Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 264 285 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
  0102030405
06070809101112
13141516171819
20212223242526
27282930   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5156267
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32249
Bloog istnieje od: 2781 dni

Horoskop

Wodnik

Dzisiaj możesz liczyć na przychylność gwiazd. Zapowiada się, że twój trudny czas kończy się i wszystko zaczniesz od początku.

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Taki dziwny dom

czwartek, 30 września 2010 6:02
 

Podczas naszej ostaniej wycieczki szlakiem polsko - niemieckiej granicy wersalskiej zatrzymaliśmy się na chwilę w okolicach Trzciela w woj. lubuskim, a dokładnie w miejscowość Rybojady. Znajdują się tam, ukryte głęboko w lesie, pozostałości stałego punktu umocnionego „trzcielskiej pozycji". Niewiele było tego rodzaju obiektów na byłej granicy polsko-niemieckiej. Ich budowy zabraniały bowiem postanowienia Traktatu Wersalskiego. W tym przypadku Niemcy ominęli drastyczne restrykcje.

 

W budynek mieszkalny wmontowano ceglano-żelbetowe stanowisko ckm-u z kierunkiem obstrzału na przeprawę mostową na rzece Obrze. Ścięty dach nad stanowiskiem doskonale imitował sklepienie budynku mieszkalnego. Całość była pokryta klinkierową dachówką, na której można odczytać napis „Sturm -1937-1837". Na tej podstawie uznano, że budowę obiektu rozpoczęto w 1937 roku. Po wojnie ze ściany czołowej stanowiska wymontowano płytę pancerną. Budynek mieszkalny posiadał piwnice. Świadczą o tym żelbetowe podmurówki i pozostałości schodów.

 

Po raz pierwszy w życiu widziałam taką budowlę. Czytając materiały przygotowane przez organizatorów wycieczki nie mogłam sobie jakoś wyobrazić, jak może wyglądać bunkier wmurowany w dom mieszkalny. Nigdy bym nie przypuszczała, że taki dom w lesie może mieć znaczenie militarne. Ot, jakiś sobie dom...

Zresztą zobaczcie sami:)





 

*Przy pisaniu tej notki korzystałam z materiałów przygotowanych przez organizatorów wycieczki.



komentarze (20) | dodaj komentarz

Łeb na karku

środa, 29 września 2010 9:14

 

Chłopak mojej córki lubi krzątać się w kuchni (ta, to ma dobrze:-|). Jak tylko ma chwilę wolnego czasu pichci jakieś wynalazki, dodam, że bardzo smaczne wynalazki. Ostatnio przyniósł piękną, grubą na pół palca słoninkę i zrobił z niej prawdziwie polski, tradycyjny smalec ze skwarkami, cebulką, majerankiem i jabłuszkiem. Wyszedł mu palce lizać! I właśnie ten smalec przypomniał mi letnie wypady z przyjaciółmi.

 

Jeździliśmy między innymi na różne jarmarki, festyny, turnieje rycerskie, czy też rekonstrukcje bitew. Przeważnie wyjeżdżaliśmy rano, a wracaliśmy wieczorem. Popasy na posiłek robiliśmy zawsze w jakimś urokliwym miejscu na trasie podróży. Jedliśmy to, co każdy zabrał z domu i niby byliśmy najedzeni... Ale każdy, kto był choć raz na festynie albo jarmarku wie, że dochodzące ze stoisk gastronomicznych zapachy mogą nieźle namieszać...na podniebieniu. A to zapach mięska, a to gotowanej kukurydzy, smażonej cebulki, ogórków małosolnych, świeżego chleba, domowego ciasta i tak dalej i tak dalej. Takie zapachy dobrze świadczą o organizatorach. Jest coś dla oka, niechaj będzie i coś dla brzucha:-)

 

I niby wszystko jest w porządku, oprócz ... cen. Te zdecydowanie odbiegają od zdrowego rozsądku i nie pachną tak smakowicie jak potrawy. Ja rozumiem, że każdy musi wkalkulować w cenę - oczywiście oprócz produktów, z których wykonana jest potrawa - opłatę za miejsce na festynie, czy też transport. Ale czy nie uważacie, że zapłacenie ... 13 złotych (!) za pajdę chleba ze smalcem z cebulką i skwarkami plus ogórek to przegięcie? Ja wiem, zawsze przecież można nie kupować, wolny wybór, ale te zapachy...

