Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 392 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« wrzesień »
pn wt śr cz pt sb nd
      01
02030405060708
09101112131415
16171819202122
23242526272829
30      

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5058098
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32245
Bloog istnieje od: 2692 dni

Horoskop

Wodnik

Sobota dobra na wszystko - zadbaj o siebie, bądź dla siebie kimś najważniejszym. Postaraj się o dobrą atmosferę wokół siebie, rozpieszczaj się, idź na zakupy i spraw sobie coś fajnego

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Kryształowe cuda wianki:)

poniedziałek, 30 września 2013 18:25

Powracam do tematu kamieni:) W sierpniu ubiegłego roku pisałam o hematycie, który mi nie służył. Hematyt nazywany kamieniem sił witalnych, ponoć pozytywnie wpływa na zdrowie. Okazało się, że w moim przypadku niekoniecznie. Od chwili kiedy zawiesiłam go na szyi moje samopoczucie znacznie się pogorszyło. Byłam zmęczona, osowiała, przygnębiona, płaczliwa, nie mogłam się na niczym skoncentrować i zaczęłam łapać przysłowiowego doła. Ten stan utrzymywał się przez kolejne dni... Ustał kiedy zrezygnowałam z noszenia wisiorka, a po kilku dniach w miejscu gdzie wisiorek dotykał mojej skóry pojawiła się wysypka.

 

Za radą przyjaciółki, która interesuje się „mocą i magią kamieni” wyrzuciłam wisiorek z mieszkania. Wszystko wróciło do normy., ale ja jako ten niewierny Tomasz nie za bardzo wierzyłam, że ten niby zwykły kamyk mógł być przyczyną tych wszystkich sensacji zdrowotnych. No zwyczajnie nie wierzyłam w żadną tam moc, a tym bardziej magię kamieni., a sprawę z hematytem uznałam za zupełny przypadek… ale w myśl powiedzenia – strzeżonego i tak dalej - nie próbowałam nosić żadnej biżuterii wykonanej z jakiegokolwiek kamienia.

 

Do czasu… Moja przyjaciółka „od kamieni” opowiedziała mi o kryształach górskich i tak długo wierciła mi dziurę w brzuchu, dopóki nie zdecydowałam się na zakup takowego. Zamówiłam u znajomej, która własnoręcznie robi biżuterię, wisiorek z kryształu górskiego, a moja przyjaciółka podarowała mi w prezencie kilka nieoszlifowanych kamyczków, które należało rozłożyć w różnych miejscach w mieszkaniu. Tak też zrobiłam:) Oczywiście zanim zacznie się korzystać z siły i energii kryształu górskiego należy go dobrze do tego przygotować. Ej tam… nie będę wdawać się w szczegóły coby na jakąś wiedźmę nie wyjść:) W każdym razie zrobiłam wszystko jak trzeba. Po pierwsze. Wisiorek z kryształków górskich nie sprawiał takiego zamieszania jak ten z hematytu. Mało tego, nosząc go czułam w sobie jakby więcej pozytywnej energii. Być może to siła sugestii, oraz tego czego dowiedziałam się o kryształach górskich. Po drugie. Podatna jestem. Jakaś dziwna dwoistość we mnie siedzi. Z jednej strony realistka niedowierzająca tym wszystkim magicznym cuda wiankom, a z drugiej… gdzieś tam w środku wierzę, choć wstydzę się do tego przyznać. Wiele lat temu ktoś mi powiedział, że jestem idealnym medium. Próbował mnie zaprosić na seans spirytystyczny, ale ja nie poszłam, bo nie miałam zamiaru przekonywać się czy tak jest w istocie, nie interesowało mnie to, w ogóle nie interesowały mnie rzeczy niezwykłe, niewyjaśnione, rzeczy „z innego świata”. Ale teraz, czemu nie? To znaczy na żaden seans się nie piszę, ale wszystko co zagadkowe, czego nie da się racjonalnie wyjaśnić pociąga mnie jak nie wiem co:)

 

A w piątek wydarzyło się coś czego nie jestem w stanie wytłumaczyć. Byłam w pracy. W pewnym momencie górny odcinek kręgosłupa zaczął mnie tak boleć, że łzy same spływały po policzkach. Tego dnia nie zabrałam z domu gorsetu ortopedycznego, który po założeniu uśmierza w pewnym stopniu ból. Przypomniałam sobie o krysztale. Na pewno nie zaszkodzi – pomyślałam. Zaczęłam kamykiem lekko pocierać bolące miejsce… Po chwili, zimny przecież z natury kryształ zrobił się gorący, wręcz parzył… Po jakiś 10 minutach ból zelżał… No nie śmiejcie się, naprawdę! I nie wiem…. ponoć siła sugestii jest wielka, ale żeby aż taka?

 

Jedna z osób zajmujących się mocą uzdrawiania kamieniami, twierdzi że kryształ górski ma wszechstronne działanie, od energetyzowania czakramów, przez łączenie z Wyższą Jaźnią, po uzdrawianie. Posiada właściwości ochronne, stanowi tarczę odbijającą negatywne czy niskie wibracje zawiści, złości i złorzeczeń. Wzmacnia siłę myśli i intencji. Pochłania niekorzystne wibracje, usuwa negatywne promieniowanie. Oczywiście nie należy go stosować zamiast leków czy terapii zaleconych przez lekarza, ale jako środek wspomagający leczenie. W medycynie i magii stosowany jest już od tysiącleci. Pomaga tamować krwawienia, wzmacnia system nerwowy i łagodzi bóle głowy. Poprawia również wzrok i korzystnie wpływa na skórę. Kryształ górski usuwa dolegliwości związane z bólem kręgosłupa i reguluje pracę serca. W sferze zdrowia psychicznego przywraca równowagę wewnętrzną, uspokaja i umacnia aurę.

 

To tak pokrótce o właściwościach kryształu górskiego. Osoby zainteresowane na pewno wyszperają w necie więcej. W każdym razie ja: Niewierny Tomasz - przekonałam się na własnej skórze, a właściwie kręgosłupie że coś jest na rzeczy… Ma rację Ferdek Kiepski kiedy mówi, że są na świecie rzeczy, które się fizjologom nie śniły:)

 

Kryształy.jpg



komentarze (10) | dodaj komentarz

Ależ ten czas leci!

sobota, 28 września 2013 8:41

Zdaje się, że tak niedawno pisałam na blogu:

 

„Kochani przedstawiam Wam Agnieszkę, moją pierwszą wnusię.

