniki; glikozydy fenolowe.

 

No dobra, dość już tych różnych dziwnych nazw składników. W każdym razie to już ostatni dzwonek by zasilić domową apteczkę. Wybieramy więc zdrowe drzewo jabłoni, zrywamy liście, a potem suszymy, podobnie jak wszystkie zioła, w przewiewnym oraz ciemnym pomieszczeniu.

 

A teraz kolejny zawrót głowy i nie dotyczy on nazwy składników, a działania naparu z liści jabłoni:) Kto by pomyślał, że napar działa przeciwzapalnie, ściągająco, krwiotamująco (hamuje nadmierne krwawienia miesiączkowe); moczopędnie; przeciwbiegunkowo, łagodzi stany alergiczne. Ale to nie wszystko. Napar nadaje się również do przemywania skóry łojotokowej, trądzikowej i skłonnej do wyprysków. W odwarze z liści można też płukać włosy tłuste i bez połysku, z łupieżem tłustym. A kiedy podłapiemy jakąś paskudną infekcję dróg moczowych (niedawno i mnie dopadła), napar z liści jabłoni można, a nawet trzeba stosować do nasiadówek. Można też nim robić okłady na podrażnione oczy (np. od komputera), łzawiące, z zapaleniem spojówek oraz przemywać rany, odleżyny i owrzodzenia.

 

Jakby tego było mało, liście jabłoni świetnie sprawdzają w mieszankach z różnymi kwiatami, które mają właściwości lecznicze oraz z herbatą zieloną.

 

Myślę, że dostatecznie zachęciłam Czytelników do zrywania liści jabłoni. A jak sobie przygotować takie domowe lekarstwo?

 

Gdy dopadnie nas choróbsko, 1 łyżkę rozdrobnionych suszonych liści jabłoni zaparzyć w 1 szklance wrzącej wody; pić 1-2 razy dziennie lub częściej. Można również przygotować odwar gotując liście około 5 minut na małym ogniu. Podobno pomaga przy przeroście gruczołu krokowego i zapaleniu przydatków u kobiet.

 

Jestem przekonana, że gdyby Ewa z Raju znała właściwości liści jabłoni nie namawiałaby Adasia do skonsumowania jabłka. Raczej zerwałaby liście na jakiś odwar na prostatę, czy cóś:))) A wtedy historia ludzkości potoczyłaby się zupełnie inaczej…

 

Jabłon.jpg



komentarze (22) | dodaj komentarz

Trudno żyć kiedy za sąsiada ma się wariata...

sobota, 10 sierpnia 2013 10:38

Czy mschizofreniaa.jpgożna się uchronić przed wizjami osoby chorej psychicznie, zwłaszcza kiedy te wizje dotyczą nas osobiście i utrudniają życie? Można, ale nie jest to takie proste….

 

O tym, że dobrze mieć sąsiada, śpiewały kiedyś Alibabki. Piosenka roztaczała wizje sąsiada, co to na wiosnę się uśmiecha,  a jesienią zagada. Jeszcze było coś o pomocy przy węglu i koksie i takie tam inne pozytywy wynikające z sąsiedztwa.

 

Ja mam tylko jednych sąsiadów mieszkających piętro niżej i słowa owej piosenki pasują do moich sąsiadów, jak wół do karety. Moi sąsiedzi to dwoje ciut starszych ode mnie ludzi – brat z siostrą plus pies (do niedawna dwa psy). Oboje nie pracują. Ona choruje na stwardnienie rozsiane, a on to stary kryminalista z tzw. żółtymi papierami, a do tego alkoholik. Nasze mieszkania są bardzo akustyczne, więc każdą głośniejszą rozmowę słychać tak wyraźnie, jakby odbywała się pod otwartym na oścież oknem. A rozmawiają od wczesnego ranka, a właściwie przekrzykują się. On co jakiś czas za różne bójki i awantury wędruje do aresztu, a stamtąd do psychiatryka, a ona powtarza, że nareszcie ma spokój, a po kilku dniach próbuje go stamtąd wyciągnąć. I wyciąga, bo potrzebuje pomocy przy codziennych czynnościach i twierdzi, że on jej tę pomoc zapewnia. I tak w kółko…

 

Dziwne to wszystko, i dla mnie niezrozumiałe, ale trudno zrozumieć życie w patologii ze wszystkimi konsekwencjami. Życie tych ludzi to dobry materiał na pracę magisterską o patologiach i uzależnieniu.

 

Ale teraz przechodzę do meritum sprawy. Po powrocie z urlopu zauważyłam, że sąsiadki nie ma, za to sąsiad rozkręcał się na całego. Całymi dniami głośno gadał do siebie, odgrażał się, krzyczał. Puściłabym to mimo uszu, gdyby nie to, że to odgrażanie dotyczyło mojego mieszkania. Według niego wynajmuję mieszkanie bandytom, którzy założyli podsłuchy, monitoring i zasieki oraz posiadają arsenał broni. Wszystko w celu zlikwidowania go. Zaczęłam się denerwować… tym bardziej, że do południa zięć i ja jesteśmy w pracy, a córka i moja 10 miesięczna wnusią są w domu same.