No więc, jedząc w domu pajdę chleba ze smakowitym smalcem i kiszonym ogóreczkiem, pomyślałam sobie, że niektórzy to mają łeb na karku, bo nawet mnie, mającej problemy z liczeniem :-] wychodzi, że sprzedający te specjały naliczają sobie kosmiczną marżę.

 

A to mięsko, wypisane jako odrębna pozycja, to nic innego jak skwarki ze smalcu:-%



komentarze (18) | dodaj komentarz

Lotto, czy tylko dobra zabawa?

wtorek, 28 września 2010 9:51
 

Wczoraj byłam u dentysty. Nie poszłabym, bo choróbsko nieźle mnie zmogło, ale miałam wyznaczony termin. Termin święta rzecz, trzeba było pójść. Dzięki Bogu, a właściwie dentystce sprawa z bolącym zębem zakończyła się pomyślnie. Z tej okazji zafundowałam sobie długi spacer. I nawet deszcz mi nie przeszkadzał. Pokonując trasę od dentysty do domu minęłam kolekturę Lotto. Ooo już słyszę Wasze gadania - a ta znowu o losach! A o czym ma być, jak moje życie towarzyskie od piątku zamarło? :-(Jestem nosicielem zarazków przeziębieniowych i jako odpowiedzialna jednostka, unikam kontaktów towarzyskich. Nawet dentystkę uprzedziłam, ale ta niebojąca była.

 

No więc powracając do tej kolektury. Weszłam. Stanęłam w kolejce i czekam. Odezwie się we mnie żyłka hazardzistki, czy nie odezwie? Odezwała. Kupiłam jednego losika za 1 zł. Stanęłam z boku i zdrapuję z nadzieją, że ukażą trzy identyczne symbole. Nie ukazały się. W tak zwanym międzyczasie usłyszałam sygnał sms-a. Wyciągnęłam telefon i zaczęłam odczytywać. Druk mały, a okulary w domu. Może coś bardzo ważnego? . Tuż obok stała para młodych ludzi, takich około 30-ki, miała kilka losów i też zdrapywała. A  niech tam...Poprosiłam, żeby mi odczytali. Sms okazał się jednym z tych, które informują o nowych usługach. Nic ważnego. Podziękowałam, wytłumaczyłam się z braku okularów, a potem zapytałam coś w stylu - czy udało się im już kiedyś coś wygrać i czy często kupują losy. Młodzi ludzie odpowiadali mi, a jednocześnie jakby się tłumaczyli. Że często kupują losy tak dla hecy, że to jest tylko taka zabawa i że właściwie nie liczą na jakąś wygraną. Szczerze mówiąc, a właściwie pisząc to trochę mnie to zdenerwowało. Bo sami powiedzcie od kiedy chodzi się do kolektury Lotto w poszukiwaniu świetnej zabawy? Rozumiem dyskoteka, jakiś koncert, kino, ewentualnie teatr, to dopiero jest zabawa. Ale kolektura?

 

Dlatego też, trochę z przekory wypaliłam - a ja w ubiegłym tygodniu wygrałam tutaj 150 zł! To nic, że dodałam jedno zero. Zawsze 150 brzmi ładniej niż 15, prawda :-D]:-> Po tej mojej informacji młodzi zamilkli. Jednak po chwili zaczęli dopytywać o szczegóły zakupu, czyli jak się los nazywał i ile kosztował. No to powiedziałam, że złotówkę i Fiesta się nazywał. I wtedy zaczęła się między nimi rozmowa, która nic wspólnego z zabawą nie miała. Zaczęli się kłócić - „mówiłem ci, że można kupić za złotówkę i też wygrać! To ty mówiłeś żeby kupować po 2 zł, widzisz ludzie wygrywają, a ty jakoś nie możesz wyciągnąć wygranego losa, sam sobie wyciągaj... „


No cóż, zabawa na całego! Wyszłam. Po drodze zastanawiałam się, dlaczego ludziom tak trudno przychodzi przyznać się, że traktują serio grę w Wielkiej Orkiestrze Cymbalistów. Czy to jakaś ujma? Przecież czasami ktoś z tej Orkiestry wygrywa, prawda?