Agnieszka przyszła na świat za pomocą cesarskiego cięcia w piątek 28 września o godzinie 14,53.  Ważyła 3.640 kg, a mierzyła 54 cm. Było kilka tzw. trudnych momentów, ale na szczęście wszystko zakończyło się szczęśliwie i jurorzy od wyboru miss noworodków przyznali jej 9,5 punktów Apgar”

 

Czy uwierzycie, że minął już rok od tego postu? Tak, właśnie dzisiaj moja kochana wnusia – Agusia kończy roczek, swój pierwszy rok życia na tej planecie, w naszej rodzinie. To niesamowite jak takie maleństwo potrafi wywrócić życie do góry nogami. Wspominałam już kiedyś, ze młodzi mieszkają ze mną, więc siłą rzeczy nie jestem babcią „na dochodne”, ale na co dzień. Początki nie były łatwe. Musieliśmy wyznaczyć sobie nawzajem  pewne granice. Musiałam pamiętać, że to młodzi wychowują dziecko, a nie babcia. Uczyłam się przestrzegać zasad młodych rodziców, którymi kierowali się wychowując swoje dziecko.

 

Najpierw gdzieś tam wewnętrznie się buntowałam. Myślałam: a co to ja nie potrafię dobrze wychować dziecka? Wszak wychowałam dwójkę. Tyle, że ta dwójka, to były moje dzieci, a Agnieszka jest moją wnuczką. Warto było nie pchać nosa w ich sprawy i służyć radą czy pomocą tylko wtedy, kiedy Młodzi o to poproszą, albo zapytają. Warto było dlatego, że dzięki temu nasze relacje są więcej niż poprawne,  a ja mam niesamowitą radość obserwując z dnia na dzień jak moja wnusia rośnie i rozwija się,:)

 

Od miesiąca śmiga po chałupie tak prędko, że trzeba mieć oczy naokoło głowy żeby za nią nadążyć, przypilnować żeby sobie krzywdy nie zrobiła. Choć tej „krzywdy” nie uniknie się. Nie zliczę już guzów, które sobie nabiła oraz bolesnych i mniej bolesnych upadków:) A jaka jest moja wnusia? Przede wszystkim bardzo temperamentna i „charakterna”. Uwielbia muzykę. Muzyka to taki uspokajacz jeśli za długo marudzi. A tańczy wtedy, że hej!  No… muzykalna z niej bestyjka:) Taka jest teraz, a życie pokaże jakim stanie się człowiekiem, ale obserwując jej rodziców i sposób w jaki wychowują swoje dziecko, jestem przekonana że nie zasili legionów tych „wychowywanych bezstresowo”…

 

Długo zastanawiałam się nad upominkiem dla wnusi z okazji roczku (oczywiście takim upominku, który by nie nadwyrężył babcinego budżetu). Uznałam, że najlepszym będzie fotoksiążka, wszak od chwili narodzin dokumentuję aparatem jej życie. Przeglądając stronice owej fotoksiążki uznałam to za dobry pomysł:)

 

Ps. Czy wspominałam, że jest moim największym skarbem…?

 

Okładka fotoksiążki 

 

005ksi.jpg

 

 Tak wyglądała tuż po narodzinach

 

Agusia.jpg

 

 

…a tak wygląda teraz:)

 

018r.jpg

 



komentarze (25) | dodaj komentarz

Dla świętego spokoju

środa, 25 września 2013 18:21

SpotkałamTrzcińsk Z i inne 262.jpg znajomą, z którą pracowałam wiele lat temu. Jak to zwykle bywa przy takich spotkaniach padały pytania w stylu:

Co porabiasz, jak zdrowie, jak ci się żyje, jak tam dzieci i takie tam. Potem zapytałam ile jej zostało do emerytury i jednocześnie podkreśliłam, że odliczam już miesiące, że nie mogę się doczekać. Po zmianie przepisów dot. wieku, w którym można otrzymać emeryturę – zostało jej jeszcze pół roku pracy. Ale nie było widać, żeby cieszyła się z tego faktu, a wręcz odwrotnie, sprawiała wrażenie zasmuconej… Dopytałam w czym rzecz, a ona opowiedziała dlaczego nie cieszy się tak chociażby jak ja. Postanowiłam napisać o tym, oczywiście za jej zgodą.

 

Jak wspomniałam wyżej Marcie pozostało do emerytury tylko pół roku. Rozmawiała ze swoim pracodawcą o możliwości pozostania w firmie, mimo osiągnięcia wieku emerytalnego, ale ten powiedział, że nie będzie to raczej możliwe. Dlaczego Marta chce nadal pracować? Po części dlatego by… uciec z domu (!?) 6 lat temu zmarł mąż Marty. Na kilka miesięcy przed jego śmiercią jej najmłodszy syn ożenił się. Młodzi nie mieli swojego kąta, więc naturalnie zaproponowała żeby zamieszkali u niej. Wkrótce na świat przyszło dziecko.

 

Marta pracowała, ale jednocześnie była na każde zawołanie synowej w kwestii opieki nad dzieckiem. Poza tym wciąż były jakieś drobne nieporozumienia, jak to zwykle bywa mieszkając „na kupie”. Syn zawsze brał stronę swojej żony. A Marta wciąż ustępowała, wycofywała się, nie chciała żadnych zadrażnień i nieporozumień. Pomalutku Marta we własnym domu była „spychana” do kąta, a i w tym jej kącie synowa zaczęła się szarogęsić. Zaczęła znosić  na przechowanie rzeczy, których szkoda wyrzucić, bo mogą kiedyś się przydać -  „a przecież u mamy tyle miejsca”. Marta tylko zagryzała zęby i z wymuszonym uśmiechem mówiła, że nie ma sprawy. Nie stawała okoniem, nie kłóciła się, byle tylko był spokój. Najbardziej zabolało ją kiedy zachorowała na zapalenie oskrzeli, miała wysoką temperaturę, nie miała siły wstać z łóżka, a żadne z młodych przez dwa dni do niej nie zaszło. Mówili, że nie chcą się zarazić chorobą, bo przecież mają małe dziecko, które prędko łapie wszystkie infekcje.

