Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 392 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
     0102
03040506070809
10111213141516
17181920212223
24252627282930

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5058117
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32245
Bloog istnieje od: 2693 dni

Horoskop

Wodnik

Sobota dobra na wszystko - zadbaj o siebie, bądź dla siebie kimś najważniejszym. Postaraj się o dobrą atmosferę wokół siebie, rozpieszczaj się, idź na zakupy i spraw sobie coś fajnego

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Babcia Krysia:)))

sobota, 29 września 2012 16:21

 

Kochani przedstawiam Wam Agnieszkę, moją pierwszą wnusię:-)

Agnieszka przyszła na świat za pomocą cesarskiego cięcia w piątek 28 września o godzinie 14,53.  Ważyła 3.640 kg, a mierzyła 54 cm. Było kilka tzw. trudnych momentów, ale na szczęście wszystko zakończyło się szczęśliwie i jurorzy od wyboru miss noworodków przyznali jej 9,5 punktów Apgar:-]

 

Moja córcia jest bardzo wymęczona, ale pomału dochodzi do siebie. Natomiast wnusi nie podoba się chyba zastany świat… Dzisiaj miała płukanie żołądka z resztek wód płodowych i póki co nie chce ciągnąć cycucha. Babcia  przed odejściem ze szpitala nagadała Jej troszkę do słuchu, więc może zmieni zdanie0:-)

 

Piękna jest, po prostu piękna…:-D@)-->-->--

 

 




komentarze (40) | dodaj komentarz

Kasztany, kasztany…

czwartek, 27 września 2012 21:51


Poszłam wczoraj na długi spacer, a przy okazji zebrałam trochę kasztanów. Nie… nie zamierzam robić z nich ludzików, ani innych stworków, dzieci mam już dorosłe:) Dla zdrowotności nazbierałam. Lubię nosić je po kieszeniach, trzymać je w dłoniach, obracać, ściskać…  Kilka kasztanów kładę każdego roku  przed telewizorem oraz przy monitorze komputera. Podobno mają silne działanie energetyczne i są naturalnymi odpromiennikami.


Medycyna ludowa zalecała noszenie kasztanów przy sobie, a osobom cierpiącym na bóle stawów – wkładanie ich do pościeli. Współczesna medycyna również wykorzystuje lecznicze właściwości kasztanów. Sporządza się z nich wyciągi, maści, żele, a nawet kremy do pielęgnacji skóry. Jednak z kasztanami nie ma co przesadzać (tak jak ze wszystkim zresztą) duża ich ilość w pomieszczeniu może wywoływać ataki migreny, uczucie braku powietrza, zdenerwowanie, czy niechęć do jedzenia.


Patrzę na te „swoje” kasztany i zastanawiam się czy nie zrobić z nich leczniczej nalewki. Podobno bardzo pomaga na obolałe stawy. Bierze się 1 szklankę dojrzałych, drobno posiekanych kasztanów, zalewa 1/2 litra czystej wódki i odstawia na 14 dni. Następnie trzeba kasztany przecedzić, a powstałym płynem nacierać chore stawy. Robił ktoś może taką nalewkę? Pomogła?


A poza wszystkim kasztany są po prostu piękne i bardzo… fotogeniczne:)

 




komentarze (24) | dodaj komentarz

Powracają wspomnienia...

czwartek, 27 września 2012 9:20

Czasami przeczytane gdzieś zdanie, jakiś zapach, gest, czy muzyka sprawiają, że powracają wspomnienia.

Na blogu Codziennik kulturalny przeczytałam smutną wiadomość.

„Dzisiaj smutny dzień dla polskiej poezji. W wieku 82 lat zmarł Roman Śliwonik, wybitny poeta i prozaik.”


Romana poznałam w 1976 roku na KRAM-ie (Konfrontacje Ruchu Artystycznego Młodych) w Myślcu nieopodal Starego Sącza. Ponad dwa lata temu opisałam to swoje wspomnienie na blogu, ale informacja o śmierci poety sprawiła, że postanowiłam powrócić do wspomnień.


Smutno nie będzie:) Ale po kolei…

 

Jak o młoda, dobrze zapowiadająca się „poetka”:-D zostałam skierowana przez jedno z lokalnych Stowarzyszeń na Konfrontacje Ruchu Artystycznego Młodych. Był to 3-tygodniowy obóz, a raczej warsztaty, na których młodzi ludzie z całej Polski mieli szkolić swój warsztat literacki, malarski, aktorski, wokalny, fotograficzny itp. Warsztaty odbywały się pod czujnym okiem uznanych w danej dziedzinie autorytetów. Okazało się, że na obóz dostała również skierowanie dobrze zapowiadająca się malarka:) z Myśliborza o imieniu Lidka. Postanowiłyśmy jechać razem, ale jako dobrze zapowiadającym się artystkom, nie wypadało jechać tak zwyczajnie pociągiem, czy też autobusem. Pojechałyśmy autostopem. Podróż trwała 2 dni z noclegiem na ławce wiejskiego przystanku PKS.