 

 

 



komentarze (24) | dodaj komentarz

Sen o liściach

poniedziałek, 27 września 2010 15:49

 

Kilka dni temu przyśniły mi się liście. Były pomarszczone i tak suche, że jak wzięłam je w ręce, to kruszyły się na pył. Nie jestem jakąś zwolenniczką zaglądania za każdym razem do sennika, ale tym razem zajrzałam. Może dlatego, że był to pierwszy taki mój sen? Przeczytałam:


Opadłe zeschnięte liście
- przemijanie, utrata czegoś, w marzeniu sennym mogą odnosić się do czegoś, co utraciliśmy i zlekceważyliśmy, odczuwamy z tego powodu smutek i melancholię.

No i teraz bądź tu człowieku mądry i zgaduj o co może chodzić. Przecież te uczucia towarzyszą chyba każdemu, niekoniecznie po śnie z liśćmi. Ech...te senniki.

 

Ps. I nie wiem dlaczego „prześladuje" mnie dzisiaj refren piosenki Elżbiety Adamiak "Jesienna zaduma"

 

Rzeczywiście tak jak księżyc, ludzie znają mnie tylko z jednej
Jesiennej strony.

 

Ale się naszukałam tej fotki. Zrobiłam ją dość dawno i wrzuciłam nie do tego pliku co powinnam

 



komentarze (9) | dodaj komentarz

Nie wszystkie marzenia powinny się spełnić

niedziela, 26 września 2010 14:52
 

 Od jakiś dwóch lat składając komuś życzenia na okoliczność różnych okazji nie wypowiadam słów „spełnienia marzeń najskrytszych".

Nawet jak słyszę, że wypowiada je ktoś inny szybko myślę sobie - skuś baba na dziada, niech się nie spełnią. Jestem wredna? Nie, to nie wredność, a przezorność i chęć ochronienia solenizanta od nadciągającej fali nieszczęść.


Każdy kto ma przyjaciółkę, zna jej marzenia, nawet te najskrytsze. Moja przyjaciółka, od kiedy pamiętam zawsze miała dwa marzenia. Pierwsze, to większy biust. Odkryłam to kiedyś w szkole na lekcji W-F. Biegaliśmy po sali gimnastycznej, wykonując jednocześnie różne ćwiczenia zadane przez pana i wtedy stało  się nieszczęście. Mojej przyjaciółce, której wszystkie zazdrościłyśmy biustu w rozmiarze jeden i pół, wypadła z biustonosza... skarpetka! Nie będę pisać co było dalej, w każdym bądź razie już do końca szkoły miała ksywę skarpeta. Później biust urósł, ale nigdy nie była z niego tak do końca zadowolona. Wprawdzie teraz w epoce sylikonów mogłaby spełnić swoje marzenie, ale dawno już machnęła na to ręką. Drugim marzeniem był przystojny, dobry mąż i te marzenie spełniło się w stu procentach.

 

Okazuje się, że ponad dwa lata temu przybyło jej jeszcze jedno, czyli trzecie marzenie. I ono właśnie nie powinno się spełnić. A było to tak. Zadzwoniła do niej przedstawicielka pewnej firmy zapraszając na prezentację swojego produktu, którym była lampa lecznicza plus materac leczniczy. Każdy z potencjalnych klientów miał otrzymać upominek w postaci ręcznika frote o wymiarach takich mnie więcej niemowlęcych. A ponieważ przyplątało się do niej w ostatnim czasie kilka dolegliwości poszła na prezentację ze zwykłej ciekawości. Wróciła zachwycona i od tego dnia o niczym innym nie myślała jak o tym, by zostać właścicielką lampy leczniczej i materaca. Czemu nie kupiła sobie tego na prezentacji? Bo lampa kosztowała 2.500 zł, a wydać lekką ręką taką kwotę to przynajmniej miesiąc tłumaczenia się przed mężem.