 

Młodzi niby mieli starać się o własny kąt, ale pewnego dnia oświadczyli, że mieszkanie Marty jest duże, więc nie ma sensu czegoś nowego szukać.

Od niedawna często dopytują Martę kiedy wreszcie przejdzie na emeryturę. Planują drugie dziecko, a – „mama taka ciepła, cierpliwa, kochana, nie to co opiekunki”…

 

I właśnie dlatego Marta chce przedłużyć okres aktywności zawodowej. Nie jest w stanie powiedzieć wprost, żeby na nią nie liczyli, że ma inne plany, że zwyczajnie chce odpocząć, bo jak mówi, nie chce nieporozumień. A doskonale wie, że tak właśnie by było. Już teraz czasami czuje się we własnym domu jak intruz, a co dopiero będzie przy drugim dziecku?

Ręce mi opadły. Nie wiedziałam co jej powiedzieć, co doradzić…

 

Wracałam do domu zamyślona, było mi strasznie przykro. Ot, kolejna życiowa historia, z której zdaje się nie być dobrego wyjścia. Jakże często dla tzw. świętego spokoju,  z obawy przed odrzuceniem  albo konfrontacją oddajemy innym zbyt wiele, nie jesteśmy w stanie wyartykułować swoich uczuć i potrzeb…



komentarze (19) | dodaj komentarz

Miasto widmo, czyli Stary Kostrzyn

poniedziałek, 23 września 2013 17:22

Twierdza Kostrzyn 15.jpg

 

Nie masz w górnych i dolnych Niemczech twierdzy nad Kostrzyn, a jest ona tak mocna, bo zbiegają się przy niej Odra i Warta rozlewając się w kilka odnóg, przez które poprowadzono groblę z mostami (…) a grobla jest tak szeroka, że mogą po niej przejechać obok siebie trzy wozy. Kostrzyn to twierdza elektorska w Nowej Marchii, ma pięć bastionów z kazamatami i dwa cekhauzy, mieści również otoczony fosą zamek, w którym są piękne pokoje i sala.

Krótki opis Kostrzyna zamieszczony na jednym z najstarszych wizerunków miasta i twierdzy (ok. 1600 r.)

 

A ja miałam okazję zawitać tam po trzyletniej przerwie. Za pierwszym razem szwendałam się po twierdzy ze znajomymi, robiłam zdjęcia, czytałam tablice informacyjne, ale to nie to samo, kiedy ma się za przewodnika osobę, która ukochała to miejsce, zna każdy kamień, sypie jak z rękawa datami ważnych wydarzeń, ciekawostkami historycznymi, czy anegdotami. Daleko mi do naszego przewodnika (pozdrawiam Renato) ale spróbuję coś tam napisać o tym wyjątkowym miejscu. Wprawdzie pisałam już na blogu o kostrzyńskiej twierdzy, ale być może nie wszyscy czytali, poza tym warto przypominać o mieście, którego już nie ma…

 

A więc zaczynajmy:) Miasto Kostrzyn leży tuż przy granicy z Niemcami. Do końca lat 80-tych w Kostrzynie „kończyła się” Polska. Nie będę jednak pisać o samym mieście, a o Starym Kostrzynie, zwanym również kostrzyńskimi Pompejami, Hiroszimą, Termopilami, a nawet Mantuą Północy. Skąd tyle określeń dla jednego miejsca? Podczas II wojny światowej miasto zostało praktycznie zupełnie zniszczone i do dnia dzisiejszego nie odbudowane. Z ponad 8 tys. budynków ocalało zaledwie kilka. Potem je rozebrano, a cegły wysłano na odbudowę Warszawy. W latach siedemdziesiątych wysadzono w powietrze ruiny kostrzyńskiego zamku. Niewiele zostało z miasta o 1000-letniej historii.

 

Przez wiele lat nic z tym nie robiono. Dopiero od niedawna władze miasta próbują to miejsce ożywić. Odtworzono przedwojenny układ ulic, uzbrojono teren w podstawowe media, odrestaurowano zabytki. A tych może pozazdrościć niejedno miasto. Twierdza Kostrzyn, wznoszona w latach 1537-1568 powstała na wzór fortec włoskich. Składała się z sześciu bastionów spiętymi murami i otoczonymi fosą. Podobno była arcydziełem sztuki fortyfikacyjnej. Do dziś przetrwały mury obronne, Brama Berlińska, Brama Chyżańska, trzy bastiony, fosy wewnętrzne i forty zewnętrzne.

 

Kiepski ze mnie znawca fortyfikacji, skupię się więc na tym co najbardziej mnie poruszyło, a więc pozostałości po domach, w których mieszkała ludność cywilna. Niewiele tego zostało. Gdzie nie gdzie można zobaczyć zasypane gruzem wejścia do piwnic, resztki posadzek i schody… Te schody robią największe wrażenie, bo prowadzą donikąd. Są schody, a potem zupełnie nic… o przepraszam, o tej porze roku „ściany” budynków są zielone. Ot, takie „zielone” miasto. Spacerując uliczkami trudno sobie wyobrazić, że kiedyś tętniło tu życie. Że słychać było bicie dzwonów dobiegających z kościelnej wieży, że brukowanymi uliczkami podążały kobiety wracające z targu z koszami pełnymi wiktuałów, że na podwórkach słychać było wyliczanki dzieci, że…

 

Tego już nie ma i nigdy nie wróci. Miasto tętniące niegdyś życiem zamieniło się w pustynię umarłych, na której żaden dom już nie urośnie. A ulicami wędrują już tylko dusze przywiązane do swojego miasta. Wojna. Przyszło mi na myśl, że gdyby człowiek był nieśmiertelny nie byłoby wojen. Bo któż miałby jeszcze ochotę na mordowanie, jeśliby nie było kogo mordować…?

 

Jeśli kiedyś będziecie w pobliżu Kostrzyna, koniecznie wdepnijcie na Stare Miasto. To wyjątkowe miejsce…

 

Plan Twierdzy

 

Twierdza Kostrzyn 1.jpg

Uliczki...