 

Po kilku dniach, tuż przed godziną 22 dzwonek do drzwi. Policja! Mówią, że na interwencję sąsiada muszą sprawdzić, kto tu mieszka i czy nie mamy broni. Sprawdzili. Próbowałam wytłumaczyć, że sąsiad jest niespełna rozumu, ale powiedzieli, że to nie ich sporawa. Dostali zgłoszenie, więc muszą sprawdzić. Następnego dnia córka zadzwoniła z samego rana do mnie do pracy i powiedziała, że właśnie w naszym mieszkaniu znów była policja. Znów „musieli” sprawdzić. A potem kolejny raz… Byłam wściekła. Czy naprawdę policjanci nie widzieli, że ten człowiek ma problemy psychiczne? Co tu robić…?

 

Zaczęłam od ustalenia gdzie przebywa jego siostra. W administracji budynków mieli do niej numer telefonu. Okazało się, że przebywa w szpitalu. Została poinformowana o tym co wyprawia jej brat i następnego dnia w towarzystwie pracownika socjalnego wróciła do domu. Dlaczego nie sama? Ano podobno bała się co też w domu zastanie.

 

Znów słychać było kłótnie. Córka wychodziła z dzieckiem na spacer, a sąsiadka powiedziała jej, że za kilka dni idzie do szpitala na dłuższą rehabilitację. Dodała jeszcze, że nam współczuje, a potem powiedziała coś co nas zmroziło. Sąsiad odgraża się, że wyp* …łby chałupę z bandytami w powietrze, ale wie, że tam jest małe dziecko. Poczułam realny strach. Przecież w swoim amoku może zapomnieć, że jest małe dziecko.

 

Każdemu mojemu wyjściu do pracy towarzyszył stres i niepokój. Ktoś podpowiedział mi, że w tej sytuacji powinnam umówić się na rozmowę z dzielnicowym, albo zgłosić na policji złośliwe nękanie przez sąsiada, oraz przez… policję. Przecież nie może tak być, że we własnym mieszkaniu żyje się w strachu przed sąsiadem wariatem, a przy tym narażonym się jest na wizyty policji o różnych porach dniach. Dwa dni zajęło mi ustalenie do kogo powinnam się zwrócić o pomoc. Nasz dzielnicowy umył ręce. Powiedział, że nie jest już naszym dzielnicowym, a nowego nie wyznaczyli, więc nie wie do kogo mnie pokierować. Natomiast na policji odsyłali mnie z komendy - na posterunek, a potem znów na inną komendę. I tak w kółko. Przy tym podczas licznych rozmów z policjantami dowiedziałam się, że mogę nadal spodziewać się wizyt policji. Jeśli bowiem sąsiad znów zadzwoni oni mają obowiązek sprawdzić jego wersję. Czułam się bezradna…

 

Na koniec udało mi się porozmawiać z policjantką, która naprawdę chciała mi pomóc. Opowiedziałam jej wszystko, a ta powiedziała, że ustali co w tej sytuacji powinnam zrobić i oddzwoni do mnie. Oddzwoniła. Umówiła mnie z oficerem dyżurnym na posterunku, na który nota bene kilka razy dzwoniłam, a z którego odsyłali mnie do komendy. I tym sposobem po dwóch dniach poszukiwań udało mi się zgłosić oficjalnie swoją sprawę. Przesłuchująca mnie policjantka powiedziała, że sąsiad zostanie ukarany za złośliwe nękanie, wręczyła mi kartkę z informacją jakie prawa przysługują pokrzywdzonej (czyli mnie) i obiecała zgłosić sprawę na komendzie, z której wysyłają patrole, żeby nikt mnie już nie nachodził.

 

Ulżyło mi, ale jednak nadal byłam w strachu. Bałam się chwili kiedy sąsiadka pójdzie do szpitala, a on pozostanie bez żadnej kontroli. Przecież ukaranie go nie jest równoznaczne z tym, że jego omamy przejdą jak ręką odjął, prawda?

 

W środku mijającego tygodnia, wracając z pracy zobaczyłam niedaleko domu samochód policyjny. Ucieszyłam się, że w końcu coś się w mojej sprawie ruszyło. Faktycznie, policja złożyła wizytę sąsiadowi. Było słychać jak opowiada policji o bandytach i broni, o tym że do mojego mieszkania prowadzi kilka podziemnych ukrytych wejść przez które przemieszczają się bandyci. I że on się boi, że go zabiją. Po jakiejś godzinie przyjechała sanitarka z trzema sanitariuszami. A jeszcze potem przyjechał ktoś ze schroniska dla zwierząt i zabrał psa. Zaraz potem wsadzili sąsiada do karetki i zawieźli do wariatkowa. Następnego dnia dowiedziałam się, że stało się to wszystko za sprawą sąsiadki. Zaraz po przyjęciu do szpitala zadzwoniła w kilka miejsc, wyjaśniła, że jej brat jest niebezpieczny dla siebie i innych, że odgrażał się co nam zrobi. A ponieważ w szpitalu psychiatrycznym przebywał nie jeden raz, jego groźby zostały uznane za realne do spełnienia.