 

Krótko po swoich imieninach (wtedy to padły te nieszczęsne życzenia „spełnienia...") postanowiła stać się posiadaczką wymarzonego zestawu. Napisała do firmy, firma przysłała umowę, ona zapłaciła i wysłała do firmy podpisaną umowę wraz z fakturą, a na koniec przyszła paczka. Zachwycona zadzwoniła do mnie z prośbą bym przyszła obejrzeć to cudeńko. Poszłam, obejrzałam. Lampa, jak lampa, przypominała trochę lutownicę. Materac nawet całkiem, ale bardziej pasowałaby nazwa - trochę grubszy kocyk. Najbardziej z całego zestawu podobała mi się... torba, w którą zapakowany był towar. Przyjaciółka przez ponad godzinę snuła plany co do poprawy swojego stanu zdrowia i urody dzięki światełku, które leczy. Słuchałam cierpliwie i podziwiałam jej wiarę w ten wynalazek.

 

Po miesiącu zadzwoniła z prośbą bym wpadła na kawę. Poszłam. Z nietęgą miną zaczęła opowiadać, że to światełko to chyba na nią nie działa, bo rozstępy nie chcą zniknąć, zmarszczki też, ze spaniem dalej ma problemy, a kamienie żółciowe nic a nic się nie zmniejszyły. Jednym słowem, światełko dla niej się nie nadaje i najlepiej byłoby je zwrócić firmie. Przeczytałyśmy uważnie umowę sprzedaży i okazało to się możliwe. W uzasadnionych przypadkach klient mógł zestaw zwrócić. Wprawdzie nie były wyszczególnione te uzasadnione przypadki, ale uznałyśmy, że przypadek mojej przyjaciółki jest jak najbardziej uzasadniony. I tu zaczęła się jej droga przez mękę. Nie będę opisywać szczegółów tej drogi, ale koniec końców okazało się, że firmy dawno już nie ma, a przyjaciółka nadal jest „szczęśliwą" posiadaczką światełka które leczy. I właśnie dlatego, od tego czasu nie wypowiadam życzeń o treści „spełnienia marzeń najskrytszych".

 



komentarze (27) | dodaj komentarz

Próżność nie popłaca

sobota, 25 września 2010 17:11
 

Niech nikt mi nie mówi, że nie ma czasami problemu ze swoim portfelem:-/ I nie chodzi mi o kolor, czy też fason, a raczej o to, czy jak idąc na zakupy wkładamy go do torby, to czujemy przyjemny ciężar, czy też nie. Tak się składa, że od jakiegoś czasu moja torba na zakupy jest leciutka jak piórko. Dzisiaj było podobnie. Miałam wyliczoną kwotę na zakupy. Przedtem spisałam na kartce co mam kupić, a raczej bez czego trudno będzie się obejść do poniedziałku (wypłata chyba będzie w poniedziałek!). Kartka ze spisem podlegała kilkakrotnej weryfikacji, bo ilość zapisanych produktów nijak się miała do ciężaru portfela. Na koniec wszystko się zgrało.

 

Poszłam do TESCO. Statecznie obeszłam z kartką w ręce cały sklep. Kupiłam wszystko z mojej listy. Na koniec podeszłam do stoiska z gazetami. Wzięłam do ręki naszą regionalną GL, a tam zobaczyłam swoje zdjęcie i zachętę do czytania tekstu z cyklu rozmów przy śmietniku! Nie pierwszy to przecież raz, ale po  ostatnich jazdach na „moim" portalu, miło mnie to połechtało. Pomyślałam - kupię gazetę, pochwalę się córce. Ot próżność ludzka (czyli moja) nie zna granic. Ale, ale, czy starczy mi kasy? Mozolnie zaczęłam zliczać produkty z koszyka (wszystkie 9 sztuk). A muszę się przyznać, że cyferki działają na mnie jak płachta na byka. Nijak nie mogę ich polubić. Wyszło, że prawie mogę kupić, bo powinno mi zostać 2 złote z hakiem. No ale nie byłam tak do końca pewna mojego wyliczenia, więc z wielkim żalem odłożyłam gazetę na półkę.