 

Twierdza Kostrzyn 2.jpg

 

Twierdza Kostrzyn 3.jpg

 

Twierdza Kostrzyn 4.jpg

 

Twierdza Kostrzyn 5.jpg

 

Twierdza Kostrzyn 6.jpg

 

Twierdza Kostrzyn 6a.jpg

 

Twierdza Kostrzyn 7.jpg

 

Ruiny kościoła z XV wieku

 

Twierdza Kostrzyn 8.jpg

 

Tyle zostało z pojoanickiego zamku.

 

Twierdza Kostrzyn 9.jpg

 

Twierdza Kostrzyn 10.jpg

 

Twierdza Kostrzyn 11.jpg

 

Brama i fortyfikacje

 

Twierdza Kostrzyn 12.jpg

 

Twierdza Kostrzyn 13.jpg

 

Twierdza Kostrzyn 14.jpg

 

Niedawno na terenie twierdzy odkryto tajemniczy tunel. Część tunelu jest zasypana, z kolei z innej strony jest mniejszy tunel, odbijający w prawo pod kątem 90 stopni. Przejście nim możliwe będzie jedynie na czworakach. Legendy mówią, że pod Odrą ciągnie się cały system podziemnych korytarzy. Podczas II wojny światowej, przed zrównaniem ich z ziemią przez wojska radzieckie, hitlerowcy uciekali nim pod ziemią do Niemiec.

 

Twierdza Kostrzyn 158.jpg

 

Spotkaliśmy młodą parę, która wymyśliła sobie sesję ślubną pośród ruin Starego Miasta.

 

Twierdza Kostrzyn 147.jpg

 

Ps. Do Kostrzyna można dojechać samochodem, autobusem i pociągiem. Można też dojechać do Dąbroszyna, obejrzeć zabytkowe wyposażenie kościoła oraz kryptę, a potem spacerkiem przejść się do Kostrzyna - równe 15 kilometrów. Wybraliśmy ostatnią opcję:)



komentarze (31) | dodaj komentarz

A może tak do… szeptuchy? :)

czwartek, 19 września 2013 22:01

W ubiegłym tygodniu byłam na komisji lekarskiej orzekającej o stopniu niepełnosprawności. Nie będę ukrywać – miałam lekkiego stresa:) Szanowna komisja o twarzy sfinksa nic nie pytała, tylko zawzięcie przepisywała cóś z przedłożonej dokumentacji medycznej. Pisała, pisała, i pisała… potem podziękowała mi i kazała zgłosić się za dwa dni w celu odebrania orzeczenia. Na koniec odezwała się ludzkim głosem: Ten pani kręgosłup nieźle jest „poskręcany” jeśli nie będzie systematycznie rehabilitowany, w końcu siądzie na dobre. Powiało optymizmem, że hej! To akurat wiedziałam, podczas jednej z rehabilitacji lekarka specjalizująca się w chorobach kręgosłupa powiedziała dokładnie to samo, tyle że dodała – nowego kręgosłupa pani nie damy, a ten jest nieoperacyjny, trzeba ratować jak się da. Łatwo powiedzieć, tylko jak ratować, skoro na przykład po ostatniej rehabilitacji czułam, że coś poszło nie tak, bo bardziej mnie boli…

 

 I tak sobie myślę, skoro nie dadzą nowego, skoro nie można zoperować, skoro nie każda rehabilitacja daje poprawę, to może… do szptuchy gdzieś pojadę:) W każdym razie taką myśl poddała mi znajoma, która z przekonaniem w głosie i na ciele oświadczyła mi, że trzeba spróbować z szeptuchą. Najpierw pomyślałam sobie, że to ona powinna udać się natychmiast do szeptuchy w celu uzdrowienia swojego umysłu, a potem poczytałam trochę, podszkoliłam się i… sama już nie wiem. Może przelewanie surowego jajka nad głową i szeptane zaklęcia pomogą? Ponoć tonący brzytwy się chwyta, więc…?

 

Kim są szptuchy? Nazwa pochodzi od szeptania, bo podczas uzdrawiania używając zaklęć wymawianych półgłosem, w których pełno jest odwołań do Boga. Często mówi się nawet, że to święte słowa. Warto pamiętać, że istnieją także szeptuni, czyli mężczyźni, którzy w ten sposób leczą. Ale ich jest dużo mniej. Każda tego typu postać ma swój własny warsztat. To zawód lekarza, którego się... nie można nauczyć. Nie ma szkół ani specjalnych studiów. To rodzaj daru. Ktoś musi go przekazać, ktoś musi go przyjąć. Przeważnie pochodzi od matki albo babki. Rzadko słychać, żeby komuś szkodziły. Mało tego, cieszą się większym zaufaniem niż lekarze. Ale czy naprawdę potrafią pomóc?

 

Jeden z dziennikarzy postanowił sam się przekonać. Był nastawiony bardzo sceptycznie, a potem już inaczej „śpiewał” :)

 

„Czasem ludzie instynktownie czują, że tego rodzaju znachor szybciej może im pomóc niż lekarz w kitlu, ale jest też grupa ludzi zdesperowanych, którym medycyna niekonwencjonalna nie umiała pomoc. Nie wiem, jaki mechanizm działa, dlaczego ci ludzie zdrowieją. Czy dlatego, że ci znachorzy mają energię, czy dlatego, że taki pacjent uwierzył, że ktoś naprawdę może mu pomóc. Jedno jest pewne – nie wiadomo, w jaki sposób, ale wielu tych ludzi rzeczywiście powraca do zdrowia. Poznałem ich, rozmawiałem z nimi, widziałem dokumentacje medyczną, która temu zaświadcza – wciąż nie umiem sobie tego racjonalnie wytłumaczyć.”

 

Z kolei antropolog kultury, który mieszka w Bielsku Podlaskim, opowiada taką historię.

 

Starowina ze wsi Rutka na Podlasiu para się nie tylko białą magią. Kilka lat temu była bohaterką historii, o której plotkowało całe Podlasie. Jak wieść ludowa niesie, przyszły do niej dwie siostry, które były w sporze majątkowym z bratem i chciały go wreszcie rozwiązać. Szeptucha poradziła im, by wieczorem wystawiły coś na drogę. One posłuchały i na rozstaju dróg postawiły biały sedes. Nadjeżdżający samochodem brat chciał go wyminąć i zginął w wypadku.