Przyjechałyśmy na miejsce padnięte, bo trzeba dodać jeszcze, że obładowane byłyśmy jak wielbłądy. Głównie w zupełnie nieprzydatne ciuchy. Ulokowano nas w 15-osobowym namiocie wojskowym. Mniejsze były już pozajmowane. Otrzymałam legitymację KRAM-ową o nr 571. Cały obóz składał się z niezliczonej ilości namiotów wojskowych i kilku domków wybudowanych w stylu góralskim. Na każdym drzewie wisiały megafony, przez które byliśmy informowani co w danym dniu będzie się działo, a działo się dużo. Na apelu zostaliśmy podzieleni na tzw. podobozy. Ja trafiłam do podobozu poetów:) Pomału zaczęli zjeżdżać się różni artyści, których znało się jedynie z TV. Między innymi Maryla Rodowicz ze swoimi gitarzystami, Jan Nowicki, Wojciech Siemion, Barbara Kraftówna, Magda Umer, Izabela Cywińska, Andrzej Federowicz (Dobranocka dla dorosłych). Ale byli też artyści w tamtych czasach mniej znani, między innymi zespół Pod Budą.


Następnego dnia odbywały się warsztaty dla poetów. Prelegentem był Jalu Kurek, który był może i dobrym pisarzem, ale oprócz tego okropnym nudziarzem. Na jednym z kolejnych spotkań, tuż obok przy stoliku siedział Jan Himilsbach i Roman Śliwonik. W pewnej chwili Jalu Kurek „zawiesił się", zrobiła się cisza, którą zagłuszało głośne chrapanie Jana Himilsbacha. Oczywiście nie spał, ale w ten sposób pokazał, że prelegent jest nudny jak flaki z olejem. Tak właśnie zapoznałam się z Janem i Romanem. Od tego dnia chodziliśmy wszędzie w czwórkę tj. Jan, Roman, moja koleżanka Lidka i ja.


Przyznaję się bez bicia, że dziewczyna z prowincji, czyli ja, była dumna z tej zażyłości. Tajemnicą poliszynela było, że Janek od alkoholu nie stronił. Często z samego rana wpadał do naszego namiotu z flaszką piwa i z charakterystyczną chrypą mówił: - Kryśka nie śpij już, przyniosłem ci śniadanie, znaczy piwo było tym śniadaniem. Na obozie, oprócz warsztatów organizowano nam szeroko pojętą rozrywkę, w skład której wchodziły różne konkursy, festyny, pokazy filmowe pod chmurką, nauka tańca, gry na różnych instrumentach, itp. Na jednym z festynów udzielano tzw. „ślubów KRAM-owych". Para musiała odpowiadać do mikrofonu na zadawane przez osobę przebraną za „księdza cywilnego" pytania dot. partnera. Na przykład - ulubiony kolor przyszłej żony albo jakie choroby zakaźne przechodziła w dzieciństwie. Pomyślne odpowiedzi na zadane pytania skutkowały udzieleniem ślubu, a następnie ofiarowaniem młodej parze beczki piwa dla gości weselnych.

 

Janek napalił się nie tyle na ślub, co na beczkę piwa. Młodym przypominam, że w tamtych latach beczka piwa to był prawdziwy rarytas:) Coś tam z Romanem Śliwonikiem poszeptali i Roman znikł. Za jakiś czas wrócił ze spisanymi na kartce pytaniami, na które para miała odpowiadać. Janek kilka razy upewniał się czy aby na pewno są to właściwe pytania, a potem powiedział - Kryśka, bierzemy ślub KRAM-owy!. Wyglądaliśmy cudacznie, bo po pierwsze Jan jakimś szczególnym wzrostem nie grzeszył. A po drugie do „ślubu" poszłam otulona w firankę pożyczoną na tę okazję z jednego z domków góralskich:) W każdym bądź razie, pytania zdobyte przez Romana okazały się właściwe, uzgodniliśmy przedtem z Janem odpowiedzi, wzięliśmy ślub i zgarnęliśmy beczkę piwa. To znaczy właściwie Janek zgarnął, bo przez kilka następnych dni prawie wcale go nie widywałam:)))

 

Było również na KRAM-ie kilka fajnych zespołów. Mieli próby w budynku stylizowanym na stodołę, położonym poza granicami obozu. Czasami tam zachodziliśmy posłuchać muzyki. Pamiętam, że jedno popołudnie spędziłam z muzykami, z zespołu. Który nazywał się (uwaga!) „Ostatnia wieczerza w karczmie przeznaczonej do rozbiórki":))) 


