Bloog Wirtualna Polska
Są 1 243 392 bloogi | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS
monitoring pozycji

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
01020304050607
08091011121314
15161718192021
22232425262728
293031    

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

O moim bloogu

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do k...

więcej...

Jeszcze niedawno uczyłam się, krok po kroku odzyskiwać swoje życie. Udało się! A co teraz? No nie mam pojęcia co z tym „odzyskanym” zrobić:) Więc znów uczę się… i tak do końca. Jakieś korepetycje z życia by się przydały:)

W razie potrzeby kontaktu:

rodorek@wp.pl

schowaj...

Cyferki:)

Odwiedziny: 5058093
Wpisy
  • liczba: 1225
  • komentarze: 32245
Bloog istnieje od: 2692 dni

Horoskop

Wodnik

Sobota dobra na wszystko - zadbaj o siebie, bądź dla siebie kimś najważniejszym. Postaraj się o dobrą atmosferę wokół siebie, rozpieszczaj się, idź na zakupy i spraw sobie coś fajnego

więcej na horoskop.wp.pl

Lubię to

Kategorie

Zdjęcia w galeriach.


Czwartek, 6 listopada

czwartek, 06 listopada 2014 10:09



Wybory powinny być każdego roku. Mówię Wam - coroczne wybory, to same korzyści dla przeciętnego obywatela, czyli mnie. W gorącym przedwyborczym czasie rośnie moje poczucie ważności i wyjątkowości. Nie mówcie, że tego nie lubicie. Każdy lubi. Przez  te cztery lata od wyborów do wyborów, otrzymuję niewiele  korespondencji. Głównie rachunki i ewentualnie jakieś wezwania, o Rossmanie, Netto, Tesco i innych temu podobnych nie wspomnę.


Jednak przed wyborami wszystko się zmienia. Piszą do mnie w formie papierowej, mailowej, a nawet dzwonią bardzo ważne osoby. Idąc po zakupy mijam słup ogłoszeniowy, z którego wychyla się dłoń z podniesionym kciukiem w geście: lajka. To jeden z kandydatów daje mi tym gestem do zrozumienia: Lubię cię, wybierz mnie, a twoja torba z zakupami będzie dwa razy cięższa, za te same pieniądze. Nad nim to się waham… może nawet zagłosuję?


No i jeszcze obietnice. Bez obietnic wybory nieważne. A jak pięknie się wdzięczą przed kamerami i na debatach, zapewniając mnie, że zasługuję na więcej, że zasługuję na lepsze życie. Ja to oczywiście wiem, ale cieszy fakt, że inni też tak myślą.


Przed wyborami nachodzi też mnie refleksja związana z polskim kinem. Generalnie jego poziom pozostawia wiele do życzenie. A tu proszę! W tv i necie aż roi się od nowości filmowych reklamujących kandydatów. Tak... to naprawdę kawałki dobrego, polskiego kina. Nietaktem byłoby nie wspomnieć o talentach muzycznych, które śmiało mogą konkurować z wyliniałymi gwiazdami polskiej estrady.


Ech… łza się w oku kręci człowiekowi nie przyzwyczajonemu do nadmiaru takiego dobra. Życie jest jednak piękne, szkoda tylko, że to piękno trwa raptem kilka tygodni, co cztery lata… przed wyborami.


A teraz na poważnie.


Brzydkim obyczajem stało się traktowanie nas, wyborców jak stada małp, które za obietnicę banana zatańczą nawet "Jezioro łabędzie". Brzydkim obyczajem stało się przekonywanie nas do siebie metodą marnych kombinacji, krętactw, sztuczek językowych i niskich instynktów.


Za chwilę skończy się ten festiwal kabotyństwa politycznego. Jedni zgarną władzę, inni... stracą reputację, a może nawet duszę. Warto???