 

Jeśli tylko ktoś chce zapoznać się bliżej z tematem, znajdzie wiele świadectw o uzdrowieniach i innych „czarach.” Tylko czy to nie wstyd by w dwudziestym pierwszym wieku wierzyć w te wszystkie historie? No ktoś je spisał, i zakładam, że nie z kapelusza… więc?

 

Zdjęcia Kuby Kamińskiego ( już je kiedyś pokazywałam) zatytułowane „Szeptuchy z Podlasia”. Autor zajął II miejsce w kategorii ludzie - w Grand Press Photo 2012.

 

899575.jpg

 

grandf.jpg



komentarze (51) | dodaj komentarz

Nie będzie cennika za sakramenty?

wtorek, 17 września 2013 17:38

KiedyChrzest.jpg kolejnym papieżem został Franciszek nie wiedziałam czego się po Nim spodziewać.  Szczerze mówiąc nie liczyłam za bardzo, że będzie w stanie cokolwiek zmienić na lepsze. Niby nie powinno mnie to interesować, bo nie uczęszczam do kościoła i wciąż wadzę się z Bogiem, ale nie mogę o sobie powiedzieć, że jestem osobą niewierzącą. Tylko pogubiłam się gdzieś po drodze, a nasz polski Kościół Katolicki ze swoimi aferami, buńczucznością hierarchów oraz przepychem w jakim się pławią wcale nie ułatwia mi powrotu…  Wiele osób oddziela wiarę od kościoła. Mówią o sobie: Jestem wierząca/y, ale nie praktykująca/y. Pewnie i tak można, ale to takie… niepełne, bo skoro ktoś jest wierzący, to gdzie jak nie w kościele powinien swoją wiarę wzmacniać, pielęgnować.

 

Nie będę pisać o tym co złego w ostatnich latach działo się, i wciąż dzieje w kościele. Praktycznie nie ma dnia by media nie donosiły o  jakiś aferach, nieprawidłowościach, kłótniach, a nawet bójkach pośród tych, którzy swoim życiem winni dawać przykład. Między innymi dlatego w nowym Papieżu od pierwszego dnia pontyfikatu pokładałam nadzieję, że będzie w stanie zmienić coś na lepsze, że przeciwstawi się tym wszystkim nieprawidłowościom, a nawet patologiom.

 

Pokładałam nadzieję – i nie zawiodłam się! Z każdą kolejną decyzją Franciszek staje mi się coraz bliższy. Ale nie tylko decyzją, bo stylem swojego życia poświadcza to, o czym mówi. Papież zaskakuje wiernych na całym świecie. A to (zamiast wypasionej fury) śmiga sobie autkiem Renault 4 z 1984 roku z przebiegiem 300 tys. kilometrów. A to zaostrzył kary za pedofilię oraz przestępstwa związane z posiadaniem materiałów zawierających pornografię dziecięcą. A to robi porządek z watykańskim bankiem. A ostatnio zrobił coś z czym nie mogłam się nigdy pogodzić, a mianowicie z cennikiem za udzielanie sakramentów.

 

Papież Franciszek zaapelował do proboszczów, by nie prosili wiernych o pieniądze za sakramenty. "Jeśli ludzie widzą interes ekonomiczny, oddalają się od Kościoła" - powiedział Ojciec Święty podczas spotkania z duchowieństwem.

W trakcie trwającej ponad dwie godziny rozmowy za zamkniętymi drzwiami w bazylice świętego Jana na Lateranie, o której fragmentach informują włoskie media, Franciszek mówił księżom z Wiecznego Miasta:

 

„Często zdarza się, że ten, kto przychodzi prosić o sakrament, otrzymuje formularz, a nawet gorzej, proszony jest o pieniądze. Tak nie powinno być. Ten, kto przychodzi do Kościoła, powinien czuć się jak w domu, a nie wykorzystywany.”

 

Jak myślicie, czy nasi proboszczowie wezmą sobie do serca słowa Franciszka? Nie twierdzę, że wszyscy łupią swoich wiernych. Ostatnio miałam okazję przekonać się, że proboszcz jednej z naszych parafii nie chciał ani grosza za udzielenie sakramentu chrztu świętego, ale kilka dni później rozmawiałam ze znajomą, której córka ze swoim narzeczonym była w innej parafii porozmawiać o ślubie. Na pytanie z jakimi kosztami muszą się liczyć, proboszcz powiedział, że od tysiąca złotych wzwyż, oczywiście „wzwyż” - co łaska. Dodam, że młodzi chcieliby wziąć skromny ślub konkordatowa. Skromny, bo nie mają za wiele pieniędzy. Póki co odłożyli swoją decyzję o ślubie…

 

Z niecierpliwością czekam na kolejne decyzje Ojca Świętego. Czekam też na dobre wieści z Watykanu w spawie księdza Wojciecha Lemańskiego. Oczywiście dobre dla księdza Wojciecha.

 

Byle tylko ludzie nie udaremniali tego, co zaplanował zrobić Franciszek, by zmienić na lepsze oblicze Kościoła….



komentarze (136) | dodaj komentarz

Jestem na pTak!

niedziela, 15 września 2013 19:10

Dawno nie szwendałam się po mieście z aparatem. Jakoś tak… nie miałam nastroju, ale też ostatnio brakowało czasu. Jak bardzo mi tego brakowało, przekonałam się w sobotę. Każdą sobotę mam zarezerwowaną dla mamy. No cóż taka kolej rzeczy, trzeba pomóc, pogadać, no i najważniejsze – nakręcić mamie włosy na wałki, a co dwa tygodnie nałożyć hennę na brwi, wszak dama zawsze musi wyglądać elegancko, prawda? Troszkę sobie żartuję, ale tak naprawdę cieszę się niezmiernie, że mama dba o siebie, że chce ładnie wyglądać.. Jak się już tak ustroi i ma zrobioną fryzurkę wcale nie wygląda na swoje 80 lat:)

 

Wracając do motywu przewodniego postu. Tej soboty wybrałam się do mamy dużo wcześniej po to, by zrelaksować się po zwariowanym tygodniu i porobić troszkę fotek. Wybrałam dłuższą drogę przez mój ulubiony Park Róż. A tam miła niespodzianka! Jedną z parkowych alejek zaanektowały ptaki cudnej urody:) No nie dosłownie żywe ptaszęta, ale wielkie zdjęcia ptaków zamocowane na specjalnych stojakach. Na tablicy informującej o tej niezwykłej wystawie przeczytałam, że zainstalowano ją w ramach ogólnopolskiej kampanii wiedzy i edukacji przyrodniczej „Bądź na pTAK!”