Kiedyś przypadkiem trafiłam na warsztaty dla wokalistów, które prowadziła Magda Umer. Zapamiętałam ją ze względu na ... papierosy. Artystka położyła na stoliku paczkę Carmenów i w krótkim czasie spaliła całą. Nie używała przy tym ani zapalniczki, ani zapałek. Odpalała po prostu jeden od drugiego. Innym razem Izabela Cywińska, ówczesna dyrektorka Teatru w Poznaniu, (później Minister od Kultury i Sztuki w rządzie Mazowieckiego) mieszkająca w jednym z góralskich domków robiła wieczorowo-nocową imprezkę. Zaprosiła między innymi Jana i Romana, a ci zabrali mnie jako osobę towarzyszącą. Chałupa wypełniona była ludźmi po brzegi i nie było już gdzie usiąść. Usiadłam więc na drewnianych schodach prowadzących na pięterko. Rozmawiano o teatrze, filmie, reżyserach, aktorach i takie tam. Tam pierwszy raz zobaczyłam co to jest przypijanie jeden do drugiego. Wszyscy pili z jednego kieliszka, tylko nalewający się zmieniał.. Na przykład, mój sąsiad, po wypiciu kieliszka napełniał go dla mnie, a ja po wypiciu nalewałam dla następnej osoby.

 

W pewnym momencie pojawił się na imprezie Jan Nowicki. Wtedy był już znanym aktorem, a do tego interesującym mężczyzną. Jak już pisałam, zabrakło na dole miejsc, więc usiadł obok mnie na schodach. Byłam tak speszona (prowincja się kłaniała), że mało nie spadłam z tego swojego schodka. Pewnie z grzeczności próbował nawiązać ze mną rozmowę. Zapytał z jakiego jestem podobozu. Byłam tak speszona, że zamiast powiedzieć, że jestem z podobozu poetów, powiedziałam - że jestem z obozu podpoetów:))) I nawet nie zauważyłam swojej gafy. Dopiero jak zaczął się śmiać i dopytywać co to za obóz - dostrzegłam swoje przejęzyczenie. To jeszcze nic. Następnego dnia na apelu powiedział, że wczoraj na KRAM-ie powstał nowy obóz, który zrzesza podpoetów i żeby przywitać nowych gorącymi brawami. Myślałam, że zapadnę się pod ziemię:-%

 

Obóz się zakończył, trzeba było wracać do domu, a że przetraciło się kieszonkowe, pozostał autostop. Tym razem jechałyśmy 3 dni z popasem w przydrożnej stodole oraz w pokoju gościnnym u jakiś obcych ludzi na jakiejś wsi. Zdarzyło się też nam uciekać z samochodu jak 2 panów próbowało skręcić z drogi głównej gdzieś w bok:)

 

Przez te trzy tygodnie miałam jeszcze wiele zabawnych sytuacji, poznałam wielu fajnych ludzi, ale niestety pamięć zawodna jest. Dlatego bardzo żałuję, że podczas moich licznych przeprowadzek "posiałam" gdzieś legitymację KRAM-ową, gazetki wydawane na obozie z moimi wierszami, kilka listów od Romana Śliwonika, które otrzymałam tuż po obozie, jeden list od Jana Himilsbacha oraz wiele innych drobiazgów, które pomogłyby przywrócić więcej wspomnień…



komentarze (34) | dodaj komentarz

Chopin w Afryce i nie tylko...:)

wtorek, 25 września 2012 21:03

Nikt chyba nie ma wątpliwości, że muzyka Chopina to klasyka muzyki poważnej. Przyznaję się z pewną dozą nieśmiałości, że Chopina odkryłam dość późno, może dlatego, że przez wiele lat z muzyką poważną nie było mi po drodze. Potem pomalutku, małymi kęsami zaczęłam odgryzać z  wielkiego tortu muzycznego te wszystkie Chopinowskie mazurki, nokturny, scherza, preludia, ballady, etiudy, czy sonaty. Do tego „odgryzania” w dużej mierze przyczynił się Marek Piechocki, który w moim mieście, prowadził cykliczną imprezę „Klasycznie w Jazz Clubie Pod Filarami”. Bywałam, słuchałam i poznawałam niuanse Chopinowskiej muzyki:) Skłamałabym, gdybym napisała, że przez to słuchanie stałam się fanką Chopina, ot czasami lubiłam posłuchać, zwłaszcza kiedy ogarniał mnie jeden z tych podłych nastrojów. Ale nie o tym miało być.


Niedawno przeczytałam w Wysokich Obcasach wywiad z Marią Pomianowską. Nazwisko nic mi nie mówiło… ale dzięki temu wywiadowi dowiedziałam się, że mamy wspaniałą kompozytorkę, w kraju nieomal zupełnie nieznaną, za to cenioną na całym świecie, zwłaszcza w Japonii. Fascynująca postać!


Na oficjalnej stronie internetowej kompozytorka pisze o sobie:


„Piękne jest to, że bez względu na kulturowe różnice w muzyce możemy rozumieć się bez słów.

Ponad 20 lat temu zaczęła się moja trwająca do dziś podróż dookoła świata. Spotykając ludzi, poznając nowe instrumenty, inne kanony piękna, rytmy, barwy dźwięku czuję jak inność mnie fascynuje a jednocześnie prowokuje do zadania sobie pytania o moją własną tożsamość.”