 

K_G 038.jpg



komentarze (10) | dodaj komentarz

Środa, 5 listopada

środa, 05 listopada 2014 9:21


Uśmiecham się. Taką mam pracę, że bez uśmiechu ani rusz. Ameryki nie odkryję jeśli napiszę, że uśmiech ułatwia kontakty z innymi ludźmi. Uśmiecham się niejako "z premedytacją", żeby ułatwić sobie te często trudne kontakty. I kiedy tak z uśmiechem wyjaśniam , informuję, odpowiadam na pytania, często słyszę:



- Przepraszam za śmiałość, ale czy my się znamy?
Raczej nie - odpowiadam.



Wiem, że moja uroda nienachalna, pospolita nawet, ale nie ma takiej opcji, by aż tylu sobowtórów na mieście się szwendało.



Okazuje się, że "winowajcą" jest mój uśmiech. Niektórzy, szczególnie starsi ludzie wychodzą z założenia, że uśmiecham się do nich tylko dlatego, że się znamy...



Uśmiech, życzliwość i optymizm właściwie nigdy nie leżały w polskiej naturze. I nawet przeświadczenie, że uśmiech otwiera najbardziej zabezpieczone drzwi, a w szczególnie trudnych "przypadkach" uchyla okna - tego nie zmienia. Taka nasza cecha narodowa?


DziwnĂłwek 704.jpg



komentarze (10) | dodaj komentarz

Wtorek, 4 listopada

wtorek, 04 listopada 2014 9:19

 

Lepiej późno niż wcale.


Trzy opasłe tomy leżały z brzegu na półce i czekały. Minął miesiąc, a one wciąż leżały nie przeczytane. Jakoś trudno było zacząć. Myślę, że ta objętość mnie przerażała. A potem trafiłam do szpitala. Dziesięć dni nicnierobienia to idealny czas na zaległe lektury. Opasłe tomy znalazły swoje miejsce w szpitalnej szafce. W końcu sięgnęłam po tom pierwszy i...

 

Stanowczo za szybko szło mi czytanie. Jeden tom, drugi, trzecim się delektowałam, a i tak zakończyłam czytanie na pięć dni przed powrotem do domu. I co tu robić? Owszem, zawsze można sięgnąć po inną lekturę, nawet próbowałam. Ale po "zaprzyjaźnieniu" się z panną Lisbeth Salander i Mikaelem Blomkvistem, każda kolejna (pożyczona od współtowarzyszek niedoli)  książka  zdawała się miałka, bez sensu i w ogóle beee. To jest tak, jakby mieszkać w pałacu,  a potem musieć się zadowolić ziemianką:)



Trylogia Millennium Stiega Larssona, bo o tej pozycji piszę to.,.. każdy wie. Chyba jestem ostatnia, która trylogię przeczytała. Niemniej gdyby zdarzył się czytelnik nie w temacie to wyjaśniam, że  "Mężczyźni, którzy nienawidzą kobiet", "Dziewczyna, która igrała z ogniem" oraz "Zamek z piasku, który runął" - to bestsellerowe powieści kryminalne, wywodzące się z najlepszej szwedzkiej tradycji fikcji i literatury kryminalnej: świetnie napisane, z trzymającą w napięciu fabułą i fascynującymi postaciami. "Wyjątkowe zjawisko na światowym rynku literackim!"

Tym razem recenzje, które onegdaj czytałam nie zawiodły. Faktycznie, trylogia wciąga jak wiry w głębinach:) Z radością przeczytałabym jeszcze jakąś książkę w podobnym stylu i klimacie. Ale czy są jeszcze takie książki na świecie? :)))

 

W_sw 062.jpg



komentarze (23) | dodaj komentarz

Poniedziałek, 3 listopada

poniedziałek, 03 listopada 2014 11:07

Dzień przed Świętem Zmarłych. Taka sytuacja na cmentarzu:


Mijam mężczyznę. Kilka kroków za nim idzie kobieta objuczona do granic możliwości. W jednej ręce trzyma przed sobą dwa pokaźne wianki ze świerku i kwiatów, w drugiej wypchaną dużą reklamówkę. Widać zmęczenie, irytację... Głośno mówi:


K - Rysiek, zwolnij trochę, bo nie nadążam!
M - Jak będziesz się tak guzdrać w życiu nie zdążymy obrobić wszystkich grobów!
K - Nie mam już siły, może wziąłbyś ode mnie chociaż jeden wianek...
M - Pogięło cię!? Zapomniałaś co lekarz mówił? Nie mogę dźwigać i przyjmij to w końcu do wiadomości!