 

„Ptaki. Tyle im zawdzięczamy: muzykę, spisane ich piórami dzieła mistrzów światowej poezji i literatury, pierwszą na świecie Konstytucję… A także samoloty, czy - chociażby - przytulne puchowe kołdry i dobry nastrój podczas spaceru w parku.

Są z nami dosłownie od zawsze. Właściwie to były tu na długo przed nami! Są w naszych miastach, parkach, ogrodach i domostwach. Obecne w naszych nazwiskach, tradycji, nauce, kulturze i marzeniach. Wiele z nich, to nasi sąsiedzi z ulicy!

Zadziwiają swoją urodą, zachwycają śpiewem, zaskakują przedsiębiorczością. Są piękne, mądre i inspirujące…"

 

Na wystawie można zobaczyć 30 pięknych fotografii przedstawiających rzadkie i niezwykłe gatunki ptaków w obiektywach najznamienitszych polskich i zagranicznych fotografików - wraz z wyjątkowymi, twórczymi opisami. Patrząc na te zdjęcia człowiek (czyli ja) nabiera pokory. Czasami uda mi się zrobić jakieś ciekawe zdjęcie ptaszyskom i wtedy cieszę się jak nie wiem co, ale kudy mi do takich fotografii…?

 

Kilka fotek z wystawy:)

 

028.jpg

 

003.jpg

 

005.jpg

 

008.jpg

 

009.jpg

 

015.jpg

 

016.jpg

 

017.jpg

 

018.jpg

 

019.jpg



komentarze (13) | dodaj komentarz

O budżecie i... psach

piątek, 13 września 2013 17:05

Przyzwz7471446Q,Rottweiler.jpgyczailiśmy się do psioczenia i wiecznego narzekania na tych, co nami rządzą (też narzekam, żeby nie było). Mieszkając w mieście czy małej miejscowości jesteśmy w stanie natychmiast wypunktować co jest niezbędne dla poprawy życia mieszkańców, no i oczywiście wypunktować lokalne władze, że tego, czy tamtego jeszcze nie zrobiły. Od co bardziej mocnych w gębie można usłyszeć: Gdybym to ja siedział w ratuszu/ w gminie/ czy był sołtysem – nasze lokalne terytorium miodem i mlekiem by płynęło….

 

A prawda jest taka, że pisać, gadać, czy obiecywać łatwo, gorzej z realizacją. Kiedy w ubiegłym roku dowiedziałam się, że w moim mieście powstaje tzw. budżet obywatelski, ucieszyłam się jak nie wiem co. Wprawdzie sama nie zgłosiłam żadnego projektu, ale zagłosowałam. Zagłosowałam na plac zabaw dla dzieci. W ubiegłym roku Gorzowianie wybierali spośród 38 zgłoszonych inwestycji w trzech kategoriach: chodniki, place zabaw i inne inwestycje. Wrzucili do urn prawie 4,5 tys. ankiet. Pieniędzy wystarczyło na 15 projektów, które zostały wciągnięte do tegorocznego budżetu.

 

Po raz pierwszy budżet obywatelski uchwalono w brazylijskim Porto Alegre w 1989 roku. Pomysł dobrze się sprawdzał i budżet obywatelski (nazywany także budżetem partycypacyjnym) zaczęto wprowadzać także w innych miastach w Brazylii i na świecie. Z kolei pionierem wśród miast w Polsce jest Sopot. W 2011 roku jego mieszkańcy zadecydowali, na co wydać 5 mln złotych.

 

Obecnie trwa akcja zgłaszania swoich pomysłów do przyszłorocznego budżetu. Wprawdzie od pomysłu do realizacji droga długa, ale dobry pomysł to połowa sukcesu. Druga połowa to zatwierdzenie pomysłu, a potem głosowanie. A ja już wiem na jaką inwestycję zagłosuję, oczywiście jeśli tylko zostanie ona zaakceptowana przez szanowną komisję.

 

W tym miejscu zaskarbię sobie pewnie przychylność wszystkich właścicieli psów, bo mam zamiar zagłosować na złożony projekt porządnego wybiegu dla psów. Jest pomysł, wskazane lokalizacje czekają na stosowne opinie, a reszta? No cóż, czas okaże, czy projekt się zakwalifikuje. A teraz pora się do czegoś przyznać. Nie, nie zagłosuję z powodu przeogromnej miłości dla psów, a raczej ze strachu przed dużymi psami. Tak… boję się okropnie wielgaśnych psów i wolę jak biegają na terenie wygrodzonym, niż hasają bez kagańców i smyczy po parkach i bocznych uliczkach. Za każdym razem widząc takie bydle biegające samopas, zatrzymuję się i szukam wzrokiem właściciela. Jeśli już znajdę, to znów (tym razem błagalnym) wzrokiem proszę o uziemienie bestii. I wiecie co? Zawsze, ale to zawsze, słyszę od właściciela psa: Pani się nie boi, to wyjątkowo łagodny pies jeszcze nikogo nie pogryzł. To ja się pytam skąd tyle przypadków pogryzień przez psy skoro to same łagodne baranki?