 

Nareszcie mogę spać spokojnie. Oczywiście tylko do czasu aż go wypuszczą…



komentarze (40) | dodaj komentarz

Nie mogą, czy nie chcą?

środa, 07 sierpnia 2013 19:48

Któż z1029226.3.jpg nas nie ma, lub nie miał w swoim życiu (choćby przejściowych) kłopotów finansowych ręka do góry! Nie widzę (no prawie nie widzę)…

 

Z własnego doświadczenia wiem, że najwięcej z domowego budżetu pożerają wszelkiego rodzaju comiesięczne tzw. stałe opłaty. A to czynsz, a to prąd, a to gaz, a to inne zobowiązania. Po każdej wypłacie najpierw reguluję należności, a z tego co zostanie muszę przeżyć miesiąc, choć nieźle trzeba się nagłowić żeby starczyło. No przynajmniej ja tak mam, ale myślę, że podobnie żyje wielu tzw. Kowalskich. Na szczęście mam pracę, więc jest z czego swoje zobowiązania spłacać. A co mają powiedzieć ci, którzy z rożnych względów nie pracują, albo pracują, a mimo wszystko nie są w stanie spłacać swoich zobowiązań? Nie płacą, a więc spirala zadłużenia rośnie, i rośnie… To znaczy płacą przeważnie za prąd, czy też gaz (w innym przypadku przyjedzie ekipa i odłączy, albo zakręci) , ale za czynsz już niekoniecznie.

 

I właśnie takim zadłużonym lokatorom wyszedł naprzeciw nasz Zakład Gospodarki Mieszkaniowej, wprowadzając program "świadczeń wzajemnych".

Sprawa wydaje się prosta. Masz zadłużone mieszkanie i nie chcesz z założonymi rękami czekać na eksmisję? Możesz swój dług odpracować! I nie potrzeba do tego jakiś szczególnych kwalifikacji, bo do grabienia liści, sprzątania budynków i podwórek, albo odśnieżania, wystarczy umiejętność trzymania w ręce grabi, miotły i łopaty. A pracując, zadłużeni lokatorzy mogliby zarabiać pieniądze, które na podstawie aneksu lub porozumienia pokrywałyby ich długi z tytułu najmu lokalu.

 

Kiedy po raz pierwszy przeczytałam o możliwości odpracowania zadłużeń za mieszkanie, pomyślałam sobie, że to fajna sprawa. Różnie w życiu się plecie, raz na wozie, raz pod wozem… Dokładnie wiem ile stresu i zgryzoty „kosztuje” świadomość tzw. bycia pod ścianą. Nie ma możliwości zrobienia kroku do przodu, zawsze tylko kroki w tył. Beznadzieja… Byłam przekonana, że ZGM nie opędzi się od chętnych do odpracowania swoich długów.

 

Naiwna, oj naiwna!

Czytam, że jak na razie żaden z dłużników nie zgłosił się z zamiarem zamienienia długów na pracę(!?) Czyli co? Nie zależy im na zatrzymaniu mieszkania? I gdzie pójdą mieszkać, pod most? Wszak skończył się czas cackania z dłużnikami. Nie płacisz, wynocha! To nie żadne groźby, to czysty realizm. Nie dalej jak kilka dni temu miasto przeprowadziło 11 eksmisji z lokali, które były zadłużone na ponad 470 tysięcy! W sumie problem zadłużenia w moim mieście dotyka około trzech tysięcy najemców lokali komunalnych, którzy winni są miastu 40 milionów złotych!!!

 

Nie rozumiem, naprawdę nie rozumiem ludzi, którym idzie się na rękę, w pewien sposób próbuje pomóc, a oni tę pomoc mają gdzieś. A potem, dzień lub dwa przed planowaną eksmisją lecą do lokalnych mediów i opowiadają o swoje trudnej sytuacji materialnej i o bezduszności władz miasta.

 

Na koniec dodam jeszcze, że znam kilka rodzin mieszkających na mojej dzielnicy, które naprawdę są w trudnej sytuacji finansowej. Jednak nie dopuszczają do siebie widma eksmisji Chodzą do ZGM-u, dogadują się, zobowiązuję się do spłaty zadłużenia choćby po 50 złotych miesięcznie, a ZGM godzi się na to! Poza tym dla takich ludzi przewidziana jest pomoc w postaci dofinansowania do czynszu, albo pomoc z opieki społecznej. Wiem, bo czasami pomagam pisać takie wnioski o udzielenie pomocy. Czyli można…

 

Wychodzi na to, że ci co nie płacą, po prostu nie chcą płacić, licząc że jakoś to będzie… No nie będzie. Im prędzej sobie to uzmysłowią tym lepiej dla nich i ich rodzin!



komentarze (18) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 24 sierpnia 2017