Oddalili się, więc nie wiem czy przyjęła do wiadomości, czy też próbowała dalej negocjować przekazanie wianka.


W takich chwilach doceniam fakt, że nie jestem jedną ze stron tego rodzaju dialogów. Naprawdę!


Greckie AIDOS - wzajemne poszanowanie jako podstawowa norma zachowania wobec innego...

 

M_F 036.jpg



komentarze (18) | dodaj komentarz

Piątek, 31 październik

piątek, 31 października 2014 17:39

 


Cuda, cudownie, cudowny.

Trudno wytłumaczyć mojej mamie, że reklama musi kłamać. Trudno wytłumaczyć, że facet w białym kitlu ze stetoskopem opowiadający w TV o "cudownych"  właściwościach tabletek na krążenie,  tak naprawdę lekarzem nie jest. Że pani, która smaruje obolałe łydki "cudowną" maścią, pracuje dla agencji reklamowej i łydki ma zupełnie zdrowe.

Mama nie przyjmuje do wiadomości żadnych argumentów. Część Jej mózgu odpowiedzialna za odróżnianie prawdy od kłamstwa uległa amnezji. Tak myślałam. Natomiast prawda jest taka, że "odróżnianie" świadomie ma gdzieś. Ona nie wierzy, Ona CHCE wierzyć, że każdy polecony przez koleżanki bądź panią magister w aptece specyfik ma czarodziejską moc.
 
Niestety, czarodziejskiej mocy nie posiada Jej portfel. I choć ostatnio przebąkiwała coś o reklamie, w której pieniądze "dzwonią" do drzwi by "cudownie" ulokować się w portfelu, na dzień dzisiejszy pozostaje Jej tylko zaklinanie rzeczywistości...

 

B_w 050.jpg



Ps. Do poczytania w poniedziałek. W weekendy biorę sobie wolne od blogowania:)



komentarze (12) | dodaj komentarz

Czwartek, 30 października

czwartek, 30 października 2014 17:26

p_ara 024.jpg

 

 

 

Odleciały ptaszyska do ciepłych krajów. Dla mnie to smutek, żal… Wiem, że wrócą, lecz tych kilka jesienno – zimowych miesięcy bez świergotu oraz treli w różnych tonacjach, to czas częściowo wypełniony pustką. Dlaczego tylko częściowo? Dlatego, że jednak kilka gatunków nieźle przystosowało się do życia w mieście, do życia w pobliżu człowieka. Mając zapewnioną stołówkę nie spieszno im do wyczerpujących lotów, by osiąść na czas zimy w zakątkach gdzie wieczne lato…

 

Dzisiaj wracając z pracy zaobserwowałam taką scenkę. Na czubku ulicznej latarni przysiadł gawron. Trzymał coś w dziobie, z dołu nie widziałam co. Potem to „coś” wypuścił z dzioba. Orzech włoski to był. W tej samej chwili gawron zaczął pikować w dół. Nie zdążył. Inny, siedzący na parkanie osobnik był szybszy i zwinął mu jedzonko sprzed nosa, o przepraszam – sprzed dzioba.

 

Tak się złożyło, że niedawno czytałam o obyczajach oraz inteligencji krukowatych. Jednak co innego czytać, a co innego zobaczyć na własne oczęta. Gawron zrzuca orzech na twarde podłoże, bo wie że taki upadek orzecha kończy się pęknięciem skorupki. Podobno niektóre ptaki udoskonaliły tę metodę. Siadając na słupach sygnalizacji świetlnej upuszczają orzechy pod koła jadących samochodów. Gdy czerwone światło zatrzymuje ruch, zlatują na jezdnię i spokojnie wybierają spomiędzy rozgniecionych łupin smakowite wnętrze.