 

Zapłaciłam przy kasie i pozostało mi jeszcze całe 2,80 złotego. Cofnę się i kupię gazetę - pomyślałam. Jednak zdrowy rozsądek przeważył i ostatecznie wyszłam ze sklepu bez gazety. Z tym zdrowym rozsądkiem to się trochę pośpieszyłam, bo opuścił mnie przy kolekturze Lotto. A niech tam, jak kupię losa za 1 zł, to się nic nie stanie, i tak zostanie 1,80, a to zawsze coś...Weszłam i kupiłam losa o egzotycznej nazwie Fiesta. Pod zdrapką (na ukos) były trzy takie same symbole, a dokładnie meksykańskie kapelusze. Poczułam przyjemne ciepło. Zdrapałam losa pod napisem wygrana, a tam było całe 15 złotych! Zgarnęłam kasę, torba zrobiła się od razu cięższa, ale po gazetę nie wróciłam. Nie ma co zapeszać...w każdym bądź razie weekend rozpoczął się przyjemnie.

 

Siedziałam i myślałam na co wydać ten niespodziewany przypływ gotówki. Ostatecznie padło na aptekę. Od wczoraj łamie mnie coś niebożebnie, z nosa leci jak z fontanny, boli mnie gardło, więc cerutin i strepsils będą jak znalazł. Życzę wam dużo zdrowia, dbajcie o siebie.

 

Ps. A morał z tego wypływa wprost bajkowy. Jaki? Ano taki moi drodzy, że próżność nie popłaca0:-)

 

 

 



komentarze (12) | dodaj komentarz

Rozmowy przy śmietniku, czyli ... sąsiad wstępuje do partii.

piątek, 24 września 2010 22:27

- Witam sąsiada, jak tam zdrówko?

- Witam, witam, już dobrze. Moja leczyła mnie po domowemu, ale na koniec i tak do lekarza trafiłem.

- Domowe sposoby nie pomogły?

- Ano nie pomogły. Widocznie na starość taki delikatny się zrobiłem, że przyjdzie mi z byle pierdnięciem do lekarza latać.

- Dobrze chociaż, że do rodzinnego można pójść w każdej chwili. Nie trzeba czekać miesiącami, jak do innych specjalistów. Pana lekarz rodzinny to jakiś przystępny człowiek?

- Przystępny, czemu nie, ale i tak myślę do innego się przepisać.

- ???

- Tak, tak, dobry to on jest, nie powiem. Ale taki... jak by to powiedzieć... no wie pani, ludzie mówią, że narzeczonego ma.

- Co w tym dziwnego? Prawie każda młoda ma w końcu narzeczonego, taka kolej rzeczy.

- Nie młoda, tylko młody!

- W czym problem? Jak dobry lekarz, to co kogo obchodzi, z kim się spotyka?

- Mnie sąsiadko to w ogóle nie obchodziło, ale jak ta Radziszewska...

- Eee tam, nie ma co słuchać Radziszewskiej...

- Jak to nie ma? Przecież to minister od równouprawnienia jest! I skoro ona potępia w czambuł, to co ja, zwykły szaraczek mam powiedzieć? Widać coś jest na rzeczy.

- Jakoś to dziwnie w pana ustach brzmi. Do tej pory nie słuchał się pan polityków, a raczej potępiał ich poglądy i naśmiewał się.

- Bo do tej pory żaden mnie nie przekonał.

- A teraz?

- Teraz to ja żem przejrzał na oczy. Przedtem tylko narzekałem, ale to się zmieni. Nie ma co narzekać. Działać trza, działać. Do partii się zapisuję!

- Co??? Pan??? To niemożliwe! Znam przecież pana poglądy i...

- A tam zaraz poglądy... a sąsiadka to zawsze musi taka pamiętliwa być? Tylko krowa nie zmienia poglądów. Zapisuję się do partii Palikota!!!

- Hehehe przecież on nie ma jeszcze żadnej partii. To tylko media takie domysły snują.

- Nie ma, ale będzie miał. A wtedy się zapiszę.

- No i co chce sąsiad osiągnąć tym sposobem?

- Czy zawsze trzeba coś osiągać? Jak się już zapiszę, to będę wiedział komu świńskim ryjem o biurko trzasnąć!