Dalej Maria Pomianowska pisze o latach studiów nad kulturą i sztuką Indii a potem podróże do Korei, Japonii, Chin na Bliski Wschód do Afryki, Australii i na Syberię. Nie będę cytować, czy też przepisywać informacji z tej strony, kto będzie chciał, to przeczyta, podaję link:

http://www.pomianowska.art.pl/

 

Mnie najbardziej zaintrygował projekt kompozytorki „Chopin na 5 Kontynentach”. W 2010 roku wydany został album muzyczny, na którym znalazły się unikalne aranżacje utworów Fryderyka Chopina z wykorzystaniem instrumentów etnicznych świata, muzyki klasycznej i muzyki ludowej. Nie mam tego albumu, ale od czego jest internet:) Wysłuchałam Chopina na Dzikim Zachodzie, w Afryce, w Japonii, w Indiach, w Arabii, na Syberii oraz w wersji flamenco. Wysłuchałam i… zachwyciłam się. Polecam te aranżacje szczególnie tym, którym ciężko przychodzi przełknięcie pigułki o nazwie muzyka klasyczna:)


Zapraszam do wysłuchania Chopina w wersji nie klasycznej "Chopin w Afryce"

 




komentarze (22) | dodaj komentarz

Czym się leczyć, żeby sobie nie zaszkodzić?

poniedziałek, 24 września 2012 19:18

Na tak postawione w tytule pytanie nie odpowiem, przecież nie jestem lekarzem. To lekarz posiada wiedzę, stawia diagnozę, a potem przepisuje leki, które w zamyśle mają nas wyleczyć. Okazuje się, że nie do końca…


Dwójka francuskich uczonych przetestowała 4 tys. powszechnie stosowanych leków. Wyniki ich badań są dla mnie zaskakujące, żeby nie powiedzieć szokujące. Ponad 50% z przetestowanych  środków jest bezużyteczna, 20% jest groźnych a 5% jest nawet potencjalnie bardzo niebezpiecznych. Według badań, 56 z tych pozycji powinna zostać pilnie usunięte z aptek.  Lista obejmuje środki na nowotwory, choroby neurologiczne, osteoporoza, używki, leki przeciwdepresyjne, antykoncepcyjne 3 i 4 generacji leki na palenie, cukrzyca, choroby sercowo-naczyniowe. Według autorów, robią więcej szkody niż pożytku.

 

Portal zmianynaziemi.pl podaje, że szczególną uwagę zwrócono na pigułki antykoncepcyjne nowej generacji, które jakkolwiek są prawie bez efektów ubocznych dla dzisiejszych matek to już ich córki będą ryzykowały poważnymi powikłaniami jak bezpłodność, czy wady rozwojowe płodów (?!) Badacze zwracają również uwagę, że środki na cukrzycę powodują raka trzustki i poważne choroby wątroby i jako takie ich używanie wydaje się być pozbawione sensu.

 

Najbardziej bulwersujące jest to, że opublikowane badania spotkały się z średnim odzewem środowiska medycznego... „Rozumiem” firmy farmaceutyczne, które są nastawione tylko i wyłącznie na zysk i nigdy nie były, i nie są zainteresowane naszym zdrowiem i leczeniem. Ale brak zdecydowanej reakcji na wyniki tych badań środowiska lekarzy jest co najmniej zastanawiające. Czyżby chodziło o powiązania finansowe na linii: Firmy farmaceutyczne, a środowisko lekarzy? Kasa, kasa, kasa…


Póki co, te wszystkie bezużyteczne oraz groźne dla zdrowia leki leżakują sobie spokojnie na aptecznych półkach, a nam pozostaje jedynie mieć nadzieję, że żaden z tych leków nie trafi do naszej domowej apteczki.

 



komentarze (21) | dodaj komentarz

Zamek w Tucznie, jego legenda i tajemnice

sobota, 22 września 2012 16:04


Tuczyński zamek zbudowany został w 1338 roku i przez długie lata był własnością  rodu Wedlów-Tuczyńskich. Początkowo służył jako budowla obronna, a dopiero późniejsze przebudowy nadały zamkowi charakter rezydencji. Ale dalsza historia nie była już dla niego tak łaskawa. Dwukrotnie popadał w ruinę. Pierwszy raz w pierwszej połowie XIX w. kiedy to nie mając właściciela przechodził z rąk do rąk. A potem, w czasie II wojny światowej, kiedy to został włączony jako jedno z ogniw umocnień Wału Pomorskiego. Pięknie odrestaurowany w 1976 roku pozostaje pod opieką  Stowarzyszenie Architektów Polskich.

 

Oprócz niewątpliwych walorów architektonicznych zaletą zamku jest jego położenie. Zamek otacza park pełen starych, potężnych drzew oraz fosa, której wody przepływają z jeziora Tuczno do jeziora Zamkowego. Spacerując ścieżkami wydeptanymi przez dawnych właścicieli zamku i ich gości, oprócz śpiewu ptaków i melodii wygrywanych przez wiekowe drzewa, można usłyszeć...turkot kołowrotka. A spoglądając w okienko najwyższej wieży, zobaczyć migające, tajemnicze  światełko. To biała dama przypomina o swojej wielkiej, nieszczęśliwej miłości.