 

Obserwując opisaną wyżej scenkę przypomniałam sobie jedna z bajek Ezopa. Według opowiastki, spragniona wrona potrafiła podnieść poziom wody w dzbanie wrzucając do niego kamienie, dzięki czemu mogła się napić. Jestem pewna, że niejeden człowiek nie wpadłby na ten pomysł…:)

 

B_ch 001.jpg



komentarze (9) | dodaj komentarz

29 października, środa

środa, 29 października 2014 17:29

Szkołę skończyłam barrrrdzo dawno temu. Potem rolę szkolnych nauczycieli przejęło codzienne życie. Jedne lekcje lubię bardziej, drugie mniej. Jedne wspominam z sympatią, inne z goryczą, złością, gniewem. Inna sprawa, że nie jestem łatwą w obsłudze uczennicą:) Wciąż siedzi we mnie młodzieńcza czupurność, bunt, niedojrzałość emocjonalna i takie inne, o których chyba nawet nie wypada pisać:)



Jest takie obiegowe powiedzenie, że na starość człowiek dziecinnieje. Coś w  tym jest.... bo jak inaczej wytłumaczyć fakt, że powróciłam do tzw. planu lekcji? No starość ani chybi:) Nie, nie ma tam przedmiotów takich jak na przykład fizyka (choć tu akurat przydałoby się ciut podszkolić, zwłaszcza w fizyce kwantowej), biologia czy język polski.  Przedmioty, które staram się opanować, to różnego rodzaju emocje, które przeszkadzają mi żyć tak, jakbym chciała. To przedmioty, po opanowaniu których - jestem pewna - poprawi się komfort życia.


A jak wygląda w praktyce to "opanowanie"?  Różnie... Może na przykładzie uczucia jakim jest  "gniew".  Na początek musiałam zrozumieć jego istotę, żeby potem nie dopuszczać do eskalacji gniewu, który nie pozwala na trzeźwy ogląd trudnych sytuacji. Kiedy więc nadchodzi, staram się utrzymać dystans. Przekonałam się, że mądrze jest w chwili gniewu nie mówić i nie robić zbyt wiele. Lepiej zachować się jak duży pies, który nie musi szczekać, ponieważ jest silny. Takie proste, oczywiste, a na dodatek pomogło mi zdystansować się do kilku naprawdę trudnych do opanowania sytuacji:)


Zobaczymy jak pójdzie mi z innymi przedmiotami:)


Ps. Próbuję zostawić komentarze na zaprzyjaźnionych blogach na blogerze. Za czorta nie da się. Wciąż to ustrojstwo każe mi "udowadniać że nie jestem automatem". Oświadczam wszem i wobec, że NIE jestem. A literki do przepisania, które wyświetlają się obok komentarza to o dupe otrzaskać.  Astygmatyzm utrudnia mi prawidłowe odczytanie tych hieroglifów. Udaje się raz na kilkanaście prób! Nie... nie ma we mnie gniewu:)))


026.jpg

 



komentarze (8) | dodaj komentarz

Wtorek, 28 października

wtorek, 28 października 2014 16:19

Dyskomfort? Zagwozdka?
Jak to zwał, tak zwał, w każdym razie nie jest mi  z tym dobrze.


Im bliżej dnia, w którym wrzucę do urny wyborczej karty z zakreślonymi "swoimi" kandydatami, tym więcej we mnie zniesmaczenia, czy wręcz zażenowania poziomem walki przedwyborczej. Wiem. Rozumiem. Trzeba walczyć żeby wygrać. Szczególnie jak nie ma się argumentów, bądź osiągnięć  którymi można się pochwalić. Tak zwane "osiągnięcia" to kwestia dyskusyjna. Jeśli natomiast idzie o argumenty, to tych być nie może. Dlaczego? Bo generalnie w polityce, w walce wyborczej brak jest różnic programowych pomiędzy partiami, ugrupowaniami, czy innymi dziwolągami.. Wszyscy przysięgają że chcą dobrze, i wszyscy jednako cierpią na chorobę inercji. A skoro osiągnięcia dyskusyjne, a argumentów brak, sięga się po pseudoargumenty w postaci inwektyw, obrzucania się nawzajem błotem, poniżania, drwin, kpin, naśmiewania, a nawet zwykłego chamstwa.