- ???

- Co sąsiadka udaje, że nie wie? Mało to nierobów na urzędach siedzi? Nic nie robią, tylko w stołki pierdzą. A za czyje pierdzą, ja się pytam? Za moje, z moich podatków pierdzą!

- I myśli pan, że świński ryj nimi potrząśnie?

- A co sąsiadka tak dociekliwa jest? Potrząśnie, nie potrząśnie to i tak niczego nie zmieni, ale za to mówić o mnie będą i zostaną tą celibetą.

- Celebrytą chyba?

- Jak go zwał tak zwał, ale przyzna sąsiadka, że to dobry zawód? Nie napracuje się człowiek, świńskim ryjem rzuci, ewentualnie podkoszulek odzieje, naród się cieszy, a kasiora na konto leci, aż miło....


komentarze (13) | dodaj komentarz

Sposób na ducha, co włącza sprzęt elektryczny

czwartek, 23 września 2010 15:50

 

Od jakiegoś czasu mam problemy z instalacją elektryczną. Zgłosiłam usterkę w Administarcji. Siedzę więc sobie w domu i czekam na specjalistę od elektryki. Jak nic mu nie wypadnie, to może przyjdzie. Tak mi powiedziano. No więc czekam i przypomniało mi się jak w ubiegłym roku, w moim domu zamieszkał duch elektryczności, albo jak kto woli elektryczny duch.


Trochę to trwało nim rozpanoszył się na dobre. Najpierw zachodził do mnie czasami, dawał subtelne znaki, jakby chciał wybadać mieszkańców domu. W końcu zamieszkał na dobre. Właściwie na początku nawet nie zauważyłam, że coś jest nie tak, bo chwilowe wyłączenia telewizora, samoistne włączanie się grzejnika, brałam na karb swojego roztargnienia, lub zwykłą złośliwość rzeczy martwych. Przecież chyba każdemu się zdarza, że wchodzi po coś np. do drugiego pokoju, a wychodzi z niczym, bo zwyczajnie nie pamięta po co tam wszedł. Tak było ze mną.

 

Do czasu. Pewnego dnia wróciłam z pracy, a córka z bardzo niezadowoloną miną rozpoczyna ze mną rozmowę wychowawczą: "Mamo, tego już za wiele, twoje roztargnienie sięgnęło zenitu, wyszłaś do pracy i nie wyłączyłaś telewizora i grzejnika". Przyznam, że zaskoczyła mnie, dałabym sobie rękę uciąć, że grzejnika w ogóle nie włączyłam. Ale niech tam. Wieczorem, córka pyta, co ty mamo kombinujesz z tym prądem, komputer się sam włączył, a telewizor wyłączył. Przysięgałam na wszystkie świętości, że nie maczałam w tym palców, bo i nie maczałam. Dużo jeszcze było dziwnych spraw nim skapowałyśmy co tak naprawdę się dzieje.

 

Opowiedziałam o domowych historiach w pracy, a jeden z kolegów (niesamowity realista) popatrzył na mnie i powiedział - Krystyna nie chcę cię straszyć, ale masz w domu ducha elektryczności! Skóra ścierpła mi nawet na skórkach przy paznokciach u nóg. Co robić? Jest jakaś rada? Dlaczego akurat u mnie? Te i inne pytania jak błyskawica przeleciały przez skołataną głowę.

 

A kolega spokojnie jak gdyby nigdy nic, opowiada różne historie związane z duchem elektryczności w różnych znanych mu domach: - Musisz koniecznie skropić mieszkanie święconą wodą, innej rady nie ma - powiedział.

 

Przyszłam do domu kazałam córce szukać w internecie wszystkiego o tej rodzinie duchów, trzeba przecież poznać dokładnie zwyczaje swojego lokatora. Zaopatrzone już w jako taką wiedzę usiadłyśmy aby się naradzić. Przeciwnik jest poważny, trzeba coś z tym zrobić. Czynszu nie płaci, a dokucza człowiekowi na każdym kroku.