 

Dawno, dawno temu, jeden z właścicieli tuczyńskiego zamku pojął za żonę cudnej urody pannę. No cóż nie samym pięknem człowiek żyje. Młody mąż wyjeżdżał często w delegacje, o przepraszam do Krakowa w interesach. A w tym czasie młoda, piękna żona nawiązała romans z młodym sokolnikiem. Spotykali się w jednej z komnat we wschodniej wieży, gdzie pani dla niepoznaki kazała ustawić swe krosna i kołowrotek. Jednego razu, po powrocie pana na zamek, urządzono na jego cześć polowanie na ptactwo wodne. Wtedy to przez pomyłkę (?) został śmiertelnie ugodzony sokolnik. Rozpacz młodej pani nie miała granic. Zamknęła się w komnacie na wieży, nie dopuszczając do siebie nikogo. Jakiś czas potem znaleziono ją martwą. Ponoć sama zadała sobie śmierć wypijając truciznę. Od tego czasu w zamku dzieją się dziwne rzeczy. Zza zamkniętych drzwi komnaty na wieży dochodzi turkot kołowrotka, a przez okienko widać migocące światełko. W nocy spotkać można na zamkowych korytarzach dwie zjawy: młodej kobiety w bieli i giermka z sokołem ubranego w zielony strój myśliwski...

 

Przemierzając ten uroczy zakątek znajdą w nim ucztę dla ducha miłośnicy dawnej architektury i starych legend, nie mówiąc już o przepięknych widokach, które zapierają dech w piersi...

 

 

Fragment fosy otaczającej zamek


Ale to nie wszystko. Zaintrygowała mnie informacja Vehuan o dziwnych zjawiskach w Tucznie. Pogrzebałam troszkę w necie, „podskoczyłam” do biblioteki, podzwoniłam, a na koniec zebrałam wszystko „do kupy”.

 

W parku otaczającym zamek znajduje się tzw. oficyna pałacowa, nazywana też pałacykiem myśliwskim, niestety nie dotarłam tam podczas zwiedzania zamku Wedlów - 2 lata temu. Jest to budowla wzniesiona w połowie XIX wieku w stylu klasycystycznym. Obecnie mieści się tam hotel, który nazywany jest pałacem Sapetów, od nazwiska obecnych właścicieli. Cały teren na którym znajdują się te dwie budowle został dokładnie zbadany przez radiestetów, a ci potwierdzają niesamowitą moc tego miejsca. Nie będę ciągnąć tego wątku, może napiszę coś więcej jak tam pojadę ponownie i odczuję na własnej skórze:)

 

Niemniej przy okazji „szperania” dowiedziałam się o innej bardzo ciekawej sprawie, która wydarzyła się w Tucznie w ostatnich dniach II wojny światowej. Historia nie jest wyssana z palca, bo mówili o niej naoczni świadkowie, a ich „zeznania” pokrywają się.

 

W 1945 roku do pałacu w Tucznie przybył dziwny orszak. W jego skład wchodziły samochody pancerne, które eskortowały tajemnicza srebrną ciężarówkę. Eskorta składała się z około 100 SSmanów. Dowodził nimi oficer nazywany przez podwładnych olbrzymem - miał ponad 2 metry wzrostu. Z opisu naocznego świadka był nieproporcjonalnie zbudowany. Pierwsza najbardziej charakterystyczną rzeczą jaka dało się zauważyć były jego długie ręce oraz szary kolor skóry, twarz zasłaniał podniesiony kołnierz i nasunięta na twarz czapka, jednak mimo tego widać było jego zeszpeconą twarz. Najbardziej interesowały go podziemia znajdujące się pod majątkiem – łączyły one kolejką podziemną cegielnię, gorzelnię, powozownię oraz grobowce rodziny Wedemeyerów. Właśnie w jednym z tych grobowców złożono kryształowe trumny. Jedno z ciał było widoczne – była to młoda kobieta, cała pokryta szronem. Owe trumny przypominały raczej sarkofagi. Wejście na tereny pałacowe zostało zamknięte – mogli tam przebywać tylko Niemcy. Polskich robotników rolnych SSmani wyprowadzili za mury majątku i tam prawdopodobnie rozstrzelali.


Stajenny otrzymał rozkaz by przygotować konie do drogi. Na wozy pakowano skrzynie, SSmani zakładali cywilne ubrania. Od młodego żołnierza stajenny dowiedział się że to, co Niemcy mają w skrzyniach może odmienić losy wojny. Tego samego dnia wieczorem ów żołnierz został rozstrzelany wraz z właścicielem pałacu. Niemcy w wielkiej panice opuścili majątek zabierając tylko skrzynie na wozach konnych, pozostawiając sarkofagi w grobowcach (żyje jeszcze naoczny świadek, który w latach 60 w poszukiwaniu skarbów włamał się do grobowca, w którym stały owe kryształowe trumny). Dzieła zniszczenia dokonali żołnierze Rosyjscy poinformowani o owym znalezisku, pracownicy PGRu zaś zrównali cmentarz z ziemią. Podziemne korytarze zostały zawalone, cegielnia zalana wodą.