 

Żargon rodem z okopów to nie moja bajka, to nie mój pociąg, ja zwyczajnie wysiadam...

A skąd we mnie wspomniany na początku dyskomfort?


Wielu moich dalszych i bliższych znajomych, koleżanek i kolegów startuje w tych wyborach do Rady Miasta. Wszyscy Oni korzystają ze znanego portalu społecznościowego, by zaprezentować siebie oraz swój - a właściwie swojego ugrupowania - program wyborczy. Codziennie otrzymuję zaproszenia do "polubienia" powstających jak grzyby po deszczu stron związanych z walką wyborczą. Ignoruję zaproszenia, ale pewien dyskomfort jest. I niby wiem, że ludzie związani z polityką bądź raczkujący w polityce  (również na szczeblu samorządowym) traktują innych instrumentalnie. Że tylko na tyle interesuje ich drugi człowiek, na ile może mu się "przydać". Ale... W końcu to znajomi, koleżanki i koledzy... Oj czuję że po wyborach znacznie uszczupli się grono moich znajomych. Nie. Nie wywołuje to we mnie jakiegoś smutku, bo być może to konieczny warunek higieny umysłowej...


Na koniec jeszcze takie skojarzenia:)


Kłos co ziaren nie zawiera, dumnie w górę nos zadziera.
Albo:
W pustkach największe echo.

 

U_ Agi 023.jpg



komentarze (14) | dodaj komentarz

Poniedziałek, 27 października

poniedziałek, 27 października 2014 18:19

Kończy się pomału ta jesienna rozpusta kolorów… Najzwyczajniej szkoda. Dobrze, ze choć w pamięci i na fotografiach zatrzymałam te niesamowite chwile.

 

Tak sytuacja.

 

…idę wcześnie rano wąską dróżką. Po jednej stronie pola, po drugiej zagajniki. Jeszcze jest szaro buro. Jeszcze szara kurtyna osłania świat widoczny w zasięgu moich oczu. Nie przeszkadza mi to. Delektuję się subtelną melodią spadających liści, przeplataną mocniejszym brzmieniem spadających żołędzi. Pięknie jest. Niesamowicie pięknie. Nagle ołowiane chmury zaczynają nieśmiało przetykać słoneczne promienienie.  Gdzieś wewnętrznie czuję, że to przedsmak prawdziwego spektaklu. Nie mylę się, bo za chwilę zaczyna się właściwa odsłona.

 

Biały welon jesiennej mgiełki, który jeszcze przed chwilą otulał uśpione pola i łąki, leniwie unosi się odsłaniając kropelki rosy. Za chwilę, w pierwszych promieniach słońca zaczynają mienić się niczym diamenty. Lecz te promienie słoneczne nie świecą ot tak sobie, bez wysiłku. Zanim padną na rosę muszą przedrzeć się przez gałęzie rachitycznych brzóz i krzewów wszelkiej maści. Wtedy wyglądają jak skrzydła anioła:)

 

Mistyczny spektakl trwa, a ja stoję jak zaczarowana. Czuję na policzkach łzy. Czy to normalne żeby płakać na widok tych wszystkich cudności? Sama siebie ganię – oj Krychna, robisz się na starość ckliwa i egzaltowana… A przecież w codziennym życiu taka nie jestem. Coraz trudniej mi o łzy. Albo wypłakałam już wszystkie do cna, albo nastąpiła jakaś awaria w kanalikach wytwarzających łzy:)

 

Dzisiaj rozmawiałam z koleżanką. Zakończyła bardzo dla siebie trudny etap życia. Zapytała – co dalej?