 

Nie wiem czy zwróciliście uwagę, że w ostatnich latach wzrosła moda na posiadanie psów ras obdarzonych z natury dużą siłą, mających bronić swoich właścicieli. Tyle, że te silne psy nieumiejętnie prowadzone przez właściciela mogą stać się zagrożeniem dla zdrowia i życia zupełnie przypadkowych ludzi. Ponoć teoretycznie, nie ma psów z natury rzeczy niebezpiecznych – są natomiast niebezpieczne metody ich wychowywania.  Z drugiej strony prawdą jest jednak również to, że istnieją rasy, które są bardziej skłonne do agresji niż inne.  Dlatego też opublikowano listę groźnych ras. Na stronach internetowych wielu komend policji można znaleźć taką oto informację:

 

„W trosce o zdrowie i życie ludzkie prezentujemy poniżej 11 ras psów niebezpiecznych, wykazanych w Rozporządzeniu Ministra Spraw Wewnętrznych i Administracji z dnia 28 kwietnia 2003 r. i uznanych za agresywne (…)

 

Od wydania rozporządzenia minęło 10 lat. Myślę, że to najwyższy czas by zweryfikować tę listę i  uwzględnić na niej  tzw. „nowe” rasy, oraz te, które w ostatnich latach były „bohaterami” dramatycznych pogryzień Bogu ducha winnych dzieci i dorosłych …

 



komentarze (17) | dodaj komentarz

"Pamiątki" po zerwanym związku. Co z nimi zrobić?

wtorek, 10 września 2013 19:35

Byli sobróşa1.jpgie on i ona... ale zamiast słów powtarzających się w wielu bajkach, że „żyli sobie długo i szczęśliwie” napiszę, że wcale nie żyli szczęśliwie, ba w końcu się rozstali, a do tego wszystko odbyło się w atmosferze karczemnej awantury. I co się dzieje po takim rozstaniu? Różnie się dzieje, wszak każdy z nas inaczej przeżywa rozstanie. Jedno chyba jest wspólne: żal, ból, złość, poczucie porażki. Kiedy już wszystkie emocje opadną, kiedy jakoś tam z lepszym, bądź gorszym skutkiem próbujemy się pozbierać, pozostaje jeszcze jedna kwesta – co zrobić z „pamiątkami” po ukochanym/ukochanej? Zasuszony bukiet, biżuteria otrzymana w prezencie z okazji kolejnej rocznicy, talerze w których uwielbiał jeść naszą „najlepszą pod słońcem” zupę brokułową, lampki napełniane wytrawnym winem w długie jesienne wieczory, maskotki wręczane z długą pąsową różą ot tak bez żadnej okazji, i wiele innych przedmiotów, które przypominają byłego/byłą.

 

Oczywiście w pierwszym momencie po rozstaniu mamy ochotę to wszystko wyrzucić, spalić, zniszczyć, porwać na strzępy lub pociąć nożyczkami. No i jeśli wprowadzimy nasze mordercze żądze w czyn to pół biedy, gorzej kiedy te pierwsze emocje miną, a my nie zrobiliśmy absolutnie nic. Te „pamiątki” stoją sobie w różnym miejscach w mieszkaniu i przypominają o tym, o czym chcemy zapomnieć…

 

Olinka Vištica, producentka "eventów" i artysta-plastyk Dražen Grubišić. byli razem przez cztery lata i rozstali się w przyjazny sposób. Oboje uznali, że nie zamierzają postępować zgodnie z konwencją, która każe traktować nieudany związek "niczym chorobę", po której konieczna jest rekonwalescencja. W zamian uznali - z początku w żartach - że powinni właściwie stworzyć kolekcję muzealną z drobiazgów i symboli, w jakie obrosły ich wspólnie spędzone lata. W ten sposób powstało Muzeum Zerwanych Związków w Zagrzebiu, które rocznie odwiedza ok. 40 tysięcy turystów. Początkowo prosili by ludzie przysyłali im przedmioty i historie miłosne ich dotyczące. Po czasie o muzeum zrobiło się głośno i ludzie sami wysyłali i przywozili różne przedmioty z załączoną historią związku, który właśnie się rozpadł. W krótkim czasie zgromadzono ponad 800 eksponatów, między innymi:

 

*Kolekcję torebek do wymiotowania z różnych linii lotniczych na pamiątkę romansu na odległość.

*Klucze do mieszkania oddane do muzeum, by uniknąć pokusy pojawienia się na progu byłego z awanturą.

*Telefon komórkowy Nokia oddany przez chłopaka dziewczynie, żeby już do niego nie wydzwaniała.

*Aerozol do nosa - "Kupił sobie ten aerozol, żeby nie chrapać. Nie mogłam zasnąć przez to jego chrapanie. Teraz nie mogę zasnąć, bo serce pęka mi z żalu".

*Białe lakierki - "Starała się narzucić mi swoje gusta. Nienawidzę białych lakierek. Cała ta kultura blichtru jest czymś, co zawsze będzie mi obce. Bardzo się cieszę, że nie muszę już zakładać tych butów, żeby sprawić jej przyjemność".

 

Mam mieszane uczucia co do tego pomysłu, natomiast Europejskie Forum Muzealne takich wątpliwości nie ma, bowiem w 2011 roku uhonorowało  Muzeum Zerwanych Związków prestiżową nagrodą Kennetha Hudsona, przyznawaną najbardziej innowacyjnym instytucjom.

 

Ps. Niebawem, pod koniec września miną 4 lata od zakończenia mojego związku. Co zrobiłam z rzeczami? Na pewno nie oddałabym ich do żadnego muzeum. Przez ponad pół roku traktowałam je jak świętość, nie ruszałam, nie przestawiałam, nie dotykałam… A potem przyszedł taki moment, że jednego dnia pozbyłam się wszystkiego. Co można było spalić – spaliłam. Co pociąć – pocięłam. Resztę spakowałam w plastikowe worki i wyrzuciłam do kontenera na śmieci.  Od tamtej chwili zaczęłam odzyskiwać swoje życie… krok po kroku…

 

Źródło: WO



komentarze (35) | dodaj komentarz

Po drugiej stronie okna

piątek, 06 września 2013 17:26

zo034.jpg

 

Od kiedy pamiętam fascynowały mnie okna. Teraz, kiedy w miarę potrafię posługiwać się aparatem, chętnie je uwieczniam na swoich zdjęciach. Niby takie zwykłe okno… Oprócz takich oczywistości, że okna dają nam światło i powietrze, okazuje się, że w życiorysie wielu znanych osób pojawiają się okna, które były świadkiem ważnych wydarzeń. Ale zanim przejdę do historii.