 

Świadkowie z tych terenów opowiadają o dziwnych zjawiskach, którym towarzyszą niezidentyfikowane obiekty latające. Ile w tym prawdy? Nie wiem, ale komuś wierzyć trzeba, prawda…?:-) Dla mnie niewyjaśnioną zagadką pozostaje ta srebrna ciężarówka. Po co ładowali skrzynie na wozy konne, skoro mieli ciężarówkę?

Dodam jeszcze, że kilka lat temu stacjonowały tam wojska Amerykańskie penetrujące miejscowe tajemnice.

 

Intrygująca, pełna niewyjaśnionych zagadek historia ale przecież tylko jedna z wielu. Zastanawiam się ile jeszcze takich magicznych, niesamowitych, pełnych tajemnic miejsc znajdziemy w Polsce?

 

Tuczno, powiat Wałcz leży w woj. zachodniopomorskim, w odległości:

Choszczno 18 km, Barlinek 22 km, Gorzów Wielkopolski 35 km, Poznań 150 km, Szczecin 110 km.



komentarze (44) | dodaj komentarz

To nie mimozami jesień się zaczyna

czwartek, 20 września 2012 14:03

 

Nieuchronnie zbliża się koniec lata. Już w najbliższą sobotę 22 września, o godz. 16:49 Słońce znajdzie się w punkcie równonocy jesiennej rozpoczynając tym samym astronomiczną jesień…


Lubię w iosnę i lato, a jesień już niekoniecznie. To znaczy jeśli jest to piękna złota polska jesień, to jak najbardziej. Wtedy z aparatem właściwie się nie rozstaję. Co krok otwieram gębę ze zdumienia na widok tych wszystkich niesamowitych kolorów, które zmieniają się dosłownie każdego dnia. Te brązy, czerwienie, złocienie oraz wszelkie odcienie pomarańczowego przyprawiają o zawrót głowy. A do tego te specyficzne zapachy jesieni , pajęczyny oblepione rankiem rosą, kasztany, żołędzie… ech to jest ta piękna strona jesieni. Gorzej to wygląda kiedy drzewa ogołocone już z liści, a na dworze nieustanne mżawki albo deszcze. Wtedy jakoś i humoru i motywacji brak. No cóż, taka kolej rzeczy, trzeba sobie jakoś radzić.


Na koniec lata często w radiu puszczają piosenkę Czesława Niemena do słów Juliana Tuwima „Wspomnienie" - Mimozami jesień się zaczyna la la la. Pewnie dlatego tak mocno wierzyłam, że mimozy zwiastują początek jesieni. Okazuje się, że Tuwim na botanice w ogóle się nie znał, bo jeśli już, to nie mimozami, a nawłocią jesień się zaczyna. Natomiast nazywane mimozą żółte drobne kwiaty, które teraz kwitną na ugorach w całej Polsce to nawłoć pospolita, która z prawdziwymi mimozami nie ma wiele wspólnego.


W każdym razie tak twierdzą botanicy, a z botanikami nie ma co dyskutować:) Jak podaje PAP - Nauka w Polsce prawdziwa mimoza - czułek wstydliwy - ma dość drobne, różowe kwiaty w kuleczkach i wyróżnia się tym, że jej liście zwijają się natychmiast po ich dotknięciu. W żaden sposób w naturze u nas nie występuje, można ją jedynie spotkać np. w kolekcjach roślin szklarniowych.

 

Wprawdzie jestem troszkę zawiedziona, że to nie mimozy, ale mamy przecież wiele innych pięknych kwiatów od których zaczyna się w Polsce jesień, choćby przecudne wrzosy, chryzantemy, astry, aksamitki, czy bluszcz, który szare, brzydkie ściany w naszych miastach otula bordowym kobiercem:)


Tak… nauka sobie, a ja chyba jestem niereformowalna, bo te mimozy chodzą mi po głowie:)

 

 



komentarze (23) | dodaj komentarz

Miejsce mocy

środa, 19 września 2012 9:19

 

Jakiś czas temu szukałam po księgarniach książki, którą poleciła mi znajoma. W jednej z księgarń zobaczyłam książkę Leszka Mateli pt. Polska magiczna, Przewodnik po miejscach mocy. Lubię przeglądać przewodniki są dla mnie taką namiastką „podróży” do miejsc, w których nigdy nie byłam i pewne nie będę. Przewodnik, który miałam w ręce był inny niźli typowe przewodniki. Oprócz wiedzy ogólnej – opisu historii i architektury zabytków, przewodnik przedstawiał inną stronę opisywanych przez autora miejsc. Okazuje się, ze w Polsce jest 400 miejsc mocy, w ponad 100 miejscowościach. Już miałam odłożyć książkę na półkę kiedy zobaczyłam rozdział zatytułowany: „Gorzów Wlkp.” A to ciekawostka… prędko przeczytałam ten rozdział, a ponieważ jestem bardzo sceptycznie nastawiona do tych wszystkich miejsc z cudowną energią, postanowiłam sprawę zbadać, a przy okazji przekonać się na własnej skórze, o co w tym wszystkim chodzi. Tym bardziej, że miejsce opisane w Przewodniku znajduje się tuż pod moim nosem, dosłownie rzut beretem.