Odpowiedziałam – Zacznij wszystko od nowa. Weź przykład z przyrody. Ona postępuje tak każdego roku. Wiosna, lato, jesień, zima. A potem znów wiosna…

 

B_w P_k 374.jpg

 

B_w P_k 066.jpg



komentarze (18) | dodaj komentarz

Wracam, ale będzie inaczej...

niedziela, 26 października 2014 9:15

Długo, bardzo długo zastanawiałam się co dalej z moim blogiem i doszłam do wniosku, że szkoda porzucać to miejsce. W końcu „zostawiłam” tu prawie pięć lat swojego życia. Zaczynałam to swoje pisanie po to, by w pewien sposób wyżalić na to co było złe, co mnie dotknęło, z czym nie mogłam sobie poradzić. Na początku słowa przychodziły z trudem. Były jakieś takie kanciaste, niepoukładane… To bazgrolenie chyba pomogło, bo z czasem rozhuśtałam się na dobre. Dodawałam posty prawie każdego dnia. Komentowałam (nie zawsze mądrze) otaczającą mnie rzeczywistość, zjawiska społeczne, ważne i mniej ważne wydarzenia które miały miejsce w moim życiu i nie tylko w moim życiu i różne inne takie tam…

 

Zmieniałam się, stawałam się silniejsza, uwierzyłam w siebie. Dużą rolę w tym wszystkim odegrały zawarte przyjaźnie i znajomości blogowe. Świadomość, że tu zaglądacie, czytacie, zostawiacie komentarze to ważny element w stawaniu się silniejszą… Nie potrafię tego dokładnie wytłumaczyć, ale tak właśnie było.  Ważne było też czytanie o Waszym życiu, pasjach, zmartwieniach i radościach. To z kolei nie pozwalało za bardzo rozczulać się nad sobą i powodowało jakąś wewnętrzną presję do równania z lepszymi, mądrzejszymi ode mnie:)

 

A potem nadszedł ten moment, że nie czułam już takiej potrzeby, takiego parcia na komentowanie  na forum tego co wokół, tego co u mnie i we mnie. Wtedy zamilkłam. Uznałam, że nic na siłę…

 

W tym czasie prowadziłam bardzo intensywne życie w realu. Chodziłam na koncerty, wystawy, zawierałam nowe, wartościowe znajomości, dużo fotografowałam, czytałam. Jednym słowem gromadziłam sobie dobre wrażenia. I nadal gromadzę. Jednak cały czas nurtowało mnie pytanie – co dalej z blogowaniem. I wtedy z pomocą przyszedł Mistrz Kapuściński, a dokładnie jeden malutki cytat z Jego „Lapidarium VI”

 

„Czytam Schopenhauera. Radzi prowadzić dziennik. To sposób, aby zastanowić się nad każdym przebytym dniem – co się robiło, jakie przychodziły myśli.

(Wydaje mi się, że ważne w pisaniu dziennika jest wybrać i utrwalić jakiś szczegół – bodaj jeden, bo inaczej dzień upłynie „bez zaczepienia”. Chodzi o tworzenie „zaczepów czasu”, aby dzień nie prześlizgiwał się po jego powierzchni bez śladu).”

 

Eureka! To jest to, co powinnam, co chcę robić. Nie rozpisywać się o wydarzeniach, sprawach, które tak naprawdę nie mają wielkiego znaczenia, które wprawdzie absorbują tu i teraz, ale równie prędko jak przyszły – odchodzą. A emocje z nimi związane są przemijającymi chwilami i nie ma potrzeby zatrzymywania ich poprzez ubieranie w słowa pisane. Zatem postanowione. Zmieniam formułę blogowania. Nie pozwolę na to by dni mijały „bez zaczepienia”. Będzie więc krótko, króciutko, plus oczywiście jakaś fotka.

 

Będzie mi bardzo miło jeśli będziecie zaglądać i zostawiać ślady swojej bytności. Ale jeśli komuś nie będzie odpowiadać nowa formuła prowadzenia bloga, to przecież też nie będzie koniec świata:)

 

Pozdrawiam serdecznie wszystkich czytelników:)

 

pajęcze.jpg



komentarze (15) | dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.


sobota, 27 maja 2017