 

Uwielbiam patrzeć przez okna z budynków, w których dawno już nikt nie mieszka. Spacerując po ruinach piętrowych domów, czy wiejskich chat, albo niezamieszkałych, zniszczonych zamków czy pałaców można popuścić wodze fantazji. Kim byli, jacy byli ludzie, którzy kiedyś tu mieszkali, czy stawali przy oknie by podziwiać zaokienne widoki, czy może odwracali się od pozostałych domowników, by ukradkiem wytrzeć łzy, które z różnych powodów napłynęły do oczu. A może przykładali rozpalone czoło do szyby i modlili się o powrót najbliższej osoby do domu? A może patrzyli przez okno jak najbliższa osoba odchodzi nie obracając się za siebie? A może… Dużo różnych „a może”. Ponoć każdy człowiek zostawia po sobie w murach domu część swojej duszy. Czasami czują ją patrząc przez takie stare okna…

 

Okna6_te_big.jpg

 

Tyle o moich odczuciach, a teraz słów kilka o roli okna w historii. Od razy wyjaśniam, że to nie ja wpadłam na pomysł by utożsamiać okna z historią. W jednym ze starych numerów miesięcznika (z 2007 roku) „Zabytki” znalazłam ciekawy artykuł o oknach. Zresztą  cały numer poświęcony jest oknom i to w różnym kontekście, począwszy od konstrukcji okna, poprzez fachowe nazewnictwo okien o różnych kształtach z różnych epok, czy historię. Mnie jednak zafascynowały wydarzenia historyczne, w których pierwsze skrzypce grały okna właśnie:)

 

zo075.jpg

 

Usiądźcie wygodnie, zapnijcie pasy, bo za chwilkę ruszamy w naszą podróż po oknach:) Zacznijmy od samego serca piętnastowiecznego Królestwa Czech. Nie będzie łatwo, bo sytuacja w kraju jest zaogniona - reformatorzy wzburzeni spaleniem na stosie Jana Husa zapowiadają krwawą krucjatę. Kiedy wedrą się do praskiego ratusza, Królestwo Czech zamieni się w prawdziwe piekło. Grupa radykalnych husytów przejmuje ratusz, wyrzucając przez okna katolickich urzędników. Ginęli, nabijając się na ostrza pik, które trzymali w rękach ludzie zgromadzeni pod oknami. Zostańmy jeszcze chwilę by zobaczyć jak z okien zamku praskiego wyrzuceni zostają dwaj namiestnicy królewscy, co staje się początkiem wojny trzydziestoletniej.

 

Anglia 668.jpg

 

To właściwy moment by uciec spod krwawych okien zamku praskiego i stanąć pod ciekawym oknem z balkonem w Petersburgu, w dziewiętnastowiecznej willi primabaleriny Matyldy Krasińskiej  - słynnej z wielu intryg, kontaktów z carskim dworem oraz wysoko urodzonych kochanków. Tajemnicą poliszynela jest jej romans z carem Mikołajem II. Rozpieszczana przez niego kolekcjami diamentów, biżuterią i futrami prędko się nudzi, a nowych wrażeń dostarczają jej kolejni wysoko urodzeni kochankowie. Mieszkańcy Petersburga mają okazję podziwiać jej taniec nie tylko na scenie. Matylda co jakiś czas pojawia się na balkonie swojej willi i "pozwala" się podziwiać. Mijają lata... Widzowie i przyjaciele coraz częściej krytykują jej styl życia i umiejętności taneczne. Matylda wyjeżdża szukać szczęścia i nowych kochanków w Paryżu, a jej pokoje zajmuje Lenin. Na kilka dni przed rewolucją jej balkon świetnie sprawdza się jako mównica, z której będą padać słowa zagrzewające tłumy do walki..

 

Okna2_Dk_big.jpg

 

Ale my nie mamy zamiaru dłużej tego słuchać, prawda? Jedziemy więc na krótką chwilę do Berlina, gdzie z podobnych balkonów i okien lada moment przemówi szaleniec Trzeciej Rzeszy Hitler. Kiedy przemawia z okna na pierwszym piętrze Kancelarii Rzeszy, zamienia się w dzikie zwierzę: macha rękami, podnosi głos, wykonuje co najmniej dziwne ruchy. Mówią o nim geniusz trybuny, wariat, szatan.

 

Brr nie chcę zostać tu ani chwili dłużej! Najwyższy czas by udać się do Argentyny pod okna Evity i Juana Perona. Trafiamy tam w chwili kiedy Eva Duarte, ukochana przez Argentyńczyków Evita, społecznica znienawidzona przez generalicję wyciąga z więzienia Juana. A potem stoi u jego boku, gdy z okna pałacu prezydenckiego przemawia do trzystu tysięcy robotników; obiecuje im tanie szkolnictwo, budowę żłobków i opiekę socjalną. To okno i balkon zagrają w filmie Alana Parkera pt. Evita.

 

I jeszcze chwilkę spędzimy na Kubie. Jest rok 1958, wojska Batisty poddają się właśnie siłom Castro. Kiedy Castro przemawia do narodu z okna, a właściwie z balkonu, w niebo wzlatuje stado białych gołębi. Jeden siada na mundurze przywódcy. Dla narodu to jasny znak: Fidel to wybraniec bogów.

 

Okna_4y_big.jpg

 

Jak już przy boskości jesteśmy to wypada wspomnieć papieskie okno w Watykanie. Tyle, że tam historia wciąż trwa… No i jest jeszcze jedno takie bardzo wyjątkowe okno, które zna cały świat. Adres - Kraków, Franciszkańska 3 i słowa naszego papieża Jana Pawła II "Kiedy tu dawniej byłem w Krakowie, byłem całkiem porządnym człowiekiem, nigdy nie wyłaziłem na okna, a teraz co się ze mną stało?"

 

Anglia 674.jpg

 

I w tym miejscu zakończymy naszą podróż po faktach historycznych, ale przecież okna i balkony inspirowały nie tylko polityków i przywódców, ale przede wszystkim artystów. Czy wyobrażacie sobie świat bez miłosnych wyznań Romea i Julii na balkonie w domu Capulettich? Albo bez okna pod którym pewnej nocy w 1640 roku usłyszeć można było miłosne wyznania Cyrana de Bergeraca? I bez wielu jeszcze innych okien opisanych przez poetów, czy uwiecznionych na płótnach, choćby słynne okna Vermeera pełne ukrytej symboliki i emocji.

 

Czy ja napisałam, że nasza podróż się kończy? Nic podobnego, ona wciąż trwa, bo kto wie czy teraz, gdzieś na świecie nie rodzi się kolejny bohater, którego być może zobaczymy w kolejnym oknie….

 

 *Zdjęcia własne

 

053.jpg



komentarze (27) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 27 maja 2017