Z przeprowadzonych badań radiestezyjnych wynika, że najsilniejszym miejscem mocy w Gorzowie jest wzgórze w Parku im. H. Siemiradzkiego, na którym usytuowany jest Amfiteatr, taras widokowy oraz hotel „U Marii”. Leszek Matela w swoim przewodniku, park w którym usytuowany jest hotel nazywa „Wzgórzem słońca”. Wyjaśnia, że teren ten był prawdopodobnie miejscem kultu zamieszkujących te okolice dawnych plemion.

 

Skontaktowałam się z Panią Marią właścicielką hotelu, żeby dopytać, czy wie coś o wynikach badań. Wiedziała. Mało tego pokazał mi wszystkie dokumenty, które oficjalnie poświadczają, że miejsce to ma w sobie pozytywną dla człowieka moc. Czytając kolejno te wszystkie wyniki badań przeprowadzone przez dyplomowanych radiestetów, mój sceptycyzm ulatywał ze mnie jak powietrze z przebitego balonu. Nie będę tu przytaczać wszystkich wyników badań, napiszę jedynie, że cały teren, na którym wybudowano hotel jest radiestezyjnie bardzo korzystny i wibruje pozytywną energią. Siła wibracji jest tak duża, że jest to miejsce mocy, wpływające na odbudowę sił witalnych i energetycznych człowieka.


Podczas robienia zdjęć spotkałam starsze małżeństwo z Niemiec, które przyjeżdża tam co kilka miesięcy. Okazało się, że przyjeżdżają tak często, ponieważ ta starsza pani ma poważne problemy z tarczycą, a w tym miejscu jej stan zdrowia znacznie się polepsza. Przejrzałam również trzy wielgaśne księgi pamiątkowe wypełnione wpisami osobistości ze świata polityki, sportu, czy kultury. Tadeusz Drozda w jednej z nich napisał:

Schody do Marii to tak jak schody do nieba, wysiłku trzeba by osiągnąć raj. Atmosfera naj i zimne piwo kelnerzy żywo donoszą. A żarcie w karcie i poza – groza, boję się jeszcze utyć, ale lubię tu być”.


No cóż, ja wprawdzie tam nie jadłam i nie piłam, ale spędziłam kilka uroczych popołudni na pogaduchach z Panią Marią i muszę przyznać, że to miejsce faktycznie ma sobie jakąś pozytywną moc…


Strasznie zaintrygował mnie ten temat. Nigdy specjalnie nie wierzyłam jakieś różdżki, wahadełka, dobre i złe moce, energię, która bierze się nie wiadomo skąd, a teraz… a teraz sama nie wiem. Ciekawa jestem czy ktoś z Was miał jakieś doświadczenia w tej dziedzinie?

 

Poza wszystkim zachwyciły mnie piękne wnętrza hotelu. Zrobiłam kilka zdjęć i dostałam zgodę Pani Marii na ich opublikowanie.

 

Widok od strony ulicy

 

 

Wnętrza hotelu

 

 

 

 

 

 

Księgi pamiątkowe

 

 

Ta zielona ściana oddziela hotel od parku

 



komentarze (36) | dodaj komentarz

Pamiętam, o takich ludziach nie można zapomnieć

wtorek, 18 września 2012 10:09

 

Wspomnienie Leonardzie Olechnowiczu w pierwszą rocznicę śmierci.

Kilka  razy umawiałam się z nim na wywiad, ale na drodze zawsze stawało coś… Rozmawialiśmy, dyskutowaliśmy o zdjęciach, które miały być dołączone do wywiadu, a potem rozstawaliśmy się nie uzgadniając terminu spotkania. Po kilku dniach ponowni, zupełnie przypadkiem się spotykaliśmy i historia się powtarzała. Nie spiszę już tego wywiadu.  Zmarł nagle 18 września ubiegłego roku. Właśnie mija pierwsza rocznica śmierci Leonarda Olechnowicza, fotografa, fotoreportera. Dlaczego chciałam z Lońkiem zrobić wywiad?


Poznałam go wiele lat temu. Pracowaliśmy w jednym wydziale, był z wykształcenia geodetą. Dużo rozmawialiśmy o poezji i o fotografii. Wiedziałam, że z aparatem właściwie się nie rozstaje. Pamiętam jednego razu spóźnił się do pracy. Na dworze było jesiennie i deszczowo. Leonard zapomniał o całym świecie zajęty fotografowaniem mokrych kocich łbów ulicznych. Do pracy przyszedł zziębnięty i przemoczony.