 

Krótka decyzja. Idziemy po wodę święconą. Wzięłam słoiczek po koncentracie pomidorowym i poszłyśmy do Katedry nabrać tej wody. Trochę żeśmy sobie postały czekając aż nikogo akurat nie będzie. Woda nabrana, wracamy do domu. Ale jak to zrobić, jakie słowa wypowiadać, żeby zadziałało na ducha? I tu znów pomógł internet - w nim można znaleźć dosłownie wszystko. Nie będę opisywać szczegółów tego odczyniania duchów, bo trochę wstyd i głupio. W każdym bądź razie zrobiłyśmy wszystko zgodnie z przepisem, a i do piwnicy nawet zaszłyśmy. Teraz pozostało tylko czekać. Przez kilka dni nic się nie działo. Pomogło!

 

Po tygodniu przy liczniku, który wisi w przedpokoju na ścianie spaliła się cała instalacja. Przyjechało pogotowie elektryczne. Panowie okropnie się dziwili, że nie było przedtem żadnych zakłóceń w odbiorze energii: -  Normalnie proszę pani, to nie od razu się sfajczy cała instalacja, najpierw się tli, czasami czuć spaleniznę i prąd robi różne psikusy - usłyszałam.

 

Nie dopytywałam już o szczegóły, przecież nie będę opowiadać, że na te psikusy to ja już znalazłam radę, a że nie pomogło, trudno. Przynajmniej mam teraz doświadczenie. Przyda się jak znalazł jak zamieszka z nami duch z jakiejś innej rodziny, a bo to mało duchów błąka się po świecie?

 



komentarze (23) | dodaj komentarz

Pasja, ale nie wg Gibsona

środa, 22 września 2010 17:49
 

Pasja, konik, hobby - jakby to nie nazwać, to od razu wiadomo, że człowiek dotknięty tą przypadłością znacznie odbiega od statystycznego obywatela. Ludzie pozytywnie zakręceni są jak kolorowe kwiaty na bezkresnym nudnym stepie. Każdy jest inny, jedyny w swoim rodzaju. Mam to szczęście, że w gronie moich przyjaciół i znajomych kilka takich kwiatów jest.

 

Choćby Maria. Od kilku lat z pasją tworzy drzewo genealogiczne swojej rodziny. Nie jest to takie proste, bowiem jej rodzina pochodzi ze Wschodu. Żeby stworzyć takie drzewo nie wystarczy garść rodzinnych fotografii, czy opowieści mamy, taty i babci. Jeździ z mężem po Polsce i nie tylko, zagląda na cmentarze, ślęczy nad księgami metrykalnymi, poszukuje aktów urodzenia i zgonu, a ponieważ często są napisane w j. rosyjskim, Maria je tłumaczy. Dzięki jej pasji drzewo genealogiczne, to zwój papieru o długości ponad 5 metrów! Dzisiaj to prężnie działająca już nawet nie rodzina, a cała instytucja. Ale nie będę się dłużej wymądrzać. Myślę, że Maria coś tam jeszcze doda:)

 

Albo Małgosia. Podczas gdy ja podziwiam zabytki, ona pochyla się nad ... klamkami. Tak, tak, dobrze przeczytaliście. Z pasją poszukuje zabytkowych klamek i sporządza dokumentację fotograficzną. Musielibyście choć raz zobaczyć ten zachwyt w jej oczach...


Jest jeszcze Sylwia, która kolekcjonuje maciupeńkie filiżanki i Zosia - kolekcjonerka dobrych słów. Z tym, że Zosia dobre słowa przekazuje dalej. Jeszcze nikt nigdy nie obdarzył mnie tyloma mądrymi, ciepłymi i serdecznymi słowami.

 

Mogłabym jeszcze wymieniać i wymieniać...i wydawałoby się, że już nic nie może mnie zaskoczyć, ale zaskoczyło i to w Muzeum w Zbąszyniu. W jednej z sal zorganizowano wystawę zabytkowych...dzwonków do rowerów. Może i nie byłoby w tym nic szczególnego, gdyby nie to, że kolekcja liczy sobie ponad 200 eksponatów i została zebrana tylko i wyłącznie przez jednego człowieka - Mariana Kwaśnego. Dzwonki są cudne, niejeden śmiało mógłby służyć jako biżuteria np. brosza. Ciekawe ile czasu mu zajęło zebranie takiej kolekcji?