Kiedy postanowiłam wydać swój autorski tomik poezji, pomyślałam, że fajnie byłoby zilustrować go fotografiami Lońka. Następnego dnia przyniósł ich cały stos. Wybrałam. Jedno zdjęcie szczególnie mnie zachwyciło. Przedstawia dłoń wyciągniętą w kierunku nieba. To zdjęcie wybrałam na  okładkę książki.  Był razem ze mną na promocji mojego, a raczej naszego tomiku.


A teraz go już nie ma. Był wyjątkowym, a przy tym niesamowicie skromnym  człowiekiem, wspaniałym ojcem, wielkim pasjonatem fotografii analogowej. Świat widziany obiektywem jego aparatu był pełen magii, a jednocześnie do bólu prawdziwy. Na jego fotografiach nie znajdziemy żadnych półprawd.  I taki był też w codziennym życiu. Dla niego dobro, to było dobro, a zło, to zło. Był prawy i uczciwy, a to wymierający już gatunek człowieka…


Leonard o swoim fotografowaniu mówił tak:

„Jak fotografuję, to wchodzę w inny świat. Dotykam tego, co jest wokół nas, a czego na co dzień się nie dostrzega. Biorę do siebie tę energię z otoczenia i potem znów wysyłam ją w świat.”


Byłam przekonana, że Gorzowskie Towarzystwo Fotograficzne uczci pierwszą rocznicę śmierci Leonarda  wystawą złożoną z Jego prac. Niestety wystawy nie będzie…


Na koniec jeszcze krótka notka biograficzna sporządzona na podstawie Ilustrowanej Encyklopedii Gorzowa Wlkp.


Leonard Olechnowicz urodził się 3 maja 1957 r. w Pietrowicach. Jego pasja fotograficzna zaczęła się w dniu Pierwszej Komunii Świętej. Wtedy dostał swój pierwszy aparat - polskiego druha.

Od 1975 roku był członkiem Gorzowskiego Towarzystwa Fotograficznego. Na swoim koncie miał wiele wystaw indywidualnych i zbiorowych.  W 2002 roku, po XV Międzynarodowym Konkursie Fotograficznym w Luksemburgu, otrzymał dyplom i błękitną wstęgę honorową. W 2005 roku jego zdjęcia włączono do międzynarodowej ekspozycji w Serbii, a w 2006 roku prezentowane były w Argentynie. Jest uznawany za mistrza fotografii nastrojowej i nostalgicznej. Najczęściej wypowiadał się jednym zdjęciem, wyważonym i przemyślanym w kompozycji. Wszystkie swoje fotografie wykonywał na filmach. Do końca pozostał wierny fotografii analogowej. Zmarł nagle18 września  2011 roku. Miał zaledwie 54 lata…

 




komentarze (12) | dodaj komentarz

Allle jazda!

poniedziałek, 17 września 2012 9:05

Na portalu społecznościowym gdzie wrzucam czasami teksty w ramach dziennikarstwa obywatelskiego, organizowane są konkursy fotograficzne. O Foto Day już pisałam, przypomnę tylko krótko na czym ten konkurs polega. Redakcja portalu organizuje nam wycieczki do miejsc na co dzień niedostępnych, albo z utrudnionym dostępem dla mieszkańców miasta. Mamy kilka godzin na fotografowanie. Potem zdjęcia wrzucamy na wspomniany portal i odbywa się głosowanie. Zwycięstwo nagradzane jest głównie satysfakcją i jakimiś drobnymi gadżetami.

 

Tym razem buszowaliśmy w gorzowskiej stoczni. Wprawdzie nie było wielgaśnych dźwigów, ani żagli furkoczących na wietrze, sięgających sklepienia nieba, ale za to był klimat i dobra zabawa:) Przed każdym Foto Day’em układałam sobie w głowie tzw. plan działania:) Wiedziałam co chcę fotografować, miałam jakąś ogólną koncepcję. Tym razem pustka… Żadnego planu, żadnego pomysłu, poszłam na żywioł, Szwendałam się to tu, to tam, z nadzieją na jakiś dobry kadr. Oj, ciężko było…


Właściwie już miałam wracać do domu kiedy zobaczyłam, że do stoczni wjechało auto z doczepioną wypasioną motorówką. Okazało się, że za chwilę odbędzie się wodowanie owej motorówki. Zostałam popatrzeć sobie… i dobrze zrobiłam, bo załapałam się na niespodziankę w postaci przejażdżki po Warcie. Co ja tam piszę przejażdżki – rajd wodny to był! Płynęliśmy tak prędko, że pęd powietrza dosłownie „odrywał” skórę z twarzy. Nawet się obejrzałam, czy jakiś kawałek nie został za nami:) A swoją drogą niezły lifting, skóra naciągnięta do granic możliwości, żadnej zmarszczki nie było widać… no niestety na lądzie powróciły na swoje miejsce:)


Dodam jeszcze, że jest to jedyna stocznia na Warcie, a historia stoczni sięga 1886 roku, gdy powstała jako tak zwany port ochronny. –Mogły się w nim schronić statki na czas wysokiej wody czy zatorów lodowych albo na okres zimowy.


Sprawca moich emocji:-)

 

 




komentarze (18) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 27 maja 2017