Żeby nie być gołosłowną zamieszczam fotki z dzwonkami

 



I jeszcze fotka przedstawiająca nas w akcji fotografowania dzwonków:)))

  


A Wy? Czy macie wśród swoich znajomych ludzi pozytywnie zakręconych? A może sami „cierpicie" na tą przypadłość?

 



komentarze (12) | dodaj komentarz

Za co młode, piękne dziewczyny dostają kwiaty

wtorek, 21 września 2010 17:47
 

Wczoraj w pracy, wychodząc na papieroska;-), w drzwiach budynku natknęłam się na posłańca poczty kwiatowej. W ręce trzymał ogromny wiklinowy kosz wypełniony cudną kompozycją kwiatową. Zapytał w którym pokoju znajdzie... i tu padło imię i nazwisko dziewczyny, która pracuje u nas niecały rok. Ktoś zrobił piękny gest - pomyślałam. Po wypaleniu papierosa wróciłam do budynku, a tam już się działo, oj działo! Nie  wiedziałam, że kosz kwiatów może wywołać tyle emocji, rozważań, domniemywań i innych „...ań". Te emocje nie tyczyły się samej zainteresowanej. Ta postawiła kosz w kącie pokoju, a następnie podjęła przerwaną na chwilę pracę. Ale nie pracownicy! Im daleko było do myślenia o robocie. Przecież trzeba się dowiedzieć - kto, za co, dlaczego i takie tam. Samej zainteresowanej nikt nie zapytał. Zresztą pewnie nawet jak by zapytał, to i tak by się nie dowiedział. Dziewczyna nie należy bowiem do kategorii ludzi lubiących się uzewnętrzniać. Oprócz tego, że jest młodą mężatką i ma małe dziecko, nic więcej o sobie nie powiedziała. Mogę dodać jeszcze coś o czym nie powiedziała, a co widać gołym okiem. Jest piękną dziewczyną o długich blond włosach.

No więc wracając do tego „dziania się" to współpracownicy prędko wykluczyli dwie okazje na ofiarowanie kwiatów - imieniny i urodziny. Imieniny dlatego, że obchodziła je pół roku temu. A w sprawie urodzin zadzwoniono nawet do kadr (!) z prośbą o podanie dnia i miesiąca urodzenia się „podejrzanej". Dwie opcje zostały wykluczone, utworzono więc listę powodów otrzymania kwiatów.

 

- Mąż coś przeskrobał i wysłał kwiaty na przeprosiny.

- Dostała kwiaty od kochanka (teraz te młode to wiadomo, o domu nie myślą tylko za chłopami latają).

- Spodobała się jakiemuś interesantowi (ciekawe komu i dlaczego).

- Była uprzejma dla interesanta, a ten kwiatami podziękował (te młode to mają dobrze, a człowiek tu żyły wypruwa...).

- Coś komuś załatwiła, a ten ktoś jej się „odwdzięczył" (ciekawe czy legalnie załatwiła, może coś zakombinowała...).

 

W pracy wrzało jak w ulu. Każdy obstawał przy swoim „powodzie". W końcu naród się uspokoił i wziął się za pracę. Jeśli jesteście ciekawi jaka była moja wersja dot. okazji do otrzymania kwiatów, to muszę Was zasmucić. Nie było żadnej. Okazało się natomiast, ze drzemią we mnie pokłady zwykłego ludzkiego egoizmu. Dlaczego? Ano dlatego, że jedyną moją reakcją była myśl - kurcze, szkoda, że to nie dla mnie był ten kosz kwiatów...


Dzisiaj sprawa się wyjaśniła. Okazało się, że w przedszkolu, do którego chodzi synek dziewczyny była jakaś uroczystość i rodzice składali się na kwiaty dla dyrektorki. Dziewczyna zamówiła kwiaty i poprosiła żeby przywieźli je do pracy. Po pracy nie zdążyłaby odebrać.

No tej wersji nikt nie przewidział;-)



komentarze (36) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


czwartek, 24 sierpnia 2017